| Wizjonerzy
16.06.2000
W opłotkach znów jest wesoło. Oto czytam sobie w popularnym
"SUN-ie", że radny Toronto David Soknacki stoi na czele "grupy inicjatywnej",
postulującej, by miasto zatrudniło "etatowego" poetę. Bard taki, miałby
układać co tydzień, lub co miesiąc - sprawa nie została jeszcze dogadana
- kuplety o bieżących problemach naszej wszechświatowej metropolii
- na przykład: o plastykowych łosiach, korkach na Gardinerze, albo
o żonie burmistrza.
Wspaniały pomysł! Nie ma to jak trochę zabawy i rozrywki pod patronatem ojców naszego grodu. Postuluję zatem, aby wraz z bardo-pieśniarzem nająć od razu etatowego błazna i ewentualnie dorzucić połykacza ognia. W końcu, każdy przyzwoity dwór posiadał takowych na stanie, a i pan Soknacki miałby gdzie złożyć podanie o pracę, gdy w jesiennych wyborach municypalnych powinie mu się (miejmy nadzieję) noga. Z kolei inny pan radny, Bill Saundercook, wcale nie prześmiewczo postuluje usprawnienie komunikacji miejskiej i "udrożnienie" naszej widokowej autostrady w centrum, poprzez wydzielenie jednego pasa dla autobusów, taksówek i aut wiozących co najmniej trzy osoby. Dzięki takiemu pociągnięciu - przekonuje Saundercook - korki na Gardiner Expressway przejdą do historii, a my zaparkujemy spokojnie auto na stacji przesiadkowej, skąd wydzielonym pasem (niczym naziemnym metrem) pognamy autobusami do centrum... Ta wspaniała perspektywa, nie zdołała jednak porwać innego wizjonera publicznej komunikacji, przewodniczącego rady TTC, Howarda Moscoe. Moscoe ma inny "pomysł na miasto" - udrożnienie obecnego systemu metra poprzez budowę monstrualnych parkingów przy stacjach... Z dwojga złego wybieram pomysł Saundercooka i już zaczynam się rozglądać za starymi manekinami, które mógłbym, w charakterze "pasażerów", na stałe posadzić do auta. W końcu, gdy dzielą na równych i równiejszych, trzeba plasować się w awangardzie... A co, nie? Poważnie zaś mówiąc, komunikacja miejska nie jest w stanie zastąpić samochodu - przynajmniej nie w amerykańskich metropoliach. Dlatego słodkoidiotycznymi pomysłami (nie kłamię, sam słyszałem w TV) - aby centrum Toronto zamknąć dla ruchu, można dzieci straszyć. Dla ruchu to można sobie zamykać europejskie starówki, a nie centrum finansowe kraju takiego jak Kanada. Zadaniem miejskich radnych jest pilnowanie, aby m.in. to centrum sprawnie działało; było nie było, jest to pikające serduszko tej metropolii i gdy go nie stanie, kto da pieniądze na plastykowe łosie i poetów? Bez usprawnienia śródmiejskiej komunikacji (tej podstawowej, samochodowej) centrum grozi obumarcie. Gdy firmy wyprowadzą się na obrzeża, pod lotnisko, lub do Vaughan, w centrum Toronto, w opuszczonych biurowcach i halach pozostaną bezdomni, rowerzyści, prostytutki, narkomani, poeci, filmowcy i amatorzy śródmiejskiego spleenu... |