| Gorzko w ustach
I znów ktoś próbuje zrobić Armii Krajowej koło pióra - niemiecki tygodnik "Der Spiegel" spopularyzował ostatnio "odkrycia", jakich ponoć dokonał w "dopiero co ujawnionych" archiwach sowieckich historyk Bernhard Chiari. Wynika z nich, że pod koniec wojny Armia Krajowa na Wileńszczyźnie prowadzić ponoć miała rozmowy z Niemcami w sprawie wystawienia do walki z Sowietami 18 batalionów piechoty. Cóż, gdyby była to prawda, oznaczałoby to naruszenie przysięgi i formalną zdradę takich wojsk. Gdyby była to prawda, dawno już Sowieci i ich PRL-owskie pieski wykorzystałyby te dokumenty w kampanii gnojenia "zaplutego karła reakcji". Położenie Polaków i polskich jednostek zbrojnych na wschodnich ziemiach było tragiczne. W miarę zbliżania się sowieckiego frontu coraz wyraźniej widać było, że ziemie te znajdą się pod sowiecką dominacją, lub też zostaną inkorporowane do ZSRS. Co to oznacza, większość mieszkańców wiedziała już od czasów pierwszej sowieckiej okupacji, po 39 roku, kiedy to czerwony terror pokazał się w całej krasie. Mimo tego tragicznego położenia londyńskie dowództwo Armii Krajowej zdecydowało się na plan Burza - postanowiono współpracować z Sowietami w "wyzwalaniu" - tak było właśnie w Wilnie, gdzie zakończyło się to katastrofą - wywózką i rozstrzelaniem polskich żołnierzy. Tak więc, Armia Krajowa nie współdziałała z Niemcami, lecz - wbrew logice - z Sowietami! Owszem, postawa dowództwa AK była krytykowana w wielu środowiskach. Były w Polsce ugrupowania, które dopuszczały możliwość pewnej współpracy z wojskiem niemieckim w walce z Sowietami. Zasadzało się to na założeniu, że Zachód nie dopuści do zajęcia Niemiec przez Stalina i wkrótce nastąpi rozejm z Niemcami i wojna z komunistami. Te ugrupowania to przede wszystkim endeckie Narodowe Siły Zbrojne. Taka współpraca miała miejsce w przypadku wyjścia z kraju Brygady Świętokrzyskiej. Mówił o tym por. NSZ Tadeusz Siemiątkowski w wywiadzie dla "Gazety" w 1997 roku. To właśnie z jego ust padło nazwisko oberfuehrera SS Wilhelma Fuchsa, na którego raport powołuje się w "Spieglu" Bernhard Chiari. Tadeusz Siemiątkowski wspomina: "Myśmy wiedzieli w tamtym czasie, że w Radomiu jest taki Niemiec, oficer Gestapo, nazywa się Fuchs, który uważał, że Niemcy muszą dojść do porozumienia z Polakami. To była jego «idee fixe». Pomysł nie był specjalnie jego, bo to kiełkowało całkiem na górze niemieckiego dowództwa. Doskonale wiedzieliśmy, że - zwłaszcza w głównym sztabie niemieckim - byli ludzie, którzy by tego chcieli". Dotyczy to jednak Narodowych Sił Zbrojnych, które mimo postępujących rozmów scaleniowych nie znajdowały się wówczas pod dowództwem Londynu... Nie dość że Polskie Państwo Podziemne pozostało, wbrew interesowi narodowemu, straceńczo i do końca, wierne zachodnim Aliantom, dzisiaj próbuje się deptać to dramatyczne poświęcenie, sugerując "współpracę z wrogiem". Być może trzeba było wówczas iść na tę współpracę, ratować ludzi i ocalić, ile tylko było można... Może dziś nie byłoby nam tak gorzko. |