| Orzynani jak frajer w trzy karty
Mówiła to kiedyś KPN, od pewnego czasu mówi głośno PSL. Polacy zaczynają dostrzegać kant walutowy, jakim od kilku ładnych lat karmi się polski rynek. Pisałem już o tym kilka razy wcześniej, więc powtórzę tylko w małych punktach: zło pierworodne obecnego systemu walutowo-handlowego bierze się z reformy Balcerowicza. On to właśnie zgasił rozpętaną przez Rakowskiego hiperinflację, wprowadzeniem "wewnętrznej wymienialności złotego" i odgórnym ustanowieniem kursu wymiany. Nagle szara złotówka, która z trudem ścigała towary po pustych półkach, mogła zostać po korzystnym kursie przemieniona w kantorze na zielone dolary, co za tym idzie, mogła kupić zachodni szajs, który milionami ton zaczął napływać do odrodzonej Polski. Polak cieszył się jak dziecko, widząc kolorowe świecidełka i perkal, który do owej pory zalegał tylko w zaklętych rewirach pewexów. Jednocześnie, cały zabieg spowodował podrożenie polskiej produkcji i polskiego szajsu - rosły nawisy płatnicze, fabryki plajtowały przejmowane przez obcych i rodzimych spryciarzy, bilans handlowy wołał o pomstę do nieba - biedna Polska zamiast zarabiać na eksporcie, przejadała wpływy z prywatyzacji. Dziś problemu niskiej opłacalności polskiej produkcji nie da się już zamiatać pod dywan. Polityka przewartościowanej złotówki szczególnie dotkliwie niszczy polską wieś. Na wsi się produkuje, i jeśli w ciągu każdego roku o 10-15 proc. podnosi się opłacalność importu w porównaniu do produkcji krajowej, to polski chłop nie bardzo wie, o co chodzi i kim są ludzie, którzy rządzą krajem. Dlaczego rośnie opłacalność importu? A dlatego, że kurs złotego wobec walut obcych pozostaje na mniej więcej stałym poziomie, przy pokaźnej inflacji na rynku wewnętrznym. Piątkowy apel PSL w sprawie kursu złotego jest rozsądny. Polska znalazła się w ślepym zaułku. Nikomu nie opłaca się inwestować w polską produkcję. Kraj powoli zamiera przy bezrobociu sięgającym 20 proc. Złoty musi zostać zdewaluowany, każdy rząd ucieka jednak od tego jak od ognia, bo oznacza to spore perturbacje i możliwość skoku inflacji. Sytuację ratuje więc zagraniczny kapitał spekulacyjny i potężna, odstająca znacznie od wskaźnika inflacyjnego, stopa procentowa. Z kolei ta właśnie stopa poważnie ogranicza dostęp do kredytu inwestycyjnego, co za tym idzie, jedyny kapitał, jaki tak naprawdę stać na inwestowanie w Polsce, to kapitał zagraniczny - dysponujący tanim kredytem z zagranicznych banków. W ten oto sposób koło wyżymania Polski się zamyka, a kiedy ktoś zaczyna podnosić głowę i niezgrabnie przebąkuje, że może oto tracimy suwerenność gospodarczą i jesteśmy orzynani niczym frajer w trzy karty, to wówczas zalewa się takiego faceta ekonomicznym żargonem i wyśmiewa jako oszołoma. Zmowa milczenia trwa zaś dalej. |