Default
Google
 

Burmistrz Giuliani zapraszał, więc skorzystałem... 
 W końcu nie można sobie pozwolić, aby strach przed "nie-wiadomo-czym" zagnał nas do dziury. Terroryzm, nie terroryzm, żyć przecież trzeba, a poza tym - umówmy się - zagrożenie jest minimalne; nie żyjemy w kraju ogarniętym wojną, lecz w kraju, który prowadzi wojnę, a to zasadnicza różnica.
 Tak więc zapakowałem Gatoradę do auta i na Dziękczynny Weekend ruszyłem do Nowego Jorku, aby na miejscu pomacać i obwąchać ropiejącą wciąż ranę zadaną nam wszystkim w pępku świata.

***
 Na granicy z USA - żadnych problemów. Po 10 minutach czekania docieram "przed okienko". Cel wizyty? "Nowy Jork, pomodlić się i wydać trochę pieniędzy". 
 Standardowe pytania, na jak długo, co się wiezie.  Jedyna różnica to zeskanowanie paszportu; do tej pory często wjeżdżałem do USA "na piękne oczy" i bez okazywania jakiegokolwiek dokumentu. Po obejrzeniu mojego dossier na ekranie komputera pani strażniczka macha, żeby jechać i tyle. Żadnego przeszukiwania samochodu, bagaży (trochę się bałem, co powiedzą na maskę gazową), zaglądania lustrami pod podwozie, słowem, luz.
 Amerykańska straż graniczna stosuje osławione "profilowanie", czyli sprawdzają bardziej dokładnie ludzi odpowiadających ułożonym przez FBI  schematom pochodzenia, trasy podróży itp... Na islamskiego fundamentalistę nie wyglądam, więc nikt nie ma ochoty oglądać mi samochodu.
 Zatem hop przez most i od północy Buffalo wjeżdżam na płatną szosę nowojorską. 
 Ugodzona Ameryka jest dziś dumna; na każdym kroku ludzie noszą oznaki z flagą, wstążki, samochodowe anteny gną się pod małymi, średnimi, a niekiedy gigantycznymi banderami, flagi na billboardach, wielkie napisy "In God We Trust" i "God Bless America". Tu, w przeciwieństwie do Kanady, Boga się nie wstydzą.
 Kilkadziesiąt kilometrów za Buffalo pierwsza kawa, w zajeździe mnóstwo mundurów obrony cywilnej, właśnie zatrzymał się wiozący wojsko autobus, koło ubikacji mija mnie wyperfumowana pani żołnierka...
***
 Do Manhattanu zajeżdżam od New Jersey Turnpike, powoli odsłania się szczerbata panorama miasta. Pierwszy raz widzę, że ICH nie ma. Wieżowce WTC pokazywały się pierwsze, dziś zmienił się układ całej panoramy. Patrząc z boku, od zachodu, linia Manhattanu nie zaczyna się już od strzelistego wypiętrzenia, lecz powoli wznosi się ku środkowi, gdzie króluje Empire State Building.
 Omijam tunele i na wyspę dostaję się przez George Washington Bridge - ten sam, przez który 11 września szły tłumy ewakuowanych. Później wzdłuż Hudson jadę na południe w stronę Dolnego Manhattanu. 
 Czytałem, że ponoć ostatnie wydarzenia poprawiły charakter nowojoroczyków, stali się lepsi i milsi dla ludzi. Może tak jest, jednak po obyczajach drogowych tego nie widać. Omal nie "przyciera" mnie młody szatan szos w zdezelowanym monte carlo, zaś nowojorskie trąbienie na wszystkich i wszystko słychać na wszystkich ulicach wyspy. Parkuję na 36. Ulicy. Reszta będzie per pedes. Bo to zdrowiej i ciekawiej. 
 Empire State Building otwarli tydzień wcześniej. Dziś wjazd na samą  górę urósł do rangi patriotycznego obowiązku - jest jak wyciągnięty w górę środkowy palec pokazujący światu, że terrorystów mamy "w głębokim poważaniu". 
 Pierwsza kolejka wije się jeszcze po Piątej Alei i prowadzi do stanowiska skanerów - identycznego jak na lotniskach. Mój plecak jedzie do rentgena, a ja sam przechodzę przez bramkę, która piszczy jak oszalała. Pan ochroniarz zna się jednak na rzeczy i pyta wyrozumiale: buty? Kiwam głową.
 Moje wojskowe trzewiki mają w nosach stalową wkładkę i piszczą jednakowo głośno na wszystkich lotniskach świata. 
 Wprawnym ruchem ochroniarz przejeżdża mi ręką po cholewkach, a ponieważ nie ma tam noża ani pistoletu, pozwala ustawić się w kolejce do kasy. Ta druga kolejka wije się przez kilka załomów korytarzy - godzina czekania.
 Widok z 86. piętra, na którym jest platforma obserwacyjna, zapiera dech. Po południowej stronie widać Dolny Manhattan, Statuę Wolności, ujście rzeki Hudson, w dali błyszczy w słońcu Atlantyk. No i oczywiście widać też ICH brak. Z miejsca, gdzie stały, unosi się biały dymek. Nastroje są poważne, ludzie nawzajem pokazują sobie ręką TO MIEJSCE, pożyczają lornetki, robią zdjęcia. 
 Fakt, że symbol miasta obrócono w gruzy, przytłacza i przybija; dwa najpotężniejsze budynki świata po prostu "wyparowały", zawaliły się do cna, nie do 30. piętra czy 50., lecz do minus siódmego - runęły bowiem nawet wzmocnione po wcześniejszych zamach podziemne stropy. Coś - zdawałoby się - niewyobrażalnego stało się tragiczną rzeczywistością.
Kilka kilometrów dzielące ESB od ruin WTC przemierzam dziwnie wyludnionymi ulicami. Piąta Aleja w sobotnie popołudnie wygląda jak Marszałkowska w niedzielę rano. Dużo pozamykanych sklepów, przechodzę potem na Ósmą Aleję blisko Hudson Ave. 
 Remiza strażacka pierwszego dystryktu obwieszona flagami, plakatami, rysunkami dorosłych i dzieci. Ludzie przystają, modlą się, palą się świece, na drzwiach zdjęcia strażaków, którzy zginęli. Cieszy, że ktoś do muru przykleił taśmą wielką kanadyjską flagę z wypisanymi podziękowaniami. 
 Chwilę później komisariat pierwszego dystryktu, też obwieszony flagami i plakatami. Na chodniku stoi zaparkowane kilkadziesiąt policyjnych skuterów; dziś nie ma tu ruchu, nie ma też po co ich używać, nieopodal punkt Czerwonego Krzyża.
 Chwilę później wiatr przywiewa swąd. Dziwny kwaśny zapach spalenizny, tak jakby ktoś wrzucił komputer do ogniska, zasnuwa cały Dolny Manhattan. 
 Przyłączam się do grupy "patriotycznych turystów". Teraz przyjeżdża się  tu, aby na własne oczy zobaczyć to, co w CNN  wygląda jak scenografia sensacyjnego filmu. 
 Ground zero otoczony jest policyjnym i wojskowym kordonem. Barierki już kilka przecznic wcześniej zastawiają drogę ciekawskim. Tłum powoli przesuwa się po Broadwayu, zaglądając przez przecznice na rumowisko. Niektórzy dziękują pilnującym porządku żołnierzom, policjantom, słyszę polski, rosyjski... Tu nastrój jest poważny, jak w szpalerze przechodzącym przed ciałem wystawionym na widok publiczny. W końcu tu obok jest bezimienny grób sześciu tysięcy ludzi. Gdzieś tam wysoko, wśród kłębów białego dymu, wiatr unosi pojedynczą kartkę papieru. Okoliczne drapacze chmur upstrzone są dziurami wybitych szyb. Wypalone budynki, osmalone elewacje i warkot ciężkiego sprzętu budowlanego, wszystko to tworzy surrealizm chwili.
 Małymi uliczkami odchodzę z Broadwayu  w stronę giełdy. W kanionach między wysokimi domami jest dziwnie ciemno. Czynne są tylko poniektóre sklepy i restauracyjki, reszta zakuta żaluzzjami i okurzona białym pyłem sprawia przygnębiające wrażenie. Biały pył zatyka szpary kratek ściekowych i otworów wentylacyjnych metra. Tak będą wyglądały wyludnione miasta III wojny światowej - przebiega mi przez głowę...
 Nowy Jork nadal tętni jednak życiem. Jest nowa sytuacja; jest nowy handel - flagi amerykańskie na słomce do picia po dolarze, koszulki ze zdjęciem bin Ladena i napisem "Wanted Dead or Alive" po pięć dolarów, trójkolorowe wstążki "solidarnościowe" po dolarze, prywatne zdjęcia z ground zero sprzedawane przez chińskie dzieci (ponoć nie wolno takimi handlować) również po dolarze.
 W miłej kafejce wyjętej żywcem z Seinfelda jem brunch i ruszam na poszukiwanie samochodu...
 Przez Lincoln Tunnel wyjeżdżam z ugodzonego miasta. Pod ziemią otwarta jest tylko jedna nitka; ruch odbywa się w obie strony, przed wjazdem stoi policja i żołnierze.
 Zawsze lubiłem Nowy Jork, mógłbym tu mieszkać. Nawet dziś, po zamachach. Wyjeżdżam z uczuciem niedosytu. Coś się w Ameryce odblokowało, coś pękło, widać, że ludzie, którzy jeszcze do niedawna dryfowali po rzece życia, odnajdują sens i cel, że więcej myśli się o tym, ile kosztuje wolność i demokracja.
 USA opuszczam, gdy na Afganistan sypią się bomby. Kilkaset metrów przed granicą drogę zwężono do jednego pasa, a wyjeżdżających oglądają z obu stron auta amerykańskie służby imigracyjne i policja. Kanadyjski pan celnik dowcipkuje do momentu, gdy mu mówię, że wracam z Nowego Jorku. Na przejściu nie ma  kolejki, można sobie wybrać budkę. Przejazd przez granicę zabiera minutę. Wjeżdżam do Kanady bez żadnej kontroli. Po drodze do Toronto ze zdumieniem słucham w radiu, że właśnie wprowadzono niezwykłe obostrzenia na granicy i należy się spodziewać długich kolejek...
***
 Nie dajmy się zapędzić do dziury - namawiam gorąco do odwiedzenia Nowego Jorku. Potrzebują nas tam nowojorczycy i potrzebujemy tego my sami do psychicznego "odkląśnięcia". Tak, to prawda, świat nigdy nie będzie już taki, jak przed 11 września, ale to wcale nie znaczy, że jest teraz gorszy. 


Acquiring image from ProHosting Banner Exchange