| Konkretny wybór
Susan Martinuk pisze we wczorajszym "National Post", o rozpanoszeniu się i dyktacie radykalnych lesbofeministek w agendach ONZ. Są to panie, dla których tradycyjna rodzina czy ochrona życia poczętego to formy opresji, dyskryminacji i męskiego szowinizmu. W Nowym Jorku zakończyła się właśnie w sobotę zorganizowana przez Narody Zjednoczone konferencja kobieca na temat równouprawnienia płci. Susan Martinuk twierdzi, że delegaci centrowych czy też konserwatywnych organizacji nierządowych, byli wielokrotnie "zakrzykiwani" przez agresywne delegatki spod sztandarów femilewicy. Zresztą biurokracja NZ umyślnie ograniczyła liczbę nierządowych zachowawczych organizacji na konferencji... Pani Martinuk pisze też rzecz ciekawą: "Gdy stosowanie biurokratycznych kruczków do manipulowania przebiegu (konferencji kobiecej) nie wystarczyło, odwoływano się do mniej wyrafinowanych środków nacisku. I tak, opowiadający się za polityką prorodzinną i przeciwko aborcji delegat z Polski został napomniany, aby poprzeć "prawa seksualne i reprodukcyjne kobiet", gdyż w przeciwnym wypadku jego stanowisko zagrozić może... przyjęciu Polski do Unii Europejskiej". O ile mnie pamięć nie myli, polskim delegatem na konferencję był Jerzy Kropiwnicki od wczoraj jeden z ważniejszych ministrów w polskim rządzie, a wcześniej szef rządowego Centrum Studiów Strategicznych... Nie o nazwiska tu chodzi, lecz o sam przykry i powtarzający się fakt mini-szantażyków używanych przez różnego rodzaju grupy nacisku i lobby, które przy okazji przystępowania Polski do Unii upiec chcą własne interesy. Wiadomo, że jest na świecie kilka bardzo potężnych grup wpływów, wiadomo, że Polsce na wczesnym przystąpieniu do unii zależy, więc czemuż nie wykorzystać tej sposobności, by nieco Polaków utemperować? Problem to poważny. Liczni polscy politycy przedstawiają przyjęcie III RP do Unii Europejskiej na zasadzie chwytania się koła ratunkowego; dopływania do bezpiecznego brzegu, przystani, gdzie - gdy tylko nas wpuszczą - ustaną sztormy i skończą się gospodarcze kłopoty. Słowem, nie ma w Polsce debaty nad przystąpieniem do Unii, a są jedynie hurra-optymistyczne "promocje" organizowane za pieniądze podatników i - z drugiej strony - szowinistyczne pohukiwania przeciwników Europy. Tymczasem, dobrze by się stało, aby przedstawiono rachunek strat i zysków. Przede wszystkim zaś, aby proces negocjacyjny był możliwie najbardziej otwarty i czytelny dla przeciętnego obywatela. Jeśli do związku Europy wchodzić będziemy jak biedny kuzyn, czapkując i całując po rękach dobroczyńców - stracimy na tym sporo; jeśli zdołamy sami podźwignąć kraj i wejdziemy jako naród zasobny i z dużymi aspiracjami, możemy sporo wygrać. Jest to konkretny wybór i mieszkańcy Polski powinni go samodzielnie uczynić. |