| Bluźnierstwo dozwolone
Prokuratura w Ostrzeszowie umorzyła śledztwo w sprawie "znieważenia głowy obcego państwa oraz obrazy uczuć religijnych" w trakcie powitania w tej miejscowości w 1997 r. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. We wrześniu 1997 r. p. Marek M. Siwiec, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP i szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, wysiadając z prezydenckiego helikoptera, "po papiesku" ucałował ziemię i "pobłogosławił" witających znakiem krzyża. Prokuratura uznała, że "zdarzenie nie zawierało znamion czynu zabronionego". No pewnie! Bo któż może zabronić najwyższym władzom państwowym drwić sobie z największego autorytetu moralnego Polaków? W końcu jak się już dotarło na sam szczyt i pracuje w tej Kancelarii, to można mieć wszystkie autorytety w pupie. Poza tym jest przecież tylko przedłużenie zabaw, w jakich pan Siwiec, były zsypowiec (SZSP - Socjalistyczny Związek Studentów Polskich) i pezetpeerowiec (nie trzeba wyjaśniać) z pewnością brał udział. W owej zsypowej drużynie młodego czerwonego aparatu o Kościele katolickim nie mówiło się inaczej, jak "czarni", a opowiadanie dowcipów o papieżu było w dobrym tonie. Tu wypada też przypomnieć, że w roku 1983, kiedy to koledzy p. Siwca tłukli się po Polsce z plecakami wypchanymi bibułą, on dzielnie redagował propagandowy dwutygodnik "Student", usiłując oderwać mieszkańców akademików od "brudnej polityki" i nakierować ku sprawom obyczajowego wyluzowania tudzież poparcia słusznej linii Jaruzelskiego. Dowcip w Ostrzeszowie udał się wspaniale - nawet stary kompan p. Siwca, prezydent Alek, uśmiał się setnie i dołożył swój grosz, żądając, aby Siwiec uklęknął i pocałował ziemię. Nie ma to jak dobry witz po ciężkim locie salonką Mi-8, w towarzystwie nieocenionego "Jasia Wędrowniczka". No i kogo to obraża, skoro nawet surowy pan prokurator nie widzi w tym szczenięcym zbytkowaniu nic zdrożnego czy zabronionego. Najwyraźniej Ojczyzna nasza na tyle już została "zmodernizowana", że - brzydko mówiąc - publiczne robienie sobie jaj z największych świętości jest rzeczą normalną i dozwoloną. Coś, co jeszcze kilkanaście lat temu w głowie nie mogło się pomieścić, na co - w obawie przed paleniem komitetów - nie pozwalali sobie nawet komuniści, dzisiaj uchodzi Siwcowi na sucho. Biedny to naród, który daje sobie bezkarnie pluć w twarz; biedny to naród, który bluźnierców nie jest w stanie prać po pysku... Strasznie się ucieszyłem, gdy dzielna amerykańska ekipa powietrznych zwiadowców powróciła w rodzinne strony z "chińskiej niewoli". Transmitowana na żywo impreza powitalna była pięknie zaaranżowana, można się było wzruszyć, a nawet popłakać, patrząc na dzielnych amerykańskich chłopaków (no nie tylko, dziewczyny również) witanych przez nie takie jeszcze brzydkie amerykańskie żony (i mężów), dźwigające na rękach dobrze odżywione amerykańskie potomstwo. Płakałem wzruszony jak mops. Zastanawiam się tylko, dlaczego ci superwyszkoleni ludzie, zamiast zatopić latające supercacko w głębinach Morza Południowochińskiego, podarowali zabawkę chińskim komunistom? Fajnie, że wszyscy się uratowali, kto jednak dziś obliczy, ilu Amerykanów zginie w przyszłości przez to, że ChRL uzyskała dostęp do tego, co znajdowało się na pokładzie? Skoro pilot był w stanie wylądować w chińskiej bazie, a wcześniej jeszcze zastosował standardową procedurę podejścia 270 stopni, to równie dobrze mógł swego turbośmigłowca zatopić na dużej głębokości. No, chyba że bał się umoczyć nogawki. |