| Dokąd bieży Unia Wolności?
Środowisko Unii Wolności od dawna miało słabość do komunistów. Być może słabość ta datuje się jeszcze z czasów, kiedy rodzice obecnych działaczy razem pili wódkę, może od czasów, gdy Kiszczak wdawał się w długie rozmowy z uwięzionym, młodzieżowym Adasiem Michnikiem, być może pochodzi z okresu "okrągłego stołu", kiedy to wzajemnie poklepywano się po plecach i radośnie wymieniano numerami telefonów, być może ma ona inne podłoże... Nie wiem. Jest wszak oczywiste, że od dawna po uweckiej stronie politycznej barierki słychać ostrzegawcze pohukiwania - celował w tym wspomniany Adam Michnik, jak to komuniści (zwłaszcza ci młodzi, przedsiębiorczy, w rodzaju Kwaśniewskiego i Cimoszewicza) potrzebni są w polskim pejzażu do blokowania wpływu "nacjonalistycznych ciemniaków", "obskurantów", "szowinistycznych jełopów", których wchodząc do salonów Europy, musimy zostawić na klatce schodowej. Grupa skupiona koło "Gazety Wyborczej", która to przez długi czas stanowiła rdzeń uweckiej koterii, co rusz krzyczała ze strachu przed polskim "nacjonalizmem i zacofaniem", nie okazując jednocześnie żadnych odruchów obronnych wobec postkomunistycznej kliki. Mimo oficjalnych deklaracji, UW i SLD już dawno temu podały sobie rękę pod sejmową ławką, głosując wspólnie nad wieloma ustawami. Środowisko byłych "dysydentów" (na marginesie wypada zauważyć, że "dysydent" to po prostu "odszczepieniec", czyli określenie pasujące do komunistycznych "heretyków" w rodzaju Kuronia, obraźliwe zaś w odniesieniu do działaczy niepodległościowych) od dawna straszyło Polaków "dziką dekomunizacją", "dziką lustracją" i "zwierzęcym antykomunizmem". Oczywiście, "antykomunizm niezwierzęcy" w wydaniu samej Unii Wolności sprowadzał się do szukania głębi polskiej racji stanu w oczach byłych sekretarzy kompartii i picia z nimi bruderszaftów. Środowisko - generalnie mówiąc - byłych doradców "Solidarności" było tą grupą, która cały czas dbała, aby w nowej Polsce postkomuniści mieli wspaniałe życie i by nikt na nich za bardzo nie nakrzyczał - jak ktoś zaczynał krzyczeć, od razu odzywał się w "Wyborczej" Adam Michnik i młócił oponenta cepami argumentów tak długo, aż ten zestrachany schodził do katakumb Radia Maryja czy innych schronisk ideologicznych. Jak Michnik nie dawał rady, to uruchamiano stare kontakty i Wałęsa (w czasach, kiedy jeszcze był prezydentem) wzmacniał "lewą nogę". Oczywiście, komuniści w Polsce nigdy nie byli żadną lewicą czy socjaldemokracją. Są po prostu koterią władzy, i taką grupą pozostaną. Jak to kiedyś zgrabnie ujął Alain Besancon, "komuniści nie są ani z prawa, ani z lewa, oni są ze wschodu...". Piszę o tym, bo to całkiem głośno ćwierka się w Warszawie o tym, że UW smali cholewki do SLD. Wiadomo, skołowany naród gotów jest kolejny raz zafundować sobie komunistyczną większość w parlamencie kończąc tym samym zasmucający prezydenta Kwaśniewskiego okres "kohabitacji" z mniejszościowym rządem AWS-u. UW najwyraźniej chce się zabrać na pakę w pick-upie SLD i pojechać razem do rządzenia (jako "gwarancja kontynuacji polskich reform"). Paradoks historii jest jednak w tym, że SLD może nie potrzebować żadnych gwarancji, bo uzyska absolutną większość w najbliższych wyborach... I co wtedy? Ano, wtedy się okaże, że uwecki Murzyn zrobił swoje i teraz może jeszcze trochę poczekać... |