|
.
|
.Myśmy już wtedy wiedzieli...
Z
por. Tadeuszem (Mazurem) Siemiątkowskim, byłym dowódcą Komórki Likwidacyjnej
Związku Jaszczurczego i specjalnego oddziału bojowego Narodowych Sił Zbrojnych
- rozmawia Andrzej Kumor
Działalność
Narodowych Sił Zbrojnych, a zwłaszcza walka i wyjście z kraju na Zachód
Brygady Świętokrzyskiej, należą do przemilczanych, a w najlepszym razie
przekłamanych kart dziejów polskiego oręża. Na szczęście. żyją jeszcze
ludzie, którzy brali udział w tamtych wypadkach.
***
Pan Tadeusz (Mazur) Siemiątkowski ma
86 lat. W czasie wojny dowodził oddziałem bojowym pozostającym do bezpośredniej
dyspozycji Komendy Głównej Związku Jaszczurczego. Grupa ta początkowo zwana
była KL-em (Komórka Likwidacyjna), później występowała jako "Oddział Tadeusza"
lub "Oddział Mazura". Jak pisze we wspomnieniach sam dowódca, oddział był
historycznie "przedłużeniem bardziej bojowej części akademickiego środowiska
warszawskiego o zabarwieniu narodowym (głównie spośród członków ONR)".
(...)Entuzjazm był jednak podszyty pewnym niepokojem. Pochodziliśmy z narodowego
środowiska akademickiego. Chociaż część z nas ukończyła uczelnie przed
wojną, więź wspólnych myśli i przeżyć nie przerwała się i grupa ta stanowiła
pewną całość. Jak w całym szeroko pojętym Obozie Narodowym, mieliśmy własny
pogląd na przebieg wydarzeń w historii Polski, odmienny od oficjalnie podawnego
w podręcznikach szkolnych. Dziwiło nas niedołęstwo Sejmu Wielkiego u schyłku
Rzeczypospolitej, dreptanie w kółko wojska polskiego w powstaniu listopadowym,
czy też fakt bezmyślnego powstania styczniowego w najbardziej nieodpowiedniej
chwili, itp. itd.
Toteż od początku nurtowały nas
podejrzenia i obawy: czy obecna walka nie zostanie poprowadzona w podobny
jak dawniej sposób, pod wpływem tych samych czynników? Czy i teraz będziemy
wyciągali kasztany z ognia dla kogo innego? Czy znów dumnie będziemy podcinali
gałąź, na której siedzimy?
Nie mieliśmy krzty zaufania do Rządu
w Londynie, ani kierownictwa ZWZ, i całą siłą poparliśmy decyzję naszej
góry utrzymania jednej organizacji wojskowej, w naiwnej nadziei, że będzie
ona rozbudowana do poziomu rzeczywistej siły zbrojnej, zdolnej poprzeć
polityczne decyzje, niezależnie od nikogo z zewnątrz..."
***
A.K.: Panie Tadeuszu, historia Narodowych Sił Zbrojnych jest
niesamowicie intrygująca: z pożogi wojennej i z pożogi komunizmu uratowano
ponad 1000 osób, które pod bronią opuściły Polskę...
T.S.: Pan mówi o Brygadzie...
A.K:. Jak Pan trafił do Narodowych Sił Zbrojnych i jak toczyły
się Pana losy w czasie wojny?
T.S.: To się zaczęło w latach 30. wstąpiłem do Obozu Wielkiej
Polski, a potem, - gdy rząd sanacyjny go rozwiązał - do ONR-u - Obozu
Narodowo-Radykalnego. Ten po dwóch miesiącach też został zdelegalizowany,
ale utrzymał się w konspiracji i ja w dalszym ciągu w nim byłem.
Jak przyszła wojna, to naturalnie zostałem zmobilizowany. Nie
oddałem ani jednego strzału, tylko uciekaliśmy na wschód, a w pierwszych
dniach października wróciłem do Warszawy.
Tam żeśmy się zebrali, już w trochę mniejszym gronie, niektórzy
zginęli, innym udało się pójść na Zachód - była nadzieja, że tam będzie
rząd i stworzona zostanie armia. Tak więc część poszła na Zachód a myśmy
stworzyli organizację wojskową: Związek Jaszczurczy, "zet-jot" - popularnie.
Naturalnie, związek ten nie miał początkowo wielkich możliwości
działania - przede wszystkim myśmy zostali naprawdę zdezorganizowani, nie
mieliśmy żadnej broni. Nie można było wiele zrobić. Hubal - był ostatnim
partyzantem, który został zniszczony. No, ale mówiło się: "poczekamy, wojna
się rozpali...". Sądziliśmy, że ten sojusz stalinowsko-hitlerowski to jest
lipa i wszystko się wkrótce rozwali, na wschodzie zacznie się wojna, a
my musimy się przygotować psychicznie i podtrzymywać ducha narodu przez
wydawanie gazetek.
Namnożyło się wówczas tych gazetek w niesamowity sposób, podobnie
jak namnożyło się tych tajnych organizacji wojskowych. Na początku to było
ich chyba kilkaset. No, ale łączyły się i w końcu pozostało kilka, które
wyraźnie były stworzone przez przedwojenne, a istniejące tajnie w tym czasie
partie polityczne, jak: endecja, organizacja chłopska czy socjalistyczna.
A.K.: Jaki stosunek przyjął "zet-jot" do powstającj wówczas
Armii Krajowej?
T.S.: No, jeszcze wtedy Armii Krajowej nie było.
Mieliśmy straszny żal do dowództwa Polskich Sił Zbrojnych, do
Rydza-Śmigłego i całej tej ferajny politycznej.
Wszystko było w proszku i Sikorski, który był w opozycji do Sanacji,
zaczął tworzyć organizację rządową, najpierw była to Służba Zwycięstwa
Polski.
Ponieważ większość oficerów to byli piłsudczycy, to oni to wszystko
później zaczęli przejmować i ta Służba przerobiła się na Związek Walki
Zbrojnej. Ta organizacja robiła się największa, bo miała pieniądze.
Początkowo ta grupa "sikorszczyków", że się tak wyrażę, chciała
od razu i nas wciągnąć, ale myśmy się opierali, bo nie mieliśmy do nich
zaufania. Wiedzieliśmy, że zrobiono straszny błąd i doprowadzono do takiej
katastrofy - to była taka niechęć do tych zawodowych oficerów. No więc
to się tworzyło dość wolno...
A.K.: Niechęć ze względu na katastrofę wrześniową?
T.S: Tak, no a znowuż naszych "narodowych" oficerów nie mieliśmy,
bo ci którzy byli, to jeszcze pochodzili z pierwszej wojny, więc byli starzy
i się nie nadawali.
Przez jakiś czas to wszystko były osobne organizacje i niewiele
w sumie robiące - i tak nie było wielkich możliwości działania.
Ich siedzibą stała się Generalna Gubernia, bo na wschodzie NKWD
zlikwidowała wszystko bardzo szybko, a na zachodzie był bardzo silny terror.
Tak że tylko w Generalnej Guberni coś się tworzyło.
A.K.: Jak Pan myśli, dlaczego NKWD zdołała tak skutecznie
rozprawić się z podziemiem?
T.S.: Komuniści! - proszę pana - NKWD miała od razu informacje.
Bardzo szybko!
A.K.: Czyli po prostu zdrada, ludzie donosili na swoich sąsiadów?
T.S.: Tak! Tak że tam bardzo szybko się uporali. No i bardzo
szybko zaczęto wywozić elitę polską. Nie tylko zresztą elitę, wywożono
wszystkich ludzi, Polaków z tych terenów. Na tamtych terenach, to byli
ludzie często niewykształceni, dużo chłopów, ale to byli ludzie świadomi!
Polacy! Doskonale świadomi swojego pochodzenia! Więc NKWD zaczęła ich wszystkich
wywozić na Syberię i, zanim przyszli Niemcy, zdążyli dużo wywieźć.
A.K.: Kiedy Narodowe Siły Zbrojne rozpoczęły działania bojowe?
T.S.: Dość późno - to jest zresztą zupełnie osobny temat.
W każdym razie, gdy tylko Niemcy poszli na wschód, to zaraz i
od nas, a zwłaszcza z tego Związku Walki Zbrojnej pojechali i tam zaczęto
tworzyć z tych niedobitków organizacje wojskowe.
Ja używam słowa "wojskowe", a nie "zbrojne", dlatego że z bronią
było bardzo krucho...
NSZ - to jest skrót od "Narodowe Siły Zbrojne" - ja nie wiem,
dlaczego wymyślono tę nazwę - to Stypułkowski1 wymyślił
- bo to były takie "siły zbrojne", bez broni.
W każdym razie, mniej więcej w roku 1941 na jesieni pojechałem
nawiązać kontakt do Lwowa. Jeździliśmy tam i odnajdywali te niedobitki:
sterroryzowane, przerażone... Inne organizacje robiły to samo.
A potem już w 42 roku zaczął się pęd do scalenia tych wszystkich
kół, zwłaszcza zaś nacisk ze strony Londynu, który miał pieniądze i czasami
kupował...
A.K.: Kupował organizacje?
T.S.: Tak, po prostu dawał pieniądze. Tak było ze Stronnictwem
Narodowym, które bardzo wcześnie założyło Narodową Organizację Wojskową
(NOW). Była ona dość silna i Londyn naciskał, aby to łączyć. Również i
w naszym pojęciu to łączenie było słuszne - trzeba było przecież
działać razem - choć, oczywiście, mieliśmy duże zastrzeżenia i nie bardzo
nam się podobało, że ZWZ z powrotem obsadza Sanacja, a Londyn przysyłał
pieniądze i oni mogli szeroko działać. I działali!
Wtenczas utrzymywano bardzo rozbudowane kontakty polityczne,
wszyscy się zgadzali, że powinniśmy się łączyć.
Stronnictwo Narodowe, PSL, socjaliści i chadecja utworzyli przedstawicielstwo
politycze narodu polskiego w kraju. Gdy się połączyli politycznie, powstał
nacisk, by połączyli swe oddziały zbrojne. Po dłuższych pertraktacjach
zgodzili się, iż powstanie jedna siła zbrojna dowodzona przez dowództwo
wojskowe w Londynie. I tak powstała Armia Krajowa.
Były tam różne sprzeciwy, bo wciąż jeszcze była ta niechęć do
Sanacji - a już wtedy wiadomo było, że AK będzie w rękach Sanacji. No,
ale cóż, trzeba było się łączyć, a Londyn dawał pieniądze. No i jak pokazali
pieniądze, to wszystko poszło dużo łatwiej.
I tak polityczna organizacja Stronnictwa Narodowego zdecydowała,
że podporządkuje NOW (Narodową Organizację Wojskową) Armii Krajowej.
Wtenczas - a było to w połowie roku 42 - nastąpił "wybuch":
grupa zaciętych endeków powiedziała: "my nie idziemy". Mniejsza część kadry
zdecydowała się, że nie wejdzie do AK, i nastąpił rozłam.
W polskiej armii zawodowej było trochę endeckich oficerów. Oni
zostali ściągnięci do NOW, więc tam komendantem był zawodowy pułkownik
Rokicki. On się ostatecznie zgodził na podporządkowanie - zawarto umowę,
na jakich zasadach to wszystko będzie włączone do AK. Jednak dowództwo
Armii Krajowej nie dotrzymało później tych umów...
A.K.: Jaka była oś sporu między tymi, którzy dążyli
do jednoczenia się z AK, a przeciwnikami scalenia? Czy chodziło o sprawy
polityczne, czy wojskowe?
T.S.: Częściowo to chodziło o osobiste sprawy, a częściowo i
polityczne, była to niechęć z dawnych czasów, nie wierzyli dowództwu Armii
Krajowej i się wyłamali.
W każdym razie delegatura AK przekupiła po prostu... Wie pan,
ja panu to mówię, ale nie mam na to dowodów - ja to słyszałem, to
było głośne... Politycy narodowi, którzy weszli w ten "kwadrat", dostali
"zapomogi" - tak się to nazywało. Nie wiem tam ile, może z dziesięć tysięcy
dolarów miesięcznie - dla całej organizacji politycznej. Zresztą dowództwo,
oficerowie, którzy weszli, byli od razu na pensji. No i były pieniądze!
Londyn dawał, nie miał dużo, ale dawał!
***
Grupa, która się wyłamała i nie poszła na scalenie, to była tzw. grupa
Stojanowskiego i Stypułkowskiego. Ta grupa została sama.
Mieliśmy kontakty z dawnych czasów, bo przecież ONR też się wyłamał
kiedyś ze Stronnictwa Narodowego. Myśmy się wszyscy znali. Stypułkowskiego
znałem jeszcze z czasów akademickich. Stojanowskiego już osobiście nie
znałem, bo to był starszy facet, ale tych młodszych, którzy studiowali
przed samą wojną, to osobiście znałem. Gadali, gadali i w końcu dogadaliśmy
się tak, że powiedzieli: stworzymy razem jedną organizację - jest jeszcze
dużo innych organizacji, które też mają zastrzeżenia do sanacyjności AK,
i one się zgodzą przyjść do nas.
Postanowiono stworzyć Narodowe Siły Zbrojne.
Wtedy dołączyła też cała grupa małych organizacji. Dla mnie osobiście
ważna jest jedna, która działała na północny wschód od Warszawy, była to
organizacja "Wilków", nieduża, ale bardzo dobrze zorganizowana.
A.K.: To były organizacje polityczne, czy już partyzanckie?
T.S.: To już były organizacje wojskowe, ale miały swoje poglądy
polityczne, i to dość zbliżone do naszych.
A.K.: Pytałem o działania zbrojne. Kiedy podjęto je po raz
pierwszy?
T.S.: No więc, działania zbrojne to ciężka historia, proszę pana.
Praktycznie, za dużo ich nie było. Dlatego, że politycy narodowi
nie lubili sił zbrojnych...
Nie wiem, czy zna pan historię z czasów pierwszej wojny światowej?
Słyszał pan o Legionie Wschodnim? To był symbol tego, jak do sił zbrojnych
podchodzi Stronnictwo Narodowe (wtenczas jeszcze Narodowa Demokracja).
Przed samą wojną, jak Piłsudski zaczął tworzyć Strzelca i swoje Legiony,
to endecja zauważyła, że on ściągnie całą młodzież i szybko zaczęła
tworzyć swoje organizacje wojskowe, Sokoła itp.
...to samo było podczas drugiej wojny światowej; gdyby nie stworzyli
NSZ czy NOW, to byłoby tak samo; oni o tym wiedzieli i dlatego zakładali
organizacje wojskowe.
Działacze nie lubili jednak wojska, ale wiedzieli, że trzeba
je stworzyć, bo inaczej młodzież odejdzie. Były podchorążówki, bardzo szybko
napisano i wydrukowano podręcznik dowódcy plutonu itp.
Póki to można było robić w czterech ścianach, to było dobrze.
Wszyscy rozumieli, że nie można od razu zaczynać walki. Terror był silny,
wpadki i aresztowania były ciągle. Tłumaczyli wszystkim, że teraz nie da
rady robić akcji wojskowych, bo nie mamy broni, dobrej organizacji, dlatego
trzeba się szkolić propagandowo...
Zaczęło się dopiero po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej. Wtenczas
już tam na wschodzie zauważyli, że coś robić można, a poza tym tu, na terenie
Generalnej Guberni, było dużo agentów; Gestapo znalazło ludzi - były aresztowania.
W 1941 stało się jasne, że trzeba stworzyć organizacje partyzanckie
na wsi, a w mieście jakieś oddziały, które się wezmą za tych agentów.
Ponieważ wiedzieli, że myśmy byli... że były organizacje,
które jeszcze przed wojną walczyły z "bronią", zwrócili się do nas... No
to nie była broń we właściwym tego słowa znaczeniu - z kastetami, z pałkami
walczyło się z komunistami - którzy, proszę pana, tak samo mieli
swoje bojówki, też z pałkami. I myśmy się już wtedy na terenie akademickim
bili. I to były niezłe walki!
W tych grupach, które weszły do "zet-jotu" i później do NSZ,
w tych grupach powstała myśl, że trzeba coś zrobić z tymi agentami Gestapo...
Ja stworzyłem pierwszą grupę - w tym czasie jeszcze w "zet-jocie".
Na początku była bardzo malutka. Od razu były zastrzeżenia, aby to nie
były za duże grupki i nie za bardzo uzbrojone. Już na samym początku gdy
ja mówiłem: co znaczy bez broni?! Bez broni nic się nie zrobi! Trzeba mieć
broń! Były długie dyskusje i w końcu wytrzasnęli skądeś dwa pistolety i
powiedzieli: Ale ty nie rób dużej grupy...
Zresztą te pistolety, zdaje się po dwóch tygodniach mi odebrali
- bo powiedzieli, że były pożyczone na krótko...
Jak mi zabrali, znalazłem się w kłopocie: przyszła pierwsza robota,
mówią: "jest agent", trzeba go zlikwidować! No to ja mówię: "zabraliście
te dwa pistolety i nie ma jak". Już wtedy wiedziałem, że możemy liczyć
tylko na własną inicjatywę i zaczęliśmy szukać broni na własną rękę; bo
tego agenta trzeba było już strzelać...
Już wtedy żeśmy się szkolili w takiej walce niezbrojnej -
znałem ju-jitsu i na razie tych swych chłopaków w tym ćwiczyłem.
Trenowałem ich dlatego, żeby się lepiej czuli. Wiedziałem, że
jak mnie aresztuje jeden gestapowiec, to sobie z nim dam radę. Zacząłem
ich szkolić i jeszcze doszkalać siebie. Śmieszna rzecz: w Warszawie (za
okupacji) były dopuszczalne zakłady gimnastyczne, istniały oficjalnie i
można tam było uprawiać zasadniczą gimnastykę. Tak się złożyło, że
przez miasto przejeżdżał w drodze na wschód niemiecki mistrz od ju-jitsu,
który z jakiegoś powodu został zatrzymany w Warszawie. To był bardzo porządny
chłopak. Przeczytawszy w gazecie reklamę tego zakładu gimnastycznego, zgłosił
się tam i powiedział: "no to ja wam pomogę, będę was ćwiczył...". I nic
nie było z jego strony - naprawdę - żadnej wpadki. Ja się uczyłem od niego,
a zaraz potem zacząłem uczyć tamtych moich chłopaków. To trwało przez dwa,
trzy miesiące - w końcu jednak go wysłali - ale nas trochę więcej poduczył...
***
W każdym razie, przekonałem moje Dowództwo, że z agentami Gestapo
nie można się bardzo bawić: trzeba mieć broń. Jeden z moich chłopaków miał
kolegę, komunistę, i powiedział: "to ja od niego pożyczę." I pożyczył!
Pierwszą robotę więc żeśmy zrobili z broni komunistycznej. Ja
bardzo lubię to podkreślać, bo moim celem było zawsze, żeby wykorzystywać
jednego wroga przeciwko drugiemu wrogowi, i to było pierwsze takie wykorzystanie.
Potem na wielką skalę zrobiła to Brygada Świętokrzyska.
Po tej robocie zaczęliśmy szukać. Kupiliśmy kilka sztuk, bo w
sprzedaży na czarnym rynku była broń krótka - bardzo droga - ale była.
Tymczasem, grupa "Wilków" z Wołomina dowiedziała się o pewnym
sposobie od złodziei kolejowych, którzy kradli w porozumieniu z polskimi
kolejarzami; kolejarze zatrzymywali semaforami pociągi, które szły na wschód...
Ci "nasi" złodzieje pokazali jak to robić, skakali na te wagony; naturalnie
one były zaplombowane, więc trzeba było odplombowywać. Naturalnie, gdy
ochrona kolei (Bahnschutze) to zauważyła, to były strzelaniny i zdarzały
się ofiary. Przeważnie wybierano noc, kiedy była mgła. Niestety, najwięcej
było bomb i pocisków artyleryjskich; dla nas to nie miało żadnej wartości.
To już był rok 1942 i już wtedy widać było, że Niemcy coś
nie za bardzo tam idą w Rosji i my będziemy mieli do czynienia z Sowietami
- więc ja mówię: "jak jest artyleria, to należy ją pogłaskać, niech jedzie,
krzyżyk na drogę i niech katrupi tych Sowietów".
Taka była mniej więcej taktyka.
Z tego źródła Wołomin nas bardzo dużo zaopatrywał.
Później doszły kontakty na dworcach kolejowych, gdzie były masy
przesyłek i jak tam coś podejrzanego, jaką paczkę, zobaczyli, to już nasi
chłopcy tam byli - pracowali. Taką paczkę zaraz na bok i jeśli nie można
było jej łatwo usunąć - bo była zapisana - to wtedy załatwialiśmy sprawę
inaczej. Znaleźliśmy krawca, który szył mundury dla Gestapo i dla SS, i
on nam uszył parę takich mundurów. Wtenczas na ten dworzec (myśmy
już wtedy kradli samochody) przyjeżdżało dwóch "elegancko umundurowanych
SS", już wiedzieli, jak trzeba się podszywać i do kogo zgłosić, biuro fałszerstw
NSZ podrabiało zlecenie do odbioru przesyłki i... najspokojniej w świecie
kwitowali i zabierali do samochodu.
Takie były te nasze sposoby zdobywania uzbrojenia.
Ale to się bardzo nie podobało naszym przywódcom politycznym.
Były ciągle kłopoty...
Myśmy to jednak robili i zaczęliśmy strzelać tych agentów. Przeważnie
Polaków. Były rozmaite sprawy. Ja tam tylko parę opisałem w moich wspomnieniach.
Nasz oddział kilkadziesiąt takich agentów zlikwidował.
Niektórzy nie lubili tego, no ale ja, proszę pana, ja inaczej
się do tego odnosiłem.
Bo wie pan, aresztują mojego przyjaciela, chłopaka żonatego,
który ma dwie córeczki. Na początku my trzymamy się jak najdalej od całej
rodziny, ale potem trzeba tej rodzinie jakoś pomagać. No więc, gdy myśmy
zdobyli gdzieś cukier, słoninę czy boczek w jakiejś akcji, to chodziło
się do takiej rodziny i podawało.
I proszę pana, jak to na mnie działa; przychodzę - naturalnie
wieczorem, żeby już nie było widać - znam ją, daję jej tę paczkę, a ona
pyta się, czy coś wiem o mężu - ja nic nie wiem, żadnego grypsu żeśmy nie
dostali, ale mówię, że będziemy jej pomagać (jest w ciężkiej sytuacji,
utrzymują ją rodzice).
Jest wieczór, proszę pana, ja już wychodzę i ona mówi: "pokazałabym
panu moje córeczki, ale jest ciemno i nie mogę zapalić światła".
Ja mówię: "chętnie rzucę okiem". No i wprowadza mnie do pokoju, jest ciemno,
ale widzę te dwa maleństwa śpiące... No i ja się rozpłakałem. Dzisiaj to
na mnie jeszcze tak działa... Jaką ja potem miałem mieć litość w
stosunku do tych, co wpakowali tego mojego przyjaciela?!
Kropiło się! I już!
***
Tak więc na początku żeśmy drobne czy większe roboty robili, ale
przyszła kwestia, co dalej? Sytuacja wojskowa na wschodzie się pogarsza,
ja zaczynam być przeciwny sabotażowi. Mówię: "ja nie mam zamiaru robić
żadnych sabotaży, niech sobie to idzie tam i niech oni to mają (mowa o
transportach wojskowych) - ja nie jestem przeciwko Wehrmachtowi, mój wróg
to jest Gestapo i mnie nie odpowiada, abym ja robił jakiś sabotaż na linii
kolejowej dla zaopatrzenia frontu wschodniego".
A tu tymczasem zaczynają się rozmowy scaleniowe - jest wielki
nacisk ze strony AK i Londynu, że my musimy się połączyć; że samemu nie
wolno; że nie będziemy uznawani za część armii zbrojnej. Kuleją te rozmowy,
bo kuleją, ale ludzie powiadają, że lada moment dojdzie do scalenia i wstąpimy
do AK - będziemy włączeni w AK.
A ja ciągle podnoszę sprawę: no bo ja nie wiem, jak ja się zachowam...
Już przyszły wiadomości, jak postępuje partyzantka sowiecka i komunistyczna
na wschodzie już się mówi o planie "Burza". Ja mówię, że nie mam zamiaru
pomagać Sowietom!
Były takie odprawy, takie pogadanki na ten temat. Dowództwo nasze
bardzo niechętnie podchodziło do tego tematu. Przeciągali i kłócili się
o drobne rzeczy. Ale największy opór przeciwko scaleniu był w takich właśnie
oddziałach jak my - które nie miały ochoty pomagać Sowietom.
Ja powiedziałem: "jeśli będę scalony i jeśli będę dowódcą takiego
mniej więcej oddziału jak mam - a prawdopodobnie będę - to jeżeli dostanę
rozkaz pójścia z pomocą jakiemuś oddziałowi sowieckiemu, to ja odmówię.
Powiedzcie to przy waszych scaleniowych kontaktach, że jest taka atmosfera...".
Nie wiem, czy oni to zrobili czy nie, w każdym razie...
A.K.: To dlaczego Narodowe Siły Zbrojne przyłączyły się do
Powstania Warszawskiego?
T.S.: Nie, więc my żeśmy się nie przyłączyli, tylko poszczególne
grupy i indywidualnie pojedynczy żołnierze.
Wtenczas oni już koniecznie chcieli scalenia, ale
myśmy stawiali trudne warunki; nie mieliśmy zaufania, bo wiedzieliśmy,
co się stało z Narodową Organizacją Wojskową - jak oni nie dotrzymali im
przyrzeczeń i potem pozwalniali ich oficerów, poprzenosili, odłączyli od
swoich żołnierzy, mianowali nowych dowódców - a to przecież było zastrzeżone,
że tak nie będzie - no więc my żeśmy nie bardzo chcieli.
Rokowania o scalenie trwały w 43 roku i ciągle się przewlekały
i ostatecznie Londyn i dowództwo AK stanowczo dali termin; powiedzieli:
"musicie się włączyć!". Doszło wówczas do umowy, że 7 marca - czy coś takiego
- podpiszemy scalenie i podporządkujemy się. To jest zresztą opisane u
Siemaszki2. Naszym dowódcą był wtedy pułkownik Kurcjusz. I zgodzili się
na to, że przez pewien czas - jak już będziemy scaleni, to Kurcjusz
w dalszym ciągu będzie komendantem NSZ i dopiero po pewnym czasie będzie
zmiana. Oni mieli pretensje, bo Kurcjusz był jeszcze wcześniej członkiem
ZWZ, a potem, wtenczas, jak było pierwsze wyłamanie się z NOW i utworzenieNSZ
- został komendantem NSZ, a nie powiadomił AK, że też przeszedł.
Jak to się wydało przy podpisywaniu tej umowy, to dowódca
AK powiedział, że nie może zatwierdzić Kurcjusza i musi być ktoś inny.
To już było za czasów, jak Bór był komendantem.
Nasi ludzie i sztab ujęli się za Kurcjuszem i doszło do
bardzo ostrych pertraktacji - myśmy się w konsekwencji nie podporządkowali
AK i pozostali samodzielni, a znowuż w samym NSZ nastąpił rozłam i ta grupa,
która przyszła z NOW, ta się z powrotem połączyła z AK i scaliła
się.
Powstały w ten sposób dwa NSZ-ty. Jak w każdym takim wypadku,
zaczęła się przykra walka - w każdym razie myśmy do samego momentu Powstania
nie połączyli się.
Rada Polityczna NSZ mianowała swojego dowódcę (Kurcjusz dostał
wcześniej ataku serca i umarł), którym został major, potem podpułownik
i pułkownik Kmicic. Został on p.o. (pełniącym obowiązki) dowódcą NSZ. No
i nastąpił rozłam.
Gdy armia sowiecka zbliżała się do Warszawy - myśmy nie bardzo
wierzyli, że dojdzie do Powstania, myśmy uważali taki zryw za niepoczytalną
zbrodnię - tak że myśmy ciągle byli odsunięci i nie zostaliśmy zawiadomieni
o tym.
A.K.: O Powstaniu?
T.S.: Tak, chociaż prywatnie więcej wiedzieliśmy. Równocześnie,
ponieważ zbliżał się sowiecki front, była kwestia naszego wycofania się
na zachód. Mówiono, że będą trzy grupy, które będą...
A.K.: Wycofania, dlatego, że liczyli panowie na konflikt,
Zachodu z Sowietami?
T.S.: Tak to było planowane.
A.K.: Dlaczego Pan uważa, że Powstanie było zbrodnią? Czy
sam pomysł instalacji władz londyńskich w Warszawie przy pomocy Powstania...
T.S.: Nie, nie, sądziliśmy po prostu, że Powstanie skończy
się straszną klęską, nie widzieliśmy żadnych szans na zwycięstwo. I to
się stało! Dla nas było to już wtedy jasne.
A.K.: Dlaczego tylko dla panów? Czy tylko panowie rozpoznali
zamiary Sowietów? Dlaczego dowództwo Armii Krajowej czy dowództwo wojsk
polskich w Londynie przyjęło tak naiwne i z księżyca wzięte projekty -
jak właśnie ujawnianie swojej struktury i swoich ludzi wkraczającym Sowietom,
współdziałanie w walce?
T.S.: I ten plan "Burza"...
A.K.: No właśnie, i plan "Burza", który z politycznego punktu
widzenia był samobójstwem! Dlaczego panowie byli w mniejszości?
T.S.: Proszę pana, przede wszystkim chęć tworzenia jednej armii
to było bardzo duże psychiczne napięcie. Przecież jest ten moment, jest
wojna o niepodległość i nagle my się kłócimy!
My wiedzieliśmy doskonale, że trzeba się łączyć, tylko - mówiliśmy
do nich - w jakiej sytuacji wy chcecie siebie i nas postawić?! Przecież
trzeba wiedzieć, kto to są Sowiety!
Według naszych pojęć, ani Londyn nie rozumiał dobrze, ani Delegatura
Rządu. Jak mogło dojść do tego, co się stało w Wilnie?! Ja nie mogłem
uwierzyć! Nie mogłem uwierzyć, gdy do nas przeciekły wiadomości o planie
"Burza"...
Przed wojną w czasie studiów na Politechnice ciągle miałem kontakty,
miałem kolegów komunistów. Oni wiedząc, że ja nie pochodzę z żadnej arystokracji,
nie mam żadnych majątków - oni ciągle liczyli, że mnie przekabacą
i bardzo dużo mnie opowiadali. Ja wtenczas zrozumiałem, co to jest komunizm
- chociaż jak się okazało później, oni sami też dobrze nie wiedzieli...
Nie wiedzieli, do jakiego stopnia. Dla nich wymordowanie komunistów przez
Stalina w 1938 roku to był szok.
A.K.: No więc właśnie chodzi mi o to, jak bardzo trzeba było
być politycznie ślepym, by nie dostrzegać tych wszystkich faktów.
Znane było przecież zachowania partyzantki sowieckiej na terenach polskich
- działania NKWD, która szła zaraz za frontem,. zabijała, wywoziła i zsyłała...
T.S.: Całkowicie się z panem zgadzam. Ja doskonale się w tym
orientowałem. Tak się złożyło, że na początku wojny znalazłem się na Wołyniu.
Wówczas mogłem zostać po stronie sowieckiej lub mogłem wracać do Warszawy.
Bardzo dużo kolegów mnie namawiało do zostania po stronie Sowietów. Ja
powiedziałem wtedy: Nie! Ja już wolą tego zbrodniarza, który jest z kultury
łacińskiej - przeszedłem z powrotem front do Niemców i wróciłem. Niemcy
też by mnie zamordowali - gdyby mnie dostali.
Ja byłem wyjątkowo dobrze obeznany z tą sytuacją. Kłóciłem się
nawet z moimi najwyższymi przywódcami.
Wtedy, w 1944 roku, uznaliśmy, że nie ma mowy, musimy uciekać
na Zachód. Był projekt, że gdy będzie szła nawała sowiecka, to my utworzymy
trzy czy cztery grupy i będziemy zaraz szli między jednym a drugim frontem
- co było nonsensem, bo tak nie było można robić; Brygada Świętokrzyska
miała duże szczęście.
W każdym razie szykowałem się ze swoim oddziałem pójść na Bory
Tucholskie. Mnie to wszystko bardzo nie odpowiadało... Jedna rzecz: w Warszawie
to się szykowało w lipcu. Tę grupę z Warszawy miał prowadzić Kmicic, chociaż
był p.o. dowódcą całych sił, a ja miałem być jego zastępcą, ponieważ -
przypuszczam - nie wiedziałem dlaczego - ja znałem Kmicica i byłem z nim
w bardzo dobrych stosunkach - ale uważałem go za głupiego. Nie rozumiałem,
jak można takiego człowieka mianować p.o. Ale z nim miałem dobre stosunki.
Ja miałem broń, Wołomin miał broń - cała ta duża grupa mnie podlegająca,
ok. 200 osób, była uzbrojona. I pytam moich przełożonych: "przygotowaliście
coś? Czy są mapy?".
W samym dowództwie, przed samym wyjściem - to był koniec lipca
- mówię, że mam dobrze uzbrojoną grupę i ja muszę wiedzieć,
jak to jest przygotowane. Przecież ja ponoszę odpowiedzialność za tych
ludzi!
Ciągle mówili, że opracowali piękny plan tego wycofywania na
Zachód. Przyszedłem do nich i mówię: "gdzie są mapy? Ja nie mam map! Ani
jednej mapy. Gdzie są aparaty radiowe dla łączności?" Przecież mogę się
porozumiewać tutaj, w Warszawie, gdzie są telefony, ale tam muszę mieć
radio! A tu oni już zrobili głupstwa z tymi aparatami. Można je było dostać,
ale oni się nie kwapili. Mówię do nich (jeden pułkownik, drugi pułkownik),
jak ja mam wyprowadzić z miasta uzbrojonych po zęby ludzi? Przecież oni
nie pójdą, tak jak tu chodzą z pistoletami ukrytymi, tylko będą mieli dużą
broń. Jak ja mogę z nimi iść, jak ja nie mam najmniejszej mapy, nawet mapy
Polski.
No, a oni na końcu powiedzieli mi po burzliwej naradzie: "Możesz
przecież zakamuflować broń i pojechać do Grójca kolejką". Mówię: "dobrze,
dajcie mi jakieś wskazówki! Ja się wyładuję na stacji w mieście Grójcu
w dwieście uzbrojonych i obciążonych chłopa niosących amunicję, granaty,
i co dalej?".
Oni mi mówią: "no, nie wiemy, ale masz tutaj rozkład jazdy kolejki
grójeckiej, to sobie dobrze przepatrz, a tam to już sobie dasz jakoś radę".
Więc ja czym prędzej biorę ten rozkład i pędzę na stację kolejki
grójeckiej, żeby sprawdzić - okazało się, że grójecka kolejka już nie chodzi!
No, ale to są głupstwa, śmieszne głupstwa...
Ja w każdym razie miałem jeszcze robotę jedną zrobić: dużo forsy
- Wytwórnię Papierów Wartościowych. Mówię, przyda się nam na wyjazd.
Wszystko było przygotowane, mieliśmy w środku swoich ludzi, którzy
mnie powiedzieli, że jak tylko będzie wóz gotowy, to oni wcześniej trochę
załadują te pieniądze i jak zadzwonią po żandarmerię do eskortowania, to
dadzą znać, wtedy my przyjedziemy jako Niemcy. I ja na to liczyłem, bardzo
dużo liczyłem, dobrze wszystko było zorganizowane...
No i stoimy, czekamy. Większość oddziału miałem w ręku, a tu
na mieście zaczyna się ruchawka - to już był pierwszy sierpnia. Ruchawka,
strzelanina, zaczynają jeździć samochody pancerne i ja nareszcie dostaję
wiadomość - łącznik z Komendy Gł. przychodzi i mówi - o godzinie 8.00 wybuch
powstania.
Nie było co czekać, trzeba łapu-capu zbierać się i jechać tam,
gdzie są magazyny, gdzie broń, a tu chłopaki mówią - my chcieliśmy się
pożegnać z rodzinami. No więc, ja mówię - dobrze. To była godzina druga
czy coś takiego, rozpuściłem cały oddział. Broń ze wszystkim na trzy samochody,
aby odstawić tam na miejsce. (To jest opisane w moich wspomnieniach).
No i niestety, było już za późno - wszystko się rozleciało. Jakoś
zaczęliśmy się potem zbierać, gdzieś koło ulicy Żelaznej, pl. Kazimierza
- nie wiem, czy pan zna Warszawę - i zaczęliśmy się szukać. Każdy wziął
już wtedy udział w Powstaniu. Zebraliśmy się w końcu i po paru dniach stworzyliśmy
Kompanię Warszawianka i musieliśmy się przyłączyć do Zgrupowania Chrobry
II. No i wzięliśmy udział... Do końca...
Zresztą znaleźliśmy się w miejscu, które - jak uważam - było
najbardziej bezpiecznym punktem w całym Powstaniu. Myśmy mieli wodę i elektryczność
do końca Powstania. No, mniejsza z tym...
A.K.: A po Powstaniu...
T.S.: Po Powstaniu kapitulacja; wyszliśmy do niewoli, do
Piaseczna. Musieliśmy, naturalnie, złożyć broń, zaraz na Wolskiej. Przewieźli
nas na Dolny Śląsk do takiego ogólnego obozu przejściowego i stamtąd oficerów
przewieźli do Bawarii do Murnau, a chłopaków do innych obozów dla szeregowych
i podoficerów.
Tam doczekaliśmy przyjścia Aliantów. Wierzyliśmy, że zaraz będzie
wojna między Zachodem a Sowietami... I tu byliśmy i my głupi! Ale niestety,
głupi byli i ci nasi ludzie, którzy zostali w Polsce. Gdy w 46 roku przyjechałem
do Polski, żeby zabrać żonę i synka, to musiałem im tłumaczyć - oni wciąż
nie wierzyli. Mówię, zlikwidujcie wszystko, bo tu nic nie będzie - a oni
tworzyli organizacje!
A.K.: Wróćmy może do Brygady Świętokrzyskiej. Jak jej udało
się wyjść?
T.S.: Przy końcu roku 44 było już tak źle na Kielecczyźnie, że
powstały tam nasze oddziały, i to wbrew haniebnemu rozkazowi: na
początku roku 1944 dowódca NSZ wydał rozkaz rozwiązania wszystkich oddziałów
partyzanckich. To był idiotyzm, bo ludzie z tych oddziałów byli już wtedy
tak dobrze znani w terenie, że NKWD nie miałaby żadnych kłopotów - komuniści
wiedzieli dokładnie, kto jest kim. Tam w Kieleckiem powstała dobra partyzantka.
Była naprawdę dobra i zaczęła się łączyć. Powstała jedna silna
grupa mniej więcej osiemset - tysiąc osób.
Na zdjęciu: z prawej strony d-ca Bryg. Świętokrzyskiej
Bohun
A potem już, gdy Brygada szła dalej, dołączali inni ludzie. Gdy doszła
na Śląsk, to tam się zdarzyło, że akurat Niemcy likwidowali obóz, w którym
byli i nasi ludzie z Powstania, i tak się zdarzyło, że te dwa sznury ludzkie
zaczęły iść obok, to wtedy cała grupa, jakieś dwieście osób, "przeskoczyła"
do Brygady Świętokrzyskiej.
Jeszcze w Polsce Brygada Świętokrzyska nawiązała pewne kontakty
z agentami Gestapo. Ja nie mam najmniejszej wątpliwości co do uczciwości
tych poczynań. Bardzo wysoko cenię dowódcę Brygady Świętokrzyskiej Bohuna.
On dobrze w tym momencie działał. Tak jak trzeba było!
A.K.: Przede wszystkim uratował tych ludzi...
T.S.: Uratował ich, tak!
A.K.: Proszę Pana, słyszałem takie plotki - nie plotki,
że Brygada współpracowała z Abwehrą, bo Niemcy cały czas liczyli, że będzie
ona mogła walczyć u ich boku przeciwko Sowietom. Po drugie, że już podczas
pobytu w Czechosłowacji Niemcy szkolili łączników Brygady, a nawet na niemieckich
samolotach dokonywano lotów ze zrzutkami na tereny polskie okupowane przez
Sowietów, próbując montować antykomunistyczne podziemie, czy chociażby
po to, by mieć łączność z krajem...
T.S.: To całkowita prawda.
Jakoś tak się złożyło, że w Kieleckiem Polak, który się nazywał
Tom (to pseudonim), uczciwy antykomunista, skontaktował się z Niemcami,
zaczął sypać komunistów i poszedł na współpracę z Gestapo. Niestety - za
długo by o tym mówić - gdybym miał czas, to bym więcej powiedział. W każdym
razie, równocześnie skontaktował się on z naszym wywiadem i powiedział,
że może nam dawać informacje. Nasz wywiad już od pewnego czasu miał kontakty...
Ja nie miałem o to najmniejszych pretensji, bo wszystkie wywiady mają kontakty
z wrogimi wywiadami - to jest prawda, to jest rzecz normalna.
Ten Tom nawiązał kontakt z Brygadą Świętokrzyską. Gdy 13 stycznia
1945 roku ruszył front sowiecki i zaczęła się ucieczka, Brygada była przygotowana
i ruszyła na Zachód. Biła się i z Niemcami, i z sowieckim wojskiem równocześnie,
ale wszyscy uciekali...
Oni mieli szczęście.
Gdzieś w jakiejś potyczce złapali kilku Niemców - oficerów i
powiedzieli im, że uciekają przed Sowietami, wychodzą z Polski - dlatego
nie ma żadnego sensu walczyć z Niemcami, oni chcą iść teraz na zachód,
bo są przekonani, że gdy Sowiety wejdą dalej, to dojdzie do porozumienia
między Niemcami a Aliantami anglosaskimi i oni chcą się połączyć z nimi.
I nastąpiło porozumienie.
A.K.: Na jak wysokim szczeblu było to porozumienie?
T.S.: To było na niskim szczeblu.
Myśmy wiedzieli w tamtym czasie, że w Radomiu jest taki Niemiec
- oficer Gestapo, nazywa się Fuchs, który uważał, że Niemcy muszą dojść
do porozumienia z Polakami. To była jego idee fixe. Pomysł nie był
specjalnie jego, bo to kiełkowało całkiem na górze niemieckiego dowództwa.
Doskonale wiedzieliśmy, że - zwłaszcza w głównym sztabie niemieckim - byli
ludzie, którzy by tego chcieli.
Niemcy z przejść podobno dzwonili do samego Berlina, co zrobić
z Brygadą, i Berlin powiedział: "przepuścić ich". Tyle ja wiem. No i oni
przeszli.
Potem ciągle były kontakty - przyszedł też ten Tom i on zaczął
już kombinować na styku z Niemcami.
A.K.: Szlak wiódł przez Śląsk do Czechosłowacji?
T.S.: Przez Śląsk poszli na Czechy i w Czechach już zostali.
Proszę pana, ciągle były kłopoty, ciągle Niemcy rozmawiali, spotykali się,
były kontakty, ale już wtedy było wiadomo, że - owszem - my możemy wejść
w walkę z Sowietami, ale mamy materiał niewyćwiczony, to są partyzanci,
trzeba ich przeszkolić, musimy odejść dalej, musimy zaczekać...
Więc były rozmowy. Niemcy od czasu do czasu przyjeżdżali,
a dowództwo NSZ próbowało odwlec decyzję.
A.K.: I tam w Czechach zastali ich Amerykanie. Czy próbowali
rozbroić Brygadę?
T.S.: No, chcieli ich na początku rozbroić. Najprzód nie wiedzieli,
co z tym fantem zrobić. Były myśli o tym, aby ich zwrócić Sowietom. Były
to bardzo ciężkie chwile.
A.K.: Tak jak Kozaków Brytyjczycy, tak Amerykanie mogli oddać
Sowietom...
T.S.: I byłoby tak, ale doszło do porozumienia; Brygada musiała
złożyć broń i przejść pod Monachium.
A.K.: Jak wyglądała kwestia późniejszego stosunku władz londyńskich
do was? Uznania statusu żołnierza itd.?
T.S.: Oni bardzo nie chcieli nas uznać.
A.K.: Czy przez to, że byliście siłą oddzielną od Armii Krajowej?
Czy to o to chodziło?
T.S.: Tak, tak!
A.K.: Czy podejmowali panowie jakieś próby zawiązania konspiracji
pod okupacją sowiecką w Polsce?
T.S.: Nie, myśmy myśleli, że to jest niemożliwe. Wszyscy liczyli,
że jak tylko Niemcy skapitulują, to zaraz się zacznie wojna amerykańsko-sowiecka
z Niemcami. Myśmy dlatego szli, starali się przedostać na zachód. Dlatego,
jak myśmy zostali uwolnieni - ja byłem w Murnau (to był w Bawarii główny
obóz dla polskich jeńców). Tam było 5 tys. oficerów z czasów 1939 roku.
I my, i tamci myśleliśmy, że zaraz będzie wojna z Sowietami.
A to tak - niestety - się nie stało - tu żeśmy się mylili. Ale
w Polsce nasi koledzy stworzyli antysowiecką konspirację.
A.K.: Dziękuję bardzo za rozmowę.
1- Mec. Zbigniew Stypułkowski - polityk endecki, sekretarz
"połączonego zaplecza politycznego" NSZ.
2 - Z. Siemaszko: "Historia Narodowych Sił Zbrojnych".
Wywiad przeprowadzono w lutym 1997 roku.

|