| Koncesja na aferę
1.03.2001
Bez wolnych środków masowego przekazu nie ma wolnego społeczeństwa.
Jest to stwierdzenie banalne, mimo to w oczywisty sposób prawdziwe.
To dzięki gazetom, radiu, telewizji możni tego świata czują na sobie oczy społeczeństwa; wyborców, mieszkańców miasta, ludziom, którym w założeniu powinni służyć. Za sprawą swej demaskatorskiej roli właściciele środków przekazu i sami dziennikarze podlegają nieustannym naciskom. Nie ma bowiem dla osoby publicznej nic przyjemniejszego niż "prasa na smyczy i dziennikarz z kagańcem na pysku"; gazety uchodzące za niezależne, a w rzeczywistości posłusznie "liżące pana po rękach" - zaangażowane w promocję i propagandę. Różne są modele kontroli wolnego słowa, jedne drastyczne i barbarzyńskie - strzelanie do dziennikarzy na ulicach i zamykanie ich do więzień, inne bardziej wyrafinowane i mniej widoczne - cenzura i autocenzura. Ta druga jest jednym z najbardziej niebezpiecznych przejawów kontroli, w którym sznurki pociągające lub blokujące dziennikarskie pióro są ukryte w umysłowym autopilocie. Autor wie, że danego tematu lepiej nie dotykać, lepiej zająć się pierdołami, skierować na bezpieczną ścieżkę, milczeć, gdy wygłaszany jest kontrowersyjny pogląd, odwracać oczy gdy na wierzch wyłazi nagość króla... Przykłady? Tak zachowała się niedawno w wywiadzie z Michnikiem i Kiszczakiem pani Monika Olejnik, dama uchodząca za jedną za najbardziej drapieżnych kocic słowa. Gdy Michnik rozgrzeszał w imieniu Polski Kiszczaka i Jaruzelskiego, gdy sam sobie przeczył i plótł trzy po trzy, pani Olejnik siedziała spokojnie, nie przerywając i nie łapiąc za słowa... Przypadek, zmęczenie, niewyspanie, a może PMS? Otóż najprawdopodobniej autocenzura - niechęć do wynajdywania pęknięć w lansowanej przez wodza socjaldemokracji (nie nie tej z SLD) wersji polskiej historii i wdawania się w spór Michnika z dawnymi kolegami z opozycji. Kolejny przykład - wyrok na "Życie" i Wołka w sprawie o zniesławienie Kwaśniewskiego. W tym wypadku chodzi już nie tylko o pojedynczą osobę, lecz o wydawnictwo. Chodzi o to, aby sami właściciele środków przekazu - obawiając się wielomilionowych odszkodowań zakładali tłumiki na redakcje. 2,5 miliona złotych nawiązki na rzecz powodzian, to dużo nawet dla takiego pisma jak "Życie". Proces w sprawie Kwaśniewskiego Ałganowa pokazuje jak bardzo jest niedojrzała polska demokracja, jak mały udział ma w niej obywatelskie społeczeństwo, a jak wielki koterie i polityczne mafie. Dziennikarze "Życia" dopełnili wszystkich obowiązków, przygotowali materiał według obowiązujących zasad sztuki, zabezpieczyli się nagraniami ze świadkami. Ci sami świadkowie w trakcie procesu postraszeni (ciekawe przez kogo) mówili co innego... Skazujący wyrok sądu w przypadku "Życia" to dowód na skuteczność wysiłków okiełznywania wolności słowa w Polsce, spowodowania, by dziennikarz dwa razy się zastanowił zanim zacznie pisać o tym, co widzi i słyszy. Chodzi o to, aby były tylko te "afery watergate", na które będzie pozwolenie... |