| Bez zdziwienia
Trudno powiedzieć, aby wyniki niedzielnych wyborów oraz nikłe nimi zainteresowanie większości Polaków było czymś zaskakującym. SLD na swój rezultat pracował latami, m.in. poprzez opanowanie telewizji i innych środków przekazu. "Socjaldemokratyczny postkomunizm" cieszył się też zakamuflowanym poparciem megatuby polskiej propagandy - "Gazety Wyborczej". Adam Michnik nieraz wyrażał opinię, że postkomuniści są w stanie podłożyć nogę "rozwydrzonemu szowinizmowi, ciemnogrodowi" i innemu "wstecznictwu" spod znaku Ligi Rodzin Polskich czy "Radia Maryja", które to ruchy w obliczu zapaści "jaśnieoświeconych" rządów triumwiratu Krzaklewski-Buzek-Balcerowicz, zagrażają polskiej racji stanu i parciu do Unii Europejskiej. W ten sposób na nowo odsmażono liberalno-lewicowy mit "antyfaszystowskiej" tamy stawianej przez komunistów. Polacy są rozczarowani "postsolidarnościowymi" rządami i nie ma im się co dziwić. Tu, niestety, panowie z AWS i innych organizacji powinni sobie popatrzeć w dół krawata na własne sumienie. Ich rząd upadł nie tylko z powodu "społecznych kosztów reform", naród ich wykopał, bo nie potrafili wzbudzić poparcia dla reform i nie realizowali obiecanego programu. Jeśli do tego dorzucimy korupcję i afery związane z wyprzedawaniem polskiego majątku państwowego, obraz się dopełni. Głosowanie na SLD było więc głosem protestu ogarniętego kryzysem społeczeństwa, ludzi, którzy widzą, że Polska jest w ślepym zaułku. Fakt zaś, że ów protest mógł zostać wykorzystany przez SLD i jej działaczy pokroju Millera, Cimoszewicza czy Jaskierni, to "zasługa" braku dekomunizacji. Jest to grzech pierworodny polskiej sceny politycznej, grzech, który utrudnia jej oczyszczenie i krystalizację. Komuniści, jak to kiedyś ujął pewien mądry człowiek, nie są ani z lewa, ani z prawa, tylko ze Wschodu. Stosuje się to również do naszych postkomunistów, którzy nie są ani prawicą, ani lewicą, tylko polityczną reprezentacją interesu kliki niegdysiejszego szeroko pojętego aparatu PRL. Niedzielne wybory pokazały również, że mimo olbrzymiej machiny propagandowej postkomuniści nadal nie mogą liczyć na masowe poparcie - partie prawicy i centrum odebrały im sporo głosów, uniemożliwiając zdobycie absolutnej większości. Wielka w tym nadzieja ruchów takich jak PiS czy PO. Towarzysz Leszek Miller, były członek Komitetu Centralnego PZPR, elektryk z zawodu, zajmie się więc podłączeniem Polski do nowego układu polityki globalnej, układu, który coraz bardziej pachnie nowym Kongresem Wiedeńskim (A.D. 1815); w którym świat podzielony zostanie przez silnych i dużych na nowe strefy wpływów (żal Czeczenów), a Rosja i Niemcy, złączone w braterskim szczękościsku, zaczną znów dokręcać śrubę środkowoeuropejskiego imadła... Na kogo w niedzielę głosowałem? Otóż na nikogo. Od dawna, po cichutku (szanuję bowiem przeciwne zdanie), głoszę tezę, że nie należy mieszać w garze, z którego nie je się obiadu. I choć całym sercem kibicowałem niektórym ugrupowaniom, to jednak fakt, iż mój głos byłby liczony w jakimś warszawskim okręgu, odrzucał mnie od urny. Głosowanie w polskich wyborach mogłoby mieć sens jedynie wówczas, gdyby polska diaspora - podobnie jak np. portugalska - wybierała własnych przedstawicieli; powiedzmy: jednego z Ameryki Północnej, jednego z Południowej, jednego z Australii, Azji i Europy Zachodniej. Takie "kontynentalne" okręgi miałyby ręce i nogi, a w ich rezultacie głos Polaków z zagranicy byłby słyszalny w polskim Sejmie, przez co być może udałoby się uniknąć gniotów ustawodawczych bezpośrednio nas dotyczących. |