| Fascynacja
To było oczarowanie. W trzeciej klasie liceum starszy kolega zabrał mnie na wykłady do PWT, czyli - jak to się wówczas nazywało - Papieskiego Wydziału Teologicznego. Zajęcia odbywały się w klasztornych budynkach w centrum miasta. Mury grube na dwa metry doskonale izolowały od otaczającej degrengolady komunistycznej, a w gotyckich sklepieniach korytarzy echem niósł się odgłos kroków, przypominając o dziesiątkach pokoleń ludzi którym - jak mnie - stukały buty po tych posadzkach... Wszystkie te wrażenia były jednak niczym w porównaniu z samym wykładem. Właściwie Tischner nie prowadził wykładu z filozofii, on ten wykład myślał razem z nami i zachęcał, by wraz z nim myślami wędrować leśną ścieżką; stronić od przecinek i gościńców, a tyczyć własną drogę na przełaj. Tischner mówił o Heideggerze, beształ Sartre'a ("Sartre to telefon od Heideggera") opowiadał o Gadamerze, namawiał na Ricoeura. Dla mnie, dziecka, spowitego w bandaże programu nauczania komunistycznej szkoły średniej, było to odkrycie na miarę olśnienia; cóż z tego, że nie mogę jechać na wakacje zagraniczne i mieć kolorowego telewizora, skoro mogę tu razem z Tischnerem myśleć. To "współmyślenie" było jak umysłowy wywietrznik, przeskok "na drugą stronę lustra". Jakże orzeźwiająco brzmiała hermeneutyka w Tischnerowym wydaniu, przeplatana opowieściami o bacach Sądecczyzny i łapaniu pstrągów na rękę... Na Tischnerze wychowały się całe pokolenia. Tischner pootwierał im głowy... Potem odpłynąłem od krakowsko-góralskiego księdza-filozofa. Zaczęło mi się wydawać, że jego myśl jest w stanie "wyinterpretować" wszystko z wszystkiego, a on sam czerpie dużo przyjemności z faktu zainteresowania własną osobą; góralskie anegdoty poszarzały, stały się bardziej płaskie... Gdy Tischner zaczął brylować w liberalnych salonach, opowiadać dowcipy w towarzystwie Adama Michnika, gdy stał się symbolem kościelnego "postępu", robiło mi się do niego dalej i dalej... W końcu przestałem się interesować. Mimo to zawsze gdzieś tam z tyłu głowy nosiłem wspomnienie tych czarodziejskich uczt słowa, kiedy usiłowałem w kajecie złapać wszystko, co padało z jego ust. To on nauczył, aby starać się przenicować słowa i zajrzeć, co w nich siedzi po drugiej stronie, to on pokazał, jak interpretować na nowo, otworzył na Ingardena, Edytę Stein, Hannah Arendt i tylu, tylu innych, bez których człowiek skazany jest na wyważanie otwartych drzwi. Ks. prof. Józef Tischner nic więcej już nie powie. Trzeba zajrzeć do starych kajetów... |