| Naga prawda
I znów poszło o datę. Premier Buzek, który jest przewodniczącym Komitetu Integracji Europejskiej, mówił co innego, niż Jacek Saryusz-Wolski, sekretarz KIE. Ostatecznie premier wytłumaczył, że nastąpiło jedynie drobne nieporozumienie, a dziennikarze mylą datę przygotowania Polski do wstąpienia z datą, kiedy Unia Polskę przyjmie. Jak zwał, tak zwał, chodzi o to, że termin wstąpienia, jaki przyjmuje Polska, 1 stycznia 2003, jest już dziś nierealny. Urzędnicy w Brukseli twierdzą, że rok 2003 to fikcja, gdyż poszerzenie może nastąpić najwcześniej 1 stycznia 2004 roku i nie jest pewne, czy obejmie Polskę. Niestety cała zabawa robi się coraz bardziej żałosna, zaś naga prawda coraz częściej prześwituje, przez wytarte polskie portki. Prawda to taka, że kilka lat temu wydawało się, iż Europie na Polsce zależy. Nikt nie podważał opinii, że Polska jest faworytem w wyścigu do Unii. Dziś coraz częściej mówi się o tym, że Warszawa sprawia Unii najwięcej kłopotów i poszerzanie należy zacząć od krajów małych, które UE jest w stanie łyknąć bez niestrawności. A Polska? Cóż, Polska tak naprawdę nie ma Unii nic do zaoferowania; nie ma w rękawie żadnego poważnego atutu. Jak to zauważył PSL, jeden z najpoważniejszych punktów przetargowych - otwarcie dla firm europejskich 40-milionowego polskiego rynku - dawno już został zaprzepaszczony. Unia ma w obrotach handlowych z Polską olbrzymią nadwyżkę, to polscy konsumenci tworzą miejsca pracy w krajach Unii, a nie odwrotnie. Polska nadgorliwie, jednostronnie otworzyła swój rynek w latach 90., uważając, że udowodni w ten sposób Brukseli, iż poszerzenie się opłaca. Unia skwapliwie z tego skorzystała, zabezpieczając własne interesy. Premier Buzek przekonuje, że Europejczyków musimy szybko złapać za nogi - wówczas to spłyną do naszego kraju wielomiliardowe fundusze pomocowe... Fundusze takie z pewnością poprawią położenie rządu, czy jednak pomogą Polsce? Pomoc zewnętrzna zazwyczaj zamiast stawiać na nogi, uzależnia od wsparcia... Polska mogła być krajem, na przyjęciu którego Unii Europejskiej by zależało. Szansę taką zaprzepaszczono wraz z ukatrupieniem polskiej produkcji przez zwiększanie opłacalności importu (dokonano tego poprzez manipulacje kursami walut). Gdyby polski przemysł tanio produkował na rynki regionalne, gdyby polskie zboże, ziemniaki, owoce, i przetwory wypierały europejskie towary z rynków trzecich, gdyby polską reformę finansowano z nadwyżki eksportowej, a nie z wyprzedaży majątku i z zagranicznego kapitału spekulacyjnego, wówczas być może na nowych polskich paszportach już dziś znajdowałoby się słowo "Europa", zaś my, biedne żuczki polonijne, garnęlibyśmy się hurmem do polskich konsulatów po dokument dający możliwość osiedlenia i stałej pracy we Włoszech, Francji czy Niemczech. A tak... A tak, to niestety, poszliśmy z Europejczykami do łóżka przed zawarciem małżeństwa, a teraz błagamy o jakąś przyzwoitą datę ślubu... |