| Wypada się pomodlić...
Jasna Góra - poniedziałek przed południem, szary październikowy dzień, sezon pielgrzymkowy zakończony, nad klasztorem szybko przewalają się stalowe chmury, wydawałoby się, że w środku będzie pusto i cicho... Naród lgnie jednak nadal do Boga, do konfesjonałów ustawiają się kolejki, w kaplicy Cudownego Obrazu, gdzie kończy się właśnie Msza św., nie można szpilki wcisnąć. Skupienie, rozmodlenie i... podawane od pulpitu ostrzeżenia przed złodziejami. Jasna Góra to nasze narodowe serce, splot słoneczny polskiego kosmosu (nawet Wawel jest mniej polski), magiczne miejsce duchowej przemiany milionów ludzi, pokolenie po pokoleniu, miejsce dziękczynnej radości i błagalnego rozmodlenia, miejsce gęste od polskiego strapienia. Jeśli gdzieś szukać polskiej tożsamości, to właśnie tu, wśród tysięcy wotów, wśród cudownych ozdrowień, nawróceń i iluminacji. Jasna Góra tętni życiem, sądząc po liczbie pielgrzymów, wydawać by się mogło, że w Polsce jest wspaniale. Tymczasem, jak się to dzisiaj modnie w kraju mówi, "nie ma przełożenia". Polska religijność, udział w pielgrzymkach, duma z polskiego papieża "nie przekładają się" na praktykę codziennego życia. Najlepiej symbolizują to pielgrzymki sunące do Częstochowy w szpalerze przydrożnych prostytutek. Złodziejstwo, korupcja, pijaństwo, postępująca degrengolada i zamęt życiowy to smutne polskie realia. Bóg jest od święta. Dlaczego? Dlaczego w kraju, w którym Kościół był zawsze silny, w którym są pełne świątynie, a religii uczy się w publicznych szkołach, ludzie z upodobaniem opowiadają sobie antykościelne, sprośne dowcipy, a wulgaryzacja i profanacja stają się normą. Dlaczego polska wiara nie znajduje "przełożenia" na troskę o dobro publiczne, interes państwowy? Dlaczego 90 proc. lekarzy bierze łapówki, podczas gdy wielu z nich regularnie chodzi do kościoła? Dlaczego ludzie wielkiej polityki są w stanie bez zmrużenia powiek puścić z torbami rodaków, z którymi w niedzielę spotykają się na Mszy św.? Co takiego w nas tkwi, jaka skaza? Dlaczego za rzecz normalną uważamy takie "dwójmyślenie", dlaczego tak wiele wśród nas świętoszkowatych kanalii? Nie znam odpowiedzi, wiem tylko, że są one kluczem do programu naprawy. Naprawy koniecznej po to, by źródło Jasnej Góry nadal karmiło pokolenia, by kolejne zastępy Polaków odnajdywały siłę w narodowej tożsamości i tradycji. Mój dobry kolega z dawnych lat zauważył niedawno: "wiele wskazuje na to, że Polacy w coraz mniejszym stopniu są narodem. Może się mylę (oby!), ale niestety zbiorowość, która nie jest w stanie wyłonić z siebie prawdziwej elity, ma małe szanse na obronę swych wartości i interesów". Wypada się tylko pomodlić... Żółta edycja Premier Jean Chretien wyjeżdża w ostatnią w swej karierze podróż do Azji. Oczywiście, zahaczy o Chiny Ludowe. W zasadzie nie są one już "ludowe", lecz "narodowe". Komunistom chińskim udało się samodzielne przepoczwarzenie z ostrej doktryny komunistycznej w pragmatyczny świat sinoszowinizmu, oparty na konfucjańskiej tradycji i imperialnej historii Chin. Było to możliwe z prostego powodu - otóż, sinokomuniści byli tworem rodzimego chowu i nikt ich nie przywoził na zagranicznych tankach; nie byli niczyją agenturą, a suwerenność płynęła im we krwi. Jeśli myśleli o komunistycznym internacjonalizmie, to wyłącznie w żółtej edycji. Dziś Chiny powoli i metodycznie budują mocarstwową pozycję. Czynią to wieloma sposobami i na wszystkich frontach, od technologicznego, poprzez polityczny, po kulturowy i duchowy. W chińskiej cywilizacji widać tendencje wzrostowe, podczas gdy w naszej pęka fundament po fundamencie. Niebawem więc głównym przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych i Zachodu będą Chiny i Azja (kontrolowana przez Chiny). Chińczycy zręcznie rozgrywają wszędzie tam, gdzie mogą coś uszczknąć Zachodowi - po cichu wspierają idee panislamskie, oferując technologię i broń państwom muzułmańskim. Przykładem jest Pakistan, którego arsenał (łącznie z bombą atomową) w dużym stopniu powstał dzięki chińskiej pomocy. Nowy chiński myśliwiec FC-1 również powstaje we współpracy z Islamabadem, który złożył już zamówienie na 150 takich maszyn. Narody Azji, coraz bardziej wyemancypowane i dojrzałe, zdają sobie sprawę z zaciętej globalnej konkurencji. Uzewnętrznieniem tej świadomości było czwartkowe przemówienie charyzmatycznego premiera Malezji Mahathira Mohamada, który otwierając szczyt organizacji państw islamskich stwierdził wielce niepoprawnie, że "Żydzi rządzą światem przy pomocy cudzych rąk" i dlatego 1,3 miliarda muzułmanów powinno się zjednoczyć, zmodernizować swe państwa oraz siły zbrojne, by "odnieść ostateczne zwycięstwo". Mahathir skrytykował dominację Żydów w świecie oraz ubolewał nad słabością państw muzułmańskich, które nie mogą sobie pozwolić na adekwatną reakcję. "Europejczycy zabili sześć z dwunastu milionów Żydów, ale dziś Żydzi rządzą światem przy pomocy cudzych rąk. Inni za nich walczą i umierają" - przekonywał szanowany powszechnie obrońca interesów Trzeciego Świata. Jesteśmy dziś świadkami "wojny cywilizacji", a polityka obecnej amerykańskiej administracji jednoczy przeciwników Zachodu. Wystrzelenie w kosmos chińskiego tajkonauty było kolejną salwą w tym konflikcie. Nie Rosja, a Chiny okazują się wyrastać na kontrmocarstwo. Na dodatek, walka ta trwa na froncie domowym, gdzie uzależnienie od chińskiej produkcji ogranicza pole manewru. Jeśli popatrzymy na to, jak olbrzymi postęp technologiczny dokonał się w Chinach od czasów maoistowskiej katastrofy lat 60., nie będziemy mieli wątpliwości, że już niebawem kraj ten wyprzedzi USA. Chińscy komuniści znaleźli złoty środek, który w warunkach ich kultury pozwala na wyzwolenie ludzkiej energii, przedsiębiorczości i inicjatywy, pomimo gorsetu socjalistycznej fasady. Podobne ożywienie w warunkach społecznej mobilizacji można było zaobserwować przed II wojną światową w hitlerowskich Niemczech. Ottawa od dawna dostrzega znaczenie azjatyckiego rynku i stara się przenosić tam ciężar zagranicznych kontaktów, próbując uniezależniać się od USA. Nie bez znaczenia jest też obecność olbrzymiej chińskiej diaspory - ludzi majętnych i wpływowych. O ile jeszcze w latach 70. komunistom chińskim trudno przychodziło wykorzystywać ziomków rozrzuconych poza krajem, o tyle dziś utożsamianie się z Pekinem staje się atrakcyjne. Ciążenie to opiera się na tradycyjnym nacjonalizmie chińskim i zostało odbarwione z komunistycznych naleciałości. Dzięki mocarstwowej polityce, dynamicznemu rozwojowi gospodarczemu i technologicznemu, zwiększa się atrakcyjność ChRL. Pytanie, co i ile Kanada może na tym ugrać? Niekoronowany premier Kanady, Paul Martin, wreszcie ma powody do zaniepokojenia. Scalenie kanadyjskiej prawicy - fuzja partii konserwatywnej i Canadian Alliance, może stworzyć przeciwwagę dla rządzących liberałów i przywrócić balans w kanadyjskiej polityce. Gdyby do tego nie doszło, Partii Liberalnej groziłoby przekształcenie się w coś na kształt partii instytucjonalno-rewolucyjnej, która przez 70 lat nieprzerwanie rządziła Meksykiem. Fuzja prawicy nie jest łatwa. Nie chodzi tylko o przezwyciężenie animozji liderów, ale też o przekonanie szeregowych działaczy. Ci zaś - jak to zwykle bywa w partyjnych dołach - są bardziej dogmatyczni. Konserwatyści, wśród których roi się od mniej i bardziej czerwonych torysów, wielokrotnie krytykowali "skrajność" poglądów CA, zwłaszcza w kwestiach społecznych, jak na przykład dopuszczenie małżeństw homoseksualnych. Człowiek, któremu obecny lider federalnych torysów MacKay podpisał podczas wyborów partyjnych cyrograf - niejaki Orchard - jest właśnie przykładem takich nawiedzonych "postępowców". Zachodzi więc obawa, że mimo utworzenia nowej partii prawicowej część dotychczasowych wyborców konserwatystów uzna ją za zbyt "prawicową" i odda jednak głosy na "konserwatywną" Partię Liberalną kierowaną przez "białego" wiga - Paula Martina. Tak to się w życiu dziwnie plecie.
Zdechły kot Wracałem z Polski, siedząc obok Rosjanki, która z uporem wartym lepszej sprawy usiłowała wydusić ze mnie resztki ruskawo jazyka, pompowanego przez 10 lat peerelowskiej edukacji (pamiętaj, ucz się pilnie języka twego wroga - mówiło się u mnie w domu). Moja towarzyszka podróży wracała do Kanady, gdzie para się wróżbiarstwem (ja czitaju energiu liudiej). Wcześniej uczyła francuskiego w moskiewskim instytucie spraw międzynarodowych i pracowała w KC. Ponieważ wróżka z KGB może być niebezpieczna, cichutkim powtarzaniem w myślach przekleństw w kilku językach starałem się zablokować "odczytanie mojej energii". Z braku laku, dobre i to. W dzisiejszych czasach coraz trudniej przychodzi chronić własną głowę. Problem ten występuje w Polsce na szeroką skalę, gdzie w głowach panuje koszmarny mętlik. Kraj jest rozbity, pozbawiony elity, rozwarstwiony, bez wertykalnego przełożenia społecznego góra - dół. Ci na górze wiążą się dziś z obcym interesem i pieniądzem. Degeneracja i degrengolada widoczne są na każdym kroku, i to nie tylko w postaci rozbuchanego i wszechobecnego sektora usług seksualnych; dostrzec ją można w żenującym poziomie panelowych dyskusji telewizyjnych czy w wulgaryzacji codzienności. Polska to kraj bez wyraźnie wyartykułowanego interesu narodowego, pozbawiony głowy, zataczający się nad przepaścią upadku finansów publicznych, "Urbanlandia" zawiadywana z krytego basenu w willi byłego rzecznika jaruzelowego rządu przez centrolew byłych dysydentów i sekretarzy - koterie byłej wojskówki i esbeków. W tymże basenie Michnik pławi się z Urbanem, rozgrywając kolejny wątek afery Rywina. Dziś po "domknięciu się" systemu i zakończeniu dzielenia łupów pozostał chocholi posmak straconych szans. A miało być tak wspaniale! Tygrys Europy... Ludzie wciąż czekają. Odzwyczajeni przez lata komunizmu i postkomunizmu od brania spraw we własne ręce, raz zastraszeni, innym razem przyblokowani, stoją zrezygnowani. ("Proszę panią tutaj nic się nie zmieni!" - lekarz w szpitalu namawiał do głosowania w referendum za Unią). Owszem, są też ludzie, którzy nadal Polskę mają w głowach i sercach, którzy nadal są w stanie identyfikować zdrajców (w rodzaju autorów listu przepraszającego za śladowe odruchy obrony polskiego interesu w negocjacjach wokół traktatu nicejskiego), co z tego, skoro ludzie tacy tkwią jak rodzynki w cieście, omotani i niezdolni do działania. W centrum Warszawy przy chodniku leżał w śmieciach zdechły czarny kot, wyłupanymi oczami patrzył w niebo na nowy aluminiowy biurowiec. Zupełnie jak w Bujumburze - pomyślałem - gdzie do wolnocłowych świątyń luksusu przechodzi się kładką nad śmierdzącą mazią rynsztoka. Wychodzi na to, że zmienić cokolwiek mogą tylko ruchy narodowowyzwoleńcze... I co teraz? Komentowanie wyborów w chwili, gdy nie jest jeszcze znany ich rezultat przypomina wróżenie z fusów (czy też po angielsku, fuss'ów) Wiele wskazuje na to, że możemy pożegnać rządzącą partię konserwatywną. Zastanówmy się więc, jakie były przyczyny jej chwiejnego kroku. Wszak konserwatyści mieli lepszy i bardziej sprecyzowany program, obiecywali mądre rzeczy, bo za takie zawsze należy uznać to, aby więcej pieniędzy trafiało do kieszeni podatnika. Przeciwnicy - liberałowie - mówili ogólnikami i nie chcieli zbyt wiele deklarować. Ich kampania była zbudowana na atakowaniu "nieświeżego wizerunku" przeciwnika, a nie na konkretnym programie ekonomicznym czy politycznym. Co więcej, sądząc po wypowiedziach, można wnosić, że ich rządzenie będzie bardziej "plastyczne" wobec głównych grup nacisku. Lider PL, Dalton McGuinty, okazał się być dobrze nakręcony przez panów od wizerunku, wyluzował się, od czasu do czasu sypał dowcipami - wszystko poprawnie, wedle podręcznikowych reguł kampanii politycznych. Mimo chłopczykowatego wyglądu czterdziestokilkuletni Dalton był miły, uśmiechnięty i naturalny - z żoną i dziećmi w tle. Niestety lider konserwatywnego peletonu nie dorastał do zadania. Jest w Evesie coś sztucznego, nieszczerego, brak mu tej ludowej prostoduszności, która biła od Mike'a Harrisa. Na dodatek, ma na holu nie żonę, a konkubinę, milionerkę po mężu, p. Basset. Powiedzmy sobie, że dla polityka nie jest to najszczęśliwsze męsko-damskie skojarzenie, zwłaszcza gdy się objeżdża tradycyjne bastiony wiejskiego konserwatyzmu. Poza tym nastąpiło u torysów zderzenie poharrisowej ekipy strategów z liderem, który waha się, jest mało ideowy i ma kłopoty decyzyjne. Albo się jest przywódcą i się wie, gdzie lecimy, albo wycofuje się na bok klucza i daje poprowadzić stado innym gęsiom; Nie można szarpać się zygzakiem między wynikami sondaży i naciskami opinii. Kolejny błąd torysowej kampani to zogniskowanie uwagi na "dekonstrukcji" Daltona McGuinty'ego. Stało się tak zaraz na początku. Było to powtórzenie chwytu zastosowanego przez ludzi Harrisa w 1999 roku. Problem w tym, że: a) była to strategia poprzedniej bitwy - a zatem przeciwnik tym razem był na nią przygotowany - w tym właśnie miejscu od dawna budował linię Maginota, b) poprzednio chłystkowatość McGuinty'ego zestawiano z posturą Harrisa, a teraz na placu chwiał się jedynie Eves. Zastosowanie zgranego chwytu zaraz na samym początku kampanii było bardzo złym znakiem i świadczyło o tym, że w obozie konserwatywnym nie ma pomysłu na nowe uderzenie; a powinno się obejść wspomnianą linię obrony od tyłu i atakować w miejscu, w którym przeciwnik był nieprzygotowany - np. podkreślając merytoryczne punkty jednego programu i mgławicowość drugiego. Prawdą też jest, że premierowanie Evesa dostarczyło liberałom amunicji - zamieszanie wokół prywatyzacji prądu, chaotyczne ruchy w sporach płacowych ze związkami. Z drugiej jednak strony, jakoś mało eksploatowano dość poprawną (zwłaszcza w porównaniu z tym, co robiła Ottawa) reakcję premiera na kryzys energetyczny i wyłączenie prądu. Mało było o rozwoju energetyki nuklearnej i obniżaniu ceny prądu w miarę wzrostu podaży wynikającego z podłączania do sieci wyremontowanych bloków energetycznych. Nie blokowano skutecznie liberalnych ciosów tam, gdzie z całą pewnością można się było ich spodziewać. Jest rzeczą oczywistą, że w dzisiejszych czasach polityka w dużej mierze zależy od emocji społecznych. Tu się bardziej kocha i nienawidzi, a mniej myśli. Dlatego prawdziwy polityk musi wiedzieć, jak swą myśl puścić w ludzi. Jest też prawdą, że torysi są dziś w Ontario starą partią, do której poprzylepiało się mnóstwo karierowiczów i małych rybek. Jeszcze na długo przed wyborami partia konserwatywna powinna była odnowić wizerunek, odkurzyć i przemyć, tymczasem ekipa Evesa, zamiast wyostrzyć i ukierunkować program, rozmyła go. Usiłując pozyskać nowych sympatyków i poszerzyć bazę wyborczą, zniechęciła do siebie tradycyjny elektorat. Rozmydlono idee rewolucji konserwatywnej tłumacząc, że rzekomo ich czas się skończył, z drugiej strony nie zaproponowano nic porywającego. Ministrowie Evesa, niczym strażacy, gasili niezadowolenie poszczególnych grup społecznych, sikając strumieniami naszych pieniędzy. Jak wiadomo, programy publiczne i gospodarka państwowa mają to do siebie, że łatwo w nich o studnię bez dna. Stało się więc tak, że mimo wpakowania dodatkowych setek milionów dolarów, nie zdołali "zasikać" niezadowolenia poszczególnych grup zawodowych. Tak więc czwartkowe wybory znaczą ostatecznie kres rewolucji konserwatywnej Mike'a Harrisa. Ten etap polityki Ontario wkładamy dziś do podręczników historii... Kanadyjska prawica federalna jeszcze nie jest dojrzała. Scalenia więc nie będzie. Niestety duża w tym "zasługa" obecnych "młodzieżowych" liderów Canadian Alliance i torysów. A może nawet bardziej torysów. Peter MacKay od momentu dość niemiłego zwycięstwa w wyborach wewnątrzpartyjnych (za cenę cyrografu z sockonserwatystą Orchardem) nie popisał się niczym nadzwyczajnym. Tak to jednak bywa w przypadku polityków "rodzinnych", którym drzwi otwierają układy tatusia (Elmer MacKay był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Briana Mulroneya w połowie lat 80.), a nie własna krzepa mózgowo-mięśniowa... Autokolaborantka? W "Naszym Dzienniku" pan Piotr Szubarczyk pastwi się pośmiertnie nad Leni Riefenstahl, zarzucając byłej nazinimfomance "kolaborację" i zrównując ją z... Wandą Wasilewską i T. Boyem. Jednocześnie wbija szpile "różnym głupcom o pokrętnych umysłach" zafascynowanych riefenstahlową siłą odradzania się. Cóż, pisałem o Riefenstahl niemało i nie chce mi się jej już bronić przed p. Szubarczykiem. Wypada jednak wytknąć mu podstawową pomyłkę. Otóż, z całą pewnością można stwierdzić, że Leni Riefenstahl nie była kolaborantką. Trudno bowiem uznać za kolaborację pracę na rzecz demokratycznie wybranego rządu własnego państwa, rządu cieszącego się na dodatek 90-procentowym poparciem społecznym. Jakkolwiek by na sprawę patrzeć, czołowa filmartystka Niemiec nie współpracowała z okupantem czy wrogami III Rzeszy. Jeśli już zarzucamy jej nazizm i zrównujemy ze zbrodniarzami wojennymi, to, na Boga, nie przypisujmy kobiecie kolaboracji! Bo nie da się "kolaborować" ze sobą samym. Hitlerowcy nie przybyli do Niemiec z kosmosu, oni wyrastali z niemieckiej kultury i z niemieckiej polityki! Na dodatek, Riefenstahl została poddana po wojnie denazyfikacji, miała kilka procesów, siedziała trzy lata w kryminale i kilka miesięcy w zakładzie psychiatrycznym, straciła cały majątek oraz prawa do zrobionych filmów, żyła w totalnej biedzie. Dajmy jej więc spokój za ten nazizm. Bo nie o kolaborację w tym chodziło i inny to fenomen. Ja bym się natomiast bardzo uradował, gdyby tego rodzaju los spotkał polskich kolaborantów, w rodzaju Urbana, Jaruzelskiego, Oleksego, Millera, Kwaśniewskiego i ich kamratów. P. Szubarczyk współczesnej sitwy byłych zdrajców Polski nie rusza, cofa się za to do wiedźmy Wasilewskiej, która notabene pod względem artystycznym nawet do pęcin Riefenstahl nie dorasta. Wypominając nazistowskie klimaty autorce "Triumfu woli", autor woli pominąć smutny fakt, że oto w dzisiejszej Polsce rządzą byli kolaboranci z PRL, co porównać można do sytuacji, w której w powojennej Francji rządziliby skompromitowani politycy reżimu Vichy. Na dodatek, w polskim przypadku, są to kolaboranci niezdekomunizowani, nierozliczeni, szastający milionami uzyskanymi z rozszabrowanego majątku narodowego. Co tam Riefenstahl, co tam Wasilewska, jak tutaj kolaborant Jaruzelski ściska się z kombatantami i opromieniony składa autografy. Zgroza.
Passentowa choroba W ramach promocyjno-książkowych wojaży do Toronto zawinął p. Daniel Passent - były okręt flagowy propagandy peerelu - człowiek kształcony niegdyś w stalinowskiej kuźni bolszewickich charakterów warszawskim liceum im. Świerczewskiego. Pewien absolwent tej placówki tak wspominał młode lata: "Większość uczniów z naszej szkoły (Elżbieta Jędrychowska, Daniel Passent, Ochabówny, Marian Grinberg i inni - przyp. G.D.) wywodziła się z tej formacji, dla której ten nowy, komunistyczny ustrój był akceptowany znacznie bardziej niż potocznie. Można przypuszczać, że gdyby to nie była Warszawa tylko prowincja, zbrojne podziemie strzelałoby do naszych rodziców, a nie do innych. (...) I oni głęboko ubolewali, że Polska nie jest 17. republiką radziecką. Kolega mojego brata miał nad łóżkiem własnoręcznie zaprojektowany herb polskiej republiki rad." - koniec cytatu. Passent pilnie się w PRL-u uczył, bo pchnięto go na studia na Harvardzie. Przypomnę młodszym czytelnikom, że było to w czasach komunistycznego totalu, gdzie dla wielu obywateli uzyskanie paszportu uprawniającego do przekroczenia żelaznej kurtyny pozostawało w sferze marzeń sennych. Niektórych nie wypuszczano nawet na wczasy do Bułgarii. Był więc p. Daniel Passent artystą propagandowego pióra i członkiem komunistycznej "bohemy", czerwonej "elyty", której zadaniem było trucie mózgów ludzi, do których nie przemawiał siermiężny żargon "Trybuny Ludu". Od komunistycznej propagandy wyższych lotów była "Polityka" - pismo, które wertował przy papierosie każdy peerelowski in-żynier o intelektualnych pretensjach. W przeciwieństwie do sloganowej grypsery "TL", wedle której czerwone "było, jest i będzie", w "Polityce" pisano, że czerwone niekoniecznie musi być, ale taka jest konieczność historyczna i racje geopolityczne, więc dobrze się stało, że jest. W tym to periodyku błyszczała dialektyczna gwiazda meandrowego języka p. Passenta. Ponieważ w Polsce nie doszło do dekomunizacji, "Polityka", a wraz z nią p. Passent, przechlupnęli się bezboleśnie do demokracji, gdzie nadal stroili się w szaty nauczycieli, ostrzegając m.in. przed rzekomo nadciągającą teokracją i katolickim fundamentalizmem. Zajęli się także en masse wybielaniem PRL. Nawiasem mówiąc, dawno temu - właśnie na tle oceny komunizmu p. Passent zarzucił mi chorobę psychiczną, którą skontrastował ze swym domniemanym umysłowym zdrowiem. Pozwolę sobie przytoczyć Passentowy ustęp z "Polityki": "Nie znam się na medycynie, ale sądzę, że wszystko zależy od tego, co uznamy za normalne. (...) Jeżeli za normę uznamy to, co z PRL zapamiętali np. dotychczasowi szefowie TV (tekst pisany w 1996 roku - przyp. moje) i ?Życia Warszawy= oraz ich pampersi, to wówczas ten i ów kwalifikuje się do leczenia. Wtedy bowiem normą jest to, co pisał o PRL zaledwie kilka miesięcy temu w ?Życiu Warszawy= (pod starym jeszcze kierownictwem) bardzo psychicznie zdrowy p. Andrzej Kumor: ?Można śmiało powiedzieć, że cała krajowa elita intelektualna jadła komunistom z ręki. (...) W Polsce powojennej powstawała jedynie literatura komunistyczna, komunistyczny film i komunistyczna sztuka! Tylko to, co miało od panów z komitetów placet=. Psychicznie zdrowy teoretyk z ?Życia= dochodził do wniosku, że przy okrągłym stole ?porozumienie robiły elity intelektualne przez komunistów wyniańczone, wyhodowane na partyjnych pożywkach...=. Jeżeli pan Kumor jest zdrowy, a Kuroń, Michnik i Wałęsa byli wyniańczeni przez komunistów, to pani Bogucka słusznie udała się do specjalisty (...) Co do mnie, to wolę być chory, jak Chećko i Małcużyński, niż zdrowy, jak Kumor". - koniec cytatu. Kto był wówczas chory, kto zdrowy - dziś widać gołym okiem. Nic to, drobna szczypawka... P. Passent, który w nowej Polsce załapał się przy MSZ-cie na ambasadorowanie w Chile, napisał książkę o swych doświadczeniach dyplomatycznych zatytułowaną "Choroba dyplomatyczna" i z tą to lekturą wojażuje dziś po kontynentach. O "Chorobie" tak pisał swego czasu recenzent "Rzeczpospolitej": "W tej książce (...) najbardziej pasjonujący jest indeks nazwisk. Wskazuje, że mamy do czynienia z księgą rodzinną i towarzyską. Passent Agata wymieniona jest dziewięć razy, Passent Bernard dwa razy, Passent Izabela (z domu Mic) dwa razy, Passent Marek raz, Passent Marta 33 razy, Jakub Prawin (wuj) jedenaście razy, Prawinowa Anna (wujenka) dwa razy, Dobromirski Łukasz (pasierb autora) sześć razy i Osiecka Agnieszka (była żona) osiem razy. Rodzina Kwaśniewskich wymieniona jest sześć razy, Kwaśniewski Aleksander (bez Jolanty) 41 razy, Kwaśniewska Jolanta (bez Aleksandra) dwanaście razy. Natomiast Kiszczak Czesław jest wymieniony trzy razy, tyle samo, ile prezydent Chile Eduardo Frei Ruiz Tagle, razem z całą rodziną i zdjęciem, albo Ludgarda Buzek solo. Różnica między miejscem poświęconym przez ambasadora Chilijczykom i innym obcokrajowcom a Polakom pokazuje, że albo Passent nigdy naprawdę z Polski nie wyjechał, a jeśli wyjechał, to niepotrzebnie...". - koniec cytatu. Tyle o czerwonym salonowcu Passencie. Mam nadzieję, że udając się na autorskie z nim spotkanie będziesz, Drogi Czytelniku, miał jako takie wyobrażenie, na co jest on dyplomatycznie chory. A. Politycy nie tworzą pieniędzy, oni wydają to, co my zarabiamy. Zazwyczaj sami jesteśmy w stanie lepiej wydać i więcej zaoszczędzić, B. Im mniejsze podatki, tym więcej pary w gospodarce i mniej do trwonienia pieniędzy przez urzędników. C. To my jesteśmy pracodawcą wszystkich służb państwowych i publicznych, dlatego mamy od nich prawo wymagać solidnej pracy. Ci ludzie nie powinni mieć prawa do strajków. Na kolana W polskich dworkach były kapliczki, w wielu starych domach w zacisznym miejscu wieszano krucyfiks i stawiano klęcznik, w mieszkaniach na ścianie był święty obraz - zazwyczaj Matka Boska Częstochowska lub Ostrobramska, rzadziej Ostatnia Wieczerza. Te wszystkie religijne artefakty nikogo nie dziwiły, nie drażniły i nie śmieszyły. Stanowiły nierozerwalny element polskiej tradycji, drogowskaz losu. To tam w chwilach trwogi oddawano się w opiekę, to tam dziękowano za łaski. Dopiero zawieruchy XX wieku wyrwały i rozproszyły te przedmioty, odebrały im dotychczasowe miejsce. Dziś widok klęcznika w mieszkaniu wywołuje zdziwienie, albo uśmiech politowania. Jakże to tak w dzisiejszym postindustrialnym świecie mamy padać "pod ścianą" na kolana?! Toż robią tak tylko straszne cioty-dewoty! My jesteśmy inni, wykształceni. My mamy komórkowy telefon, filmy na DVD i nowoczesne podejście. Dziś w modzie jest stawianie w domu buddy, nizanie egzotycznych paciorków, kadzidełka i medytacje w "pracowni jogi". To jest to! Tam się "relaksujemy i wyciszamy". I to nikogo nie dziwi, nikt nam buraczanego prostactwa nie zarzuci. Bo to modne i twarzowe... Mając pod bokiem ocean tradycji, wiary płynącej od pokoleń, my wolimy się odwracać do egzotycznych strumyków ciurkających w obcej gęstwinie. Zamiast otworzyć się na Głos, medytować w modlitwie, chłonąć nieprzebrane bogactwo stworzenia, codziennie delektować się tajemnicą życia, my wolimy chodzić do wróżek i znachorów. Wolimy pić z bagna, bo nie dostrzegamy źródeł tętniących tuż pod stopami. Szukamy daleko, zamiast rozejrzeć się wkoło siebie. Współczesny człowiek nie przestał być istotą religijną, nadal potrzebuje wiary i egzystencjalnego oparcia. Często trafia przy tym na różnych szarlatanów, często kluczy i wchodzi w ślepe zaułki. Brnąc tak przez życie zapomina, że zszedł z wygodnego szerokiego gościńca, który prostą drogą wiódł go do celu, zapomina, że może sobie ot tak po prostu uklęknąć przed krzyżem. Gdy zrobi to choćby raz, nagle puszczą go duchowe skurcze i rozprostują się kości, nagle w pokorze odzyska Siłę. Zalewanie strachu w gaciach Z doniesień agencyjnych wynika, że polscy żołnierze ostro w Iraku baletują - już druga "tura" wyleciała do kraju za pijaństwo. "Superexpress" opublikował też ostatnio wyzywająco upozowane zdjęcia obozowej pani tłumaczki, pucołowatej polskiej dziewoi z D-biustem, najwyraźniej kwitnącej w armijnej atmosferze samczego głodu. Wychodzi więc na to, że o ile dla amerykańskich żołnierek biletem z frontu do domu jest zajście w ciążę (frontowe panie Amerykanki czynią to w każdej kampanii masowo i na gwałt, zaś obecna kampania iracka nie jest tu wyjątkiem), o tyle dla polskich osiłków ten sam skutek uzyskiwany jest przez picie wódy. Najwyraźniej sowiecka tradycja zalewania wódką strachu w gaciach nie opuściła jeszcze wojsk "Najjaśniejszej", co niestety utrwala smutny stereotyp o Polackach-pijakach. Tymczasem myślenie życzeniowe Waszyngtonu nie przeoblekło Iraku w kraj mlekiem i miodem płynący, dlatego biedny prezydent Bush, który atakując Irak wypiął się na ONZ, dziś skamle do tej organizacji o pomoc. Jeszcze niedawno jego neokonserwatywni rozprowadzający grzebali ONZ w piachu historii, wieszcząc nową epokę unilateralizmu (czytaj: amerykańskiego dyktatu), a dziś puszczają oko do Francji i Niemiec. Widać bowiem, że amerykańska okupacja przekształca Irak w strzelnicę, gdzie byle chłystek może zza węgła upolować amerykańskiego żołnierza. Poza tym kraj najwyraźniej podzielił się na etniczne strefy i nawet gdyby Amerykanie chcieli się wycofać, wojna domowa jest murowana. Kurdowie, sunnici i szyici, wszyscy mają odmienne pomysły na przyszłość. Dla tych pierwszych iracki rozgardiasz niesie nawet historyczną szansę uzyskania własnego państwa. Na razie jednak na wycofanie się nie zanosi, Waszyngton musi sobie odbić koszty wojny. Oczywiście propaganda okupantów zapewnia solennie Irakijczyków, że nikt im ropy nie ukradnie i mogą spać spokojnie. Nawet przy planowanej "prywatyzacji" (czytaj przejęciu irackiej gospodarki przez kapitał międzynarodowy) zastrzega się, że przemysł naftowy nie zostanie stuprocentowo "sprywatyzowany". Problem tylko w tym, że całkowicie sprywatyzowany zostanie system bankowy, a okupanci i ich kompradorzy czuwać będą nad "wyregulowaniem" wartości irackiej waluty. To wystarcza, bo to poprzez system monetarny dokonuje się w naszych czasach łupienia kolonialnego, o czym najlepiej mogli się przekonać ogłupieni świecidełkami i paciorkami Polacy, którym reforma Balcerowicza ukradła kapitał wypracowany przez kilka pokoleń. Te same manewry zastosowane będą w Iraku, już dziś zjeżdżają się tam byli doradcy postkomunistycznych złodziei, aby pokazać miejscowym, jak się to robi. A do tego wszystkiego przykłada pijaną rękę polskie wojsko, które zamiast siedzieć w kraju i uczyć się skutecznej samoobrony terytorialnej, szlaja się dziś po drogach zagranicznej awantury... Z kagańcem na pysku Niby wszystko jest w porządku, niby ustawa C-250, którą w środę przyjął parlament nic wielkiego nie zmienia, ot tylko dołącza "orientację seksualną" do zestawu grup, wobec których nie wolno "nawoływać do nienawiści". Wszak to cel bardzo zbożny, no bo któż taki lubi szerzyć nienawiść? Wydawałoby się więc, że każdy pod nowym prawem powinien się podpisać rękami i nogami. Tym bardziej, że już zupełnie "na wszelki wypadek", na zasadzie "strzeżonego Pan Bóg strzeże" wprowadzono do C-250 poprawkę mówiącą, iż ustawa nie dotyczy "wypowiedzi opartych na tekstach religijnych". Tymczasem jak zwykle przy takich okazjach, diabeł tkwi w interpretacji. I to właśnie tejże interpretacji obawiały się Kościoły oraz organizacje religijne walcząc do upadłego przeciwko nowemu prawu. Notabene śmieszne to dosyć, że jeśli powiem "homoseksualizm jest nienaturalny, niemoralny i aspołeczny" to mnie wspomniana ustawa może skierować do prokuratury, tymczasem jeśli do mojego stwierdzenia dodam, "bo tak mówi Pismo Święte", to prokurator już się mnie nie będzie czepiał. Przykład to wymowny jakie buble uchwala się dziś w tym kraju. To jednak tylko detal. Ciarki po plecach przechodzą od czego innego. Otóż, w Kanadzie, głównym motorem inżynierii społecznej są sądy. Przeprowadzona w latach 80. nowelizacja konstytucji dała im możliwość nadinterpretacji prawa. Nie trzeba być wróżką Stefanią, by przewidzieć scenariusz, w którym dowolna grupka pomyleńców zaskarża płomienne kazanie dowolnego księdza albo też ustęp Biblii i stwierdza, że klauzula o "tekstach religijnych" jest sprzeczna z prawem równości gwarantowanym przez Kartę Praw i Swobód, czyli ową znowelizowaną konstytucją. Gdy sąd pierwszej, drugiej i trzeciej instancji przyzna takiej grupie rację (przy założeniu, że federacja będzie apelować) wówczas jedynym posunięciem, jakie pozostanie będzie przywołanie przez parlament notwithstanding clause zezwalającej na wyłączenie ustawy spod dyktatu Karty Praw. Ale tu - jak wiadomo - rządzący Liberałowie mają problem. Przypomniał o tym premier Chretien, którego liberalny idol, Pierre Trudeau, jest ojcem Karty Praw i Swobód. Klauzula ta to wymuszony ukłon w stronę przeciwników drakońskiej modyfikacji kanadyjskiego ustroju przeprowadzonej właśnie za panowania karmazynowego króla z Quebecu. "Żaden prawdziwy liberał jej nie powinien używać" - ostrzegał Chretien, jak przed złym czarem... Pewnego pięknego dnia możemy więc obudzić się w świecie, w którym jakiekolwiek bąknięcie publiczne krytykujące homoseksualizm uważane będzie za "szerzenie nienawiści", czyli za przestępstwo kryminalne, zaś prawdziwą nieocenzurowaną Biblię trzeba będzie przemycać przez granice. Takich Drogi Czytelniku mamy posłów i Ty sam sobie ich wybrałeś. Przypomnij sobie o tym przy najbliższej okazji politycznych skreśleń. No chyba że jesteś masochistą, którego rajcuje, jak mu zakładają kaganiec na twarz, a kaftan bezpieczeństwa na resztę figury. Nawiasem mówiąc, przy okazji tych wszystkich debat na temat spraw, nazwijmy je, "okołohomoseksualnych" wyszły na jaw ciekawe rzeczy. Między innymi dowiedzieliśmy się z ust panujących liberałów, że nasz demokratycznie wybrany większościowy rząd jest po to, "aby bronić praw mniejszości przed większością". A ja głupi do tej pory sądziłem, że w demokracjach rządzi większość! Dziś okazuje się, że ci, których ta większość wybrała, wyemancypowali się do tego stopnia, iż jęli większość pouczać, krytykować i sekować. Ponoć większość jest krótkowzroczna, zła, agresywna i chamska, dlatego zadaniem rządu jest bronić przed tą większością-swołoczą biedne grupki mniejszościowe. W myśl tej strategii wybieramy sobie rząd po to, aby nas okiełznał, okulbaczył i zakagańcował. Toż to trzeba mieć klerkowski tupet, by taką bzdurę wymyślić! Tak czy owak, nie zmienia to prostego faktu, że program wyborczy konserwatystów jest lepszy i zamiast odsądzać McGuinty'ego od czci i wiary, wystarczy ograniczyć się do punktowania jego wypowiedzi. Różnica jest bowiem zasadnicza, konserwatystom nadal chodzi o zmniejszenie podatków, pokazanie uzwiązkowionym proletariackim burżujom, gdzie ich miejsce (przepraszam za zbitek, ale chyba wszyscy wiemy o kogo chodzi) i oddanie ludziom władzy, która do nich należy (nie mylić z hasłem "cała władza w ręce rad"). Powiem szczerze, że bardzo bym się ucieszył, gdyby pozwolono na odpisywanie od podatku procentu pożyczki hipotecznej, zakazano nauczycielom strajkowania, a władze miast i wsi zmuszono do organizowania referendów przy okazji każdej propozycji podniesienia lokalnych podatków. Mnie to wystarcza, ja za tym głosuję i nie muszą mi obrzydzać McGuinty'ego, abym u niego nic nie kupił.... Do końca Czy Ojciec Święty powinien jeszcze pielgrzymować? Czy jego starcze przypadłości i schorowanie nie przeszkadzają w głoszeniu Słowa Bożego? Po pielgrzymce na Słowację pojawiły się głosy, że Jan Paweł II jest już zbyt chory, aby chodzić Piotrowymi ścieżkami, od kraju do kraju... Czy gdy Ojciec Święty potyka się, gubi tekst i zająkuje, czy to nie zniechęca wiernych? Przyzwyczajono nas, że zniedołężnienia się nie pokazuje, kultura masowa każe nam bić pokłony przed bożkiem operacji plastycznych, odmładzających zastrzyków, wiecznej tężyzny fizycznej. Nieoswojeni ze śmiercią i nieprzygotowani do przemijania, usiłujemy zakryć kłamstwami własne starzenie się. Tymczasem, życie ma etapy i w każdym z nich inna jest nasza rola. Zrozumieć przemijanie to znaleźć klucz do tego świata. Nie da się tego zrobić bez Boga. I to właśnie mówi nam papież. Ojciec Święty nie jest prezydentem, nie jest dyrektorem koncernu, fotogenicznym teleewangelistą, nie stoi na czele rządu czy armii, jest przywódcą duchowym. Nie musi niczego ukrywać, również swojej fizycznej słabości, wszak Królestwo, o którym mówi, nie jest z tego świata. Dlatego jego głos nadal działa z olbrzymią siłą. Życie to wielki dar. Jan Paweł II pokazuje nam, jak go w całości wykorzystać. A to pozostanie z nami do naszego końca... Wstrząs Jedenasty września 2001 roku. Początek nowego okresu historii. Ataki na Nowy Jork i Waszyngton niczym podpalenie Reichstagu zaznaczyły koniec starego świata. Globalna, permanentna wojna z terroryzmem, zmiana podejścia państw do wolności obywatelskich, zastosowanie prewencyjnych uderzeń na niepodległe narody. Wszystko to ma początek w mrożących krew w żyłach scenach ataku kamikadze. Obrazy te zmieniły Amerykę i jej podejście do reszty świata. One spowodowały nadszarpnięcie dotychczasowych sojuszów i głębokie podziały Zachodu. Zamachy początkowo wyzwoliły falę niespotykanego współczucia i solidarności z Amerykanami. Nie tylko na Zachodzie. Wkrótce jednak, gdy USA zaczęły pięścią reagować na cios, solidarność ta zamieniła się w oburzenie. Waszyngton odpowiedział tak, jak chcieli jego wrogowie - waląc na oślep i bez liczenia się z kosztami; podeptał instytucje i prawo międzynarodowe, zjednoczył przeciwko sobie świat arabski, pokłócił się z Europą. Zamiast budować sojusz umiarkowanych przeciwko ekstremistom, zradykalizował Arabów i muzułmanów. Zamiast mądrze przewodzić światu budując trwały porządek, Ameryka zaczęła bombardować nie bardzo wiedząc, co potem. Tylko zupełnych idiotów mogły przekonywać mrzonki o budowie nowoczesnego demokratycznego społeczeństwa w Afganistanie, tylko ludzie, którzy nie znają obyczajów i historii mogli łudzić się, że po zdobyciu Bagdadu, irackie społeczeństwo zacznie całować Amerykanów po rękach, dziękując za okupację... Są więc tego dwa wytłumaczenia. Albo obecna administracja składa się z fantastów i żółtodziobów, albo też wspomniane argumenty konstruowane były jedynie na użytek "ofiary" przeciętnej amerykańskiej szkoły publicznej. Jednym słowem, były tworzone na użytek manipulacji. Skoro prezydent Bush z uporem maniaka powtarza dziś, że reżim Husajna powiązany był z terrorystyczną Al-Kaidą, a jego własna CIA takich związków nie widzi, skoro młodych Amerykanów w mundurach wodzono za nos, strasząc irackimi broniami masowej zagłady, gdy nie było żadnych dowodów potwierdzających zarzuty, to domyślać się można, że w całej tej sprawie chodzi o coś innego. Skoro do końca nie wiemy o co chodzi, zastanówmy się kto stracił, a kto zyskał. 1. Wbrew zapewnieniom Pentagonu, wpływy Zachodu w Afganistanie ograniczają się dziś jedynie do stolicy i kilku enklaw. Na pograniczu afgańsko-pakistańskim hasa nadal bin Laden. Eksperci zgodnie przyznają, że dzięki nowej sytuacji, Al-Kaidzie udaje się rekrutować tysiące nowych członków. Ich szkolenie trwa w najlepsze w Afganistanie, Pakistanie i niektórych państwach muzułmańskich Azji - zwłaszcza w Indonezji. 2. Reżim Hamida Karzaja, który miał być przykładem dla całego regionu, okazuje się być skorumpowaną i bezwolną marionetką. W Afganistanie szerzy się bezprawie i produkcja heroiny. Fiasko polityki afgańskiej USA unaocznia fakt coraz rzadszych doniesień telewizyjnych z tamtych okolic. Deklarowanym celem Waszyngtonu było zmniejszenie zagrożenia terrorystycznego, tymczasem zagrożenie to wzrosło. A więc, USA straciły... 3. Irak staje się nowym polem bitwy Arabów z Zachodem. Mimo ekscesów Saddama Husajna kraj ten nie był dziką dyktaturą, co więcej, USA miały z Husajnem robocze kontakty i przy odpowiednich naciskach oraz dozowaniu kija i marchewki można było niewielkim kosztem zniechęcić Bagdad do gmerania przy amerykańskich interesach. Metodę taką zastosowano wszak z powodzeniem wobec Libii. To byłoby zwycięstwo amerykańskiej polityki. Powojenna klęska podkopuje amerykański autorytet w całym regionie i pokazuje muzułmanom, w jaki sposób tanio i skutecznie zadawać ciosy okupantom. Od rezultatów obecnej kampanii w Iraku zależy prestiż Ameryki, uratowanie twarzy jest coraz trudniejsze. Znów przyznać trzeba, że mimo poniesienia olbrzymich kosztów, Ameryka straciła. Czy zatem z dotychczasowego przebiegu wojny z terroryzmem wynika, że Izrael zyskał? Otóż tak! Przede wszystkim Irak nie stanowi już konkurencji dla państwa żydowskiego, nie wspiera palestyńskich organizacji niepodległościowych i nie funduje sutych prezentów rodzinom zamachowców. Ponadto nie jest wykluczone, że Izrael uzyska dostęp do taniej irackiej ropy i pośredniczył będzie w jej tranzycie. To jest wymierny zysk! Prócz tego wojna w Iraku i zamachy na Amerykanów wywołują zasłonę dymną chaosu, a w takiej sytuacji łatwiej pokusić się na ostateczne rozwiązanie "kwestii palestyńskiej" i skonsolidowanie terytorium. I znów zysk. A więc... Triumf woli Leni Riefenstahl 1902-2003 (http://www.leni-riefenstahl.de) być może nie miała szczęśliwego życia, ale z pewnością żyła w ciekawych czasach. Do końca swych długich dni pozostała twórczym i myślącym człowiekiem. Jej nieszczęście polegało m.in. na stworzeniu najlepszego propagandowego filmu wszech czasów, "Triumf woli" - dokumentalnej relacji ze zjazdu NSDAP w Norymberdze. Jej talent wzniósł się w hitlerowskich Niemczech na sam szczyt. Może dlatego do końca życia nie zapomniano jej mariażu z totalem. Gdy takiej Szymborskiej z rzadka wypomina się stalinowskie kołtuństwo, gdy całe chmary artystycznych miernot jak na zawołanie zmieniły sztandary, przeskakując z totalitarnych dworów na łono "demokracji", Leni zawiązano kulę u nogi. Jej losy były jednak, jak tytuł owego nieszczęsnego majstersztyku, triumfem woli. Upór, wytrwałość, praca, pasja. Te wykształcone w młodości cechy dały jej możliwość przetrwania i tworzenia. O ile ostatnie filmy Leni - podwodne krajobrazy Malediwów czy Morza Czerwonego, nie są dziś niczym niezwykłym (pomijając fakt, że tworzyła je nurkująca 90-latka), o tyle afrykańskie zdjęcia plemienia Nuba zachwycają podobnie, jak kadry "Triumfu woli" czy "Olimpii". Riefenstahl była genialna. Wymyślone przez nią nowatorskie techniki na stałe weszły do współczesnego warsztatu filmowego. Jej styl kopiowany był po wojnie przez niezliczoną rzeszę reżyserów i operatorów. Wielu z nas oglądało fragmenty filmów Leni, nie wiedząc, skąd pochodzą. Riefenstahl znała tysiące ludzi - Marlenę Dietrich, Fritza Langa, Ernsta Udeta (asa niemieckiego lotnictwa, który wraz z młodym Goeringiem latał w eskadrze "czerwonego" barona Richthofena), Ericha Marię Remarque'a, Davida Bowie czy Mike'a Jaggera, hitlerowskiej wierchuszki nie wspominając. Mimo że po wojnie oficjalnie traktowano ją jak trędowatą, Riefenstahl nadal przyciągała do siebie wielu ludzi. Była też uosobieniem hitlerowskiego "wyzwolenia kobiet", ikoną nazi-feminizmu. W czasach faszystowskich miliony Niemek poszły pierwszy raz do pracy, uzyskały niezależność finansową, zaczęły uczestniczyć w życiu politycznymi i społecznym kraju. Stereotyp "3xK" (Kinder, Kuche, Kirche), jedynie w części odpowiadał rzeczywistości. Niemieckie kobiety kochały Hitlera nie dlatego, że zapędzał je do garów i dzieci, lecz dlatego, że otwierał przed nimi wiele nowych dróg. Riefenstahl dla niejednej Niemki była tego przykładem. Jednocześnie jej wspomnienia (Leni Riefenstahl "A Memoir") pozwalają bardziej zrozumieć, na czym polegał czar hitleryzmu i dlaczego był on w stanie zatruć tylu uczciwych i inteligentnych ludzi. Ciekawe to, bardzo ciekawe... Branie na litość Dożyliśmy czasów, w których całe narody i państwa odpierają krytykę swej bieżącej polityki braniem na litość. Branie na litość i wzbudzanie współczucia to skuteczny mechanizm perwersyjnej manipulacji. Dobrze jest dziś być ofiarą, albo mieć ofiary w najbliższej rodzinie, ewentualnie w pokoleniu dziadków czy rodziców. Bycie ofiarą pozwala dusić krytykę, a wczorajszą słabość i klęskę przekształcać w dzisiejszy oręż i zwycięstwo. Dotyczy to zwłaszcza Żydów, którzy z hekatomby Holokaustu uczynili coś na kształt quasi-religii (prof. Finkelstein twierdzi, że "przedsiębiorstwa"). Holokaustem zatyka się dziś usta krytykom syjonistycznego ekspansjonizmu, tak jakby nieprawości doświadczane przez przeszłe pokolenia usprawiedliwiały dzisiejszą przemoc. Nie ma się więc co dziwić, że metodę i taktykę Żydów usiłują skopiować inni. Murzyni domagają się wielomiliardowych odszkodowań za niewolnictwo, kraje postkolonialne swoje problemy zwalają na kolonizatorów sprzed 100 lat, zaś byli oprawcy narzucają szaty ofiar, by przykryć wyrzuty sumienia. Do tej ostatniej kategorii zaliczyć można ruch wypędzonych Niemców, usiłujący z doświadczenia wypędzenia odbudować fragment niemieckiej tożsamości narodowej. Wypędzenie ma być upamiętnione, wypędzenie służyć będzie do wychowania młodego pokolenia, wypędzenie pomoże ukształtować niemiecką przyszłość... Naród, który odpowiedzialny jest za jedno z największych szaleństw XX wieku, chce dziś przesłonić dzieciom oczy. Chodzi o to, by niemieckie dzieci nie rodziły się z piętnem grzechu ojców i nie musiały kajać się od kołyski. Oczywiście, Niemcy cierpieli. Wielki zbiorowy gwałt dokonany przez sowieckich sołdatów na milionach niemieckich kobiet, odebranie majątków, bezprawie początków sowieckiej okupacji, wreszcie, wysiedlenia i utrata terenów zgermanizowanych od setek lat - to wszystko przyniosło Niemcom łzy i zgrzytanie zębów. Problem tylko w tym, że to była klęska Niemiec i to Niemcy sami na siebie ją ściągnęli. Sami z własnej woli poparli Hitlera, sami stosowali na okupowanych terenach odpowiedzialność zbiorową i sami wysiedlali. Jeśli więc chcą dziś wspominać cierpienia, jakie sprowadzili na siebie poprzez zbiorowe szaleństwo, to bardzo dobrze! Jednak z tego, co słychać od pani Eriki Steinbach, domyślić się można, iż nie tyle koncentruje się ona na niemieckiej winie, lecz na krzywdzie wyrządzonej Niemcom rzekomo przez innych - Polaków, Czechów, Rosjan. Przypomina to sytuację, w której mój sąsiad napada mnie, podpala mi dom, gwałci córkę, zabija syna, a gdy ja z krwią na oczach wypędzam go z wioski i zabieram gospodarstwo - woła na mnie "ty bandyto!". Dziś, gdy Niemcy zastanawiają się, gdzie zlokalizować nowe "Centrum przeciwko wypędzeniom", mam dla nich propozycję: proszę bardzo, w przedwojennej Warszawie. Odbudujcie nam stolicę taką, jaka była przed waszym wkroczeniem, a potem zróbcie sobie w niej to centrum... Przelot nad piecami Muzeum oświęcimskie słusznie zaprotestowało przeciwko przelotowi izraelskich F-15 nad bocznicą kolejową prowadzącą do obozu. Trzy odrzutowce pilotowane przez potomków Żydów ocalałych z Holokaustu mają zniżyć lot, tak by gołym okiem można było rozpoznać widniejące na nich gwiazdy Dawida, i w zwartym szyku przelecieć nad obozem. W uroczystości zaplanowanej na 4 września ma wziąć udział 200 izraelskich wojskowych. Muzeum uważa, że tego rodzaju pokaz siły militarnej w takim miejscu jak obóz koncentracyjny w Oświęcimiu jest niestosowne. Skoro tak uważa zarząd Muzeum, to ja mam pytanie, kto wydał Żydom zgodę na latanie nad miastem na wysokości 500 m nad ziemią?! Niestosowne jest również to, że izraelskim samolotom nie będą towarzyszyły polskie maszyny. Jeśli bowiem urządza się taką demonstrację, to w końcu warto przypomnieć, kto jest gospodarzem, a kto gościem. W przeciwnym wypadku zaczynają odżywać strachy przed wysuwanymi jeszcze nie tak dawno projektami eksterytorialności Oświęcimia i przekazania tych terenów pod zarząd żydowski. Militarna siła doprowadziła do tragedii Holokaustu. Była to tragedia upadku człowieczeństwa i grzmoty wyprodukowanych w USA odrzutowców w perwersyjny sposób tę tragedię pogłębiają. Jeśli dla kogoś przesłaniem płynącym z Oświęcimia jest konieczność budowania bomb atomowych i oliwienie czwartej co do wielkości machiny militarnej świata, to zdaje się, że zbyt krótko chodził po tym wstrząsającym Muzeum. Prezydent Stanów Zjednoczonych obiecuje, że wkrótce jego administracja zajmie się problemem ucieczki produkcji do krajów taniej siły roboczej. Bush powoła specjalnego koordynatora... Amerykańska gospodarka od dłuższego czasu przestaje produkować, fabryki przenoszą się do Meksyku, rynek zalewa tani chiński towar. Bez produkcji gospodarka wielkiego kraju nie jest w stanie istnieć. Przede wszystkim zaś nie jest w stanie niezależnie funkcjonować. Dziś nawet amerykańskie zakłady zbrojeniowe - dział strategiczny - zależą w olbrzymiej części od dostaw z zagranicy. Co prawda, niektórzy ekonomiści tłumaczą, że Ameryka jest w stanie poradzić sobie, sprzedając usługi, tzw. kulturę i "innowacje", czyli inaczej rzecz ujmując, najnowsze technologie. Mówi się, że za granicę ucieka głównie brudna i prosta produkcja. Niestety, nie jest tak pięknie. Owszem, początkowo w takich Chinach klejono trampki i tandetne gadżety, dziś jednak ucieka tam produkcja oparta na wysoko zaawansowanej technologii komputerowej czy kosmicznej. Urok taniego chińskiego pieniądza zniewala najbardziej patriotycznych Amerykanów. Już dziś gospodarka USA jest uzależniona od chińszczyzny i jakiekolwiek zakłócenie transpacyficznych dostaw spowodowałoby poważne perturbacje i recesję. Administracja prezydenta Busha prowadzi rozmowy z Chińczykami, namawiając do podniesienia kursu juana (obecnie "podpiętego" na niskim poziomie do amerykańskiej waluty), Pekin pozostaje jednak głuchy na te prośby, tłumacząc się, że mogłoby to doprowadzić do utraty miejsc pracy (gdyby tak ktoś z Warszawy chciał tego posłuchać...). Po drugie zaś, nie można innowacji i wysoko zaawansowanej technologii robić "na sucho", nie dysponując zapleczem produkcyjnym. Wszak Chińczycy są nie gorsi od Amerykanów w wymyślaniu nowych rzeczy - mają na swym koncie całkiem sporo wynalazków - od papieru poczynając... Po omacku W ramach ogólnonarodowego czynu społecznego pod hasłem "zgaś zbędną żarówkę", prowincyjni i federalni urzędnicy zafundowali sobie tygodniowe letnie wakacje - oczywiście płatne. Zaraz na samym początku kryzysu energetycznego, gdy jeszcze wszyscy chodziliśmy po omacku, premier federalny Jean Chretien oznajmił zupełnie poważnie, że w ramach pomocy dla prowincji Ontario nakazał administracji federalnej w tej prowincji zamknąć biura i iść do domu. Aby jeden urzędnik nie zazdrościł drugiemu, wkrótce podobną decyzję podjęto również w Toronto w odniesieniu do administracji ontaryjskiej. Rozpuszczeni urzędnicy mieli więc siedzieć po domach i zaciskać prądowego pasa. Miałoby to może sens, gdyby administracja pobierała tyle prądu, co - powiedzmy - rafineria czy stalownia, tymczasem idę o zakład, że nasi urzędnicy urzędując (bo w przypadku urzędników państwowych trudno tę czynność nazwać pracą) w kupie pobierają mniej prądu niż gdy są luzem. O co chodzi? Otóż, urzędnik w domu albo ogląda telewizor, albo ma włączony komputer, albo majsterkuje w piwnicy, albo robi coś koło domu... W tym czasie - oczywiście - musi klimatyzować pomieszczenia, by nie było mu za gorąco. Tymczasem w pracy - pomimo atmosfery nicnierobienia - nie można ostentacyjnie włączać na każdym biurku telewizora, zaś klimatyzowanie dużych pomieszczeń jest bardziej "sprawne" (poj. z fizyki), niż w przypadku typowego domu. Na dodatek, w czasie, gdy urzędnicy korzystali z wolnego, ich pomieszczenia nadal były oświetlane i klimatyzowane, zaś ekipy komputerowe bawiły się serwerami, aby je posprawdzać i zabezpieczyć przed (tu, zbieg okoliczności) nowym atakiem wirusowym. Ciekawe czy ktoś usiłował podliczyć, ile to "zaoszczędziliśmy" na owych wakacjach administracji? Premier Ernie Eves, który od kilku dni przebiera nogami, nie mogąc zdecydować się na ogłoszenie wyborów, wypowiedział się po raz pierwszy jednoznacznie na temat tzw. małżeństw homoseksualnych. Była to wypowiedź kuriozalna,bo na początku Eves tłumaczył się przez pół godziny, dlaczego myśli to, co myśli i jak wielki wpływ na jego myślenie odegrało tradycyjne wychowanie. Tak więc premier oświadczył, że "osobiście" uważa, iż małżeństwo to związek ludzi przeciwnej płci. Broń Boże jednak, nasz premier nie ma ochoty przekonywać do tego myślenia innych. Tłumaczy się nawet z własnego poglądu, jakby podświadomie uznawał go za wsteczny i się go wstydził. Ernie Eves roztacza przed nami wizję zachowawczej, tradycyjnej rodziny chrześcijańskiej, w której się wychował i z wilgotnymi oczami wyjaśnia, że wychowując się w takim środowisku on po prostu nie może inaczej... Wynika z tego, że premier Ontario sam nie zna żadnych argumentów na rzecz takiego czy innego rozwiązania spornej kwestii i zwraca się do ludzi, aby się z niego nie śmiali, bo to wszystko przez to, że mama była w kościelnym chórze, a on sam chodził do szkółki niedzielnej i był ministrantem. Biedny Ernie, rozdarty pomiędzy przywiązaniem do tradycji a "nowoczesnością" zdobył się w końcu na wyartykułowanie własnych poglądów, ale nie jest mu z tym dobrze i musi je uzasadnić przez własne pochodzenie - jakby chciał nas przekonać, że Kościół go zindoktrynował i on już tak musi... Przypomniało mi to pewien stary dowcip z lat 60. o tym, jak to do zapadłej podhalańskiej wiochy przyjeżdża partyjny agitator i na zebraniu zachęca górali do partii. Zgodnie z zaleceniem, wybiera wzrokiem dostojnego siwego jegomościa o orlim licu i świdrując wzrokiem pyta podchwytliwie: "A wy baco, jakie macie zapatrywania na przyjaźń polsko-radziecką?" Baca spokojnym głosem odpowiada w góralskiej mowie: "A takie, jak towarzysz Cyrankiewicz". Agitator zbity nieco z pantałyku nie rezygnuje: "A co sądzicie o kolektywizacji wsi?". Baca: "To samo, co towarzysz Gomułka!". Agitator z większym poirytowaniem: "A o naszym ustroju, to co myślicie?". Baca: "A to samo co towarzysz Zawadzki". Agitator, zdenerwowany: "To wy baco żadnych własnych poglądów nie macie?!". Baca: "Mam, ale je potępiam". Szanowni Państwo, nie bójmy się własnych poglądów i póki co, korzystajmy z tej wspaniałej rzeczy, jaką jest wolność słowa. Kanadyjska policja wreszcie może się pochwalić jakimś antyterrorystycznym sukcesem - zgarnęła 19 muzułmanów, którzy ponoć byli "śpiochami" Al-KAidy. W wywiadzie nie pracuję, więc trudno mi powiedzieć, jak bardzo rzeczywisty jest hak, który RCMP ma na zatrzymanych, z tego jednak, co piszą w gazetach, wygląda to śmiesznie. Ponoć chłopcy-al-kaidowcy, mieli się zachowywać "podejrzanie" - bo zatrzymano ich u bramy elektrowni atomowej, gdzie tłumaczyli pokrętnie, że chcą iść na pobliską plażę; jeden zaś uczył się latania, ale - co wzbudziło podejrzenia instruktora - niezbyt przykładał się do nauki. Wnosić z tego można, że nasi kanadyjscy al-kaidowcy to jacyś straszni dyletanci i gdy porównać ich z profesjonalistami, którzy przeprowadzili zamachy 11 września 2001 roku, to człowiek nieodparcie nabiera przekonania, iż są jakieś dwie Al-Kaidy - dla dorosłych i dla dzieci. W Kanadzie złapano tych z al-kaidowego przedszkola. Przepraszam bardzo, ale średnie rozgarnięcie nie pozwala mi zachować powagi, gdy ktoś twierdzi, że zamach na elektrownię atomową przygotowuje się podchodząc pod bramę i pytając o drogę... Na Arbeit do Reichu Śląsk to miał być klejnot w koronie. Straciliśmy co prawda Lwów czy Wilno - przekonywali komuniści - straciliśmy krajobrazy Kresów, ale to była Polska B, ta gorsza i zacofana, dostaliśmy za to uprzemysłowione i bogate ziemie Górnego i Dolnego Śląska. Na Śląsku żyło się dobrze, zwłaszcza za wuja Gierka - Pierwszego Górnika Peerelu. Dziś Śląsk to czarna bieda z nędzą; eksorbitalne bezrobocie, rozpadająca się wielka płyta, społeczne patologie. Sytuację ratują Niemcy - można u nich popracować i zahandlować. 40 proc. mieszkańców Śląska żyje na granicy minimum socjalnego, na ulicach Katowic dzieci żebrzą o jedzenie. "Usługowi" ekonomiści obecnego układu politycznego tłumaczą, że tak musi być, bo "bezrobocie jest jednym z palących problemów wszystkich wysoko rozwiniętych gospodarek rynkowych", zaś problem Śląska tkwi w samym Śląsku; w tym, że jest to przemysłowa skamielina pozostała po epoce węgla i stali, skazana na zadeptanie w erze mikroprocesorów i telefonów komórkowych. Niestety, prawda jest bardziej gorzka. Problem Śląska tkwi bowiem w Warszawie - w braku narodowej polityki gospodarczej państwa, w trwającym od lat zawyżeniu wartości polskiej waluty, w podporządkowaniu polskich interesów dyktatowi największych państw europejskich. Owszem, żaden przemysł nie może być sztucznie podtrzymywany przy życiu. Śląsk czekał na modernizację, wprowadzenie technologii gazyfikacji węgla, unowocześnienie istniejących hut i elektrowni, zamiast tego doczekał się rabunkowej wyprzedaży i likwidacji. Dziś mówi się górnikom, że ich węgiel jest za drogi i trzeba do niego dopłacać. Nie tłumaczy się jednak dlaczego? A dlatego, że dolar amerykański kosztuje 4 złote, a nie 6 czy 8, dlatego, że Polska jest od lat krajem o niezrównoważonej wymianie handlowej, który finansuje miejsca pracy w Unii Europejskiej. Śląskie zakłady to był poważny majątek. Zamiast go naprawić i zmodernizować, wyrzucono go w błoto - przez głupotę, korupcję i dezynwolturę polskich polityków. Robotnicy to są prości i niegłupi ludzie. Protestują, bo nic im innego nie zostało, domagają się gwarancji pracy i wypłat zaległych pensji - bo z ich perspektywy, to są rzeczy podstawowe, bo zdradziła ich polska elita. Dzisiejszy Śląsk nie wydał z siebie żadnego Korfantego; dzisiejszy Śląsk wolno przekręca głowę i wypatruje nadziei na zachodzie. W końcu Niemcy zawsze dbali o swe ziemie, niezależnie od tego, kto nimi administrował... A Warszawa, cóż w Warszawie kilku pajaców się nawet ucieszy, że Ślązacy znów masowo jeżdżą na Arbeit do Reichu i nie psują miejscowych statystyk. Nic nim nie majta? Ciemna chmura zbiera się nad głową prezydenta Busha. Iracka okupacja z dnia na dzień staje się bardziej kosztowna i beznadziejna. Plany szybkiego przekazania kraju przyjaznej Ameryce cywilnej administracji, spaliły na panewce. Pod skorupą okupacyjnego spokoju tętni życie, którego okupanci nie rozumieją, a które od czasu do czasu daje o sobie znać kolejnym atakiem na amerykańskich żołnierzy. Wszystko to sprawia, że w USA coraz trudniej przychodzi akceptować koszt irackiego bajzlu, ten dolarowy i ten mierzony w trupach. Miało przecież być bohatersko i dziarsko - tymczasem rzecz cała cuchnie, a na dodatek, nawet najbardziej łatwowierni obywatele powoli oswajają się z myślą, że Irak nie stanowił dla USA większego zagrożenia, tym bardziej zaś zagrożenia bezpośredniego. Po co więc było napadać Husajna? Ludziom trudno przychodzi uwierzyć, że w tym wypadku ogon kręci psem, i że wielkie mocarstwo pełni usługową rolę wobec cudzych interesów. Mnożą się więc różnego rodzaju mity, rzekomo pochodzące z najlepiej poinformowanych źródeł. Mają one zdjąć odium z Busha i mrugając okiem do amerykańskiego wyborcy, pozwolić obecnemu lokatorowi Białego Domu na kolejną czteroletnią kadencję. Jedną z takich "cicho-sza" wersji, jest tekst zamieszczony na stronach serwisu Debka (rzekomo powiązanego z Mosadem i służbami specjalnymi Izraela). Tłumaczy się w nim, że Irak za Husajna pozyskał technologię produkcji włoskich rakiet średniego zasięgu - Medussa-81, zamierzał uruchomić masową ich produkcję i zaopatrzyć w nie wszystkie siły antyizraelskie w regionie (w rodzaju Hezbollahu czy Hamasu). Zagrożenie to - wedle tego "przecieku" - miało skłonić premiera Szarona do zaordynowania prewencyjnego uderzenia w zakłady produkujące rzeczoną zabawkę. Ponieważ jednak produkcja była rozproszona, Szaron zagroził, że uderzy w Irak swymi atombombami. Chyba, że Bush obieca mu, że migiem Irak rozbroi i rzuci do stóp. Wersję tę poświadczać ma podobno fakt, że Syria odebrała hezbollahom działającym na terenie Libanu przekazane już rakiety. Nie chcąc dopuścić do "zapalenia się Bliskiego Wschodu" i pogrzebania wszystkich szans na pokój, rozważny i stateczny prezydent Bush wybrał "mniejsze zło", wydając rozkaz marszu na Babilon. Tego rodzaju dykteryjka, ma wszystkim barowym politykierom dostarczyć argumentu, iż w całej tej sprawie istnieje drugie dno, zaś prawda nie jest tak beznadziejnie płaska, jakby wydawało się to na pierwszy rzut oka i prezydentem Stanów Zjednoczonych żaden ogon nie majta. Nie pasuje do ich bajki Nożyce się odezwały. Nowojorski tygodnik "Forward" (wychodzi od 1897 roku w jidysz) z troską w głosie pisze 8 sierpnia o śledztwie, jakie w sprawie masakry polskiej ludności polskiej wsi Koniuchy (dziś na Litwie) prowadzi na wniosek Kongresu Polonii Kanadyjskiej polski Instytut Pamięci Narodowej. Przypomnijmy, że sowiecko-żydowska banda partyzantów spacyfikowała Koniuchy "dla przykładu" za opór miejscowych przy oddawaniu inwentarza i innych dóbr. Obszerną dokumentację tej zbrodni (w formacie pdf) znaleźć można na stronach internetowych KPK, pod adresem: http://www.kpk.org/english/toronto/koniuchy.pdf. "Forward", piórem Marca Perelmana, niepokoi się, że próba dochodzenia prawdy o tym, co stało się w Koniuchach i wskazania winnych mordu jest "motywowana politycznie". Perelman cytuje jednego z żydowskich partyzantów sowieckich, Dova Levina, dziś profesora historii Uniwersytetu Hebrajskiego: "Kongresowi Polonii Kanadyjskiej jest wygodnie zajmować się tą sprawą, zamiast wyjaśniać pogromy, jakich Polacy dopuszczali się na Żydach podczas i po wojnie"... Zatem, można tylko "w jedną stronę", w drugą "nie nada". Zarzuca się też stronie polskiej zawyżenie liczby ofiar, co jest o tyle śmieszne, że liczbę tę zawyżają sami ówcześni sprawcy, chełpiąc się we wspomnieniach "sprawnie przeprowadzoną akcją". Z tekstu "Forwarda" wynika, że samo wskazanie na żydowskie pochodzenie sprawców mordu zakrawa na antysemityzm, tymczasem - znów o ironio - to właśnie sami Żydzi chwalą się "zasługami". Okazuje się też, że wymordowani mieszkańcy wioski mieli... "pronazistowskie nastawienie". W czym jest problem? A w tym, że wskazanie na mord w Koniuchach (jeden z wielu dokonany przez bandy) podważa rozpropagowany mit przebiegu II wojny światowej. W mitologii tej Polakom przypisano rolę współsprawców, zaś Żydzi wpisali się w rolę ofiar. Gdy role te się odwracały - nadworni historycy mają problem. Problem, który najłatwiej po prostu zakrzyczeć słowami: "antysemici, szowiniści, faszyści!". Urząd statystyczny donosi, że poprawia nam się demografia i Kanadyjki rodzą dzieci. Ponoć odbiliśmy się od dna. W oku przyszłych emerytów zabłysła więc iskierka nadziei, że znajdzie się ktoś, kto zapracuje na ich świadczenia (urodzeni dziś ludzie mniej więcej za 20 - 25 lat zaczną płacić podatki). Demografia to klucz do sukcesu narodów. Nie jedyny, ale jeden z głównych. Prócz niego konieczne jest właściwe wychowanie i budowanie kręgosłupa moralnego, co pozwala ochronić wchodzących w życie ludzi przed mentalnością współczesnego niewolnika. Demografia to klucz do narodowej prężności. Unikając pułapki juwenaliofilstwa i kultu młodego, można śmiało powiedzieć, że młodzi ludzie stanowią podstawę wszelkiego fermentu społecznego - i tego na dobre, i tego na złe. Społeczeństwo stare może przez jakiś czas wygodnie kontemplować życie, jednak w perspektywie stu, dwustu lat, jego byt jest zagrożony. Demografia to również element wojny słabych z silnymi. Nie bez kozery Palestynki rodzą dziecko za dzieckiem; nie bez kozery imigranci arabscy czy chińscy w Kanadzie mają wielodzietne rodziny. Idę o zakład, że zaobserwowany wzrost przyrostu naturalnego to zasługa nie-białych imigrantów i Indian. Nasza kultura przestała być "dzieciorobna". U nas przed "zdecydowaniem się na dziecko" liczy się i kalkuluje, u nich, sentencjonalnie stwierdza się, że "przy piątce, szóste też się jakoś wyżywi". Tym bardziej, że koszt kolejnych "egzemplarzy" znacznie spada - w rozbudowanych rodzinach młodsze noszą ubrania ze starszych, a starsze pilnują młodszych, jednym słowem, tworzą razem zdrowe stadło. Jeszcze nie tak dawno u nas też tak bywało, jednak dziś postliberalny indywidualizm zniszczył takie myślenie do cna. Za sto - dwieście lat wymrzemy więc sobie spokojnie, jako mniejszość etniczna, zjedzona przez formułę "dwa plus jeden". ...czyli nieklasyczna logika szefa rządu. Zdaniem Jeana Chretiena, państwo musi dopuścić możliwość zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci, ponieważ społeczeństwo się zmieniło i obecnie jest to uznanie istniejącego faktu. Zatem większość Kanadyjczyków popiera ideę udzielania ślubu pederastom i lesbijkom - bo "społeczeństwo się zmieniło". Z drugiej jednak strony, Chretien wyklucza zorganizowanie referendum na powyższy temat. Dlaczego? Bo "większość nie ma prawa decydować o prawach mniejszości". Jednym słowem, demokracja jest dobra o tyle, o ile Chretienowi nie wchodzi w paradę, zaś społeczeństwo obywatelskie to tłuszcza, gotowa w każdej chwili zadziobać tych inaczej pokolorowanych. Obowiązkiem rządu - podkreśla Chretien - jest ochrona mniejszości przed społeczeństwem, czyli wbrew tezie wysuniętej w pierwszym paragrafie, "społeczeństwo jeszcze się nie zmieniło" i nie można sprawy puścić na żywioł - czytaj: poddać pod głosowanie. Bolszewicy tym różnili się od socjaldemokratów, że nie wierzyli w możliwość samorzutnej rewolucji. Twierdzili, że masy są zbyt zacofane, aby uznać konieczność "postępu", dlatego należy wprowadzić dyktat, chwycić społeczeństwo za pysk i wychować według nowego kanonu - trzeba wyprodukować nowego człowieka. Idea ta, za którą w wieku XX miliony ludzi zapłaciły krwią i męczeństwem, w swym kolejnym wcieleniu kołata się pod chretienową czaszką. Na szczęście, czy Chretien tego chce, czy nie, nadal mamy konstytucyjną możliwość "referendum" - są nią najbliższe wybory federalne. Strategia Kanadyjczycy wyekspediowali się do Afganistanu, by podpierać kijami tamtejszą prozachodnią marionetkę Hamida Karzaja. Z zachodniego punktu widzenia, Karzaj ma ten plus, że mówi biegle po angielsku, jest przystojny i kontaktowy. Z afgańskiego punktu widzenia, Karzaj ma ten minus, że stoi za nim jedynie obce wojsko i pieniądze. W kraju tak dumnym jak Afganistan, jest to jednoznaczne piętno. Przez to, że jesteśmy w Afganistanie (gwoli jasności, mówię o Kanadyjczykach), nie ma nas w Iraku. I dobrze. Bo iracka wojna bynajmniej się nie zakończyła. Jest tak: Od czasów wojny w Wietnamie wiadomo, że z Amerykanami można wygrać jedynie przy pomocy amerykańskiej opinii publicznej. Dlatego jakiekolwiek ataki terrorystyczne w Ameryce nie leżą dziś w interesie ani terrorystów ani antyamerykańskich sił w Iraku. Prowadziłyby one do mobilizacji amerykańskiego społeczeństwa i usprawiedliwiały straty, jakich dzień po dniu Amerykanie doznają w Iraku. O wiele bardziej korzystny jest wariant, w którym, spasieni amerykańscy konsumenci, siedząc spokojnie i bezpiecznie przed telewizorem, są codziennie denerwowani obrazami pofrędzlowanych zwłok amerykańskich chłopaków. Każdy rozsądny antyamerykański strateg, grałby dziś tą kartą. Nie trzeba angażować wiele środków militarnych i nie trzeba wielu ofiar w ludziach, by opinia Ameryki odwróciła się od obecnego prezydenta, by zdemoralizować żołnierzy w Iraku i ich rodziny w Stanach. Już dziś żołnierzom tym niewiele brakuje - o czym najdobitniej świadczy przypadek zastrzelenia kamerzysty Reutera. Młodzi, zdezorientowani, sfrustrowani, skorzy ciągnąć za cyngiel na każdy szelest, w niczym nie przypominają, pewnych siebie profesjonalnych żołnierzy najpotężniejszej armii świata. Na dodatek, trudno jest okupować kraj przy pomocy lotnictwa - a to przecież największy amerykański atut. Tymczasem Amerykanie w USA, widzą coraz mniejszy związek między 9-11, a iracką okupacją, stąd i spadają notowania prezydenta. To właśnie prezydentowi na rękę jest podsycanie amerykańskich fobii i strachów. W ten sposób może jakoś uzasadniać bliskowschodni bajzel, do którego wpakowała amerykańskich chłopaków jego własna polityka. Niebo Z sondażu C-News wynika, że 20 proc. osób dotkniętych przez ubiegłotygodniowy "blackout" skorzystało z okazji, by... popatrzeć na niebo. Wszak żyjemy w czasach powszechnego nocnego zabrudzenia świetlnego. Całe pokolenia nigdy w życiu nie widziały Mlecznej Drogi czy Wielkiego Wozu, nie chłonęły oczami głębi Kosmosu, nie stawały oniemiałe w obliczu czeluści Tajemnicy. Podczas gdy jeszcze sto - dwieście lat temu człowiek żył pod gwiazdami, a wielka czasza Wszechświata wisiała mu nad głową, dziś żyje jak kret i rzadko podnosi wzrok. Skutki tego są opłakane. Ludzie, którzy nie patrzą w niebo, schodzą na psy. "Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie" - wymieniał Immanuel Kant, jako rzeczy, które napełniają każdego podziwem. Nasze "zadziwienie" pod gwiazdami to początek drogi w poszukiwaniu rozumienia. Niewolników najlepiej trzymać pod pokładem, lub w kopalniach, najlepiej nie pozwalać im patrzeć w gwiazdy... Od kiedy człowiek zaprzestał wywodzić z nieba rozumienie świata, i od kiedy zaczął szukać autonomicznej prawdy we własnej egzystencji, zaczął włóczyć się po manowcach. Zbłądził, bo usiłował zapomnieć i przesłonić fakt niesamowystarczalności i niepełności własnego istnienia. Przychodzimy i odchodzimy - jako jedna z kropel wielkiej rzeki życia, nasze własne istnienie samo w sobie nie ma znaczenia i dopiero zyskuje je w odniesieniu do swej przyczyny. Rozumiał to człowiek Średniowiecza, rozumieją to ludzie wędrujący przez życie pod sklepieniem nieba. Jesteśmy pyszni i próżni, dlatego tak łatwo przychodzi nam budować własne pomniki; dlatego tak chętnie widzielibyśmy się w roli stwórcy i pana rzeczywistości. Od czasu do czasu udaje nam się nawet tworzyć bąble czasu i przestrzeni, w których wydaje nam się, że tak jest. Wkrótce jednak bańka pryska, wali się cokół i w gruzy obraca piedestał. Spojrzenie w niebo uczy pokory i umożliwia usytuowanie się w świecie. Przewartościowuje nasze codzienne troski, każe myśleć o rzeczach ostatecznych. Jednocześnie zaś daje poczucie siły płynącej z poznania. Tak banalna rzecz jak brak prądu sprawiła, że wielu ludziom zachybotał się świat pod nogami, zaczęli panikować i biadać, przekonani, że świat, który znają na co dzień musi zawsze istnieć, jakby jego posady były niewzruszone i jakbyśmy to od bożka energii elektrycznej zależał spokój ducha. Upadają narody i cywilizacje, ludzie się rodzą i umierają; z prochu powstaliśmy i obrócimy się w gwiezdny pył. Marność nad marnościami... Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie - niebo i sumienie - "dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i zmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej nad nimi się zastanawiamy". Pisane przy latarce O tym, że amerykański system energetyczny to szajs widać już na pierwszy rzut oka, wystarczy spojrzeć na gwatwaninę przewodów, które idą po słupach, wydawało się jednak, że sama jego struktura oparta jest na solidnych podstawach i właściwie zabezpieczona. Okazało się, że jednak nie. Blackout 2003, jak każde wydarzenie dużych rozmiarów, odsłonił polityków. Prezydent Bush natychmiast zapewnił, że to nie zamach terrorystyczny - tak, jakby od razu mógł ustalić, że awaria nie została wywołana przez sabotaż, lub atak hakerski na komputery sterujące siecią. Wszak do tej pory nikt nie wie dlaczego nie zadziałał system bezpieczeństwa zapobiegający efektowi domina, a wprowadzony po pamiętnym "ściemnieniu" w 1965 roku. Terroryzm to w końcu nie tylko bomby. Tu w Kanadzie, można się było z kolei przestraszyć, gdy premier Chretien oświadczył, że cały ten bajzel wywołało uderzenie pioruna w elektrownię koło Buffalo. Każdego roku w sieć energetyczną wali tysiące piorunów - jest to rzecz zupełnie naturalna. Dlaczegóż więc akurat ten okazał się taki tęgi? Chwilę później indolencją popisał się minister obrony John McCallum, który informował, że wszystkiemu winien pożar w elektrowni atomowej w Pensylwanii. Pożaru takiego nie było... Dobrze, że tego nie słyszeli mieszkańcy tego stanu. Po prostu, dzieci we mgle, a nie politycy. Szczerze powiedziawszy, choć nie lubię premiera Ontario Erniego Evesa, to jednak facet okazał się w miarę rozsądny i przynajmniej nie mówił bzdur, co w sytuacjach kryzysu jest bardzo ważne. Rozsądnie też - wbrew wszystkiemu - zachowali się ludzie. Nasza torontońska łaciata zbieranina - społeczeństwo zlepione w 70 procentach z mniej lub bardziej przeterminowanych imigrantów okazała obywatelską postawę. Problemy były tam, gdzie zawsze i w tych częściach miasta, gdzie można było się ich spodziewać. Serce natomiast rosło, gdy widziało się przypadkowych ludzi kierujących ruchem na skrzyżowaniach, gdy mimo całkowitego braku sygnalizacji świetlnej, ruch odbywał się w miarę płynnie i miasto nie zaryglowało się w korkach. Jeździło się ostrożnie. Z zachodniej części Toronto dotarłem do centrum Mississaugi w 40 minut - zupełnie niezły wynik. Gdy wjechałem do garażu - olśnienie, palą się światła i słychać miarowy pomruk wysokoprężnego silnika - uff. Generator zapewniał oświetlenie, pracę pomp wodnych, jeździła jedna winda - słowem, wysoka kultura. Gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, zacząłem myśleć kategoriami "awaryjnymi". Po pierwsze, woda. Wkrótce mieliśmy jej dwie wanny i wszystkie garnki.(Tu przypomniały mi się lekcje geografii w liceum u szalonej prof. Z. - "Powiedz nam z czego bierze się życie na pustyni?". Odpowiedź prawidłowa brzmiała: "pani profesor, życie na pustyni bierze się ze studni!"). Przegląd posiadanej żywności, potem ustalenie jadłospisu, tak aby opróżnić lodówkę ze wszystkich łatwo psujących się rzeczy. Ryż, makaron, fasola, groszki, przecier pomidorowy. Obliczyłem, że nie wychodząc z mieszkania możemy na tym "jechać" przez 10 dni. Nawet jeśli wyłączą wodę... Z głębin pawlacza wyciągnąłem: zapas baterii, mały czarno-biały telewizor z radiem i - rzecz najważniejsza - palnik Magic Heat. Małe gizmo, dające czysty płomieć przez co najmniej 11 godzin na jednym naboju. Można używać w pomieszczeniach zamkniętych. W zapasie mieliśmy 3 naboje - 33 godziny pracy palnika! W chwilę później w garnku radośnie szemrała pierwsza woda na "blackoutową kawę". W lodówce znalazło się mleko w puszkach! Wieczór przy telewizorze i czerwonym winie. CBC miała problemy z nadawaniem, ale za to antena łapała kilka programów z Buffalo. Ocena domowej sytuacji wypadła pomyślnie. Kilka dni możemy tak wegetować. Pomyślałem, że nawet gdy skończy się nasz palnik, w piwnicy mamy węgiel drzewny i naftę do kupionej niegdyś lampy (Made in China - taka jak przy wiejskich furmankach). W kolejny dzień klimatyzację doskonale zastępowały zimne prysznice i - sposób z tropików - owijanie się w mokre ręczniki. Był czas! Wreszcie można było spokojnie poczytać stare numery "Skrzydlatej Polski"... Oczywiście, burmistrz Toronto, Mel Lastman, znów "nie zawiódł" przez co był najbardziej cytowanym kanadyjskim politykiem na świecie. Mel uradował się bowiem z faktu, że za 9 miesięcy będziemy mieli przepełnienie w izbach porodowych. Wyszło więc na to, że w Toronto kobiety po ciemku całkiem tracą głowę - wystarczy im tylko zgasić światło... Sanhedryn W czasach komunizmu działała cenzura prewencyjna - symbol totalitarnego kłamstwa. Każdy redaktor z byle bzdurą musiał biegać na Mysią czy inną ulicę, by cenzor łaskawie puścił mu rzecz. To samo było, z każdym filmem, który jeszcze przed kolaudacją pokazywano panom cenzorom, czy też z audycjami radiowymi. Dawno temu przekraczając dziarsko żelazną kurtynę miałem nadzieję, że w wolnym świecie cenzura to bluźnierstwo i obraza naturalnej wolności ludzkiej. Co to jest "Pasja"? Wygląda na to, że będzie to jeden z najciekawszych filmów dekady. Wstrząsa duszą i wyciska łzy. Gibson przeniósł na ekran 12 ostatnich godzin życia Jezusa Chrystusa. Nie byle jaki obraz, ale pozostający stuprocentowo wierny tekstowi Ewangelii. Aby było ciekawiej, film jest w oryginalnych językach - po aramejsku i łacinie, bez napisów angielskich! Rolę Maryi gra rumuńska aktorka pochodzenia żydowskiego, Maja Morgenstern, rolę Marii Magdaleny uosobienie włoskiego seksu - Monica Bellucci (patrz "Malena" w reżyserii Giuseppe Tornatore). Po prostu, wreszcie "coś" na tym hollywoodzkim bezrybiu, wreszcie jakieś dzieło z prawdziwego zdarzenia! (Jeśli ktoś ma ochotę wesprzeć film - idzie o pokazanie, że może on liczyć na zainteresowanie - proszę odwiedzić strony internetowe: http://www.passion-movie.com/english). Co zatem nie podoba się w "Pasji" ADL? Otóż to, że film Gibsona (zrobiony za jego prywatne pieniądze) jest za bardzo wierny Ewangelii i wynika z niego, iż Chrystusa posyłają na śmierć Żydzi z Sanhedrynu, a nie Poncjusz Piłat. Ponoć pokazanie Żydów w takiej roli może w nas maluczkich rozbuchać "antysemityzm, bigoterię i nienawiść". Zapewnienia samego Gibsona, że film jest "o miłości, nadziei i przebaczaniu" (o czym zresztą jest cały Nowy Testament) na nic się nie zdają. ADL żąda "przeprowadzenia modyfikacji". Jeśli się to nie stanie obrazowi może grozić dystrybucyjny bojkot. Wygląda więc na to, że "Pasję" trzeba będzie oglądać... w katakumbach... Czekam teraz na kolejny krok - nową, politycznie poprawną wersję Ewangelii, zaakceptowaną przez panów z ADL. Jak wiemy, Ewangelie szerzą bigoterię, nienawiść i antysemityzm. Nic to, że każą nam miłować nieprzyjaciół i nadstawiać drugi policzek, nic to, że nie zalecają - jak niektóre święte księgi innych wielkich religii - stosowania podwójnej moralności dla swoich i dla obcych - ich feler polega bowiem na tym, że w Ewangeliach Żydzi żądają śmierci Jezusa. Jak to pisze św. Mateusz: "Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: =Nie jestem winien krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz?. A cały lud zawołał: =Krew jego na nas i na dzieci nasze?". Ja protestuję! Przecież to trzeba zmodyfikować! Jak to mogło pójść w takiej formie!? Ten fragment w sposób oczywisty "nawołuje do nienawiści przeciwko wyodrębnionej grupie", co jest sprzeczne z przepisami prowincji Ontario! To oświadczywszy biorę zaraz Biblię pod pachę i lecę do Ontaryjskiej Komisji Praw Człowieka naskarżyć na tego Mateusza. Wnoszę o rozpoczęcie oficjalnego dochodzenia... Przyjemnego oglądania Ręce opadają Świat pełen jest banalnych niekonsekwencji. Kilka dni temu ze stanowczym protestem Niemiec i Izraela spotkało się użycie w Hongkongu hitlerowskiej symboliki przy dekoracji wnętrz i produkcji ubrań. Oczywiście, produkowanie podkoszulków z Hakenkreutzem, czy wywieszanie flag III Rzeszy w nadziei na przyciągnięcie klientów z powodu estetycznej ekscytacji, jest rzeczą mało smaczną. Z drugiej jednak strony, bez żadnej żenady i na wiele różnych sposobów eksploatuje się, i to nawet tutaj w Ameryce, symbolikę sowiecką - gwiazdy, sztandary, czapki, Bóg wie co. I nikomu to nie przeszkadza! Ideologii hitlerowskiej ukręcono łeb po wojnie, dziś dobija się ją na każdym kroku i przy wielu okazjach; ideologia sowiecka nie dość, że do końca nie upadła, to jeszcze jej imperialny, trockistowsko-bolszewicki trzon przeżył ogólnoświatową metamorfozę. Nic to, że sowiecki terror i fanatyzm odpowiedzialne są za wymordowanie o wiele większej liczby ludzi niż hitleryzm. Nic to, że Sowieci stworzyli jeden z najbardziej nieludzkich systemów politycznych... Nic to, że sierp i młot był dla pokoleń symbolem ludobójstwa i opresji, że w imię tego symbolu gładzono całe warstwy społeczne czy zawodowe. To się wszystko nie liczy. Ofiary sierpa i młota są bowiem dziś mniej wpływowe niż ofiary swastyki, które nie chcą mierzyć swej boleści tym samym metrem. I tak już zostanie. W końcu chodzi o to byśmy w głowach mieli rozbełtany macerat rozmiękczonych komórek, a nie mózg. Nie tak dawno zarzucono mi że mam "średniowieczne" poglądy, śmierdzące Inkwizycją. Tymczasem pojęcie "średniowieczny" nie powinno brzmieć pejoratywnie. Są to czasy św. Augustyna, św. Tomasza z Akwinu, Ockhama, św. Franciszka. Owszem, są to również czasy Inkwizycji. Ale nawet w porównaniu z Rewolucję Francuską, o XX-wiecznych fobiach nie wspominając, Inkwizacja jawi się jak ogródek jordanowski. Czy inkwizytorzy palili na stosie całe narody, czy grupy zawodowe?! Ktoś powie, "ale zabijano w imię szczytnych ideałów i Kościoła". Co z tego?! Proszę podliczyć, ile trupów poszło do piachu w imię najbardziej szczytnych ideałów humanizmu i człowieczeństwa; w imię budowy nowego Jeruzalem w doczesności. Przecież ci, którzy w XX w. wyrzynali miliony, czynili to z pieśnią na ustach i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Gdzież to równać z Inkwizycją?! W imię Boże wymordowano nędzny ułamek tych wszystkich, którzy złożyli głowę na ołtarzu Nowej Ludzkości. Średniowieczny człowiek, w większości przypadków, całkiem rozsądnie myślał i nie popadał w szaleństwo bezbożności. Mimo to, za sprawą "propagandystów Renesansu", Średniowiecze ma do dziś złą prasę. To tylko jeden z przykładów na to, jak bardzo potoczna świadomość jest więźniem stereotypów. Między innymi tych o swastyce i tych o młocie.
Prawda kole Minister Bob Runciman powiedział coś, o czym w Toronto wie każde szkolne dziecko - grupa działaczy różnego rodzaju organizacji antyrasistowskich i wokółrasowych robi karierę na podtrzymywaniu konfliktu między policją a Murzynami, a może raczej, między policją a Murzynami, którzy na swoim kolorze skóry usiłują zbić interes i, na przykład, otrzymać złagodzenie wyroku za popełnione przestępstwa i zbrodnie. Jak wiadomo, według liberalnej mitologii, Murzyn zawsze ma do szkoły pod górkę. Wokół sprawy kręci się dziś chmara działaczy żyjących z naszych funduszy, przeznaczonych na zwalczanie uprzedzeń rasowych i budowę społecznej harmonii. Problemem jest ponoć tzw. profilowanie rasowe - Murzyni żalą się, że policja nęka ich na każdym kroku, zatrzymując do kontroli tylko i wyłącznie dlatego, że są Murzynami. Ja się policji nie dziwię. W końcu, jeśli się ma do czynienia z młodym czarnym mężczyzną, okazującym na ciele i ubiorze wszystkie insygnia miejscowego gangu od obrotu kokainą, to warto się takiemu człowiekowi bliżej przyjrzeć. To jest tak, że nikt chińskich triad nie będzie szukał w katolickiej szkole dla grzecznych panien, nikt też nie będzie badał rosyjskiej mafii na osiedlach zamieszkiwanych przez imigrantów z Jamajki. Po Toronto chodzą całe watahy ludzi, którzy na konfliktach rasowych zbudowali kariery, uzurpując sobie prawo do reprezentowania czarnej społeczności miasta. Dewizą tej grupy jest: "im gorzej, tym lepiej". Im większe napięcie i bardziej zaogniona sytuacja, tym większe światło skierowane na ich postacie. Wie o tym każde dziecko w wieku szkolnym, więc nic dziwnego, że zna ten problem Bob Runciman. Co innego jednak znać, a co innego mówić. Okazuje się bowiem, że w naszej słodkiej rzeczywistości mówienie prawdy może być równoznaczne z rasizmem - jak to wytykał Runcimanowi liberalny poseł Monte Kwinter. Wychodzi na to, że w imię politycznej poprawności należy publicznie kłamać! (sic!). Murzyńscy działacze zamiast podburzać czarną młodzież przeciwko policji i snuć wizje miejskiej rewolty w beretach, lepiej by zrobili zadając sobie pytanie, dlaczego tak wielu młodych Murzynów schodzi na psy i ląduje w kryminale. Być może kryzys nie dotyczy stosunków rasowych w Toronto, lecz samej społeczności murzyńskiej jako takiej... Runciman ma również rację, gdy krytykuje sędziów, którzy łagodzą wyroki za groźne przestępstwa i zbrodnie tylko dlatego, że dany delikwent spędzał czas zamknięty w przepełnionych aresztach. Powtórzmy aresztach, a nie więzieniach. W areszcie siedzi się do momentu rozpoczęcia sprawy. Bycie więźniem to żadna przyjemność. Właśnie dlatego, że nie jest to przyjemność? Uwięzienie ma spełniać odstraszającą rolę. Gdy bandytom jest w więzieniu przyjemnie, to rzecz cała zaczyna stać na głowie. Warunki w kanadyjskich zakładach karnych w porównaniu z warunkami w zakładach niegdysiejszego PRL-u to raj - a mówię to z perspektywy kogoś, komu dane było poznać smak nocowania "na betonce". System penitencjarny ma przede wszystkim chronić społeczeństwo przed bandytami. Resocjalizacja to rzecz wtórna. Warto o tych podstawowych prawdach pamiętać, gdy niebawem głosować będziemy w prowincyjnych wyborach. Zdaje się, że oprócz Boba Runcimana mało kto o tym pamięta. Prezydent Chirac na wakacjach w Quebecu - no, no! Podejmując "na farmie" Chiraca Jean Chretien daje Waszyngtonowi do zrozumienia, jak zbieżne są stanowiska Francji i Kanady w sprawach międzynarodowych. Chirac - jak wiadomo - to sól w oku prezydenta USA George'a Busha. Kanadyjska kanikuła francuskiego męża stanu ma więc podrażnić nieco nozdrza Amerykanów. Chretienowi trudno już liczyć na wielkopańskie gesty ze strony włodarza Białego Domu, i chyba już mu na nich nie zależy. Do czasu zmiany warty na stanowisku szefa kanadyjskiego rządu Bush raczej nie przyjedzie do Kanady z oficjalną wizytą państwową. Niemożliwe jest też już, by Chretiena kopnął najwyższy sojuszniczy zaszczyt - nieoficjalna wizyta na rancho Bushów - symbol amerykańskiego namaszczenia. Tak więc na odchodne pozostało Chretienowi zagrać na nosie przed Bushem i "poodprężać się" z urlopującym Chirakiem w swej quebeckiej letniej rezydencji. A fuj, a fuj, a fuj. Niesmak. Torontoński Woodstock/Sarstock był jak odgrzewana jajecznica. Odgórnie trudno jest zorganizować spontaniczność. Podskakujący na scenie drewniany Jagger przypominał zasuszonego mupetta, zaś rozbawiona młódź nieudolnie usiłowała naśladować dziką balangę swych rodziców z Woodstock. Porównanie do tamtej imprezy można między bajki włożyć. Co by o ówczesnych hippisach nie mówić, byli to autentyczni i szczerzy ludzie. Im o coś chodziło. O coś więcej niż tylko o opalenie się trawą, wychlapanie w błocie i pokazywanie gołych sutków. Minął zatem nasz Sarstock i w kilka dni po imprezie mało kto go pamięta. Legend nie da się tworzyć na siłę... Trąd wolnej mowy Procesy historyczne mają to do siebie, że ludzie będący ich świadkami nie zawsze zdają sobie sprawę, iż na ich oczach dzieje się coś niezwykłego. Podobno podczas szturmu na Pałac Zimowy, czyli początku czegoś, co odmieniło oblicze Ziemi, śląc do gleby miliony ludzi, w Petersburgu czynne były teatry i jeździły tramwaje. Atak maruderów na siedzibę rządu na pierwszy rzut oka był jeszcze jedną ruchawką... Dziś jesteśmy świadkami bezprecedensowego ograniczania wolności słowa i limitowania debaty publicznej, a mimo to większość z nas wzrusza ramionami, spokojnie dopijając poranną kawę. Kastracja wolnej myśli przebiega bezszmerowo, przy pomocy komasacji środków masowego przekazu, sądowego molestowania i programów szkolnych. Podczas gdy dawniej zachęcaliśmy młodych do stawiania niewygodnych pytań, dziś źle postawione pytania mogą skazać na społeczny niebyt i zawodową próżnię. Gdy dawniej uczono, by przykładać jedną miarkę do podobnych zjawisk, dziś dominuje moralność Kalego i podział na równych i równiarzy. Gdy dawniej zachęcano, by kwestionować zastane prawdy i codziennie na nowo weryfikować obiegowe sądy, dziś całe dziedziny społecznej świadomości opanowane są przez jedynie słuszne mitologie. Ci, którzy je kwestionują, natychmiast dostają pieczątkę wroga ludu - terrorysty, wichrzyciela, elementu stanowiącego zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa - i zepchnięci zostają do najniższej kasty - trędowatych, których nie trąca się nawet patykiem. Dam przykład prosto z brzegu i spod nosa. Ernst Zundel, znany zaprzaniec holokaustowy (Holocaust denier) przebywający w areszcie deportacyjnym, został uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa kanadyjskiego państwa. A więc nie arabscy terroryści, których wpuszczamy tu - dziękuję bardzo - na kopy w ramach różnxego rodzaju programów migracyjnych, lecz p. Zundel, który uważa, że nie było zagłady Żydów. Dla jasności: nie podzielam tej opinii, jest to jednak tylko czyjeś zdanie. Ponadto z tego, co przeczytałem w gazetach, wynika, że Zundel nie nawołuje nawet nikogo do robienia komuś krzywdy. Piszę o Zundelu, zainspirowany przez... marszałka polskiego Sejmu p. Borowskiego, który w bezprecedensowej obronie bluźnierstwa artystki Nieznalskiej przypomniał sławne zdanie Woltera: "nie podzielam twych poglądów, ale będę walczył do ostatniej kropli krwi o twe prawo do ich głoszenia". Zastanawiam się, czy p. marszałek skłonny byłby powtórzyć to zdanie w odniesieniu do p. Zundela, a jeżeli nie, to dlaczego? Odpowiedź ma kluczowe znaczenie dla oceny procesu, którego jesteśmy świadkami. Poglądy Zundela można ignorować, można je ośmieszać i wykpiwać, ale czy za ich głoszenie należy zamykać samego Zundela? Urodziłem się w kraju, w którym za poglądy można było trafić do kryminału, naiwnie sądziłem, że wolność słowa, wolność prasy i przekonań to oczko w głowie wszystkich wolnych i demokratycznych społeczeństw. Tymczasem coraz częściej jest to jedynie wolność dla wybranych. Mali i duzi Montrealska "runda" rozmów prowadzonych w ramach WTO pokazała to, co wszyscy od dawna wiedzą - kraje najbogatsze nie zamierzają rezygnować z własnych interesów w imię międzyludzkiej solidarności czy tym podobnych górnolotnych haseł. Tzw. runda Doha, której kontynuacją było "nieformalne" spotkanie w quebeckiej metropolii, ma za zadanie znieść jedną z największych blokad rozwoju krajów biednych - umożliwić im eksport rolny i poprawić opłacalność ich własnej produkcji. Dziś jest tak, że mimo szczytnych deklaracji pomocy dla takiej - powiedzmy - Afryki, kraje Unii Europejskiej ani myślą wpuszczać do siebie afrykańskie płody rolne, co więcej, poprzez subsydiowanie rodzimej produkcji żywności i eksportu prowadzą do skutecznego zalewania biednych krajów własnymi towarami. Biedni nie mają zaawansowanej technologii ani wykwalifikowanych kadr, ale nawet analfabeci mogą przy odrobinie wiedzy agrotechnicznej produkować tanią żywność, czy bawełnę. Tanią, bo siła robocza w strefie biedy jest bajecznie mało wymagająca. Na takie rozwiązanie nie chcą się zgodzić europejscy potentaci - wolą od czasu do czasu rzucić jakiś ochłap w ramach "międzynarodowej pomocy", niż doprowadzić do trwałej zmiany systemu i po prostu dać biednym zarobić na swoim rynku. Na dodatek, Amerykanie, którzy produkują tanio i masowo, uznali, że konkurencja z Europą na rynkach trzecich wymusza na nich dofinansowywanie własnego rolnictwa. Duzi biją się o rynki zbytu, a biedni mrą z głodu - czyli odwieczny problem. Państwa Trzeciego Świata miast wychodzić z dołka, oferując na globalnym rynku to, co mogą uzyskać po konkurencyjnej cenie, są zapędzane do kąta subsydiami rolnymi w państwach bogatych. Po to, by marokański czy egipski rolnik nie mógł sprzedać w Europie, do francuskiej czy niemieckiej produkcji rolnej dokłada się tamtejszy podatnik, sztucznie obniżając cenę. Na dodatek, jeśli trzecioświatowcom udaje się już przeskoczyć niekorzystny rachunek ekonomiczny, to zaraz okazuje się, że na dany produkt nie ma europejskiej normy czy atestu, a proces uzyskania takowego to praca Syzyfa. Jeśli więc globalizacja ma mieć sens, to bogaci muszą uzgodnić zniesienie subsydiów rolnych. W przeciwnym razie trudno się dziwić biednym krajom, gdy usiłują cłami bronić rynków przed europejską czy amerykańską nadprodukcją. Trzeba być ekonomicznym idiotą, by pozwolić sobie - jak to miało miejsce w Polsce - aby subsydiowane towary niszczyły rodzime rolnictwo. Tak, globalny rynek ma sens, ale nie wtedy, kiedy rządzące nim zasady oparte są wyłącznie na interesach wielkich międzynarodowych korporacji i bogatych państw. Czy można zatem wymagać, by w polityce znalazło się miejsce na altruizm? Fiasko montrealskich negocjacji pokazuje, że raczej nie, dlatego pochwalić wypada te rządy, które widzą zagrożenia dla suwerenności, płynące ze strony ponadnarodowych instytucji w rodzaju Banku Światowego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W swej obecnej formie gremia te służą bowiem realizacji ekspansji gospodarczej bogatych. Widać to dokładnie na przykładzie Malezji, której premier, dr Mahathir Mohammad, wypiął się w czasach niedawnego azjatyckiego kryzysu monetarnego na zagraniczne porady i odniósł niezły sukces ekonomiczny. Widać to również wyraźnie na przykładzie Chin, które stanowczo i systematycznie realizują narodową politykę gospodarczą, nieczułe na pohukiwania ekspertów znad Potomaku. Jej kluczem jest zabezpieczenie chińskiego eksportu przed ruchami walutowymi, a juana przed atakami spekulantów. Wartość chińskiej waluty jest podwiązana do wartości dolara amerykańskiego w taki sposób, by zapewniać absolutną opłacalność eksportu do USA. Pozbawia to Waszyngton możliwości dewaluacyjnego manewru zastosowanego ostatnio, na przykład, wobec euro. SARS, nie SARS - Chiny zalewają amerykańskie rynki, uzależniając od swej taniochy największe mocarstwo świata. Niedługo będzie ono pląsało w takt chińskiej melodii - a jak nie, to się wstrzyma parę kontenerowców... To tylko jeden z przykładów troski o narodowy interes gospodarczy. To, że jakiekolwiek instytucje ponadnarodowe - WTO, MFW - zabiegać będą o "sprawiedliwy rozdzielnik" dla maluczkich, można między bajki włożyć. Dla francuskiego polityka najważniejszy jest interes francuskiego chłopa, bo to jego wyborca, dla amerykańskiego kongresmana najbardziej liczy się to, ile zarobi amerykański farmer, dla chińskiego Politbiura, to ile zarobi chińska gospodarka i na ile urośnie imperium złotego smoka... Przy okazji nowego dokumentu Watykanu wzywającego wszystkich katolików, a zwłaszcza polityków, do przeciwstawienia się fali zrównywania prawnego małżeństw heteroseksualnych z tzw. małżeństwami homoseksualnymi, pojawił się ciekawy problem. Otóż, zarówno Jean Chretien, jak i jego następca Paul Martin są katolikami. Mimo to, obydwaj popierają małżeństwa homoseksualne. Ba, katolik Chretien popiera nawet aborcję. Tłumaczy to "rozdziałem Kościoła od państwa". Zachodzi więc pytanie, na czym polega katolicyzm Chretiena, skoro on sam uważa, że idąc do pracy, powinien przekonania religijne zostawić w domu. O ile się nie mylę, Pismo Święte mówi, że odpowiedzialność ludzi bogatych i znaczących jest proporcjonalna do owego bogactwa i znaczenia. Wiąże się to z możliwością oddziaływania na świat, którą dają władza i pieniądze. Mówiąc prosto, bieda nie zabezpiecza przed draństwem, ale draństwo u bogatych i znaczących jest z wymienionego powodu większym grzechem niż u biednych. Patrząc z niesmakiem Oligarchowie kształcą dzieci w szwajcarskich i brytyjskich szkołach prywatnych. Synalkowie rosyjskich "królów-złodziei" rozbijają się porsche'ami po Lazurowym Wybrzeżu, córeczki wzbudzają podziw dla rosyjskich zdolności alkoholowych w nocnych klubach Luksemburga. Na ich zachowanie wpływa problem tatusiowych pieniędzy. Zdają sobie sprawę, że "coś tu śmierdzi" i - jak to ujęła w wywiadzie dla "International Herald Tribune" jedna z królewien, córuchna dawnego "reformatora" Sobczaka - nigdy nie wiadomo, czy tato dziś sypiący naftowym rublem, jutro nie zapuka do kryminału lub nie wpadnie w popostrzałowe konwulsje, zniesiony zmianą kierunku politycznej koniunktury. Problem systemowych złodziei występuje we wszystkich krajach postkomunistycznych. W Rosji jest najbardziej widoczny, bo i kraść było co. Pozostaje pytanie, czy dzieci postkomunistycznych robberbaronów - byłych agentów służb sepcjalnych i pracowników resortów "siłowych" sowieckiego imperium, przejmą się naukami przywiezionymi z Paryża czy Londynu i wezmą na siebie rolę prawdziwej elity politycznej i gospodarczej kraju. Wszak w hulaszczym życiu trudno się samorealizować... Podobne pytanie czeka na odpowiedź w Polsce. Mówi się często, że komunizm załamał się, gdyż nie wytrzymał konkurencji militarnej i ekonomicznej z Ameryką. To tylko połowa prawdy. Krach struktur komunistycznych wywołany był przez ludzi aparatu władzy, owych karierowiczów, konformistów, którzy nagle zdali sobie sprawę, że elitarny status nie zapewnia ich rodzinom poziomu, którym na Zachodzie cieszy się pierwszy lepszy inżynier. Amerykańskie służby specjalne, podkopując fundamenty ZSRS, działały w oparciu o słuszne założenie ideowego wypalenia się komunizmu sowieckiego. Pozostała żądza pieniądza, bo ta ma charakter ponadsystemowy. To dzięki "walutowym" ambicjom elit komunistycznych możliwy był "okrągły stół" w Polsce i sowiecka pierestrojka. Agenci komunizmu mieli w nosie idee komunistyczne, stojąc na szczycie społecznej piramidy, chcieli natomiast szarpać szmal. Koledzy z zachodnich służb specjalnych pokazali im, jak, przygotowując tzw. demokratyzację, jednocześnie dbając o kontrolę całego procesu. Gdy w Polsce społeczny sprzeciw zaczął odpychać komunistów od koryta, nagle prezydent Wałęsa krzyczał o wzmacnianiu "lewej nogi". Czy sam to wymyślił? Chodziło o to, by rozpad ZSRS nie wymknął się spod kontroli i nie spowodował katastrofy. W tym celu ludziom o kluczowych wpływach pozwolono sowicie zaopatrzyć się w gospodarce narodowej. Komunistyczna elita okradła nas wszystkich, przepisując na siebie kawałki państwowej gospodarki. Elita ta miała w rękach sznurki umożliwiające kontrolowanie wielu wpływowych osób - również z tzw. opozycji demokratycznej. Czy można sobie wyobrazić inny wariant? Raczej nie! Przy poparciu służb specjalnych Zachodu, dostępie do kapitału i mediów, komunistyczna elita była w stanie zniszczyć każdego konkurenta. Prawdziwą alternatywą mógł być jedynie zbrojny zryw, zamach stanu, bunt wojska, antykomunistyczna rewolucja, która wyniosłaby do władzy trybunów ludowych. Z możliwości takiej zdawali sobie sprawę główni gracze, dlatego w porę zamykali wszystkie ścieżki doń prowadzące - od zatykania przez Amerykanów dostępu "nieodpowiedzialnych" organizacji do Radia Wolna Europa, po montowanie esbeckiej agentury. Dziś pozostaje nam jedynie patrzeć z niesmakiem, jak potomstwo królów złodziei marnotrawi coś,co jeszcze do niedawna określano jako "majątek narodowy", i mieć nadzieję, że od czasu do czasu trafiają się mądrzy królewicze. Skazanie pani artystki Nieznalskiej na grzywnę i pracę społeczną wywołało wstrząs w środowisku polskiego liberalnego betonu. Jakże tak można - krzyknięto - skazywać artystę za obrazę uczuć religijnych?! Przecież artysta to demiurg kreacji, natchniony do tworzenia nowych znaczeń, przecież ten nasz polski głupi motłoch kmiecy, nie pojmuje głębi, jakie odsłaniała instalacja rzeczonej artystki - przypomnijmy - sprowadzająca się do "ukrzyżowania" obrazka męskich genitaliów. Wyrok sądu odebrany został przez polskich progresywistów jako widomy znak politycznych macek reakcji i wstecznictwa, jako kula u nogi, która nie pozwala nam dziarsko i ze swadą kroczyć w nową Europę, jako o przykład neoinkwizycyjnych knowań, których ofiarą padła dzielna p. Nieznalska. Uznano, że p. Nieznalska, niczym polski Giordano Bruno, albo może Joanna d'Arc, spłonęła na stosie (grzywny i pracy społecznej) podpalona przez katolickich faszystów (katonazi), chcących przy pomocy sądów narzucić spragnionemu swobody społeczeństwu ciemniacką dyktaturę krzyża i sutanny. Może bym się dał nabrać na te wolnościowe pienia liberalnych muppetów, gdyby nie smutny fakt, że te same środowiska bynajmniej nie uważają, iż w Polsce wszystko wolno. Ci sami ludzie, którzy dziś podpisują listy w obronie p. Nieznalskiej podpisywali różnego rodzaju memoriały potępiające publikowanie poglądów sprzecznych z oficjalnie przyjętym kanonem politycznej poprawności i stawiające pod pręgierzem osoby, które miały czelność głosić odmienne opinie na temat polskiej kultury czy historii. Z liberalnym betonem jest bowiem taki feler, że ludzie go tworzący, są obrońcami wolności tylko wówczas, gdy chodzi o poglądy i zapatrywania, które uznają za słuszne. Gdy zaś z wolności korzysta ktoś z obozu ideowego przeciwnika, to okazuje się, że "wolność nie oznacza dowolności" i "nie możemy dopuścić, by społeczeństwo narażone było na...". Pani Nieznalska tanio i nieudolnie przeniosła na polski grunt nurt antychrześcijańskiej szok-kultury; nurt, z którym tu jesteśmy od dawna obznajomieni. Jakoś tak dziwnie się składa, że artyści profanują prawie wyłącznie symbole chrześcijaństwa, okazując całkowite desinteressment, gdy idzie o symbolikę islamu (zapewne z obawy przed bombami) czy judaizmu (z obawy przed medialnym ukamienowaniem). Chrześcijanie zazwyczaj nadstawiają drugi policzek, jednak w przypadku p. Nieznalskiej postanowili iść do sądu. Sąd przyznał im rację, sprawa jest w apelacji - po prostu nie byłoby o czym mówić, gdyby nie ogólnopolskie aj-waj w wykonaniu "postępowo-artystycznych" ciotek postindustrialnej rewolucji. Martin Rex Nikt nie ma już najmniejszych wątpliwości, że Paul Martin będzie przyszłym liderem Partii Liberalnej, a zarazem premierem federalnym Kanady. Listopadowa konwencja wyborcza potwierdzi jedynie fakt, który już dziś w poważny sposób waży na kanadyjskiej scenie politycznej. Skoro więc wiadomo, kto wygra, to po co brnąć w cały cyrk kampanii? Pozostająca na placu boju Sheila Copps twierdzi, że to w imię demokracji. Wybory dadzą - jej zdaniem - płaszczyznę do wewnątrzpartyjnej debaty i pozwolą na sprecyzowanie stanowisk. Niby racja. Tylko że prawdziwej dyskusji w wyborach nie uświadczysz, bo "dyskutuje się" na hasła, slogany i okrzyki z sali. Jeśli więc Paul Martin już dziś jest następcą tronu, to po co mnożyć byty ponad potrzebę i utrzymywać dwie świty? Czyż nie byłoby prościej, ładniej i zdrowiej dla kanadyjskiego życia politycznego, gdyby już dziś premier Chretien ładnie pożegnał się ze świecznikiem i odszedł na zasłużoną emeryturę? Skoro ministrowie bez ogródek przyznają dziś, że konsultują decyzje z przyszłym premierem, to może należałoby ułatwić im życie i odsunąć starego od władzy? Gdy wiadomo kto w przyszłym roku będzie rozdawał karty, jasne jest również, że każda decyzja (zwłaszcza ta dotycząca obsady stanowisk), może być cofnięta lub zmieniona. W ottawskim światku nie ma więc wątpliwości, o czyje względy należy przede wszystkim zabiegać. Na domiar złego, Jean Chretien deklaruje, że pozostanie na stanowisku do wyznaczonego sobie końca, czyli do lutego 2004 roku (nikt nie wie, dlaczego wybrał sobie akurat tę datę). Oznacza to, że od listopada Kanada będzie miała nowego lidera Partii Liberalnej, który formalnie nie będzie szefem rządu, a więc pomimo kierowania partią rządzącą, nie będzie kierował państwem. Biorąc pod uwagę fakt, że obaj panowie - Chretien i Martin - od dawna byli politycznymi rywalami i - że tak powiem - cierpko się znoszą, można z dużą dozą prawdopodobieństwa wyrokować, że będzie to niełatwy dla kraju okres dwuwładzy. Chretien może uparcie trwać na stanowisku, jednak jego siła będzie w Izbie Gmin minimalna - tam większość posłów już dziś smali cholewki do nowego premiera. Niezbyt to wszystko dobrze świadczy o premierze Chretienie, boć jak głosi mądrość ludowa przypomniana niedawno przez postpezetpeerowskiego premiera Polski, "nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy" (premier Miller skończy raczej marnie). Propozycja, by znany amerykański prawnik Alan Dershowitz kierował konsultacjami, jakie Ministerstwo Obywatelstwa planuje na temat wprowadzenia danych biometrycznych i dowodów tożsamości, słusznie wywołała oburzenie opozycji. Dershowitz jest bowiem zagorzałym zwolennikiem wydawania obywatelom USA dowodów osobistych zawierających takie dane. Trudno więc sądzić, że prowadzący konsultacje będzie osobą neutralną. Najwyraźniej jednak debata dawno już została rozstrzygnięta i Dershowitz ma jedynie "przekonać wątpiących". Otóż, za rogiem czai się istna rewolucja w "znakowaniu ludzi". I w USA, i w Kanadzie mówi się głośno o konieczności wyposażenia mieszkańców w jeden superdokument - prawo jazdy, kartę ubezpieczenia medycznego, kartę ubezpieczenia socjalnego, oczywiście zakodowane elektronicznie w stosownym czipie zawierającym również informacje o tęczówce i liniach papilarnych posiadacza. Stany Zjednoczone wkrótce będą wymagać od państw, z którymi mają umowy o ruchu bezwizowym, takich właśnie danych w paszportach. Wszystko to, by wyłapać wrednych terrorystów Al-Kaidy i poprawić nasze poczucie bezpieczeństwa. Przy tej okazji przypomniało mi się, że jakoś dawno już nie epatowano nas "alertami" antyterrorystycznymi, których kolor od czasu do czasu zmienia się na ostrzejszy (tzn. bliższy czerwonemu). Alerty te mają dla przeciętnego obywatela taką samą wartość informacyjną, jak znaki drogowe informujące o niebezpieczeństwie spadających kamieni - czyli żadną. Służyły jednak biurokracji do wykazania się przed politykami, a politykom przed wyborcami, że "coś się robi" i administracja sprawnie reaguje na zagrożenie. Wracając do danych biometrycznych, postulowałbym pójść od razu o krok dalej i kodować je w czipie umieszczanym pod skórą w momencie urodzenia każdego nowego członka ludzkości... W ten sposób po raz kolejny potwierdziłyby się znaki czasów opisane w Apokalipsie i ostrzeżenia przed "numerowaniem" ludzi. Jak to miło, że przynajmniej Pan Bóg zna nas po imieniu... Poważnie zaś mówiąc, wprowadzenie danych biometrycznych i dowodów osobistych (w tej dziedzinie prekursorami w okupowanej Europie byli nasi sąsiedzi Niemcy, którzy dodali do Kennkarty odcisk palca posiadacza) umożliwi globalną kontrolę państwa nad nami - zwykłymi zjadaczami chleba. Terroryści - jak wiadomo - mają swoje sposoby. Podobnie jak fałszować można było owe Kennkarty, tak również będzie można fałszować (a raczej okłamywać) jej nowoczesne wersje. Poza tym terroryści nie są w ciemię bici i często wykorzystują do zamachów ludzi nowych, nigdzie nie notowanych, przygotowywanych na ten jeden, jedyny raz... Kłamstwo od tronu Gdy prezydent Bill Clinton wypowiedział pod przysięgą słynne zdanie: "Nie odbyłem stosunku seksualnego z tą kobietą, panną Lewinsky", wydawało się, że zostanie natychmiast odsunięty od władzy. Szef amerykańskiego rządu, osoba stojąca na straży konstytucyjnego porządku nie może kłamać pod przysięgą, niezależnie od tego z kim "miał seks", czy też nie miał. Nie chodzi tu bowiem o obyczaje seksualne, lecz o instytucje tworzone od pokoleń i będące kręgosłupem tej cywilizacji. Chodzi o to, by instytucje te przetrwały nienaruszone i nadal służyły, gdy były prezydent Clinton nie będzie już mógł "uprawiać seksu" z kimkolwiek. Podczas gdy mały konformista Clinton kłamał pod przysięgą, ratując własną skórę, duży konformista George W. Bush posunął poprzeczkę o szczebel wyżej, kłamstwem wciągając całe państwo w wojnę nie leżącą w interesie Amerykanów. "Spójny materiał dowodowy" potwierdzający rzekomo olbrzymie bezpośrednie zagrożenie, jakie Irak stwarzał dla USA, okazał się śmiechu wartą fałszywką. Gdy Bush i Blair mówili, że Irak jest w stanie uderzyć ich kraje bronią masowej zagłady w ciągu 45 minut - mijali się z prawdą. Kiedy prezydent USA mówił o irackich zakupach uranu w Nigrze, CIA wiedziała, że dokument, który to rzekomo potwierdzał, był podrobiony. Na dodatek niezbyt udanie. Znany korespondent wojenny i dziennikarz Eric Margolis podsumowuje w najnowszym numerze "American Conservative" przedkładaną przed wojną listę amerykańskich "dowodów". I tak, na przykład, "sprzęt dekontaminacyjny", którego satelitarne fotografie pokazywał sekretarz Powell w ONZ, okazał się wozami straży pożarnej, zaś "mobilne laboratoria broni biologicznej" - zestawami do napełniania balonów pogodowych używanych przez iracką artylerię, a wyprodukowanymi i dostarczonymi przez Wielką Brytanię. Jeśli więc te wszystkie "dowody" rzeczywiście przekonały waszyngtońską dyplomację o konieczności najazdu na Irak, to należy się ze strachem zapytać, jakiejż to jakości dane wywiadowcze "produkuje" jedna z najbardziej podziwianych agencji szpiegowskich świata, dysponująca olbrzymim budżetem i satelitarnym monitoringiem? Bardziej prawdopodobne jest więc to, że społeczeństwo amerykańskie zostało wmanipulowane w poparcie wojny; że osoby stojące na czele najbardziej wiarygodnych amerykańskich instytucji nakreśliły nieistniejącą nić związku przyczynowo-skutkowego między Irakiem a zamachami terrorystycznymi z 11 września. Wedle wszelkich kanonów prawa międzynarodowego, najazd Amerykanów na Irak był w takim samym stopniu "wojną prewencyjną", jak napad Niemiec hitlerowskich na Polskę w 1939 roku, napad - według tłumaczenia Hitlera - wymuszony zagrożeniem ze strony państwa polskiego. Powinniśmy o tym mówić głośno i wyraźnie. Chodzi bowiem w tym wszystkim o instytucje, a nie o bieżący interes polityczny, instytucje, których upadek zagraża cywilizacji, którą znamy. Antyimperialny odruch wymiotny Wojna z terroryzmem przybiera charakter orwellowskiej wojny permanentnej. Co prawda, przeciwnik od dawna nie atakuje, ale to przecież dlatego, że nasze wspaniałe oddziały zwiadowczo-wywiadowcze w porę nicestwią jego ponure knowania. W ramach tej wojny nasi pretorianie rozbabrali już dwa kraje, Afganistan i Irak, zaś ekstrockistowscy doradcy Cezara straszą, że trzeba będzie bombardować kolejne. U wielu normalnych ludzi wywołuje to antyimperialny odruch wymiotny. Jak pisze William Pfaff w poniedziałkowej "International Herald Tribune", w Europie Ameryka coraz częściej postrzegana jest jako główne zagrożenie dla światowego pokoju. "Prawda jest taka, jak to podczas jednego ze spotkań wyznała jedna z czołowych konserwatywnych postaci z postkomunistycznej ?Nowej Europy=, że administracja Busha przekształciła przyjaciół Ameryki w jej przeciwników. Dodał, że on sam przez całą swą karierę polityczną podziwiał i bronił Stanów Zjednoczonych przeciwko zarzutom europejskiej lewicy, teraz jednak stał się ?nowym antyamerykaninem=. Zdefiniował ten typ jako ?byłych anty-antyamerykanów, zmuszonych obecnie do antyamerykańskiego sprzeciwu=. Powiedział, że w jego własnym kraju ambasador USA zachowuje się tak, jak przed 1989 rokiem ambasador sowiecki"... Koniec cytatu. "Proaktywna" polityka zagraniczna USA rozwala więc tradycyjne sojusze i dzieli świat zachodni. Waszyngton stara się gdzie tylko może wbić kliny w europejskie interesy, coraz częściej postrzegając stary kontynent jako konkurenta, a nie przyjaciela, aplikując rzymską zasadę "dziel i rządź". Z nowej sytuacji zdają sobie sprawę Europejczycy, czując militarną nagość wobec potężnej pancernej pięści dowczorajszego sojusznika. Mówi się głośno o konieczności zwiększenia nakładów na wojsko i tworzenia europejskiego sojuszu obronnego. NATO przekształca się bowiem w zaciężne ramię armii imperialnej - legiony "barbarzyńców", u boku doborowych jednostek Cezara. Tymczasem namacalnym rezultatem wojny jest bezprecedensowe ograniczenie swobód obywatelskich mieszkańców Imperium, objęcie skomputeryzowaną kontrolą obiegu informacji osobowych, wprowadzenie danych biometrycznych do dokumentów tożsamości - wszystko to katrupi wolnego ducha Ameryki, który bujał się nad tym krajem od czasów ojców założycieli, pionierskich karawan na zachód i kowbojskich strzelanin. Zamiast ograniczonego państwa federalnego, zaczynamy mieć do czynienia z molochem administracji i systemów kontroli. Kontrolująca elita zaciera ręce. Zawdzięczamy to rzekomo kilku terrorystom... I nieważne już, czy tym prawdziwym, czy wywołanym z lasu... Cała bieda W zasadzie cała bieda zaczęła się od pocztowców. W 1965 roku Canadian Union of Postal Workers zorganizował nielegalny strajk. Po dwóch tygodniach rząd Lestera Pearsona skapitulował i przyznał pocztowcom, a później i innym pracownikom państwowym prawo do strajku. Od tamtej chwili - jak nakazuje zdrowy rozsądek - zatrudnienie przez państwo uważane było za zaszczytną służbę publiczną, czyli pracę najwyższej próby i najbardziej społeczeństwu potrzebną... Dziś pocztowcy to święte krowy rozparte wygodnie na robociarskich synekurach, praktycznie nie do wyrzucenia, sowicie opłacani, nie obciążeni zanadto pracą... Podczas ostatniego strajku listonoszy zadzwoniła do mnie do redakcji pewna pani z poczty, oburzona, że napisałem, iż listonoszom wychodzi średnio (był to 1999 rok) - 33 dol. na godzinę. Mówiła, że listonosz ma 17 dol. z groszami. Na co ja, że chodziło mi nie o stawkę podstawową, lecz średnią, a poza tym listonosz bierze pieniądze za 8 godzin, a kończy trasę po pięciu. Pani z poczty odparowała: "ja znam takich, co kończą po czterech, ale proszę pana, jak oni się muszą nalatać!". I dodała, że jeden kończy po czterech, a "ten stary i schorowany po dziesięciu". Na to ja, że starych i schorowanych listonoszy w poczcie nie ma, bo są na rencie... Dykteryjka ta nie wymaga komentarza. Poczta to monopol, pocztowcy są godziwie wynagradzani i ich spory płacowe powinien rozstrzygać arbitraż. Żadnych strajków! Nie ma o czym dyskutować! Temat internetowej deprawacji i wykorzystywania seksualnego dzieci wykracza poza państwowe granice, dziś ludzie zboczeni żerują w Internecie, jak w obszernej dżungli. Ofiar nie trzeba specjalnie szukać - same się zgłaszają... Z pierwszej strony popularnego portalu Wirtualnej Polski (wp.pl) trafiłem przedwczoraj na strony ogłoszeń "towarzyskich" (randka.wp.pl). Zawszeć to ciekawe popatrzeć na zdjęcia powabnych kobiet i najtrudniejszą formę autoprezentacji. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że wśród kategorii wiekowych, wedle których przeszukiwać można zgłoszenia jest przedział... 10 - 15 lat! I pełno jest takich "ofert". Szczęka stuknęła mi o podłogę, niektóre z tych dzieci wyglądają bardzo przygnębiająco i jak dzieci właśnie! Treść ogłoszenia: "kobieta szuka mężczyzny: Jestem załamaną czternastolatką... Poszukuję kogoś, kto pomoże mi wyjść z doła. Krótko mówiąc, szczerego przyjaciela...". Nic tylko pisać i pomagać "wyjść z doła"! Po prostu skandal! Zdarzają się i młodsze dzieci! O czasy, o obyczaje. Podczas spotania z chilijskim prezydentem Lagosem, premier Chretien po raz kolejny podkreślił kanadyjskie poparcie dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ottawa jest za ONZ. Problem w tym, że nasze przywiązanie do oenzetowskiej instytucji może przypominać przywiązanie do topniejącej góry lodowej. Pod koniec czerwca na zamku Windsorów pod Londynem odbyła się konferencja jednej z najbardziej wpływowych amerykańskich organizacji doradczych (American Enterprise Institute), zorganizowana w ramach New World Order Forum. Tematem była właśnie przyszłość ONZ. Chodziło mniej więcej o to, jak przerobić tę insytucję na taką, która nie będzie rzucała Amerykanom kłód pod nogi. Stany Zjednoczone chcą się pozbyć na arenie międzynarodowej gorsetu, jaki narzuca Rada Bezpieczeństwa ONZ. Wymienia się trzy koncepcje: * NATO plus (czyżby odmrożona idea NATO-bis Lecha Wałęsy?!) - przekształcenia NATO w organizację utrzymywania stabilizacji globalnej i wciągania w orbitę jej wpływów coraz to nowych państw. * Utworzenie obok ONZ "Wspólnoty Demokracji" i przeniesienie tam ciężaru kształtowania polityki światowej, walki z terroryzmem i blokowaniem rozprzestrzeniania się broni masowej zagłady. * Zignorowanie dotychczasowych struktur i oparcie legitymacji działań międzynarodowych, w tym interwencji militarnych (czytaj: "najazdów"), na węższym sojuszu - koalicji państw z zasadami. Dyskutowano również nad nowym pojęciem suwerenności państwowej. Suwerenność ta mogłaby zostać naruszona, gdyby władze danego kraju nie spełniały podstawowych warunków wyznaczonych w ramach nowych organizacji. Tego rodzaju globalny interwencjonizm zmierza do całkowitego przekształcenia stosunków międzynarodowych, prawa międzynarodowego i metod dyplomacji. Do pomysłów tych obecna idea równego partnerstwa w ONZ pasuje jak pięść do nosa. Jest więc raczej pewne, że w najbliższych latach przyjdzie nam pożegnać się z ONZ-tem, oczywiście nie do końca - zostaną z tego jakieś organizacje do walki z AIDS, dystrybucji żywności w Afryce etc., jednak realną politykę międzynarodową będzie się robiło gdzie indziej. Przedstawione pomysły nie wszystkim dobrze leżą. Dlatego między innymi przedstawiona przez Jeana Chretiena próba sformułowania zasad interwencjonizmu międzynarodowego została chłodno przyjęta przez uczestników szczytu centrolewicy w Wielkiej Brytanii. Zachodzi bowiem obawa, że stworzenie takiego kodeksu pozwoli każdemu "interweniować" wszędzie - wszystko będzie bowiem zależało od interpretacji zasad. Przy okazji warto zauważyć, że stary Chretien pokazał, iż ma nosa wysyłając zawczasu wojsko do Afganistanu. Z pewnością będzie to mniej frustrująca misja od interwencji irackiej i uganiania się za partyzantką arabską. W Afganistanie mamy przynajmniej jakieś pozory wiarygodności i działania w zgodzie z międzynarodowym porządkiem prawnym. Możemy więc spokojnie uśmiechać się do Amerykanów i zapewniać, że wypełniamy sojusznicze zadania... I po co nam było... W miarę, jak wymierają ostatni świadkowie hitlerowskiej nocy, postępuje mitologizacja najnowszych dziejów Polski. Potwierdzają się przy tym dwie obserwacje - punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia oraz to, że historię piszą zwycięzcy. Wielkimi zwycięzcami XX wieku okazali się Żydzi, którzy, jako społeczność, w ciągu jednej setki lat z kresowej biedoty przeistoczyli się w naród rzeźbiący losy świata, a po drodze utworzyli własne, niepodległe państwo. Nasz problem polega na tym, że polska historia okupacji i wersja żydowska tego okresu to dwie całkiem różne rzeczy. Widać to namacalnie na przykładzie interpretacji losów partyzantów/bandytów Tuwi Bielskiego. Przy pomocy wyszukiwarki internetowej "Google" można przeprowadzić ciekawy test, wpisując raz hasło "Tuvia Bielski", a raz "Tuwia Bielski". Różnica między "w" a "v" oznacza w tym wypadku dwa światy. Za pierwszym razem dostaniemy bowiem setki spisanych po angielsku relacji o bohaterskich wyczynach żydowskich oddziałów leśnych, za drugim, garść polskich wypowiedzi na temat bandyckich poczynań tychże grup. Piszę o tym, ponieważ właśnie ukazała się kolejna książka o braciach Bielskich (Peter Duffy: "The Bielski Brothers: The True Story of Three Men Who Defied the Nazis, Saved 1,200 Jews, and Built a Village in the Forest" New York, HarperCollins, 2003), a znana wytwórnia filmowa Miramax kupiła już prawa do filmu na jej podstawie. Z ustaleń polskich historyków wynika, że Tuwia Bielski ma na swoim koncie m.in. pacyfikację wsi Naliboki i wymordowanie całej tamtejszej ludności polskiej (w sprawie toczy się postępowanie IPN). Prof. Robert Nowak wspomina, że Bielski był wymieniony jednoznacznie jako sprawca rzezi w Nalibokach między innymi w opublikowanym 15 listopada 1996 r. w "Magazynie Gazety Wyborczej" tekście Jacka Hugo Badera "A rewolucja to miała być przyjemność". W tekście tym znajduje się następująca relacja z tamtego okresu: "Zaczęły się masowe rabunki wsi. l to nie było raz czy dwa, ale jedni wychodzili, drudzy wchodzili. Miejscowi zaczęli więc walczyć o chleb, organizowali polsko-białoruską samoobronę. My ją wspieraliśmy. Sowieci likwidowali. Wykańczali wioski. Derewno, Rubieszewicze, Starynki, Michałowo. W Nalibokach wyrżnęli 127 ludzi z samoobrony. Wszyscy mówili, że Naliboki zrobił Bielski". Wcześniej J. Hugo Bader pisał, że Tuwia Bielski był partyzantem żydowskim. Inny rozmówca Badera - Boradyn - tak mówił o żydowskich partyzantach z oddziałów Tuwii Bielskiego i Szolema Zorina: ?Grupy rabusiów i tyle, którzy brali, od kogo popadnie. Jedzenie, dziecięce ubrania, pościel, łyżki, widelce, kosztowności...=". Koniec cytatu. W książce Duffy'ego Armia Krajowa jest sojusznikiem Niemców, a Bór-Komorowski autorem rozkazu likwidacji partyzantów żydowskich... Oczywiście, książka ma w Ameryce doskonałe recenzje, w ochach i achach zauważyła ją już CNN. Komuniści mówili: "kto kontroluje przeszłość, kształtuje przyszłość". Dziś zabieg ten dokonuje się na naszych oniemiałych oczach. W ciągu jednego pokolenia dominujący obraz polskich dziejów wojennych okręcił się o 180 stopni. Z ofiary hitlerowców i III Rzeszy powoli zaczynamy być postrzegani jako sojusznicy Hitlera. Jest to podwójnie bolesne, ponieważ jako państwo i naród straciliśmy w II wojnie światowej najwięcej. I po co było się tak rzucać o ten Korytarz...
Nie utopmy przyszłości w tej krwi To, co stało się na Wołyniu w latach 40., jest klinicznym przykładem czystki etnicznej, na dodatek czystki podjętej z powodu politycznej kalkulacji. Część nacjonalistów ukraińskich uznała, że jedynie wyrzucenie Polaków z tamtych ziem pozwoli na stworzenie ukraińskiego państwa po zakończeniu wojny. Rozumowanie było mniej więcej takie, że skoro Polska jest sojusznikiem Aliantów, to w przypadku ich wygranej (zakładano rozejm z Niemcami) Polska upomni się o swych obywateli kresowych. Należy więc ich zawczasu usunąć. Taka jest odpowiedź na pytanie, "kto zaczął?". Zaczęli Ukraińcy, a raczej ich ugrupowania niepodległościowe. Najpierw wzywając do wysiedleń, a następnie organizując terror. Oczywiście, nikogo nie dziwi, że Polacy nie siedzieli z założonymi rękami. Ktoś, komu pali się dom, morduje żonę i gwałci córkę, zazwyczaj przeistacza się w żądne odwetu skowyczące zwierzę. Ginęli więc Ukraińcy, również ci Bogu ducha winni. Oni nas w dzień, my ich nocą... Nieprawdą jest, że szczuli nas na siebie Niemcy. Ukraińsko-polska "wojna w wojnie" zagrażała niemieckim interesom wojskowym - wieś nie oddawała na czas kontrybucji, linie transportowe były zagrożone, do miast i miasteczek ściągali uciekający z pożogi cywile - głodni i bezdomni. Można szukać wytłumaczenia, można zastanawiać się, dlaczego w ogólnym wojennym zezwierzęceniu pojawiło się kolejne. Jest to zadanie dla historyków i moralistów. Mord trzeba nazwać mordem, ludobójstwo ludobójstwem - po imieniu. Nie powinniśmy jednak dopuścić do tego, by ta krew sprzed 60 lat zalała nam przyszłość, by przesłoniła żywotne wspólne interesy obu naszych narodów. Jesteśmy na siebie terytorialnie skazani, jesteśmy również sobie bliscy. Przez setki wspólnych lat, wspólnych bitew, wspólnych sukcesów i wspólnej biedy. Razem stanowimy siłę, osobno będziemy pomiatani. Nad grobami pomordowanych niewinnych ludzi wypada się dzisiaj pomodlić o dziejową mądrość, dzięki której będziemy mogli zbudować silny ośrodek - kamień węgielny całej Europy Wschodniej. To na razie jest mrzonka, patrzmy jednak poza nasze pokolenie, poza najbliższy czas. I uczmy się zabliźniać wzajemne rany. Uczmy się być mądrzy. Nie rozdrapujmy, budujmy. Życia pomordowanym nic nie wróci, cierpień nic nie wynagrodzi, możemy więc jedynie wspólnie się z tej tragedii uczyć; uczyć się rozumieć i wzajemnie szanować. Przy okazji wołyńskich obchodów znów odezwały się stare pretensje, znów zagrała krew. Mary przeszłości zaczęły przesłaniać rozum. A rozum mówi, że Polska z Ukrainą mogą być regionalnym mocarstwem. Wiedzą o tym w Moskwie i w Berlinie. . Ryzykowny narkobiznes Dzisiejszy człowiek powinien być przygotowany na każdą ewentualność, dlatego też nie powinno nikogo dziwić, że nasze federalne Ministerstwo Zdrowia zaczyna robić karierę w narkobiznesie. Kilka papierków od lekarza, chroniczne bóle w krzyżu i już możemy do wspomnianego resortu wystąpić o zakup marihuany po superkonkurencyjnej cenie - pięć dolarów za gram. Powstaje pytanie, w jaki sposób urzędnicy wykombinowali tę cenę, skądinąd wiadomo bowiem, że "na ulicy" ta sama działka jest po 15 - 20 dol. Przebili więc handlarzy. Ottawa zarzeka się, że będzie marihuanę sprzedawać "po kosztach" i odbija sobie jedynie to, co musi wydać na wdrożenie nowego programu. Problem w tym, że znając urzędników w Ottawie - koszty danego programu mogą iść w miliardy. Urzędnik jest jak czarna dziura - wchłonie każdą kwotę... Decyzja o legalnej sprzedaży marihuany jest o tyle dziwna, że: - nie dokończono programu badań, który miał ustalić, czy branie marihuany ma jakiekolwiek pozytywne skutki medyczne, - nie zbadano, jak marihuana działa w zestawieniu z lekarstwami, które chorzy zażywają. Czy zatem ktoś chory na stwardnienie rozsiane powinien - jak radzi znachor - odstawić wszystkie medykamenty i oddać się namiętnie "jaraniu", czy też może uzupełniać codzienny koktajl pigułek relaksującym dżointem, - nie ustalono, jaki jest najlepszy sposób podawania marihuany. Może się bowiem wkrótce okazać, że przewlekle chorzy palacze marihuany będą jak muchy padać na raka płuc. Nikt nie ustalił, czy zamiast marihuanowego suszu do skrętów, nie byłoby lepiej podawać rzecz w formie sprasowanych tabletek. Wszystko to byłoby kwestią marginalną, gdyby nie smutny fakt, iż za błędne decyzje urzędników odpowiadamy gremialnie my wszyscy. Proszę się więc nie dziwić, gdy ktoś wytoczy proces "class-action", domagając się od rządu (czyli nas wszystkich) wielomilionowych odszkodowań za decyzje podejmowane za poradą marihuanowych znachorów. Ja już dziś trzymam się za portmonetkę... Grupa organizacji wyznaniowych (nie wiem, z jakiego powodu nazwana w gazetach "prawicowymi") zaapelowała do rządu federalnego o wycofanie się z planów zmiany definicji małżeństwa i zablokowania możliwości homoseksualnych ożenków. Jej przedstawiciele oświadczyli, że chodzi im o banalnie prostą rzecz: by ewentualna decyzja o zmianie definicji małżeństwa podjęta została przez parlament w wolnym głosowaniu posłów, po wcześniejszych konsultacjach z elektoratem. O co chodzi? Otóż, wbrew temu, co mówi Chretien, że społeczeństwo się zmienia i ustawy muszą "iść z duchem czasu", podążając za tymi zmianami, w tej sytuacji mamy do czynienia z odwrotnym porządkiem. To liberalny beton, zawodowi "postępowcy", nienawidzący tradycyjnego porządku społecznego, usiłują przy pomocy różnych wytrychów (głównie w oparciu o specyficzną interpretację konstytucji) przeforsować lansowaną przez siebie wizję "postępu". Nie mamy więc do czynienia z ewolucją społeczną, a z czystym bolszewizmem homoseksualnym. (Jak wiadomo z historii, bolszewicy uznali, że naród jest na rewolucję za głupi, dlatego należy najpierw wziąć państwo za pysk, a dopiero później podjąć się dzieła "uświadamiania mas".) Podobnie dziś w Kanadzie, promotorzy rozwalania zastanego porządku społecznego wiedzą, że w zetknięciu z tzw. "milczącą większością" nie mają szans. Gotów jestem założyć się o stówę, że gdyby sprawa zmiany definicji małżeństwa poddana została pod głosowanie w referendum, przepadłaby z kretesem. Większość ludzi nadal zdrowo myśli. Problem w tym, że politycy w Ottawie rzadko mają do czynienia z "milczącą większością" - aby ją usłyszeli, musi ona zostać zmobilizowana. Dzieje się tak w przypadku kryzysów gospodarczych (wiadomo, że brak pieniędzy rusza ludzi najbardziej), wielkich zagrożeń czy społecznych fobii. Na co dzień ottawski polityk ma do czynienia z lobby i grupami interesów. Do Ottawy co chwila dzwoni Władek czy Kazek, domagając się konkretnych decyzji. Lobbyści oferują fanty, płacą politycznym kapitałem. Ich siła przebicia jest tym większa, im bardziej są zmobilizowane grupy, których interesy reprezentują. Zatem, Drogi Czytelniku, dopóki nie jesteś zmobilizowany, dopóki się nie skrzykniesz z innymi podobnie myślącymi ludźmi, stanowisz jedynie "milczącą większość", czyli mówiąc inaczej, "ciemną masę". Zamiast rządzić przez swoich przedstawicieli w Ottawie, jesteś przez nich wodzony za nos. W efekcie czujesz się bezsilny i następuje sprzężenie zwrotne, które sprawia, że po kolejnych wyborach, w których zamiast głosować, pojechałeś "na cottage", stanowisz jeszcze ciemniejszą masę. Tymczasem te "równiejsze" świnie śmieją się z Ciebie w kułak, szastając na prawo i lewo wyharowanymi przez Ciebie pieniędzmi. Dlatego obudź się, idź do posła w swoim okręgu, powiedz mu co o tym wszystkim sądzisz i z grzecznym uśmiechem uprzedź, że w obecnej sytuacji nie zamierzasz na niego głosować w najbliższych wyborach oraz że do tego samego będziesz namawiał rodzinę i znajomych. Twoja groźba spłynie po panu pośle jak kropla po ortalionie, jeśli jednak na drugi dzień przyjdzie Twój kolega i powie to samo, a na trzeci jego koleżanka... To się właśnie nazywa mobilizacja. Dopóki nie będziemy zmobilizowani, dopóki nie będziemy traktować naszych przedstawicieli tak, jak na to zasługują, to możemy sobie co najwyżej dłubać w uchu, patrząc jak ten kraj uprowadza nam sprzed nosa grupka równiejszych (o ile już nie uprowadziła).
Wieża Pamięci Profesora Cypriana Iwo Pogonowskiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten niezłomny patriota, mimo podeszłego wieku, wsządzie, gdzie tylko może broni Polski przed oszczercami. Daje nam wszystkim przykład, ile można zrobić, gdy tylko odrzucimy skafander lenistwa i apatii. Najnowszym pomysłem profesora jest wybudowanie w Warszawie Wieży Martyrologii - symbolu polskiej walki, polskiego umiłowania Ojczyzny i polskiego męczeństwa. Wydawałoby się, że jest to pomysł z księżyca. Przecież dziś, kiedy Polska ledwie trzyma się na nogach, kiedy degrengolada państwa i demoralizacja społeczeństwa sięgają nowych szczytów, nie czas na wznoszenie symbolicznych pomników. Czy rzeczywiście? Dla kształtowania i utrzymywania tożsamości narodowej nie ma ważniejszej rzeczy niż zbiorowa pamieć. Nic tak nie wpływa na postawy i zachowanie młodych ludzi, jak wzory narodowej wielkości zaczerpnięte z historii przeszłych pokoleń; nic tak nie umacnia wiary w siebie i nie kształtuje narodowego ducha, jak przypomnienie postaw tych, którzy oddali się Ojczyźnie w całopalnej ofierze. Iwo Pogonowski chce, aby w miejscu Pawiaka, gdzie oddało życie ponad 37 tys. polskich patriotów stanęła wieża o wysokości co najmniej 300 metrów - dominująca nad miastem, wyposażona w pięć tarasów widokowych - Wieża Pamięci. Budowla nowoczesna architektonicznie - prawdziwy symbol miasta, które dziś przebija wiernopoddańczy sztylet posowieckiego Pałacu Stalina. Upamiętniałaby ofiary Niemców i Sowietów. Na niższych kondygnacjach znalazłyby siedzibę Muzeum Katynia i Muzeum Pawiaka. Ściany widoczne z poziomu ulicy i niższych kondygnacji pokrywałyby nazwiska tysięcy Polaków, którzy oddali życie za Ojczyznę w Katyniu i na Pawiaku. Inwestycja powinna się sama finansować będąc nową atrakcję turystyczną polskiej stolicy... Podoba się Państwu projekt? Ja podpisuję się obydwiema rękami. W czasach takich, jak dziś potrzebne nam są symbole umacniające trzewia narodu. Skąd pieniądze? Nie tak dawno pewien Polak sugerował, że jest skłonny wydać 20 mln dol. na lot Sojuzem w kosmos. Może by przekonać kilku takich... Poza tym, ten projekt rzeczywiście ma szanse zarabiać na siebie, a przy okazji uczyć, przypominać i zastanawiać. Pole do popisu jest olbrzymie. Mówić młodym ludziom o Polsce niejako "przy okazji" odwiedzin w Warszawie, to mówić skutecznie i prosto. Wieża Pamięci prof. Cypriana Iwo Pogonowskiego przypominałaby polską historię całej Europie. Pozostaje jeden drobiazg. Kto to zrobi? Kiedy przylecą pierwsze trumny... Saddam Husajn żyje (amerykański wywiad daje tej informacji 70-procentowy margines wiarygodności), Irakijczycy wciąż walczą, i to na własnych warunkach, amerykańskie obietnice o zaprowadzeniu stabilizacji można między bajki włożyć. Wojna w Iraku rozwija się według prognoz emerytowanych wojskowych (ci w służbie czynnej mają związane języki). USA nie zrealizowały strategicznego celu; nie doprowadziły do "dekapitacji reżimu", czyli nie zabiły Husajna - i to mimo ponawianych prób; nie doprowadziły do wyodrębnienia z poprzedniego reżimu grupy "liberałów" zdolnych zorganizować skuteczną władzę i nie uruchomiły autonomicznych instytucji "wyzwolonej" ludności (z obawy przed wpływami islamistów). Stare podręczniki wojskowe mówią, że dysponując niewielką siłą, można doprowadzić okupującego przeciwnika do "psychozy nerwowej". Rumsfeld porównał kiedyś obecne kłopoty swego wojska w okupowanym Iraku do kąsania wszy. Każdy żołnierz wie jednak, że wszy mogą zagryźć... Amerykanie są w Iraku coraz bardziej wystraszeni, poirytowani i sfrustrowani. Są to żołnierze frontowi, którym wydawało się, że po zdobyciu Bagdadu zabiorą suweniry i pojadą do domu. Tymczasem każe się im rozdawać butelki z wodą ludziom, do których strzelali kilka tygodni temu. (Polecam portal "Żołnierze na rzecz prawdy" - http://www.sftt.org/). Irakijczycy, wyszkoleni na sowieckich modelach walki asymetrycznej, uderzają w czułe miejsca okupanta. Amerykańscy chłopcy (niektórzy mają po 17 lat) wiedzą, że w irackich zaułkach są prawie bezbronni, a ich zaawansowane technicznie zabawki nie są w stanie powstrzymać jednego głupiego granatnika, odpalanego zza węgła lub z dachu. Dlatego są przestraszeni i nerwowi, gotowi strzelać, a potem pytać. To z kolei napędza krwi do oczu irackiej ulicy i rozwiewa mit "przyjaznej armii okupacyjnej". W to bagno wkrótce wpadną nasi kondotierzy znad Wisły. Polska propaganda głosi, że Polacy, w odróżnieniu od Amerykanów, będą przyjmowani przez Irakijczyków chlebem i solą - wiadomo, słowiańska dusza, słowiańska twarz etc. - jak można nas nie lubić?! Niebawem zobaczymy. W końcu sprzątanie po Amerykanach to nie jest łatwa praca. Przy okazji 80-lecia Jaruzela, odżyli apologeci jenerała. Historię piszą zwycięzcy - komuniści wygrali, więc nie ma się co dziwić, że marszałek Sejmu bije czołem przed byłym gensekiem, chwaląc go za "patriotyzm". O generale powiem tylko to, że do pięt nie dorasta chilijskiemu patriocie - Pinochetowi, z którym często bywa porównywany. Niestety, nie ta klasa. Głównym argumentem "proJaruzelskim" jest ponoć to, że "zapobiegł rozlewowi krwi". Tymczasem na świecie nie ma nic za darmo. Dlatego mamy dziś postkomunistyczne skapcanienie, zamiast niepodległości... Może jednak trzeba było utoczyć nieco komunistycznej krwi?
Zacznijmy od siebie, zacznijmy dzisiaj... Podczas gdy z polskiej literatury można się dowiedzieć, że Polacy są narodem dumnym, z literatur obcych częściej wynika, że jesteśmy narodem durnym. Kompleksy polskie nabrzmiałe w czasach komunizmu (czyli w okresie okupacji i podbicia) przybrały postać dwojaką; albo nienawiści do samego siebie i prób "zmycia" polskości, albo wybujałego szowinizmu mesjańskiego, upatrującego w polskiej biedzie i degrengoladzie oznakę wyjątkowości i namaszczenia. Jedni gotowi byli lizać cudzoziemskie buty, drudzy siedzieli z założonymi rękami, winiąc Żydów czy zdradę Zachodu. Ani jedna, ani druga postawa nie była dobrym fundamentem dla myśli polskiej, dla opracowania nowoczesnego narodowego planu działania - polskiej polityki. Dziś, po okresie wolnościowego "zachłyśnięcia" sprzed dekady, Polacy znów spuścili głowy. Brak wiary w siebie i poczucie niemocy to główne czynniki umożliwiające trwanie obecnego układu, w którym siła narodu marnowana jest codziennie i na każdym kroku. Państwo polskie ogarnia chaos, a Polaków wegetacja. Wiele zrezygnowanych osób opowiedziało się w referendum za Unią Europejską, gdyż wmówiono im, że federacja pozwoli naprawić polską państwowość i "przywróci normalność". Było to coś na kształt współczesnej wersji argumentu, że "przyjdą Niemcy i zrobią porządek". Nie ma dumnej Polski, dziś polscy biedacy śnią o "szklanych domach", ale nie mają pomysłu, jak je budować. Wszyscy chcą Polski bezpiecznej, zasobnej i silnej, po czym otwierają butelkę ukraińskiego samogonu... Poczucie społecznej niemocy jest wszechogarniające, kraj znów jest podzielony na "my" i "oni". Niczym w feudalizmie "my" mają być dozgonnie rządzeni, "oni" mają zaś spijać śmietankę... W trosce o spokój społeczny od czasu do czasu "oni" dopuszczają do koryta kilku nowych trybunów ludowych... Co przezwycięży marazm? Jak odrzucić kamień narodowego upadku? Zacznijmy od siebie. Jeśli społeczeństwo nie uświadomi sobie swej siły, zginie. Zacząć od siebie, to znaczy wszędzie i zawsze popierać brata-Polaka (proszę wybaczyć staromodny zwrot); wszędzie piętnować nieprawość. Większość Polaków, którzy narzekają na złodziejstwo "tych na górze", bez żadnej żenady gotowa jest przyjmować drobne "dowody wdzięczności". Moralność nie polega na zasadzie wzajemności. Jeśli on kradnie, nie daje mi to prawa, by kraść... Jeśli on chełpi się znajomościami w urzędzie, to nie znaczy, że ja również powinienien w pierwszej kolejności obsługiwać pociotków... Zmiana polskiej mentalności jest koniecznym warunkiem odrodzenia. Walka o polską dumę - nie tę rozkrzyczaną i butną, lecz roztropną i pracowitą - jest w dziejszych czasach wymogiem chwili. Tę rewolucję każdy z nas zacząć może już dzisiaj, bez oglądania się na siły, które ponad głowami skuwają świat. Jeśli spełnimy ten wymóg, puścimy w ruch niezwykłe domino. Światowy turniej Mamy olimpiadę, co prawda dopiero za siedem lat (niektórych z nas może już nie być na tym świecie), ale zawsze jest to jakaś radość. Od czasu, gdy Hitler w 1936 roku zrobił olimpijski show w Berlinie, igrzyska mają coraz mniej wspólnego ze sportem, a coraz więcej z polityką. Olimpiadę spokojnie można zinterpretować, jako ersatz światowej wojny. Prężenie muskułów bezpośrednio przekładane jest na łopot plemiennych sztandarów, a porażki i zwycięstwa wpędzają całe populacje w depresję lub atawistyczną euforię. (Proszę sobie przypomnieć uliczną reakcję tłumów na wyniki rozgrywek mistrzostw świata) Biorąc rzecz na zdrowy rozum, nastroje te są irracjonalne i świadczą o tym, jak niewiele czasu upłynęło od chwili, gdy hasaliśmy w koronie dżungli; jak blisko nam do pogańskich rytuałów i wojennego malowania twarzy. Olimpiada w Vancouver nie będzie się różnić od pozostałych. Nie trzeba być wróżką Mają, by wiedzieć, że - tak jak poprzednio - olbrzymie kwoty państwowych pieniędzy zostaną rozszabrowane i wdeptane w błoto. Połączenie państwowo-prywatnych przedsięwzięć kończy się zawsze dojeniem publicznych pieniędzy (jak wiemy z socjalizmu, państwowe ma posmak niczyjego). Po igrzyskach zostanie nam zadłużenie i kilka obiektów sportowych. Wykujemy też w skale nową drogę do Whistler, aby dzielni sportowcy nie cierpieli na nadmiar adrenaliny po podróży w autobusach zawieszonych nad przepaścią. Olimpijska spuścizna, nieoczekiwanie, może mieć znaczenie dla nas samych - w końcu Vancouver to stolica kanadyjskich emerytów, więc może sami będziemy wkrótce mogli z czegoś skorzystać... Nie byłoby olimpiady w Vancouver, gdyby nie polityka Jeana Chretiena, zainteresowani powinni za to całować szefa rządu po rękach. Bynajmniej nie chodzi tu o politykę "sportową" (zawód wyuczony obecnego prezydenta RP), lecz zagraniczną. Założę się o sto złotych, że gdyby Kanada poparła Stany Zjednoczone w inwazji w Iraku, to olimpiada przeszłaby nam koło nosa. W Europie antyamerykański sentyment jest powszechny i odgrywa dużą rolę. Kanada odstawała z proamerykańskiego szeregu, a Chretien plasował się w jednej linii ze "starą Europą" (wedle klasyfikacji Rumsfelda), zbierając w stolicach starego kontynentu komplementy i klepnięcia w marynarkę. Widać z tego, że świat stanowi system naczyń połączonych i nigdy nie wiadomo, co wyjdzie z czego, czy z kichnięcia po jednej stronie nie zrobi się tornado po drugiej (teoretycznie to możliwe). W Barry's Bay otwarty wkrótce zostanie nowy park poświęcony p. Janowi Żurakowskiemu - wspaniałemu Polakowi, świetnemu lotnikowi, oblatywaczowi naddźwiękowego myśliwca przechwytującego Avro Arrow - legendy kanadyjskiego przemysłu lotniczego. Żurakowski jako pierwszy polski i kanadyjski pilot otrzymał honorowe członkostwo w International Society of Experimental Test Pilots - ramię w ramię m.in. z Lindberghiem, pierwszym człowiekiem, który przeleciał Atlantyk, Armstrongiem, pierwszym człowiekiem na Księżycu, i Sikorskim, pionierem śmigłowców. Żurakowski to Polak, który może zainspirować każdego, dlatego dobrze by się stało, by poznano jego dokonania w Polsce, by jego nazwisko znalazło się w polskich podręcznikach. Dziś nad Wisłą bardziej znany jest jednorazowy balast sowieckiej kapsuły "Sojuz", p. Hermaszewski - tzw. generał i kawaler najwyższych odznaczeń państwowych, niż człowiek, którego niezłomna postawa i wspaniałe dokonania mogą być wzorem dla każdego polskiego chłopca. Ciekawym, czy w kraju jest dziś choć jedna szkoła im. Jana Żurakowskiego... Być może nieuważnie czytam gazety, bo powiem szczerze, że nie natrafilłem w nich na informację o rychłej dekryminalizacji posiadania haszyszu. Jakoś mało kto zauważył, że przedłożona przez Chretienowy rząd ustawa, oprócz wprowadzenia dekryminalizacji posiadania niewielkich ilości marihuany (do 15 gramów), mówi również o dekryminalizacji posiadania grudek haszyszu o ciężarze do 1 grama (policjanci będą musieli mieć za pasem aptekarskie wagi). Haszysz schował się w marihuanowym cieniu, tymczasem nikt chyba nie ma wątpliwości, że żywica pozyskiwana z konopii indyjskich to specyfik, który daje ostrego kopa w mózg. Dzisiejsza marihuana, dzięki nowoczesnym zabiegom agrotechnicznym, posiada o wiele większą zawartość substancji narkotycznej niż jej praprababaka z okresu globalnego hipisowania. To samo dotyczy haszyszu. Są to substancje groźne nie tylko dla "osoby obsługującej pojazd mechaniczny". Na dodatek, dekryminalizując, państwo obniża barierkę - zwłaszcza dla młodzieży. Paradoksalnie, lepsza mogłaby być już legalizacja. Pozwoliłaby na kontrolę obrotu narkotykiem i umożliwiła znakowanie towaru. Dzisiaj szesnastoletnia panienka, próbując alkoholu, jest w stanie odróżnić między napojem 6-procentowym, a 40-procentowym, gdyż ma to czarno na białym napisane na etykiecie. Gdy zapala papierosa, ma na pudełku napisane, ile wchłania nikotyny, jednak gdy sięga po marihuanę, nie ma bladego pojęcia, czy będzie paliła zdegenerowaną "pokrzywkę" spod płotu, czy wypieszczoną wietnamską ręką najlepszą "trawę" pod słońcem z narkotycznego zagłębia w Kolumbii Brytyjskiej. A państwo obniża takiemu dziecku punkt oporu, zapewniając, że jedno czy dwa sztachnięcia z pewnością nie złamią mu życia ani kariery... Po prostu, strach się bać. Na zlecenie W założeniu miało być jak w bajce o złym smoku. Uwolniony od gadziego oddechu naród iracki wdzięcznie organizuje się na modłę proamerykańskiej świeckiej demokracji; nie chcąc obrażać wyzwolicieli, Irakijczycy wybierają tylko takich przywódców, którzy są mili amerykańskiemu oku, islam schodzi na pozycje katolicyzmu w USA, tania ropa płynie radośnie do portowych terminali, amerykańskie korporacje budują nowy Irak, McDonald's przekonuje do świniny najbardziej zagorzałych szyitów, w Bagdadzie jak grzyby po deszczu otwierają się nowe puby... Wojska Zachodu rozkroiły tymczasem stary Irak, a nowego jakoś nie widać. Chaos, bezhołowie, rabunek królują, ludzie są niepewni jutra i nie mają co do garnka włożyć. Nie udało się uruchomić podstawowej infrastruktury państwa. Na dodatek, poprzedni reżim roztopił się w bitewnej mgle - nie wiadomo, czy, niczym polski rząd w 1939 roku, uciekł do ościennego kraju, czy może rozpłynął się w plebejskim tłumie. Jedno jest pewne, Irakijczycy mają serdecznie dosyć dyktatu i chcą rządzić się sami. Jeśli im się na to pozwoli, wkrótce będziemy tam mieli całkiem niezłą republikę islamską, jeśli nie, to trzeba jak najszybciej zmontować juntę rodzimych pułkowników. Okupowanie Iraku, samo w sobie, nie buduje państwa. Trzeba mieć jeszcze pomysł, co z krajem zrobić, a tu okupanci robią głupie miny. Po Afganistanie widać bowiem, że nie ma pomysłu, a jeśli jest, to wymaga olbrzymich środków i nikomu nie chce się ich wykładać. W tym to właśnie krajobrazie przyjdzie młodym Polakom uczyć się okupacyjnego rzemiosła. W naszej kulturze jest to doświadczenie bardzo świeże - z okupacjami zawsze byliśmy na bakier. We krwi buzuje nam raczej konspirowanie. Dziś przeciwko polskiej "administracji" konspirować będą młodzi Irakijczycy (można zrobić interes i na czarnym rynku rzucić im "Małego konspiratora" po arabsku). Każdy dzień przynosi doniesienia o zamachach, zasadzkach i aktach sabotażu. Jak to kiedyś ktoś ładnie ujął, ostrzegając przed wojną - Irak przemienił się w Strefę Gazy wielkości Kalifornii. W tej "strefie" przyjdzie umierać młodym Polakom. W czyim interesie? Za co? W dawnych czasach udzielni książęta pożyczali sobie wojsko na wyprawy - za obietnicę łupów czy żywą gotówkę. Polskie oddziały w Iraku będą dziś jak takie "pożyczone wojsko" na usługach, wykonując prace zlecone. Ludzie, którzy przysięgali bronić Ojczyzny, będą narzucać cudzą wolę tym, którzy właśnie ojczyznę stracili. Santo Domingo - kurcze pieczone! Wkoło jest wesoło Prowincja Ontario jest dziś jednym z najbardziej humorystycznych regionów Ameryki Północnej. Dzięki decyzji kilku pań i panów w sędziowskich togach w Ontario można obecnie bez obciachu palić marihuanę i zawierać małżeństwo z osobą tej samej płci. Otwiera to przed wszystkimi mieszkańcami tej zasobnej krainy nowe możliwości i każe testować nowe prawa. Ontario - yours to discover - głosi stary chwyt promocyjny. Dziś hasło to nabiera nowego, intrygującego znaczenia. Weźmy na początek tę marihuanę. Ze względu na niedopełnienie przez władze federalne obowiązku poprawienia prawa antynarkotykowego (stosowne przepisy dekryminalizujące fakt posiadania niewielkich ilości tego specyfiku wejdą dopiero w życie) dziś posiadanie marihuany na własny użytek wyszło poza obręb przepisów prawa (jak kiedyś aborcja) i nie jest regulowane. W związku z zamieszaniem policja odmawia więc wyłapywania marihuanowych płotek i, wedle oficjalnego komunikatu, ogranicza się do rejestrowania i dokumentowania takich przypadków. O ile więc Ontario nie jest jeszcze jednym wielkim Amsterdamem, o tyle palić ziele można tu zupełnie otwarcie, co zademonstrowała grupa działaczy Partii Marihuanowej, zażywając "gandżi" u wrót torontońskiego komisariatu. Jakby tego nie było dosyć, pewna pani sędzia w Kolumbii Brytyjskiej stwierdziła, że policja naruszyła prawa obywatelskie oskarżonego, gdy weszła na kopach do jego punktu hydroponicznej produkcji marihuany (będącym również, przy okazji, miejscem jego stałego zamieszkania). Sędzia powiedziała, że marihuana nie jest bardziej groźna niż alkohol, więc nic nie usprawiedliwia taranowania drzwi posesji. Policjanci się zdumieli. Jak tak dalej pójdzie, kanadyjskiego policjanta nic już nie będzie w stanie zadziwić i ze stróża prawa przedzierzgnie się on w organ ochrony praw obywatelskich bandytów i złodziei. Przy tym wszystkim nie należy zapominać, że marihuana jest zielskiem szkodliwym dla zdrowia, a jej najbardziej popularna forma przyswajania - skręt bez filtra, niesie ze sobą - prócz narkotykowych dolegliwości - te same zagrożenia co palenie papierosów. Entuzjaści trawy podkreślają jednak, że nie trzeba tak, można w postaci ciasteczek czy sałatki - pomysłów nie brakuje. Marihuaną nie potrafimy się obchodzić. Nie jesteśmy na nią przygotowani. Zwykłemu człowiekowi trudno określić, kiedy ma do czynienia z kimś "podpitym" marihuaną, policja nie ma testów drogowych, które pozwalałyby szybko ustalić zawartość narkotyku we krwi kierowcy. Dzisiejsza młodzież coraz częściej zastępuje tradycyjny sześciopak właśnie marihuanowym dżointem. Jest to zabawa tak samo niebezpieczna jak ojcowskie jeżdżenie na piwie, jednak trudniejsza do wykrycia i udowodnienia. Pewna pani Amerykanka z Teksasu opowiadała kiedyś, że plaża była w sześciopakowej odległości od jej domu. Gdy dojeżdżała - właśnie kończyła "obalać" szóste piwo. "Trawa" otwiera przed młodymi ludźmi drogę do odurzeniowego eksperymentowania, prowadzi dalej tam, skąd trudno później wrócić. Jakiekolwiek ułatwianie dostępu do niej jest igraniem z ogniem. Niestety nie dostrzegają tego kanadyjskie sądy. Dzięki sądom otwierają się przed nami nowe możliwości partnersko-towarzyskie i "biznesowo-matrymonialne", że posłużę się terminem z gazetowych ogłoszeń drobnych. Wedle nowej definicji, małżeństwo to związek dwóch osób z wykluczeniem osób trzecich. Jeśli wywalimy z definicji małżeństwa "kobietę" i "mężczyznę", natrafiamy na podobne problemy, jakie filozofowie greccy mieli ze zdefiniowaniem człowieka ("dwie nogi, bez piór")... Pojawia się więc szereg ciekawych możliwości. Czy, na przykład, mogę zawrzeć związek małżeński z bratem? Tak czy nie? Nowości dotyczą również imigracji. Oto jedziemy do Polski, sprowadzamy Zenka, bierzemy z nim ślub homoseksualny w Ontario, a następnie p. Zenek sprowadza swoją konkubinę i dzieci. Co, nie może tak być? A kto zabroni? Przecież żadnych dowodów "skonsumowania" okazywać nie trzeba, zaś p. Zenek może być biseksualny.... W ten sposób możemy skompletować niezłą firmę budowlaną. A jak będzie mało, to się jeszcze kogoś usynowi z rodzinnej wioski, by pomógł kłaść suche tynki czy tłuc ściany przy rozbiórkach. Cała firma - jedna rodzina - to się nazywa rodzinny biznes - marzenie. Rozwody - jak wiadomo - są po dwie, trzy stówy, więc nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy żenili się/wychodzili za mąż (powstaje tu trudność terminologiczna) po kilkanaście razy. Skoro taka Liz Taylor zmienia mężów jak rękawiczki, to dlaczego nam nie wolno? Czekam więc na pierwsze ogłoszenia drobne w stylu: "Młody kawaler, lat 44 (w tej dziedzinie zawsze się przesadza) pozna pana/panią w celu matrymonialno-biznesowym, ma uprawnienia do spawania w osłonie argonowej". Toż to nowy biznes będzie! Zastanawiam się też, jak na homoseksualne ożenki zareaguje polski konsulat. Weźmy taką sytuację. Romek sprowadza Tomka do Kanady i biorą ślub. Aby wyrobić polski paszport, Romek musi dokonać procedury umiejscowienia kanadyjskiego świadectwa ślubu w polskim urzędzie stanu cywilnego w Mławie Dolnej. W Mławie, pomimo złożenia właściwych dokumentów, umiejscowienia nie chcą wydać. Romek nie ma więc polskiego świadectwa ślubu i nie może dostać polskiego paszportu. Tymczasem Tomek, rozczarowany współżyciem z kimś, kto nie ma polskiego paszportu, wraca do Polski prosto w ramiona heteroseksualnej Basi. Czy biorąc ślub z Basią Tomek staje się bigamistą? Zainteresowanych odpowiedzią zachęcam do rozmowy na ten temat w polskich placówkach konsularnych. Równiarze W złożonych 17 czerwca zeznaniach przed Komisją Spraw Zagranicznych amerykańskiego Kongresu, były wiceminister spraw zagranicznych RP (w rządzie J. Buzka) Radek Sikorski przedstawił opinię w sprawie nowej sytuacji w Europie, w tym na temat Unii Europejskiej. W wystąpieniu zatytułowanym "The Future of Transatlantic Relations: A View From Europe" Sikorski mówi: "Wielu ludzi w Europie postrzega projekt integracji jako jedyny sposób uczynienia z wojny (na kontynencie europejskim - ak.) czegoś nie do pomyślenia. Ludzie ci gotowi są za to zapłacić cenę w postaci utraty suwerenności, cenę, która byłaby nie do przyjęcia dla amerykańskiej opinii publicznej czy polityków". I dodaje, że państwo narodowe traktowane jest w tej koncepcji jako "narzędzie do prowadzenia wojen"... Pikanterie tej wypowiedzi nadaje fakt, że Sikorski jednoznacznie wypowiedział się w kampanii referendalnej za wejściem Polski do Unii... Dziś, gdy rzecz jest przesądzona, coraz częściej o Unii Europejskiej mówi się otwarcie. Jaki jest tego powód? Otóż, trzeba przygotować Polaków na europejskie chomąto, które wkrótce zawiśnie im na karku. Przed referendum euroentuzjaści sprowadzili debatę do europajacowania i cepeliady. Wiedzieli, że na argumenty nie mają szans, woleli przekonywać na "wizję" - image "europejskiego" Polaka, tolerancyjnego, dobrze wykształconego, władającego kilkoma językami, słowem "obywatela świata". Czy coś stoi na przeszkodzie, by Polak poza UE był tolerancyjny i dobrze wykształcony? Może to polski patriotyzm się nie nadaje, a może przywiązanie do tradycji narodowej?! Może to przeszkadza w pełnej "europeizacji"? Tymczasem coraz wyraźniej widać dziś - że Polak poza Unią mógłby mieć lepiej, mógłby uchronić miejsca pracy przed ucieczką do państw, z których dziś masowo importuje, mógłby zdewaluować złotego itd., itp. Wreszcie, mógłby mieć wolny rynek i kapitalizm. Jak już pisałem, Unia Europejska zlikwidowała bariery celne, ale uzyskuje to samo dzięki systemom kwot, dopłat, regulacji, które z wolnym rynkiem mają mało wspólnego. Polscy kompradorzy straszyli, że gdyby wynik był na "nie", to z kraju wyjechałby kapitał zagraniczny... Który, pytam? Czy ten, co za półdarmo przejął co bardziej soczyste kąski gospodarki? Czy może ten, który zabezpieczył sobie quasimonopolistyczną pozycję na polskim rynku? Kapitał międzynarodowy - ten, który nie wykupuje, lecz buduje i tworzy nowe miejsca pracy - od Polski stroni. Winna jest korupcja, morze idiotycznych przepisów etc. Tych przepisów Unia nie wyprostuje. Jednym słowem, nasi rodacy dali się skomasować, dali się przekonać eurokomisarzom roztaczającym wizję szczęścia w europejskim superkołchozie. Dziś euforia minęła i wielu polskich polityków zastanawia się, czy polskie społeczeństwo "wytrzyma", czy przyzwyczai się do faktu, że Polska "dobrowolnie" w imię socjaldemokratycznej mrzonki straciła suwerenność. Coś, co dla przeciętnego Amerykanina byłoby "rzeczą nie do pomyślenia" - jak konstatował R. Sikorski przed amerykańskim Kongresem. Jak widać, świat dzieli się na równych i równiarzy... Dwóch kierowców, jedno auto Jeszcze w latach 80. wydawało się, że Kanada i Stany Zjednoczone to jedno. Właściwie z zewnątrz byliśmy amerykańską przybudówką - trochę brytyjskiego folkloru, z kukiełką Królowej w roli głowy państwa, a w środku do cna zamerykanizowani. Nasza gospodarka była sprzężona z amerykańską niemal tak jak kalifornijska, nasze surowce stanowiły strategiczną spiżarnię Waszyngtonu. Czasy się zmieniły. Kanada pod względem politycznym coraz bardziej odsuwa się od wielkiego sąsiada, a i same Stany Zjednoczone przenoszą się w nowe miejsce. Zwycięstwo w zimnej wojnie spowodowało, że Ameryka dostała w spadku najpotężniejszą machinę militarną w dziejach świata. Armia amerykańska jest w stanie zmiażdżyć każdą regularną armię pod Słońcem. Miał być "nowy porządek światowy", a powstał nowy Rzym. Kanada, której polityka zagraniczna zawsze bliższa była europejskiemu podejściu, uznała w tym zagrożenie dla całego powojennego dorobku dyplomatycznego Zachodu. Ottawa, podobnie jak stolice Europy, uważała, że minęły czasy dyktatu narodowych mocarstw i wszystko można rozwiązać przy stołach ONZ. Stany Zjednoczone, przekonywały się tymczasem, że mają tam coraz mniej przyjaciół. Podobnie jak kraje europejskie, Kanada, żerując na bezpieczeństwie amerykańskiego parasola atomowego, dobrowolnie i niemal całkowicie się rozbroiła. Paradoksalnie, niepokoi to Amerykanów, którzy radzi by kanadyjskiej armii przypisać rolę Sanczo Pansa w prowadzonych krucjatach. Silna armia jest Kanadzie potrzebna z zupełnie innego powodu: dla obrony własnej suwerenności i możliwości patrolowania granic Dalekiej Północy. Jest jasne, że kanadyjskie wojsko w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie w stanie przeciwstawić się amerykańskiemu, ale posiadając je w lepszym stopniu będziemy mogli zabiegać o własną suwerenność - nawet w pertraktacjach z Waszyngtonem. Drugą przyczyną rozsuwania się płyt politycznych USA i Kanady jest imigracja. Do Kanady rokrocznie przybywa ponad 200 tys. nowych osadników. Dla 30 milionowego, młodego wciąż społeczeństwa, jest to poważny zastrzyk, tym bardziej, że większość nowych ludzi osiedla się w wielkich miastach - rejonach bogatych w głosy wyborcze. Ludzie ci szybko uzyskują wpływ na politykę i - co tu dużo mówić - większość jest nastawiona wrogo do USA, zwłaszcza Stanów jakie znamy po 11 września 2001 roku. Imigranci wywodzą się tradycyjnie z krajów Trzeciego Świata, gdzie Amerykanie często chodzą po odciskach. Z drugiej strony, kanadyjscy przedsiębiorcy zabiegają o względy Amerykanów, świadomi prostego faktu, że bez amerykańskiego rynku zbytu, kanadyjski dobrobyt pryśnie, jak mydlana bańka. Oba te czynniki wytwarzają niebezpieczne napięcie polityczne. Z jednej strony, elektorat w dużych miastach jest coraz bardziej antyamerykański, z drugiej, wielki biznes - podstawowy sponsor życia politycznego - ostrzega przed drażnieniem i denerwowaniem sąsiada. Polityka zagraniczna zazwyczaj odgrywa niewielką rolę w wyborach federalnych. Jak to mówią, bliższa ciału koszula... Dziś jednak środowiska imigracyjne (a jest to wielomilionowa rzesza ludzi) będą raczej udzielały poparcia tym partiom, które są antyamerykańskie, lub antyamerykanizm udają. Między innymi dlatego właśnie Canadian Alliance, który ustawicznie zajmuje jednoznacznie proamerykańskie i proizraelskie stanowisko, nie ma szans na zdobycie mandatów w Ontario. Masowa imigracja zaczyna rzeźbić oblicze kanadyjskiej polityki, tym bardziej, że jest to imigracja spoza kręgu kultury Zachodu. Somalia, Sri Lanka, Irak, Iran, Indie, Chiny, Indonezja, Filipiny, Malezja - wszystko to są dziś kraje pochodzenia kanadyjskich imigrantów, kraje, w których ludność jest tradycyjnie antyamerykańska. Imigracja ta będzie miała niebagatelny wpływ na kształt stosunków na tym kontynencie. Jeszcze do niedawna Amerykanie dziwili się i próbowali zrozumieć dlaczego nie są lubiani, dziś mają ten fakt w nosie, bo i tak nikt im nie podskoczy... Konfrontacja jest więc nieunikniona. Polak w uprzęży Pookrągłostołowa klęska Polski ma dwa fundamenty, gospodarczy i polityczny. Ten pierwszy to plan Balcerowicza-Sachsa, sprowadzający się do przewartościowania złotego, uczynienia z Polaków konsumentów zachodniej produkcji (zamiast producentów zachodniej konsumpcji) i rozgrabienia majątku narodowego. Ten drugi zasadza się na ordynacji wyborczej, która uniemożliwia odrodzenie polskiej demokracji, prowadzi do skorumpowania głównych instytucji państwa i pogłębiła społeczną apatię. Mowa, oczywiście, o ordynacji proporcjonalnej. Odbywa się to z grubsza tak, że polski wyborca, głosując na kandydata danej partii czy organizacji w swym okręgu, nie oddaje głosu na człowieka, lecz na partyjną listę wyborczą. W zależności od tego, ile głosów padło na listę, wchodzi z niej do Sejmu proporcjonalnie liczna grupa posłów. Im "wyższe" miejsce danego kandydata na liście, tym większe prawdopodobieństwo, że zasiądzie w poselskiej ławie. Obrazowo rzecz ujmując, głos oddany na Kowalskiego w okręgu Jeżowa Wola, zwiększa szansę wejścia do Sejmu kandydującego "z góry" listy Nowaka. W myśl konstytucji, poseł nie jest reprezentantem wybierających go ludzi i przed nimi nie odpowiada!!! (Artykuł 104 Konstytucji RP stanowi: "Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców".) Czyż to nie jest kuriozalne! Czy to nie jest zaprzeczenie demokracji przedstawicielskiej?! "Naród" to w tym wypadku abstrakcja; naród nie może chwycić za barchatki, zrobić plebiscyt odwołujący czy po męsku rozliczyć danego posła! Ta antypolska ordynacja wyborcza zabezpiecza interesy obecnej koterii, umożliwiając polityczne "planowanie", dając grunt niebotycznej korupcji, kupowania mandatów, miejsc na listach partyjnych, a wreszcie całych ustaw - korumpowania procesu legislacyjnego. Od kilku ładnych lat grupa zapaleńców propaguje w Polsce jednomandatowe okręgi wyborcze. Ostatnio nawet, stojąc w obliczu załamania państwa, coraz częściej zaczynają o tym też mówić ludzie władzy. Zmiana ordynacji równałaby się jednak rozbiciu obecnego układu, wprowadziłaby do władz ustawodawczych oraz nowego rządu posłów wybranych przez Polaków w okręgach. Jednomandatowa, większościowa ordynacja wyborcza prowadziłaby również do konsolidacji organizacji o podobnym programie, zmuszając je do wystawiania jednego kandydata. Bez JOW niemożliwa jest nowa Polska - co do tego nie ma dwóch zdań. Tymczasem obecne "towarzystwo" chce, by w sposób "proporcjonalny" wybierać również kandydatów do europarlamentu. W myśl tej propozycji, Polska zostanie podzielona na 13 okręgów wyborczych. Polacy głosować będą na listy, zaś - i tu nowość - kandydować w okręgach polskich będą mogli obywatele innych państw Unii. Znów więc będzie tak, że mieszkańcy wspomnianej Jeżowej Woli, oddając głos na kandydującego u nich Staszka Kowalskiego, spowodują, że w EuroKC ich reprezentantem zostanie zapisany w górze listy euro-deutsch-obywatel Andreas Kummer. Pikne - jak mawiają w Nowym Targu... Z poradnika agitatora W sztuce wojennej istnieje pojęcie konfliktu asymetrycznego. Chodzi o sytuację, w której jedna strona ma przytłaczającą przewagę w sprzęcie, logistyce i wszystko wskazuje na to, że jest w stanie przygnieść drugą jak paznokieć pluskwę. Tymczasem jednak druga strona nie jest bez szans. Musi tylko stosować odmienną taktykę - wojny partyzanckiej, terroru, odwoływania się do opinii publicznej w kraju przeciwnika, wpływania na kształtowanie negatywnego wizerunku wroga na arenie międzynarodowej. Wojna - jak wiadomo - jest przedłużeniem polityki, dlatego identyczna taktyka asymetryczna nadaje się do zastosowania również w przypadku nierównego konfliktu politycznego i gospodarczego. W przypadku Polski, jakiekolwiek ukruszenie rządzącego układu republiki bananowej (powtarzam nazwę za posłem Rokitą) wymaga zastosowania właśnie takiej podjazdowej strategii. Frontalnie nic się nie wskóra, gdyż układ rządzący przygotowany jest na kłopoty (w tym celu uchwalono w ubiegłym roku nową ustawę o stanie wyjątkowym). Układ rządzący ma też do dyspozycji inteligentnych strategów. Aby przygotować się do rozładowania napięcia społecznego, stosuje prowokacyjne organizacje wentylowe, których zadaniem jest skanalizowanie i unieszkodliwienie spontanicznego niezadowolenia. Przekupuje też liderów wyrastających z ograbianego narodu. Tak postąpiono, na przykład, w przypadku Ożarowa, gdzie liderowi protestu zaproponowano miejsce w spółce, która zajmie się zawiadywaniem terenami po padłym zakładzie. Są to mechanizmy stare i sprawdzone i dlatego należy o nich mówić głośno i szeroko, gdyż tylko to może nieco osłabić ich skuteczność. Tak więc podstawą do zastosowania w Polsce asymetrycznej strategii jest stworzenie alternatywnych kanałów przepływu informacji i wytwołanie głębokiego antyestablishmentowego resentymentu; mody na kontestowanie poprzez aktywną działalność społeczną i polityczną. Chodzi o przełamanie apatii, która trawi dziś tzw. milczącą większość i dzięki której obecna sprzedajna elita może realizować swe cele. Apatia, bądź co bądź, jest typową reakcją na zniesmaczenie bananowością naszego kraju. Jak stworzyć alternatywną komunikację, bez pieniędzy, gazet i TV? Tak jak dawniej! Trzeba organizować spotkania z ludźmi (choćby w parkach, jeśli nie stać nas na wynajęcie sali,) jeździć od gminy do gminy, wykorzystywać media elektroniczne - stworzyć strony www, ulotkować pociągi, ulice, blokowiska i mecze. Podstawą takiej akcji jest opracowanie materiałów propagandowych, poradników działacza, książeczki konstruowania wypowiedzi dla prasy etc. Trzeba uczyć ludzi mechanizmów manipulacji. Gdy je zrozumieją, przestaną na nią reagować. Inny sposób to spektakularne akcje, które przyciągają uwagę komercyjnych mediów. Trwa walka o Polskę. Na razie ją przegrywamy. Kraju nie chce wypuścić z łap układ, który rozparcelował go jeszcze za czasów okrągłego stołu. Jednak grunt zaczyna mu się palić pod nogami. Stopień niezadowolenia społecznego jest poważny. Po to, by Polska mogła zrealizować swój potencjał, musi w niej dojść do głosu nowa elita, musi zapanować demokracja. By tak się stało, trzeba skosić "czapę". W naszej guberni nad Wisłą Czechom możemy zazdrościć nie tylko Pragi. Czeskie reformy robione są z większą głową i rozsądniej od naszych, a czeskie bezrobocie jest dwa razy mniejsze od polskiego. Czesi dawno temu przeprowadzili deko-munizację i "ludową" prywatyzację. W piątek będą głosować nad przystąpieniem do Unii. I znowu w przeciwieństwie do polskiej, ich kampania nie jest aż tak kretyńska. Nikt nie pędzi młodzieży pod "europejskimi bramami", grupy rolników nie pedałują na rowerach do Brukseli, a ministrowie nie objeżdżają zakładów karnych, by przekonywać bandytów, jakież to niebo będą mieli w Unii za kratkami. Prezydent Czech Klaus jeszcze nie ujawnił obywatelom, jak będzie głosował, i euroentuzjaści zarzucają mu wprost, że wygląda na sceptyka. Sondaże wykazują poparcie dla przystąpienia do Unii, ale władze Pragi "ze względu na hałas" nie pozwoliły na odbycie prounijnego wiecu w centrum. Jakoś wszystko to wygląda zdrowiej niż w Polsce, gdzie spazmy prounijnego orgazmotronu kazały normalnym ludziom przecierać oczy... W Czechach o Unii dyskutuje się na zimno, przy piwie, bez kłamstw w żywe oczy. Tymczasem w proreferendalnej Polsce, Murzyn zrobił swoje i Murzyn może odejść. Gawiedź poparła eurokołchoz, więc dziś można jej już mówić prawdę w oczy. "Nasz Dziennik" zwraca uwagę na tekst prounijnego "Newsweeka" (polskiej edycji - http://newsweek.redakcja.pl/archiwum/artykul.asp?Artykul=6550), w którym pisze się: "Założenia, że wejście Polski do Unii poprawi warunki, na jakich nasze firmy będą konkurowały w Europie, lub też że nastąpi raptowny napływ zagranicznych inwestycji, są nierealistyczne. I jeżeli ktoś twierdzi odwrotnie, kłamie. Dla zagranicznych inwestorów Polska już od kilku lat jest członkiem Unii Europejskiej. Owszem, zainwestowali w naszym kraju (czytaj: wykupili strategiczny polski przemysł - przyp. A.K.) kilkadziesiąt miliardów dolarów, gdyż byli pewni, że Polska dołączy do Unii. Ten pozytywny efekt już nastąpił. (...) Ale nie można oczekiwać, że nasz eksport do Europy zacznie rosnąć jeszcze szybciej tylko dlatego, że nasi urzędnicy zasiądą w brukselskich biurach. (...) Irlandia, która weszła do EWG w roku 1973, rozwijała się aż do roku 1980 w średnim tempie 3,8 proc. - wcale nie szybciej niż przed przystąpieniem". No cóż, teraz można już to pisać, głupi Polak już się nie znarowi. W tym samym tekście stwierdza się jak za dawnych komuszych czasów: "aby było lepiej, najpierw musi być gorzej". Jest to polskie hasło pańszczyźniane, które sprowadza się do wmawiania Polakom: "u nas nie może być lepiej, może nasze dzieci czegoś doczekają, ale tutaj nic się już nie zmieni". Hasełko takie potrzebne jest gubernatorom w stolicy do trzymania pod butem okradanego i podbitego narodu. Jakiekolwiek rozbudzanie nadziei na to, że będzie lepiej, mogłoby się dla obecnej elity nieciekawie skończyć, więc nie ma co igrać z ogniem, trzeba ludziom tłumaczyć, że musi być gorzej! Zatem szanowny prounijny Polaku, wbij wzrok w ziemię tuż przed butami, abyś lepiej znosił nadchodzące upokorzenia. Sam się na to dałeś nabrać. A... "Panowie w stolicy palili cygara"... I będą palić! Chyba, żeby... Gwóźdź do trumny Ontaryjski Sąd Apelacyjny dokonał we wtorek aktu miłosierdzia i dobił instytucję małżeństwa w Kanadzie, dopuszczając do udzielania ślubu homoseksualistom. Sąd nakazał wręcz, by miasto Toronto wydało świadectwa ślubu kilku chętnym parom. Władze prowincji zapowiedziały, że będą rejestrować takie związki i od mijającego tygodnia mamy już w Kanadzie legalne małżeństwa mono-panów i mono-pań. Oprócz symboliki niczego to nie zmienia, tym niemniej owa symbolika jest bardzo ważna i znacząca dla tożsamości naszych instytucji i nas samych. Od dawna już homoseksualiści wywalczyli sobie zrównanie w prawach partnerskich. Ponieważ między konkubinatem a małżeństwem, istnieją obecnie jedynie dyskretne różnice (złośliwi twierdzą, że zawieranie ślubów różni się tylko tym, iż można się oficjalnie rozwieść), a między konkubinatem homoseksualnym i heteroseksualnym różnic praktycznie nie ma, stawanie par panów pederastów czy pań lesbijek na ślubnym kobiercu oznacza tylko jedno: pozbawienie ślubu heteroseksualnego wszelkich oznak wyjątkowości; wszelkich oznak normalności. Ślub praktycznie nie zwiększa uprawnień, którymi już dziś dysponują homoseksualiści, jednak jego udzielanie osobom tej samej płci przedefiniowuje znaczenie rodziny jako instytucji społecznej. Do tej pory rodziną byli: tata, mama i dzieci. Była to instytucja, w której młody człowiek znajdował bezpieczeństwo i gdzie uzyskiwał najbardziej intymne pojęcie o tym, na czym ten świat stoi i jak się rzeczy mają. Miał mamę i tatę - ludzi innych nie tylko pod względem fizycznym czy fizjologicznym, odmiennych pod względem emocjonalnym, psychicznym etc. Nie bez kozery psychologia tłumaczy, że zrównoważony rozwój psychiczny dziecka, najłatwiej, najlepiej i najpełniej przebiega w takiej właśnie przestrzeni, pod skrzydłami mamy i taty, w otoczeniu rodzeństwa. Oczywiście, przeciwnicy naszej normalności od ręki przytoczą przykłady psychopatów wywodzących się z takich lukrowanych rodzin, dwa plus dwa. To prawda, tradycyjna rodzina nie zabezpiecza dzieci i nie impregnuje na nieszczęścia, jest jednak najlepszym znanym nam "kolektywem" wychowawczym. Szczęśliwe dzieciństwo i poczucie bezpieczeństwa u boku mamy i taty to fundament, który później pozwala przetrwać niejedną burzę - psychiczna szalupa ratunkowa, którą można zwodować w czasie, gdy tonie nasz życiowy Titanic. Rozbicie i kryzys rodziny ma olbrzymie skutki społeczne - produkuje ludzi, którymi łatwo manipulować, którzy nie mają oparcia i tułają się po własnym życiu bez celu. Po prostu zmienia nasz świat. Niestety na gorsze. Uznanie małżeństw homoseksualnych jest tylko gwoździem do trumny tradycyjnej rodziny. Patrząc dookoła, można było się tego prędzej czy później spodziewać. Z czym zostajemy? Oczywistym skutkiem rozkładu rodziny będzie zwiększenie roli państwa w procesie wychowawczym i zmniejszenie niezależności myślenia ludzi. To zaś powinno nas wszystkich poważnie martwić, jest to bowiem piłowanie gałęzi, na której od kilku tysięcy lat siedzi nasza cywilizacja. I druga sprawa. Od dawien dawna, funkcjonowanie prawdziwej demokracji zasadzało się na monteskiuszowym podziale władzy na sądowniczą, ustawodawczą i egzekucyjną. Rozdział tych członów bronił demokratyczne państwo przed dyktaturą i wyważał system. Władza legislacyjna wybrana przez ludzi stanowiła prawo, rząd to prawo wcielał w życie, a sądy rozpatrywały przypadki jego naruszenia. Od kiedy jednak w Kanadzie wprowadzono do konstytucji Kartę Praw i Swobód, sądy otrzymały praktyczną możliwość ZMIANY prawa - ich uprawnienia zostały rozszerzone na to, co powinno leżeć w gestii wybieralnej władzy ustawodawczej. Jest to rażąco widoczne właśnie przy okazji praw homoseksualistów. Mimo że posłowie, podchodzą do małżeństw homoseksualnych jak do jeża i nie pali im się legalizować takie związki, ontaryjski sąd wyręczył naszych wybieralnych reprezentantów zmieniając przepisy. Trzech facetów (sędziów) przekręciło do góry nogami jedną z najważniejszych instytucji społecznych. Dlatego nie ma się co dziwić, gdy premier Alberty, Ralph Klein, chce przywoływać notwithstanding clause. Jest to jednak przegrana wojna. Aby wygrać, trzeba zmienić Kartę Praw i Swobód, która to część konstytucji służy dziś lewicowemu betonowi jako wytrych do obalania ostatnich bastionów zdrowego rozsądku i przyzwoitości. Prawo powinien stanowić parlament - koniec, kropka. Dziś sądy zaczynają pełnić rolę komunistycznego politbiura - faktycznie decydując o najważniejszych, fundamentalnych ustawach. Czy to można zmienić? Oczywiście. Sąd apelacyjny uznał, że sąd pierwszej instancji niesłusznie podjął decyzję o zwolnieniu Indian mieszkających poza rezerwatami z obowiązku płacenia podatków. Gdyby decyzja ta została utrzymana w mocy, mielibyśmy do czynienia z kolejnym przykładem całkowicie kuriozalnej interpretacji prawa. Leci to tak: Traktat nr 8 nie daje Indianom mieszkającym poza rezerwatami zwolnienia od podatków, ale adwokaci reprezentujący Indian, twierdzą, że z tradycyjnego, ustnego przekazu indiańskiego wynika, iż Indianie podpisując ten traktat byli o tym przekonani... Liczy się więc to, co jest w przekazie ustnym i dlatego powinno się dziś od Indian nie brać podatków. Było to więc wyrokowanie na zasadzie: "nasi ludzie mówią, że się nam należy". Na co sąd odpowiada: "no skoro wasi ludzie tak mówią, to musi tak być". Czyż to nie wspaniały system?! Żyć nie umierać! Kto wygrał, kto przegrał? Wygrała formacja postkomunistyczna. Dzieci i wnuczęta panów, którzy rozstrzeliwali patriotów i ujarzmiali Polskę - twardogłowy trzon post-PZPR, połączony w sojusz z miękkim centrolewem Kwaśniewskiego, Cimoszewicza i Michnika. Wygrali potomkowie zdrajców, którzy przez dziesięciolecia spychali Naród w kulturowy i gospodarczy zaułek. Wygrali ci wszyscy, którzy, jak diabeł na plusk święconej wody, wzdragali się na dźwięk polskiej idei państwowej. To oni nie dopuścili do odbudowy polskiego kapitału, rozwoju drobnej przedsiębiorczości (wedle centrolewu, ostoi "kołtuństwa i ciemnogrodu"). Swoją działalnością doprowadzili do ruiny pokomunistycznego przemysłu, zagrożenia strategicznych instytucji państwa - choćby poprzez masową i rabunkową prywatyzację systemu bankowego. A poprzez bezpardonowe i doktrynerskie dostosowywanie polskiej gospodarki do scalenia z Unią, wybili zęby polskiej konkurencji. Ludzie ci przekupili kompradorskie elity, objęli ścisłą kontrolą media i dzięki masowej kampanii dezinformacji wmówili Polakom, że czynią to wszystko dla ich dobra. Wynik referendum stanowi ukoronowanie tej manipulacji i dlatego łatwo zrozumieć tę olbrzymią radość w eurobolszewickim obozie. Przystąpienie do UE otwiera przed nim nowe stanowiska administracyjne, tworzy nowe wpływy i cementuje jego znaczenie. Dlaczego? Żaden rozsądny polityk nie powinien obrażać się na naród. Żaden sportowiec po przegranym biegu nie powinien tłumaczyć się ciasną gumką w majtkach... Przyczyn należy szukać przed lustrem. Narodowa prawica zawiodła, bo nie potrafiła wypracować i zjednoczyć się wokół alternatywnego programu rozwoju kraju, bo zbyt późno zrozumiała zgubne skutki reform Balcerowicza, bo nie zdołała - mimo znacznego poparcia społecznego - utworzyć medialnej i finansowej bazy swej polityki. Oczywiście, nie były to rzeczy łatwe, gdyż centrolew, finansowany z zagranicy oraz z kasy rodzimych złodziei, robił wszystko, by do tego nie doszło. Mimo to politycy prawicy powinni dziś dokonać rachunku sumienia z własnych grzechów - politycznego nieuctwa i lenistwa, pieniactwa, zaniechania prac nad alternatywnym programem gospodarki, zaniechania prób tworzenia silnego ośrodka medialnego - co najmniej jednej ogólnokrajowej gazety codziennej i stacji telewizyjnej. Wiele prawicę tłumaczy. M.in. obecność agentów umoczonych jeszcze za dawnych czasów. Są to jednak utrudnienia, z którymi liczyć się musi każdy ruch. Tymczasem zabrakło mądrości, cierpliwości, stanowczości i skuteczności. Zabrakło wiary w Polskę; w siłę i możliwości 40-milionowego narodu. Porównując się do Ameryki Premier Chretien czuje już emeryturę nosem i dlatego raz po raz pozwala sobie na szczerość. Zakończone w Evian (złośliwi podkreślają, że w drugą stronę literuje się to, jako "naive") spotkanie państw G-8 było ostatnim w życiu naszego premiera. Chretien jeszcze przed naradą zdołał wyłożyć w prostych słowach swą niechęć do George'a Busha i wytłumaczyć dlaczego z Clintonem było mu lepiej. Potem zaś jął łajać Amerykę za olbrzymi deficyt. Wszystko to prawda, amerykański deficyt jest olbrzymi i wielu ekonomistów ostrzega, że podmywane są brzegi amerykańskiej potęgi gospodarczej. Wkrótce runąć mogą niektóre zamki z piasku. Waszyngton rozpoczął realizację strategii ratunkowej. Obniżono kurs dolara (popatrzcie sobie na to dobrze drodzy Polacy z Polski). To pozwala zmniejszyć deficyt w obrotach z zagranicą. Zresztą podobny manewr zastosował rząd Chretiena, rezygnując z obrony dolara kanadyjskiego w czasach gdy pikował z pułapu 82 US-centów. Oczywiście, w przypadku USA reperkusje tego aktu są bardziej dalekosiężne, bo dolar amerykański jest walutą międzynarodową. Pomimo że prezydent Bush zarzeka się, iż jego rząd prowadzi politykę twardego dolara (kłamiąc prosto w oczy Schroederowi i Chiracowi), to jego zaplecze eksperckie przygotowuje grunt pod rozmiękczanie. (Por. "The Weaker Dollar Is Good News," by John H. Makin "Economic Outlook", June 2003, "As the Dollar Declines," by Desmond Lachman "Washington Post", May 29, 2003, "Don't Fear a Weaker Dollar," by John H. Makin "Wall Street Journal", May 22, 2003). Jednocześnie Ameryka na gwałt obniża podatki - co jest w zgodzie z ekonomiczną doktryną neokonserwatyzmu. Mniejsze podatki mają dać obywatelom możliwość rozkręcenia gospodarki z własnej kieszeni. Idea przeciwna (niestety sromotnie utopijna) postuluje, by zwiększyć podatki, a zebrane w ten sposób dodatkowe pieniądze zainwestować w roboty publiczne i inne "potrzebne rzeczy". We wszystkich znanych przykładach to drugie podejście kończyło się przedłużeniem kryzysu i olbrzymim marnotrawstwem środków. Zmniejszenie siły nabywczej dolara to odbieranie szarym Amerykanom oszczędności. W dzisiejszych czasach makroekonomia,a zwłaszcza polityka monetarna, jest sztuką przekładania pieniędzy z jednej do drugiej kieszeni bez wiedzy i protestów posiadacza. Jeśli porównać dzisiejszą sytuację przeciętnego amerykańskiego zarabiacza na chleb, to okaże się, że jego wynagrodzenie rosło w ostatnich latach niepomiernie wolniej niż ceny dookoła. Zarabia się niby odrobinę więcej niż 15 lat temu, ale jakoś ciężej żyć. Dlaczego? Z tym pytaniem proszę zwrócić się po objaśnienia do p. Greenspana i kilku jego kolegów od kręcenia gospodarką... Amerykanie (w przeciwieństwie do Kanadyjczyków) liczą też na odbudowę Iraku, czyli na iracką ropę. Tu docieramy do ciekawej ekonomicznie teorii "wybitego okna". Przykład idzie tak: smarkacz wybija kamieniem szybę i opiekun naciera mu uszu. Na to przychodzi ekonomista, który mówi, że wybicie szyby to dobry uczynek, bo: szklarz będzie miał pracę i zarobi, za zarobione pieniądze kupi nowe buty - czyli da zarobić szewcowi, ten zaś kupi dziecku loda i da zarobić... Okazuje się, że głupie wybicie szyby napędziło obroty lokalnej gospodarki... Powiastka ta służy do wyjaśnienia dlaczego rzekomo wojny dobrze robią gospodarce. Oczywiście, jest to teoria błędna. Zainwestowane środki nie idą bowiem na pomnażanie bogactwa, lecz na zastępowanie rzeczy zniszczonych przed czasem. W teorii wybitego okna nie uwzględnia się prostego faktu, że oto ojciec dziecka, który zapłacił za szybę, miał właśnie kupić mu nowe buty, ale nie kupił, bo musiał uregulować rachunek od szklarza... Teoria wybitego okna sprawdza się znakomicie w jednym wypadku: gdy wybijemy okno sąsiadowi, a następnie przystawimy mu pistolet do głowy i każemy mu kupić od nas szyby po zawyżonej cenie. Ujmując rzecz po rosyjsku, jest to odmiana reketu. W wydaniu irackim wygląda to tak, że najpierw bombardujemy Irakijczykom to i owo, a następnie opróżniamy im kasę (ropę) zmuszając do zakontraktowania "odbudowy" w Ameryce. Piękne, że palce lizać! Do tego oczywiście nasza propaganda ( przepraszam, CNN) przedstawia to, jako płynącą z serca pomoc dla oswobodzonych ku wolności i demokracji Irakijczyków. Tak więc, wbrew opinii Chretiena, Amerykanie głupio nie kombinują. Ich taktyka niesie ze sobą spore ryzyko, ale jest to jedyny sposób na wyciśnięcie z ludzi pieniędzy na utrzymanie imperium przy jednoczesnym utrzymaniu gospodarki na jako takich obrotach. W dawnych rzymskich czasach nazywało się to "łupieniem podbitych kolonii", dziś mamy bardziej eufemistyczny język. Podsumowanie Stany Zjednoczo ne od czasu zamachów terrorystycznych z września 2001 roku przeprowadziły dwie duże kampanie wojenne; w Afganistanie i w Iraku. Ich celem było "zlikwidowanie baz terrorystów" (Afganistan) oraz "odszukanie i zniszczenie broni masowego rażenia", która mogłaby się dostać w ręce terrorystów (Irak). Wojsko amerykańskie bez problemu przewalcowało regularne jednostki obu krajów. Czy jednak osiągnięto deklarowane i domniemywane cele wojny? Sytuacja w Afganistanie pozostaje nader płynna - reżim prozachodni kontroluje jedynie obszar stolicy, i to przy znacznym zaangażowaniu militarnym sił cudzoziemskich. Na prowincji do władzy wrócili (albo raczej przy niej zostali) afgańscy zbójcerze i ich prywatne armie, finansowane - jak za najlepszych czasów bezhołowia - z uprawy pól makowych. Afganistan nieco odżył, bo wieśniacy znów mogą siać mak (talibowie, stosując surowe kary, ograniczyli tę produkcję). Mak to roślina estetyczna i o wiele mniej wymagająca od pszenicy. Jej przetworzone mleczko uszczęśliwia potem niejedno dziecię w Wielkiej Brytanii czy USA... Słowem, panuje chaos i bandytyzm. Oczywiście, nie ma już obozów szkoleniowych Al-Kaidy, ale trudno powiedzieć, by dzisiejszy Afganistan stanowił dla kogokolwiek pozytywny przykład. Przeciwnie, wojna i to, co nastało po niej, dało argumenty do ręki wszystkim zażartym przeciwnikom Zachodu i Ameryki. Trudno też serio traktować opowieści, że nowy Irak swym przykładem - dobrze rządzonego, demokratycznego państwa islamskiego - zapoczątkuje efekt domina w krajach arabskich i wzmocni elementy centrowe oraz prozachodnie. Guzik! Wygląda na to, że większość Irakijczyków (zarówno szyitów, jak i sunnitów) chce demokracji, ale nie pod amerykańskim butem, lecz w cieniu własnych minaretów. Model irański jest najbardziej popularny. Jeśli zatem Amerykanie nie chcą wypuścić z ręki zdobyczy wojny, będą musieli zainstalować marionetkę. A z marionetkami różnie bywa - rzadko są stabilne. Irak stanie się więc typowym przykładem "okupacji przy pomocy przedstawiciela" (occupation by proxy). A czym to pachnie, wie każdy bywszy obywatel peerelu... Jedynym pozytywnym strategicznym celem wojny (ale chyba nie amerykańskim) wydaje się być wyeliminowanie reżimu, który płacił odszkodowania rodzinom palestyńskich zamachowców i był agresywnie antyizraelski. W świetle tego wszystkiego Bush potrzebuje politycznego sukcesu. Na razie bowiem porozwalał mnóstwo porcelany na międzynarodowych stołach i już nawet jego zwolennicy zaczynają stawiać niewygodne pytanie, co z tego ma Ameryka? Tym bardziej że dowiadują się, iż z irackich instalacji badawczych właśnie rozgrabiono mnóstwo materiałów rozszczepialnych. Bush potrzebuje więc sukcesu na Bliskim Wschodzie. Stąd naciski na Izrael, by przystał na jakąś formę palestyńskiego bantustanu. Być może bantustan taki powstanie, zgodnie z założonym planem - do roku 2005... Sikanie po nogach Prezydent Kwaśniewski, komentując wyniki wizyty Busha w Krakowie, stwierdził, że Polska "nie ma ambicji mocarstwowych" i "zna swoje miejsce". Tak mówi człowiek, którego nadrzędnym wskazaniem winna być obrona polskich interesów narodowych. Zabrzmiało to jak wypowiedź rzymskiego niewolnika, któremu "miejsce" wyznaczają inni, wolni ludzie. Wygląda więc na to, że jedyne ambicje prezydenta Kwaśniewskiego i ludzi jego pokroju, to być poklepywanym po plecach i chwalonym na salonach imperium. Źle to wróży polskiej misji w Iraku i każe pytać, co takiego Polska zyska, wysyłając młodych chłopaków na pustynie? Druga sprawa, która wywołać może dreszcze, to niewinna wzmianka, że oto premier Miller rozmawiał z Bushem m.in. o offsecie za zakup F-16... Czyli wygląda na to, że - mimo podpisania całej umowy - offset ten nie jest jeszcze do końca dograny i przypomina gruszki na wierzbie. Potwierdzałoby to przecieki, jakie ze stołu negocjacyjnego publikowała "Skrzydlata Polska". Z informacji tych wynikało ni mniej ni więcej, tylko że Amerykanie pewni byli wygranej, zanim zasiedli do przetargu, i zachowywali się nader butnie. Domyślam się też, że Bush o offsecie na F-16 wie mniej więcej tyle, co o historii Bangladeszu... Słowem, mdło się robi, gdy człowiek patrzy na ten tłumek polskich notabli i luminarzy opromieniony łaską płynącą z dworu imperatora Sama. Ponoć, kto się urodził niewolnikiem, ten ma niewolę w głowie i niewolnikiem umrze, nawet jeśli formalnie będzie wyzwoleńcem. Reguła ta znalazła smutne potwierdzenie na twarzach całej polskiej "elity", która już na sam widok Air Force One sikała ze szczęścia po nogach. Gdyby dzisiejsza nagła żywotność polskiej polityki zagranicznej wynikała z konieczności przewartościowania polskiego miejsca w świecie w związku z sukcesem polskiej gospodarki i międzynarodowym wzrostem znaczenia, wówczas należałoby jej tylko przyklasnąć. Tymczasem Polska jest państwem, które ledwie wiąże koniec z koniec, w którym korupcja jest nieodłącznym elementem pejzażu politycznego i w którym rządzą mafie sprzedawczyków. Polska jest krajem, który na gwałt domaga się reform politycznych i wciąż czeka na demokrację i narodowe przebudzenie. Takie państwo nie może być podmiotem aktywnej i niezależnej polityki zagranicznej; może jedynie stać się zleceniobiorcą - wygodnym narzędziem cudzej polityki. Narzędzia prędzej czy później się odkłada. Znamy to z własnej historii. Wie o tym zapewne prezydent Bush, skoro podczas przemówienia odwołał się do hasła "za naszą i waszą" - hasła, które od wieków jest przekleństwem polskiej polityki, które skłaniało polskich przywódców do szafowania krwią również wtedy, gdy chodziło wyłącznie o "waszą" wolność. Klątwą Polski są egzotyczne sojusze. Powinno się o tym uczyć od pierwszej klasy. Jak na klawikordzie Patrząc z boku na nasze podwórkowe organizacje polonijne wysnuć można smutny wniosek, że jesteśmy narodem, który nie miał gdzie uczyć się niezależnej polityki, któremu z wielkim trudem przychodzi wydać z siebie działaczy, czy społeczników zdolnych do budowania consensusu, szukania ugody, do porozumienia w imię wspólnej sprawy. Mój żydowski kolega, pół żartem pół serio twierdzi, że skakanie sobie do oczu Polacy "wysysają z mlekiem matki" i dlatego nie potrafią się sami rządzić... Ambicje biorą górę nad interesem publicznym, chęć pokazania, że "moje musi być na wierzchu" niweczy jakąkolwiek możliwość wspólnej pracy, napompowane ego odrywa od realiów, prowadząc do psychicznej masturbacji. Z własnego doświadczenia wiem, że prawiąc takim ludziom komplementy można na nich grać, jak na klawikordzie. Po prostu, nie mają wbudowanych żadnych barier przed zastosowaną instrumentalnie manipulacją "dobrym słowem". Polak taki puszy się i nadyma, a następnie zachowuje jak pajacyk pociągany za sznurki. Tego wszystkiego można się oduczyć. Wbrew przytoczonej opinii kolegi, nie sądzę byśmy byli genetycznie skażeni pieniactwem i społeczną głupotą. Aby się wyrwać z chocholego tańca potrzebne nam jest lepsze wychowywanie dzieci i częstsze moralizowanie. Potrzebne jest wreszcie wyizolowanie i wyśmiewanie tych wszystkich biało-czerwonych pawi, które za byle garść soczewicy zwijają ogon i potulnie dziobią z ręki chlebodawcy. Wreszcie zaś, co może najważniejsze, potrzebne jest abyśmy się interesowali życiem polonijnym. Jest wiele do zrobienia. Jak widać, nasza kanadyjska wielokulturowość prowadzi do etnicznej solidarności silnych nacji. My również możemy skorzystać z takiej taktyki. Trzeba tylko chcieć; trzeba tylko się zorganizować; trzeba tylko kiwnąć palcem w bucie, zamiast bezustanne "nadawać" i psioczyć. To, że można coś uzyskać widać na przykład po działaniach grupy ludzi z KPK, którzy zajmują się reagowaniem na antypolonizmy w mediach. Jest to praca żmudna i niewdzięczna, ale wszystkim nam nadzwyczaj potrzebna. Mamy bowiem do czynienia z celowym zakłamywaniem najnowszej historii i podkopywaniem nam korzeni. Dawno temu proponowałem już na tych łamach, aby wydać tu w Toronto "polską" kartę kredytową, która pozwalałaby na finansowanie różnego rodzaju akcji polonijnych (nie tylko festynów i piknikowych popijaw). Pieniądze leżą na ulicy, a ów prosty pomysł nadal jest niewykorzystany. Chodzi o darmową kartę kredytową (tu następuje ukłon w stronę Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza), która przy każdym zakupie dokonym przez właściciela odprowadza - powiedzmy 2 proc. - na konto jakiegoś polskiego funduszu. Jest to praktykowane w USA, można to zrobić tutaj, a sam chętnie nosiłbym w portfelu piękną złotą wizę z białym orłem w koronie, która za każdym "machnięciem" dawałaby na zbożny cel realne dutki. Mówię: pomysł jest to banalny. W moim kościele w Mississaudze zbiera się w ten sposób punkty Zellersa - to znaczy każdy wierny przy okazji zakupów w sklepach sieci przekazuje automatycznie dotację na konto kościoła z punktów, które sam zarobił. W każdym razie, Drogi Czytelniku, nie bądź zawistny, nie zazdrość, bogać się jak najszybciej i nie odwracaj plecami od braci rodaków. Tylko razem możemy tu stanowić siłę, która pozwoli zabezpieczyć interesy polityczne i społeczne. Przeczytałem w polskim PAP-ie oświadczenie p. Sobockiego, miłościwie nam panującego prezesa Kongresu Polonii Kanadyjskiej, popierające przystąpienie Polski do Unii Europejskiej... i mnie zamurowało. KPK "nominalnie" reprezentuje nas wszystkich. Z tego co widzę wokół, to ludzie są podzieleni pół na pół w opiniach. Rzeczą rozsądną byłoby więc wydanie oświadczenia, nawołującego do "przemyślanej decyzji" - czy czegoś w tym rodzaju. Opowiadanie się po jednej stronie nie przystoi organizacji "parasolowej" mieniącej się naszą reprezentacją. Na dodatek, oświadczenie zostało natychmiast wykorzystane propagandowo przez zwolenników unijnego kołchozu (może taki był jego cel) - tytuły doniesień grzmiały: "Polonia kanadyjska popiera wejście do UE". "Kocham" takie generalizacje i z niecierpliwością czekam na wyniki bliskiego już głosowania. Ciekawe, ile osób posłucha p. Sobockiego? Trzeba będzie z tym żyć. W końcu, jako cywilizacja, żyliśmy już z gruźlicą, syfilisem, czarną ospą i innymi tryprami w czasach, kiedy były to dolegliwości kończące się niemiłym zejściem z tego padołu. Dopiero antybiotyki i szczepionki rozbisurmaniły ostatnie pokolenia. Do czasu AIDS wydawało się, że jesteśmy panami stworzenia. Teraz SARS grzecznie sprowadza nas na ziemię, pokazując przy okazji indolencję władz sanitarnych, krótkowzroczność polityków i brak charakteru "przemęczonych" pielęgniarek. Ciekawe, ile służby zdrowia uciekłoby nam ze szpitali, gdybyśmy mieli epidemię - powiedzmy - eboli. Chyba musielibyśmy sami kopać własne groby... A propos choróbsk przytoczę na koniec internetową anegdotę: Otóż, Drogi Czytelniku, czy doradzałbyś kobiecie usunięcie ciąży, gdyby miała już ośmioro dzieci, z których czworo jest głuchych, troje nienormalnych, a ona sama ma syfilis? Jeśli odpowiedziałeś "tak" na to pytanie - to właśnie "wyrezałeś" Beethovena. Miłego weekendu Na europejskim rozdrożu W imię czego Polska miałaby się wyzbyć suwerenności i przystąpić do Unii Europejskiej? Odpowiedź na to pytanie wyznacza obszar najbardziej fundamentalnych problemów, które każdy Polak głosujący w referendum musi rozstrzygnąć. Na dodatek, dziś nie wiadomo, jaki kształt przyjmie przyszła Europa. Jednym słowem, Polska miałaby zrezygnować z suwerenności, przystępując do czegoś, czego jeszcze nie ma... Euroentuzjaści argumentują, że dzięki temu Warszawa będzie "współuczestniczyć w kształtowaniu i budowie nowego europejskiego domu". Problem w tym, że Polska jest dziś krajem słabym, przeżartym przez korupcję, prześwietlonym przez obce wywiady, rządzonym przez sprzedajnych polityków. Jakże więc można się łudzić, że ludzie, którzy na co dzień mają w nosie interes społeczny, nagle w Brukseli czy Luksemburgu bronić będą polskiej racji stanu. Ba, oni tej racji nie są nawet w stanie zdefiniować! Tymczasem zaś jesteśmy świadkami ciekawego "nakręcenia" polityki. Francja i Niemcy zabiegają o utworzenie europejskiego quasipaństwa, z jedną polityką zagraniczną, wojskową, karną i społeczną. Państwo takie sprzęgnięte w eurazjatycką całość z Rosją miałoby stanowić alternatywę dla jednobiegunowego świata, zdominowanego przez USA. Euro przeciwstawiające się dominacji dolara, europejski przemysł obronny konkurujący z amerykańskim na rynkach trzecich itd. Nie jest to wizja, która podoba się w Białym Domu. Jest to również sprzeczne z polskim interesem, zwłaszcza, że z Niemcami mamy spór terytorialny, a z rosyjskiej strefy wpływów dopiero co się oswobodziliśmy. Amerykanie naciskają na "luźną Europę", w której imperialne zapędy tradycyjnych mocarstw kontynentalnych zostaną okiełznane przez silne więzi transatlantyckie, a w razie czego rozbijane przez ścisłe powiązania innych krajów europejskich z USA. Rozwiązanie to mogłoby być dla Polski dobre, gdyby Warszawa była partnerem Amerykanów a nie ich lokajem oraz gdyby Amerykanie na serio traktowali konstrukcję Europy Środka - niezależnego mocarstwa regionalnego opartego na osi Warszawa - Kijów. Na to wszystko nakłada się mocarstwowa polityka Izraela i Żydów. Tych z jednej strony, drażni poparcie "starej Europy" dla Palestyńczyków i silne związki Francji z Arabami. Dlatego radzi byliby Paryżowi przytrzeć nosa... Liczą oni również na to, że w perspektywie długofalowej, amerykańskie wpływy w Polsce i na Ukrainie przełożą się w odszkodowania dla wywłaszczonych Żydów, lub - co bardziej realne - w zwrot nieruchomości. Rychła wizyta Busha w Polsce, znaczyć będzie początek nowej amerykańskiej polityki wobec starego kontynentu. Trzeba go w Krakowie uważnie słuchać. Gwiazdki w oczach Perykles miał ponoć powiedzieć, że od polityki nie można się odciąć - to, że my nie interesujemy się polityką, nie gwarantuje, że polityka nie zainteresuje się nami... Niestety, wszyscy jesteśmy ofiarami polityki i dlatego ci, którzy ją programowo ignorują, sami plują sobie w brodę. Kampania przedreferendalna w Polsce osiągnęła nowe szczyty groteski. Nikt już nawet nie zadaje prostych pytań, dlaczego prezydent RP ("wszystkich Polaków") prowadzi za państwowe pieniądze agresywną prounijną kampanię; dlaczego eurosceptycy nie mają równego dostępu do pieniędzy i mediów, dlaczego dawno przestano zawracać sobie głowę rzeczowymi argumentami, oddając się folklorowi prounijnego "festynu", w którym otumaniona gawiedź i spędzona dziatwa szkolna przechodzi przez jakieś "europejskie" bramy, a bezdomnych przekonuje się wizją... zagranicznych wakacji. W całym tym cyrku giną słowa rozsądku, ręce opadają, a włos stroszy się ze strachu. Polska jest państwem rozbabranym i skorumpowanym - o czym każdy może przeczytać w gazetach - wejście do Unii Europejskiej (bo w "Europie" to my jesteśmy od ponad 1000 lat) sprawi, że jakikolwiek przyszły rząd nie będzie dysponował legislacyjnymi narzędziami odbudowy państwa. Silne nacje potrafią bronić swych interesów bez konieczności odwoływania się do mechanizmów państwa. W przypadku Polski takie państwo to ostatnia deska ratunku. Wyzbywając się jego atrybutów i oddając suwerenność ponadnarodowym kolegiom, pozbywamy się możliwości obrony polskich interesów nie tylko na Śląsku czy Pomorzu, ale również w Warszawie. Pewien mój rozmówca stwierdził dawno temu, że niepodległość jest jak ciąża, nie da się jej stopniować - albo jest, albo jej nie ma. Miarą niepodległości państwa narodowego jest to, że wszystkie najważniejsze decyzje dotyczące polityki zagranicznej, wewnętrznej i gospodarczej zapadają w gremiach wybranych przez naród. Jest to definicja trywialna i dla każdego oczywista. Proszę sobie zatem odpowiedzieć na pytanie czy wejście do UE stanowi utratę niepodległości? Oczywiście, silne nacje nie muszą się unii obawiać, ba, może im ona służyć do narzucania własnych interesów słabszym bez konieczności odwoływania się do groźby przemocy i pobrzękiwania pancerzami czołgów. Euroentuzjaści wyzywają przeciwników wejścia Polski do UE od ciemniaków i jełopów, sami tymczasem straszą, że świat kończy się na Unii, poza nią jest przepaść i otchłań niebytu. Prawda jest zaś taka, że Unia Europejska jest utopią budowaną na piasku socjaldemokratycznych wizji przez biurokrację. UE zamieniła bariery celne na bariery przepisów o krzywiźnie ogórka, dotacje i kwoty produkcyjne. Jeśli Polska ma budować kapitalizm, to bez Unii. Musi to zrobić sama. A do tego potrzebna jest reforma ordynacji wyborczej i wymiana politycznej elity. Potrzebne jest narodowe odrodzenie. Tylko wtedy na lepszą przyszłość będą mogli liczyć wszyscy Polacy, nie zaś tylko ci, którzy dziś biegają wokół obcych interesów. Polsko, obudź się! Na steki, Mości Panowie, na steki! Jak nie urok, to sraczka - mawiał pewien mój znajomy, a określenie to doskonale pasuje do kanadyjskich kłopotów z szalonymi krowami. Ledwie udało się przytupać SARS do gleby, a już grozi nam nowy trąd. Obie choroby SARS i BSE wyrządzają niewielkie szkody "fizyczne", jednocześnie jednak spychają nas do grona pariasów, którym ręki się nie podaje. Żaluzje granic nagle, jak jeden mąż, zatrzasnęły się przed naszymi "trędowatymi" jałówkami, stanęły rzeźnie i fabryki hamburgerów, kowboje wstrzymali oddech, i jedynie krowy, nieświadome nadciągającego kataklizmu, nadal pocieszały nas swym uczłowieczającym, głębokim spojrzeniem. Politycy rzucili się wsi na ratunek - to znaczy pobiegli do restauracji, gdzie z zawodowego obowiązku jęli konsumować steki. Podobne pokazowe obiady organizowano masowo w Europie podczas tamtejszej epidemii BSE. Przesłanie w tym jest takie, że skoro sam premier Chretien nie boi się dziś brać steka do ust, to znaczy, że wołowina jest bezpieczna. Jest to typowa, przedszkolna wersja propagandy dla naszych zinfantylizowanych mas ("popatrz Zosiu, jakie to dobre, popatrz, mamusia, sama je, no chodź tu!"). Wygląda więc na to, że przyjdzie nam zjadać steki ustami naszych najlepszych przedstawicieli, że sparafrazuję stary dowcip. Samo BSE ma wielkie oczy, bo tak naprawdę do końca nie jest "wybadane", czy szaleństwo krów rzeczywiście wywołuje u ludzi niesławną chorobę Creutzfeldta-Jacoba. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo. Statystycznie rzecz biorąc, bać nie ma się czego. W całej Europie od C-J umarło ze sto osób. W tym samym czasie wybito miliony sztuk bydła. Jest to nauczka, by nie traktować krów, jak wszystkożerne świnie i nie podawać im zgranulowanej padliny. Krowa, piszą już w elementarzu, to zwierzę nałąkowe i nie po to ma dwa żołądki, by trawić jakieś stare trupy. Nowoczesne rolnictwo, w pogoni za dolarem, usiłuje hodowlę sprowadzić do produkcji masy białkowej. Niebawem łososia od łosia odróżniał będzie tylko wygląd - smak na talerzu będzie podobny. Nie bez kozery przypomniałem łososie, bo te właśnie ryby robią obecnie zawrotną karierę hodowlaną i czekać tylko, jak w niedalekiej przyszłości zgotują nam niespodziankę podobną do BSE. Zamiast pływać luzem po przepastnych oceanach, dzisiejszy łosoś skarmiany jest chemicznym świństwem, od którego ma nabierać różowego "handlowego" kolorku, imitującego podkolorowane krewetkowymi chitynkami mięso "dzikiego" kolegi. Ponad 60 proc. łososia na rynku pochodzi z farm. W latach II wojny światowej mówiono, że samogon można zrobić ze wszystkiego, nawet z gnoju. Minęło kilkadziesiąt lat i okazuje się, że nie tylko samogon... Pierwszy weekend sezonu letniego mamy już za sobą. Policja tradycyjnie, jak co roku, postawiła radary na drogach. Nałapało się trochę młodzieży, która na urodziny Królowej Wiktorii jeździ pić do parków. Mnie osobiście w miniony weekend nie dane jednak było prowadzić pojazdów mechanicznych - zabrali mi prawo jazdy. Co takiego zrobiłem? Czy może gnałem jak wariat, stówą przed szkołą podstawową? A może w stanie głębokiego uchlania zatrzymany zostałem przez lotny RAID-patrol? A może jeździłem bez opłaconego ubezpieczenia? A właśnie, że nie! Zabrano mi prawo jazdy, ponieważ, wedle danych urzędu komunikacji, nie opłaciłem mandatu za przekroczenie prędkości, w wysokości 52 dol. Miałem to zrobić w lipcu, wysłałem do urzędu papier z danymi karty kredytowej i najwyraźniej coś "nie przeszło". Nikt jednak nie raczył mi o tym powiedzieć, nikt nie przysłał listu w rodzaju: "Panie Kumor, jeśli do jutra nie...". Przysłano mi za to bumagę, że moje prawo jazdy już od dwóch dni nadaje się jedynie do złożenia w klaserze suwenirów. A co by było, gdybym w czasie owego nieświadomego jeżdżenia na zawieszonym prawie jazdy miał jakiś wypadek? Strach pomyśleć. Na dodatek, zapłacenie wspomnianej grzywny rzeczy całej nie odkręca - urząd chce mieć cztery dni robocze na "przerobienie informacji". Jak wiadomo, z powodu letargu panującego w biurach, elektroniczny przepływ pieniądza odbywa się tam z prędkością piątkowego korka na 401. Cała przyjemność kosztowała mnie w opłatach ponad 170 dol. Nauczka jest jedna - na wszystko trzeba mieć kwit, a tego kwitu trzeba strzec jak zdjęcia pierworodnego potomka. Inaczej marny los. Kanadyjski dolar nagle odzyskał twardość, zbliżając się do poziomów, które żegnał jeszcze za czasów Briana Mulroney (przesadzam tylko trochę). Niestety wahnięcie to nie jest efektem naszej rodzimej polityki, lecz zagrywką kolegów Amerykanów. Otóż, stojąc w obliczu gospodarczego krachu, Stany Zjednoczone postanowiły obniżyć wartość swej waluty, m.in. po to, by zmniejszyć olbrzymi deficyt w obrotach wymiany handlowej z zagranicą. Nie tylko po to. Dolar amerykański nie jest wszak zwykłą walutą, lecz pieniądzem międzynarodowym, w którym pisane jest wiele kontraktów i umów handlowych. Obniżenie jego wartości sprawia, że Amerykanie mniej zapłacą cudzoziemcom (chyba że byli na tyle nieostrożni, by umowy spisywać w euro czy frankach szwajcarskich), jednocześnie amerykańskie towary i usługi stały się tańsze, a co za tym idzie, bardziej konkurencyjne. Umożliwi to naszym sąsiadom zapłacenie rozlicznych rachunków "imperialnych" naszym kosztem. Po raz kolejny okazuje się bowiem, że polityka monetarna to najskuteczniejsze narzędzie łupienia innych. SLD przy ołtarzu Słysząc jak tow. tow. Jaskiernia, Cimoszewicz czy Kwaśniewski cytują słowa Ojca Świętego, można by nabrać przekonania, że oto Jan Paweł II stał się głównym rzecznikiem "proeuropejskiej" polityki SLD. Tow. Kwaśniewski już wcześniej objawiał tendencję do "podpinania się" pod papieża (nie mówiąc już o parodiowaniu - że przypomnę lot salonką M-8 do Kalisza). Podpinanie można było łatwo zauważyć podczas pielgrzymek Ojca Świętego do kraju, kiedy to, gdy tylko papież podnosił dłoń, pozdrawiając wiwatujące tłumy, stojący z tyłu "Olek" zaraz zamaszyście wymachiwał własną łapką - wyglądało więc, jakby ludzie wiwatowali na cześć obu... Polska potrzebuje Europy, a Europa potrzebuje Polski - mówił w niedzielę papież, dając niedwuznacznie do zrozumienia, że Polska powinna wejść do Unii Europejskiej ("Wejście w struktury Unii Europejskiej, na równych prawach z innymi państwami, jest dla naszego Narodu i bratnich Narodów słowiańskich wyrazem jakiejś dziejowej sprawiedliwości. A z drugiej strony może stanowić ubogacenie Europy. Europa potrzebuje Polski. Kościół w Europie potrzebuje świadectwa wiary Polaków. Polska potrzebuje Europy. Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej!"). Nasi dzielni postbolszewicy zaczęli wykorzystywać te słowa do tłumaczenia słuchaczom "Radia Maryja", że "jeśli się jest przeciwko Unii, to się grzeszy (sic!)". Piękne! Czemu się jednak dziwić, skoro o religii pouczają nas dziś z mównicy byli "krzewiciele kultury świeckiej", wytwórcy propagandowych bredni późnego peerelu. Owszem, Ojciec Święty może uważać, że Polsce w Unii będzie lepiej, i że taka jest właśnie dziejowa misja Polski, ponoć dziś jednej z najwierniejszych cór Kościoła. Przeciwko argumentowi o rechrystianizacyjnej misji Polski przytoczyć można wiele poważnych zarzutów. Przede wszystkim - wbrew potocznym opiniom - polski katolicyzm jest płytki jak brodzik i mało się nadaje do "misji europejskiej". "Jak trwoga, to do Boga" - mówią Polacy. Gdy jednak trwoga przechodzi, to zaraz: "hulaj dusza, bez kontusza...". Przykład: agencje towarzyskie kwitną dziś nawet w takich miejscowościach, gdzie w starych czasach nie było budki z piwem. Polska od dawna jest częścią Europy, Unia Europejska nie jest jednak bynajmniej budowana na fundamencie chrześcijaństwa, lecz biurokracji i nowoczesnych utopii. Niedługo zapewne znajdzie się w niej Izrael, i być może muzułmańska Turcja. By wejść do Unii, trzeba mieć czym grać i umieć grać. Aby wejść do Unii, potrzeba rewitalizacji polskiego państwa, powstrzymania demoralizacji narodu, postawienia na nogi gospodarki. W przeciwnym razie, będziemy latami wisieć u klamki tych czy tamtych drzwi. Tak więc, szanując opinię Ojca Świętego, można się z nią w całej rozciągłości nie zgadzać. Szczęśliwie, jako katolicy musimy być w zgodzie z papieżem jedynie "w sprawach wiary". Pedofilska osada Pierwszym i podstawowym zadaniem prawa nie jest bynajmniej resocjalizacja bandziorów. Policję, sądy, więzienia mamy po to, byśmy czuli się bezpiecznie - głównym celem istnienia kodeksu karnego jest ochrona społeczeństwa przed grupą kanalii, które idą złą drogą. Od jakiegoś czasu kanadyjskie prawo przestaje spełniać tę funkcję, koncentrując się na resocjalizacji i zawracaniu bandytów ku dobru społecznemu. Oczywiście jest to utopia. Część przestępców to ludzie, "którym się coś zdarzyło": zabili w afekcie, ukradli po pijanemu, zbyt mocno uderzyli w szczękę napastliwego pijaka, gros przestępczej gromady to jednak osoby, które z tych czy innych powodów wybrały życie na bakier z normami społecznymi. Tym resocjalizacją pomóc bardzo trudno. Natomiast jest to już całkiem niemożliwe w przypadku osób, u których zbrodnia graniczy z chorobą psychiczną; których chuć, żądza i poczucie przyjemności są tak zakrzywione, że prowadzą w objęcia demonów. Wyleczenie agresywnego mordercy pedofila jest prawie niemożliwe, można co najwyżej go "zaleczyć"; facet taki pozostaje chodzącą bombą, gotową eksplodować na piskliwy szczebiot anielsko ślicznej dziewięciolatki czy ośmioletniego cherubinka. W dawnych czasach sposób był prosty, ludzi takich eliminowaliśmy ze społeczeństwa - szli pod gilotynę, na szubienicę lub krzesło elektryczne już po pierwszej "wpadce". Dzisiaj jednak odebraliśmy państwu prawo do zabijania rodzimych bandytów (mimo że nadal przy okazji obrony interesów międzynarodowych gotowi jesteśmy zabijać cudze dzieci). Co zatem robić z nieuleczalnym pedofilem, o którym wiadomo, że prędzej czy później da się ponieść na skrzydłach swej chuci? Jak takiego człowieka otorbić w tkance społecznej? Prosto! Kanada jest państwem cudownie przystosowanym do włączenia w system penitencjarny obozów pracy i kolonii karnych. Osoby skazane za pedofilię powinny być izolowane od społeczeństwa. Koniec kropka. Delikwent wysłany na całe życie w piękne okoliczności przyrody - powiedzmy - północnej Manitoby czy Kolumbii Brytyjskiej, żyłby sobie jak u Pana Boga za piecem, jednak z dala od przedszkoli, szkół i placów zabaw. Takie pedofilskie miasteczko pozwalałoby skazanym na rozwijanie zdolności, pracę, zagospodarowanie terenów północnych. Korzyść byłaby dla wszystkich. Potwór, który zabił Holly Jones powinien zostać wyeliminowany ze społeczeństwa "na dobre". Wszystkie dotychczasowe propozycje, jak ogólnokrajowy rejestr pedofilów, to półśrodki. Czas, abyśmy w tej sprawie doprowadzili rzecz do końca. Męczę się, gdy patrzę na premiera Erniego Evesa. Człowiek ów miota się z jednej koncepcji w drugą. Na dodatek, zamiast być poważnym politykiem, raz po raz robi uniki, zasłaniając się tarczą "to nie, ja to oni". Tak właśnie stało się w przypadku "dekretowej autoryzacji" wydania kilkudziesięciu miliardów dolarów poza procesem zatwierdzeń parlamentarnych. Eves stwierdził, "to nie ja, to urzędnicy i administracja". Szkopuł w tym, że to on podpisał dokumenty. Nie wiedział, co podpisuje? Sypie nam się partia konserwatywna w Ontario aż żal patrzeć. A szkoda, bo rewolucja Mike'a Harrisa pozostaje niedokończona. Zamiast pompować państwo, konsultować, debatować i dryfować, konserwatyści - o ile chcą wygrać wybory (w tej chwili graniczy to z cudem) - muszą zaproponować spójny, błyskotliwy program. Dobrym posunięciem byłoby zapowiadane w plotkach zezwolenie na odpisywanie od podatku oprocentowania pożyczek hipotecznych. Do tego jednak, aby się coś zmieniło, trzeba przestać sztucznie się uśmiechać i organizować imprezy propagandowe przypominające peerelowską propagandę sukcesu. Trzeba się wziąć do rzetelnej politycznej roboty! Kanadyjski urząd statystyczny opublikował ostatnią transzę pospisowych analiz. Tym razem na temat dochodów ludności oraz religijności społeczeństwa. Informacje o dochodach sąsiadów większość z nas biorą "pod włos". Człowiek lubi porównywać się z innymi, patrzeć czy jest wyżej od Kowalskich, czy może niżej od Nowaków. Problem z pieniędzmi polega na tym, że dla ludzi lubiących przeglądać się w oczach innych są one wyznacznikiem pozycji w stadzie. Stąd i tendencja do pokazywania na zewnątrz, na jakie to błyskotki nas stać. Moją prywatną "filozofię ekonomiczną" najprościej wyłożyć można na przykładzie osobistego roweru. Otóż, jest to stary grat kupiony 14 lat temu za 50 dol. Nadal jednak doskonale spełnia wszystkie funkcje: jest ciężki - ale taki potrzebuję do spalania kalorii, ma dużo biegów w przerzutkach - wjedzie prawie na wszystko, jest zardzewiały - i bardzo mnie to cieszy, bo nikt go nie chce ukraść i można go zostawić samopas w dowolnym miejscu. Mógłym mieć błyszczący superrower za 2000 dol. Rower ten nie spełniałby jednak tak dobrze wszystkich funkcji co mój grat, a co najważniejsze musiałbym na niego ZAROBIĆ dodatkowo 1950 dol. Czyli musiałbym z tego, co mam najcenniejsze - czasu mojego życia na Ziemi - oddać ładnych parę godzin. Po co? Li tylko po to, by zaspokoić próżność i małpią żądzę "zasiadania na wyższej grzędzie". Ten czas, którego nie przeznaczyłem na luksusowy rower, mogłem wykorzystać na rozmowę z innym człowiekiem, czytanie książki, patrzenie na świat, etc. Proszę sobie podstawić pod rower dowolne rzeczy. Podsumowując: pieniądze są jak kokaina - dużego wysiłku wymaga to, aby się nie uzależnić... Dawne chamstwo Proces "Życia" z Kwaśniewskim to przykład, jak koteria władzy usiłuje wziąć gazetę pod but. Nieistniejące dziś "Życie" było przystanią pampersów - dziennikarzy młodych, agresywnych, a co najważniejsze, antykomunistycznych do białej kości. To oni właśnie zaczęli deptać po odciskach układu politycznego III RP. Ruszyli Kwaśniewskiego, bo mieli kwity. Wedle wszelkich zasad dziennikarstwa śledczego, autorzy "Wakacji z agentem" zebrali dokumenty, kopie rachunków, nagrali rozmowy świadków. Mieli czystą sprawę, bo wiedzieli, że to, co mają na haczyku, to nie jest płotka. Tym bardziej że były lider SLD stał się prezydentem RP. Mimo to zwaliła się na nich machina postpeerelowskiej "sprawiedliwości". Świadkowie nagle stracili pamięć i zmienili zeznania (nikt nie chciał dla głupiego artykułu ryzykować utratę zatrudnienia i "wilczy bilet"). Na kwity pozwanych, pełnomocnicy lidera postbolszewików pokazywali antykwity - jakieś rachunki visy z Londynu, bo ponoć rzekomo tam właśnie miał być tow. "Olek", gdy świadkowie "Życia" widzieli go w Cetniewie przy stoliku agenta. Sprawa snuje się po sądach od 6 lat. Czy chodzi w niej o "oczyszczenie" Kwaśniewskiego? Skądże znowu, idzie o pokazanie wszelkiej maści dziennikarzom, że źle jest pluć pod wiatr, chodzi o to, żeby w substancji szarej "gazeciarze" mieli wbudowany autocenzorski tik. Nawet jeśli widzisz czarno na białym, że A to A, to jeśli jest to niewygodne dla pana K, pisz, że A to B. Kwaśniewski, Miller, Oleksy, wszyscy oni wywodzą się z jednej zbrodniczej, antypolskiej targowicy - z PZPR-u. To, czy tow. Olek rozmawiał z Ałganowem w Cetniewie, w Warszawie czy w Moskwie, nie ma żadnego znaczenia. Wiadomo, że wszyscy ci panowie należeli do komunistycznej wierchuszki, której zadaniem było pilnowanie sowieckich interesów w PRL. Fakt, że ludzie ci nadal są czynni w życiu politycznym Niepodległej, świadczy o tym, w jakiej malignie żyją dziś Polacy. Bliskie kontakty rezydentów KGB z elitą PZPR i jej politycznych bękartów miały rutynowy charakter. Ci ludzie wspólnie biegali na przyjęcia do Ambasady, wspólnie hasali na kortach i opychali się astrachańskim kawiorem na roboczych obiadach. W czasach PRL dobre notowania w kagebowskiej placówce przekładały się bezpośrednio na atuty w robieniu kariery. Trzeba było dać się poznać "towarzyszom radzieckim", by Moskwa mogła mieć zaufanie do danego sekretarza czy dyrektora departamentu. Oni to wszyscy mają we krwi! Oni agentom lizali siedzenia! No, ale dziś nie wolno o tym głośno mówić. To niegrzeczne i nieładne. Dziś dawne czerwone chamstwo zapomniało rosyjskiego języka w gębie i łasi się przy nogawkach Amerykanów. Skumbrie, w tomacie śledź... Z kim? Polska polityka zagraniczna nabrała kolorów. Nie, nie dlatego, że jest prowadzona z głową, lecz dlatego że usiłuje ona włożyć but w zamykane amerykańskie drzwi Europy. Euroazjatycka i euroatlantycka wizja kontynentu europejskiego rozrywa tradycyjną koncepcję Zachodu, skrystalizowaną po II wojnie światowej w odniesieniu do sowieckiego "Wschodu". Podział, który otwarcie wyszedł na wierzch za sprawą prezentacji amerykańskiego hegemonizmu w Iraku, rozsadza od środka NATO i podważa fundamenty bezpieczeństwa Unii Europejskiej. W sytuacji tej Polska mogłaby mieć sporo do ugrania - gdyby była graczem, a nie wasalem. Problem polskiej polityki zagranicznej polega na kompletnym rozbabraniu państwa, braku jasno sformułowanej polityki bezpieczeństwa, wszechpanoszącej się korupcji i kompletnej infiltracji najwyższych szczebli władzy. Trudno zatem dziwić się niemieckim publicystom, którzy widzą w Polsce "osła trojańskiego" wpychanego w bramy "starej Europy" przez apostołów pax americana. Główni architekci Unii Europejskiej, Francja i Niemcy, czują, że Waszyngton chce osłabić ich pozycję. Amerykanie nie chcą dopuścić do powstania przeciwwagi do ich monomocarstwowej pozycji. W Berlinie i Paryżu marzy się zaś euroazjatyckie mocarstwo sięgające za Ural - niemiecki przemysł, plus rosyjska broń atomowa, plus francuska technologia wojskowa mogłyby stworzyć potencjał zdolny blokować Amerykanów w wielu regionach globu. Oczywiście, układ taki jest w powijakach i bez znacznego zwiększenia wydatków zbrojeniowych zainteresowanych państw nic z niego nie wyjdzie. Co niepokoi, to wiernopoddańcza mentalność obecnych polityków z Polski. Zilustrować ją może wypowiedź pewnego notabla przed wyjazdem do Waszyngtonu. Na pytanie, jakie jest stanowisko Polski, odparł: "zobaczymy, czego od nas oczekują Amerykanie....". W rachunku polskiego bezpieczeństwa trudno też pominąć interesy Izraela, mocarstwa, którego wpływu na politykę zagraniczną Waszyngtonu nie można dziś przecenić. Są to nie tylko interesy firm izraelskich (nie tylko przemysł zbrojeniowy), ale również indywidualnych Żydów, niekoniecznie mieszkających w Izraelu (odszkodowania). Czy chodząca na pasku USA Polska będzie w stanie zadbać o interesy własnych obywateli? Pytanie to jest chyba retoryczne. Konie trojańskie (nie mówiąc już o osłach) mają to do siebie, że po wykorzystaniu butwieją, pozostawione na pastwę wrażych oddziałów... Na razie Warszawa usiłuje przymykać oczy na pęknięte serce Europy, mając nadzieję, że znów zacznie bić jednym rytmem. Niestety, historia nie lubi pobożnych życzeń. Nadchodzi czas katakumb... Generalnie rzecz biorąc, ustawy zabraniające "szerzenia nienawiści" (hate propaganda) to cenzura, tyle że w ładnym garniturze i pod krawatem. Nawoływanie do robienia krzywdy innym ludziom, poniżania ich etc. od dawna było uważane za rzecz karalną. Dzisiejsze przepisy poszły jednak dalej, wylewając dziecko z kąpielą i przesuwając poza obszar debaty społecznej jak najbardziej uprawnione tematy. Prosto mówiąc, używa się ich w charakterze młota na zbyt dociekliwych, usiłujących powątpiewać w "aksjomaty" politycznej poprawności. Na dodatek, kto ma siłę przebicia (lobby), ten może robić większy użytek z praw zabraniających "siania nienawiści", niż biedni i niezorganizowani szaraczkowie. Dobitnym tego przykładem są powtarzające się przypadki szkalowania naszej nacji... Tak czy owak, w rękach grup nacisku "hate laws" stały się skutecznym narzędziem walki o prawa i przywileje. Stąd też wniosek posła Svenda Robinsona z Vancouveru, aby do spisu "grup chronionych" - takich, o których nie można źle mówić - dołączyć homoseksualistów (obecnie uznawane wyróżniki to kolor skóry, rasa, przynależność etniczna, religia). Zgłoszona przez Robinsona nowelizacja kodeksu karnego zapisana w ustawie C-250 przeszła już drugie czytanie i jest rozważana w Komisji Sprawiedliwości Izby Gmin. Jeśli zostanie uchwalona, a zawarta w niej nowelizacja kodeksu karnego stanie się faktem, wówczas Biblia stanie się sprzeczna z kanadyjskim prawem, zaś najzupełniej niewinne kazanie może dowolnego księdza zaprowadzić do kryminału. Ostrzegają przed tym od dawna organizacje religijne, które wskazują, że zaproponowana nowela nie odróżnia między "nienawiścią kierowaną z powodu orientacji seksualnej na człowieka, a potępieniem samej orientacji seksualnej, jako takiej". W naszym supertolerancyjnym państwie może się więc okazać, że stwierdzenie, iż homoseksualizm jest złem czy też, że jest niemoralny, stanie się prawdą zakazaną. Gdy ktoś będzie potępiał zachowania homoseksualne w miejscu publicznym, zostanie uznany za "siewcę nienawiści" i pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Miejsca publiczne to również kościoły. W imię tolerancji wprowadza się nietolerancję; w imię uprzywilejowania mniejszości tłamsi się prawa innej mniejszości. Takie mamy oto nowe czasy - powtórka "Quo vadis". Na razie bez lwów. Wszystkich, którzy chcieliby coś z tym fantem zrobić, zachęcam do wywarcia politycznego nacisku. Jak pisać listy do posła, można się dowiedzieć w portalu http://www.fotf.ca/familyfacts/. Rybacy nad Atlantykiem zagotowali się od środka. Trudno im się dziwić. Decyzje o zamknięciu łowisk dorsza i ograniczeniu limitów połowowych na kraby "śnieżne" były kroplą, która przepełniła kielich goryczy. Najwięcej tej goryczy było w Nowej Fundlandii, gdy okazało się, że po gwałtownych zamieszkach i protestach w Nowym Brunszwiku, miłościwy federalny minister rybołówstwa ugiął się przed buntem i podwyższył kwoty. W Nowej Fundlandii, gdzie był spokój, niczego nie wywalczono. Rybacy postanowili zatem wziąć sprawę we własne ręce. Rząd Nowej Fundlandii zapowiedział wprowadzenie poprawek do dokumentu o nazwie Terms of the Union - który w 1949 roku formalnie przypieczętował przyłączenie się Nowej Fundlandii do Kanady. Przypomnieć warto, że wówczas to akces do kanadyjskiej konfederacji poparło jedynie pięćdziesiąt kilka procent "niufisów". Reszta była za pozostaniem u boku Wielkiej Brytanii, niepodległością lub przyłączeniem się do Stanów Zjednoczonych, za sprawą których podczas II wojny światowej gospodarka tej biedującej prowincji odbiła się od dna bankructwa. Dziś, gdy po wyborze Charesta zabliźnia się rana quebeckiego separatyzmu, Kanada może stanąć w obliczu separatyzmu w Nowej Fundlandii i Labradorze. Chodzi nie tylko o rybę. Prowincja zarabia coraz więcej na eksploatacji ropy i gazu i coraz niechętniej spogląda na dzielenie się tymi dochodami z Ottawą. Na razie jednak o oddzieleniu się nie ma mowy, chodzi tylko o odebranie Ottawie prawa do łowisk Atlantyku... Reszta przyjdzie później. W Toronto mówi się coraz głośniej o zintegrowaniu opłat za komunikację miejską na obszarze całej aglomeracji (GTA). I dobrze. Kłopot tkwi w szczegółach - propozycji wprowadzenia inteligentnego biletu z "czipem", który będzie automatycznie i bezboleśnie pozwalał na płacenie przy wchodzeniu do każdego tramwaju czy autobusu. Jeśli karta taka, zapełniana pieniędzmi z konta pasażera nie będzie anonimowa, jeśli będzie zawierała więcej informacji niż - powiedzmy - karta telefoniczna na zamiejscowe łącza, wówczas domknięty zostanie kolejny obszar kontroli. W banalnie prosty sposób policja czy administracja będą mogły "zobaczyć", czy posiadacz danej karty jest w autobusie, metrze, gdzie wsiadł, jak często jeździ, itp. Elektroniczna kontrola domyka się w zastraszającym tempie. Przy polskiej ulicy Roncesvalles, gdzie jeszcze kilka lat temu nie było żadnych parkometrów, zastępuje się stary model "wrzutowy" nowoczesnymi terminalami parkingowymi, zasilanymi bateriami słonecznymi i umożliwiającymi płatność kartą kredytową lub debetową. Stary parkometr sprawiał, że z pozostawianych na zegarze "resztówek" mógł skorzystać następny kierowca, nowy spowoduje, że wszystkie "nadpłaty" zasilą miejską kasę. Na dodatek, w przypadku płacenia kartą będzie można podglądnąć kto, gdzie i jak często. Jak w filmie Po tym co się stało z muzeum w Bagdadzie ograbionym na oczach Amerykanów do gołych murów, można by sądzić, że US Army jest na kulturę nieczuła i bez jednej łzy gotowa jest rozjeżdżać gąsienicami zabytkową porcelanę sprzed tysiąca lat... Po tym, jak marines obojętnym wzrokiem patrzyli na szabrowanie największych skarbów cywilizacji sumeryjskiej i arabskiej, można by wnosić, że ich przełożeni mają głęboko gdzieś to, w czyich rękach znajdą się - jak to wdzięcznie określił minister obrony USA Donald Rumsfeld - "jakieś wazony". Okazuje się jednak, że wartości kulturowe i duchowe leżą naszym dzielnym wyzwolicielom na sercu. Oto "New York Times" donosi, że amerykański oddział specjalistów-komandosów MET Alpha (Mobile Exploitation Team), którego zadaniem jest "polowanie na bronie masowego rażenia", oddelegowany został do... poszukiwania jednego z najwcześniejszych znanych egzemplarzy Talmudu, pochodzącego z 6. wieku po Chrystusie. NYT podaje, że choć misja ta "nie była zwyczajna", to jednak dowódca MET Alpha, płk Richard R. McPhee, postanowił, że ów zabytkowy Talmud "jest rzeczą zbyt cenną, by z niej zrezygnować" ("too valuable to leave behind"). Operacja była trudna, gdyż piwnice, w których przechowywana miała być święta księga judaizmu, były zatopione. To jednak nie zraziło dzielnych żołnierzy - "dowódca oddziału Richard L. Gonzales wraz z dwoma podkomendnymi rzucili się w breję wypełniającą loch na poszukiwanie świętego manuskryptu" - opisuje dziennikarz NYT... Czytam to i oczy przecieram w zdumieniu! Czy coś się NYT nie pomyliło? Może zamiast doniesień z Iraku opublikowano scenariusz nowego filmu Spielberga - powiedzmy - "Indiana Jones V". To amerykańscy żołnierze za pieniądze amerykańskiego podatnika ryzykują życie, bawiąc się w poszukiwaczy zaginionej arki? Na czyje zlecenie? Jakim prawem? A gdyby znaleźli rzeczony Talmud, to co? Ukradliby? Wywieźli z Iraku? Do USA czy do Izraela? Na stronach izraelskiego serwisu informacyjnego Debka (fama niesie, że zbliżonego do źródeł wywiadowczych) przeczytać można, że chodzi o tzw. Talmud Babiloński, pamiątkę dla żydów bezcenną. Historia II wojny światowej obfituje w okultystyczne zagadki - wyprawy organizowane przez esesmanów w poszukiwaniu świętego pucharu czy włóczni rzeczywiście miały miejsce... Fakt, że wyspecjalizowany amerykański oddział zamiast szukać wąglika, wirówek uranowych czy fosgenu, ugania się po pustyniach za starożytnym Talmudem, mówi sam za siebie. Wkrótce w Iraku znajdzie się kilka tysięcy polskich żołnierzy, ciekawe, czy oni też będą mogli zostać użyci do podobnych eskapad? Neocon contra paleocon Przyznam się bez bicia, że neokonserwatyzm to moja pierwsza miłość. W dobie wojny światów (komunistycznego totalu z wolnością), neokonserwatyzm jawił się jako "ekonomia polityczna" zdolna wywracać mury zdychającego imperium kremlowskich gerontokratów. Postulat ograniczonej roli państwa oraz maksymalizacji wolności i odpowiedzialności człowieka nawiązywał do starych, sprawdzonych wzorów. Adam Smith, von Mises, Friedman, Hayek nonstop chodzili mi po głowie, a od filozofii politycznej neokonserwatyzmu dostawałem wypieków na twarzy. W końcu, były to sprawdzone w działaniu podstawy reaganomiki i thatcheryzmu. To właśnie obie prezydentury Ronalda Reagana zjednoczyły pod swymi skrzydłami amerykańskich konserwatystów - tych "paleo" i tych "neo". Dziś podział przebiega nie po linii "ekonomicznej", lecz politycznej - głównie zaś w stosunku do poczynań Izraela. Okazało się, że większość neokonserwatystów to amerykańscy Żydzi, utożsamiający interes Stanów Zjednoczonych z polityką prowadzoną przez "jastrzębi" premiera Szarona w Izraelu, zaś większość paleokonserwatystów to ludzie dostrzegający w tak pojętej polityce wielkie zagrożenie dla amerykańskich interesów, nie tylko na Bliskim Wschodzie. W wojnie tej neokonserwatyści sięgnęli już po "broń masowego rażenia", rzucają w paleokonserwatystów pokroju Pata Buchanana "bomby atomowe oskarżeń o antysemityzm, szowinizm, a nawet faszyzm. Jak tłumaczy Scott McConnell w kwietniowym numerze "The American Conservative", neokonserwatywna definicja antysemityzmu sprowadza się do "testu na Izrael": jeśli nie popierasz polityki obecnego rządu Izraela, jesteś antysemitą. Proste, jak dwa razy dwa. Konserwatyści podający publicznie w wątpliwość celowość amerykańsko-izraelskiego uwiązania politycznego i kwestionujący bezwarunkowe poparcie Waszyngtonu dla Izraela natychmiast trafiają na czarną listę "antysemitów" i są "wyłączani" z debaty publicznej przez wpływowe media. Nie wszyscy neokonserwatyści to Żydzi i nie wszyscy Żydzi to neokonserwatyści - amerykańskie lobby żydowskie jest wielopłaszczyznowe i wielowątkowe. Jego potęga urosła znacznie w następstwie zmian politycznych i społecznych lat 60. Choć amerykańscy Żydzi stanowią dziś tylko 2,4 proc. populacji USA, łożą od jednej czwartej do jednej trzeciej ogółu funduszy finansujących partie polityczne - z tych źródeł pochodzi połowa funduszy partii demokratycznej i jedna czwarta republikańskiej (Lipset i Raab, 1995). Jest więc oczywiste, że Ameryka jest "naturalnym sojusznikiem Izraela". Jednak dla samego Izraela byłoby lepiej, gdyby była państwem powszechnie szanowanym i zdolnym do mediacji w regionie. Niestety, coraz częściej Waszyngton bywa utożsamiany z chłopcem na posyłki Tel Awiwu, coraz częściej też jego gwarancji nie traktuje się poważnie. I to jest właśnie jedna ze smutnych "zasług" Perle'a, Wolfowitza, Kristola, Kagana i ich kolegów. "Wielomilionowa masa" Longin Pastusiak był jednym z głównych propagandowych szczurów PRL-u. Wybijał się już w wieku szczenięcym - maturę ukończył w 1954 r. z wyróżnieniem "Przodownika pracy społecznej". Członek partii wyszkolony pod koniec lat 50. na amerykańskich uniwersytetach za amerykańskie pieniądze (stypendium Fundacji Forda) został w sowieckiej Polsce "amerykanistą", czyli specjalistą od opluwania USA i Kanady. Kiedyś dyspozycyjny do bólu, dziś przedstawia się jako "partyjny liberał". W karierze pomagał mu wyśmienicie fakt, że był zięciem Edwarda Ochaba - niezłej stalinowskiej szui; od 1964 do 1968 roku przewodniczącego tzw. Rady Państwa tzw. PRL. Jak na typowego komuszego ujadacza przystało, Longin Pastusiak jest dziś człowiekiem majętnym ("mam majątek, bo należę do ludzi oszczędnych"), szanowanym politykiem, eseldowcem, marszałkiem Senatu, odpowiedzialnym za kontakty z Polonią. Ta "odpowiedzialność za kontakty" wygląda tak, że profesor Pastusiak, "autor ponad 60 książek", jest w sprawach Polonii kompletnym ignorantem. We wtorek "wypsło" mu się w Brukseli, że Polonia amerykańska nie głosuje w referendum unijnym, bo - wedle jego wiedzy - głosować mogą jedynie osoby z polskim paszportem, przebywające na terenie Polski. Gdy jednak okazało się, że to wierutna bzdura i polskie placówki konsularne będą organizowały referendum w Ameryce, Pastusiak sentencjonalnie stwierdził, że "każdy może się pomylić", i... powiedział jeszcze większą bzdurę. Otóż, według naszego krajowego "opiekuna", "Polonia to przede wszystkim kilkanaście milionów ludzi polskiego pochodzenia, którzy nie mają polskiego obywatelstwa. (...) Nadal podtrzymuję, że kilkunastomilionowa Polonia nie ma prawa głosowania, jeżeli jej członkowie nie są obywatelami polskimi. Uważam, że właśnie tak się przejąłem Polonią i kompetencjami Senatu w zakresie opieki nad nią, że sobie skojarzyłem Polonię przede wszystkim z tą wielomilionową masą, która nie posiada obywatelstwa polskiego, a tym samym nie posiada prawa głosu". Oznacza to, że Longin Pastusiak nie wie, iż polskie przepisy o obywatelstwie oparte są na zasadzie "krwi", czyli jeśli ktoś ma pochodzenie polskie (matka Polak lub ojciec Polak), a nie zrzekł się obywatelstwa ani mu tego obywatelstwa nie odebrano, to jest nim nadal. Co więcej, obywatelami polskimi są również - zazwyczaj nieświadome tego - dzieci i wnuki obywateli polskich. Sprawy te były wałkowane wielokrotnie przy okazji nowych przepisów paszportowych nakazujących obywatelowi polskiemu podróżowanie do Polski na podstawie polskiego paszportu. Tak więc, gdy chodzi o konieczność wyrabiania paszportu, to "wielomilionowa masa" Polonii należy do grona obywateli polskich, gdy jednak chodzi o głosowanie w referendum unijnym, to już jednak nie. Aby rzeczy dodać pikanterii, wypada zaznaczyć, że głosować w referendum mogą obywatele polscy legitymujący się ważnym paszportem... Nie ma nic za darmo Kampania przedreferendalna ruszyła pełną parą. Na prounijną propagandę są miliony dolarów, organizuje się festyny, jaja-narady, cepeliady, rajdy i konferencje, wszystko to ma przekonać Polaków, że oto staliśmy przez wieki za miedzą europejskiej cywilizacji, kultury i dobrobytu, a teraz wreszcie mamy historyczną szansę wejścia za rogatki, szansę porównywalną (wedle p. Onyszkiewicza) do... chrztu Polski. Osoby uchodzące za narodowe autorytety przekonują, że do Unii Europejskiej "należy wejść i już!". W ciemno i bez zadawania pytań. Jak to tłumaczył niedawno dziatwie szkolnej noblista Wajda, nie trzeba patrzeć na żadne rachunki i podliczenia, bo gdyby tak człowiek tylko liczył, to powinien kłaść się po dzienniku do góry brzuchem i nic nie robić... Innymi słowy, zaufajcie, drogie dzieci, Millerowi, Cimoszewiczowi i ich chłopakom, którzy przecież są nie w ciemię bici i na pewno w negocjacjach nie dali się wykiwać. Inny polski tuz intelektualny, tym razem stanu duchownego, stwierdził, że Polska powinna "wejść do Europy", choćby tam tkwił sam diabeł... Fakt, że w integracji z Unią Europejską nie będziemy już w stanie odbudować suwerenności gospodarczej, nikogo nie interesuje. Złodziejom suwerenność nie jest potrzebna. Problem strony antyunijnej polega na rozbiciu i braku przekonywającego, spójnego programu polityczno-gospodarczego. Ludzie mówią: No to, jeśli nie do Unii, to co? Na tej wątpliwości doskonale gra rząd Millera - daje do zrozumienia, że wobec wejścia do Unii nie ma alternatywy i państwu grozi załamanie. Oczywiście, jest to wierutna bzdura, ale tzw. opozycja wydaje się swą bezprogramowością to potwierdzać. Wszak dziś trzeba ludzi przekonać, minęły już czasy, kiedy to - skądinąd zacny - Jan Olszewski stwierdzić mógł, że "na program przyjdzie czas po wyborach"... Grozi więc nam to, że ludzie pozostaną bierni i nie pójdą głosować w referendum. To zaś - jak wskazują najnowsze sondaże - da przewagę filounitom. Czarno widzę. W związku z tym męczy mnie pytanie, po co wcześniej podpisano kontrakt na zakup hiszpańskich transportowców CASA? Czy rzeczywiście Polska potrzebuje dwóch rodzajów samolotów transportowych? Czy opłaca się szkolić pilotów i obsługę obu maszyn? Do otrzymanych "za darmo" samochodów terenowych humvee i herculesów Polska będzie kupować części zamienne, jaki z tego pożytek będzie miała gospodarka? Gdzie jest offset? Mądry Lastman po szkodzie Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że nasza chata z kraja i wielkie zawieruchy przejdą bokiem, tymczasem dziś Toronto znalazło się w oku SARS-owego cyklonu, bezbronne jak dziki mops z wybałuszonymi oczami w światłach telewizyjnych reflektorów. Miasto od dłuższego czasu dryfuje, pozbawione politycznego przywództwa. Burmistrz Lastman nadaje się co prawda do telewizji, ale nie jako polityk. Mógłby tam mieć natomiast własny program komediowy. Teatralne wystąpienie Mela po decyzji Światowej Organizacji Zdrowia ostrzegającej przed podróżami do Toronto miało charakter histeryczno-komediowy, a nie polityczny. SARS-owy strach ma wielkie oczy i prawdopodobnie narobi nam on więcej bubu, niż samo grypopodobne choróbsko. Z dnia na dzień staliśmy się obywatelami świata, tyle że drugiej kategorii. Ręki się nam już nie podaje - chyba że przez lizolowaną ściereczkę i w lateksowej rękawiczce. SARS ujawnił kilka smutnych prawd o Toronto i Ontario. Po pierwsze, nie mamy liderów. W Nowym Jorku był Giuliani, tu nie ma nikogo. Epidemia to poważna sprawa, na Lastmana nie ma co liczyć, więc mógłby się zająć tematem premier. Ernie Eves chowa głowę w piasek, twierdząc, że SARS to nie polityka, lecz medycyna. Niestety epidemie, nawet te urojone, to rzecz polityczna i medialna. Eves powinien już był co najmniej ze dwa razy przemówić z telewizora, uspokajając coraz bardziej rozdygotanych Ontaryjczyków. Po drugie,okazało się, że torontońska służba zdrowia, zanim zacznie na poważnie traktować zagrożenie, przechodzi okres niedowiarstwa i powątpiewania. To właśnie brak jednoznacznej i stanowczej reakcji na pierwsze przypadki SARS sprawił, że choróbsko wyrwało się poza mury szpitala. Środki walki z epidemiami są znane i stare jak Czerowny Krzyż. Niezależnie od tego co wiemy o wirusie czy bakterii, wiadomo, że zachowanie podstawowych reguł higieny, plus kwarantanna i odpowiednia wentylacja pomieszczeń z chorym pozwalają opanować pochód bakcyla. Dlaczego więc od razu nie skierowano pierwszych "podejrzanych" na przymusową kwarantannę, dlaczego nie wymuszono izolacji? Wydawało się, że w następstwie paniki wywołanej przez 9-11 system sanitarny kraju jest lepiej przygotowany. Co by było, gdyby zamiast SARS, w miasto poszła sobie ospa albo inne biologiczne paskudztwo podrasowane w laboratoriach Goldfingerów? Przecież do tej pory wszyscy bylibyśmy już na zejściu. Żadna kwarantanna nie jest przyjemna, ale gdybyśmy mieli przywódców politycznych z krwi i kości, to osoby wymagające izolacji zamykałoby się w namiotach na terenie bazy w Downsview i w Barrie, a nie kierowało do domu. Gdybyśmy mieli burmistrza i premiera z prawdziwego zdarzenia, to podjętoby, być może przesadne, działania po to, aby uratować nasz wizerunek w świecie. Trzeba było dmuchać na zimne, bo dziś inni robią właśnie to w stosunku do nas. I mają rację. Bo nieważne czy SARS jest groźny, czy nie, ważne że nikt nie ma zamiaru przekonywać się o tym na własnym przykładzie. Większość ludzi działa na zasadzie "strzeżonego Pan Bóg strzeże". Będziemy więc teraz jeść tę żabę, niezależnie od tego, co do kamer nakrzyczy burmistrz Lastman. Prawdziwy "ojciec miasta" już dawno stałby na czele komitetu do walki z SARS, odwiedzał szpitale, podawał rękę, pokazywał jak się dezynfekuje i codziennie brał udział w konferencjach prasowych. Niestety w dobie prasy, radia i telewizji, praca "na urzędzie" polega również na tym, by wiedzieć jak montować show. Tu korepetycji może udzielać wspomniany Rudy Guliani. Zatem przyjdzie nam żyć z tym klopsem. Oby tylko władze w Warszawie nie kazały nam czekać 10 dni w kwarantannie przed wypuszczeniem z lotniska... Jean Charest długo czekał, ale się doczekał. Co paradoksalne, sukces przyszedł, gdy charyzma nieco już przygasła, bujna czupryna została podstrzyżona, a kariera polityczna - zdaniem niektórych obserwatorów politycznych - osiadła na mieliźnie. Kiedyś Charest miał być świętym Jerzym, ratującym Quebec ze szponów separatystycznego smoka. Jego przeskok z federalnej partii konserwatywnej do quebeckiej Partii Liberalnej zdawał się stanowić akt desperacji. Desperacji, która i tak okazała się nieskuteczna i niepotrzebna - separatyści wygrali wybory, a blask Charesta nie zdołał zapędzić do grobu mary kolejnego referendum. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że Liberałowie mają marne szanse. Faworytem był beniaminek quebeckiej polityki, lider Action democratique du Quebec - przystojny i wygadany Mario Dumont. Wkrótce okazało się jednak, że Dumont ma problem. O ile bowiem dobrze wyglądał w telewizji i cieszył się dużą popularnością "medialną", o tyle coraz mniej Quebeków było przekonanych, że jest on dostatecznie dojrzały, by stworzyć stabilny rząd, zdolny poradzić sobie ze spiętrzonymi kłopotami. Program ADQ był niegłupi, lecz na tyle rewolucyjny, że w zestawieniu z niedojrzałym liderem stanowić mógł receptę na dużą polityczno-gospodarczą klapę. Wyborcy od dawna chcieli zmiany i ostatecznie na placu boju pozostał Charest. To zaś przynajmniej na jakiś czas usunie z kanadyjskiej polityki widmo separacji Quebecu. Paradoksalnie, Quebec w ramach kanadyjskiej konfederacji ma więcej swobody niż niejedno państwo w ramach Unii Europejskiej. Z tego zaś, co mówi Charest, wnosić można, że będzie miał jeszcze więcej... Medialna perspektywa Patrząc w Niedzielę Wielkanocną na tłum ludzi w kościele, śmiało można było wyciągnąć wniosek, że chrześcijaństwo, a katolicyzm w szczególności, jest jedyną ideą globalizacyjną zachodniego świata, która odniosła pełny sukces. Chińczycy, Wietnamczycy, Hindusi, Portugalczycy, kolumbijscy Metysi, Włosi, Murzyni z Karaibów, Murzyni z Afryki, wszyscy żeśmy się spotkali w niewielkim kanadyjskim kościele, czcząc zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, a co najważniejsze, wyznając jeden kanon życiowych zasad i wartości. Ile mocarstw upadło, ile ideologii zginęło, a ta jedna szerzy się wciąż po świecie jak pożar buszu, ogarniając nowe ludy i rasy. Tymczasem tu, na Zachodzie "ktoś" usiłuje ją wyrugować, usiłuje zepchnąć ją do mało istotnych "poglądów". Bez chrześcijaństwa cały nasz świat moralny wisi w próżni. Jakże pusto dźwięczą politycznie poprawne tyrady libertynów o konieczności potępienia dyskryminacji rasowej, a jakże prosto brzmi dla każdego wierzącego człowieka przykazanie "miłuj bliźniego swego jak siebie samego". Katolicyzm, między innymi dzięki olbrzymiej pracy obecnego pielgrzymującego papieża, jednoczy kontynenty i spina narody Ziemi. Siła religii przeszkadza wielu możnym tego świata, tym, którzy walczą o rząd naszych dusz. Kościół od kilkunastu lat jest "na cenzurowanym", księżom patrzy się dokładnie na ręce. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ta troska połączona była jednocześnie z troską o Kościół, najczęściej jednak towarzyszy jej podkopywanie stanowiska Watykanu, kwestionowanie doktryny, podważanie zasady celibatu... Zło jest doświadczeniem ludzkim, obecnym nie tylko w instytucji Kościoła. Debra Nissbaum-Cohen pisze w nowojorskim tygodniku "The Jewish Week" o niepokojącym zjawisku demoralizacji i upadku w szeregach żydowskiego duchowieństwa. Podaje przykłady. Niedawno przed sądem w Trenton w stanie New Jersey toczył się proces ortodoksyjnego rabina Mintza, pedofila oskarżonego o rozpowszechnianie pornografii dziecięcej. W ubiegłym roku rabin Baruch Lanner został skazany na siedem lat więzienia za molestowanie dwóch uczniów szkoły średniej jesziwa w New Jersey, której był pryncypałem. Kantor świątyni Emanu-el na Manhattanie aresztowany był w ubiegłym roku i oskarżony o molestowanie seksualne swego nastoletniego kuzyna. W lutym ortodoksyjny rabin Israel Kestenbaum, dyrektor Jewish Center for Spiritual Care, został aresztowany i oskarżony o rozpowszechnianie pornografii wśród młodocianych... To tylko przypadki z ostatniego okresu z okolic Nowego Jorku. Czy Ty, Drogi Czytelniku. o nich słyszałeś? Czy poinformowano Cię o tym w dzienniku albo w radiu? Proszę sobie teraz wyobrazić, że sprawy te dotyczyłyby księży katolickich... Przecież temat przez tydzień nie schodziłby z czołówek gazet! Dlaczego? Dlatego, że stanowiłby kolejną okazję do podgryzania religii katolickiej - krytykowania celibatu, stanowiska papieża w dziedzinie antykoncepcji i innych "niewygodnych" nauk. Taką właśnie mamy "perspektywę medialną". I pozwolę sobie nie wyjaśniać do końca dlaczego. Ważne, abyśmy o niej wiedzieli i wiedzę tę przekazywali innym. Po nosie Wizyta prezydenta George'a Busha w Kanadzie planowana była od ho, ho kiedy... Miała to być "pełna" wizyta oficjalna z pompą należną dostojnikowi zaprzyjaźnionego kraju. Jej "bezterminowe przełożenie" trudno traktować inaczej, jak celowe nadepnięcie na odcisk obecnego rządu w Ottawie. Bush przełożył jednodniowe odwiedziny rzekomo ze względu na brak czasu, a 24 godziny później okazało się, że dwa dni przed terminem, przez cały weekend konferował będzie z zaproszonym ad hoc premierem Australii. Jak by nie interpretować faktów, jak by ich nie lukrować, intencja wyziera z nich całkiem jasna. Kanadyjski minister spraw zagranicznych Bill Graham starał się "wytłumaczyć" Busha i kwaśno stwierdził, że przyjęcia premiera Aussisów na rancho "nie można tu porównywać" - wszak prezydent nie wyjeżdża z USA, a poza tym, rozmowy będą dotyczyły powojennego Iraku... Jakby tego nie przedstawiać w stosunkach amerykańsko-kanadyjskich, zgrzytnęło jak kamieniem po szkle. Ratując sytuację Amerykanie "z zadowoleniem" przyjęli kanadyjską propozycję udziału w odbudowie Iraku. Przy czym - doprecyzujmy - że chodzi o finansowanie tej odbudowy, czyli zrzutkę na wszelką pomoc humanitarną oraz szkolenie irackiej administracji. Jeśli chodzi o udział przedsiębiorstw kanadyjskich w irackiej odbudowie, to tu sprawa wygląda inaczej - "międzynarodowy podział pracy" zakłada bowiem, że zarobić mają bowiem wyłącznie firmy amerykańskie oraz z tych państw, które z Amerykanami trzymały sztamę w irackiej awanturze. Co ciekawe, do "pomocy" zgłosiły się również przedsiębiorstwa izraelskie, choć nie słyszałem, by Izraelczycy gdziekolwiek nadstawiali za Amerykanów karku (można natomiast z dużą dozą prawdopodobieństwa wskazać na odwrotną relację). "Odbudowa" (nie powiem, dlaczego w cudzysłowie) Iraku zaczęła się "tradycyjnie", od wprowadzenia dolara amerykańskiego do obiegu okupowanego kraju. Ciekawe kto ustalił jego kurs wobec lokalnej waluty... Tak czy owak, sekretarz Powell zapewnia wszystkich, że na tym kontynencie jesteśmy przyjaciółmi. W Ottawie zaś pojawiły się ciche głosy, że do powojennego Iraku można wysłać policjantów RCMP. Ponoć ich misja na Haiti i w byłej Jugosławii, gdzie uczyli kultury miejscowe milicje, odniosła nieprzeciętny sukces... Amerykanie projekt przyjęli chłodno, bo z bieżących obserwacji wynika, że w najbliższym czasie iracka policja nie tyle potrzebować będzie kultury, co samochodów opancerzonych, gazów obezwładniających i broni gładkolufowej. Premier Chretien odleciał nam na Dominikanę, z roboczą wizytą państwową. Tak po prawdzie, to po to, by pograć sobie w golfa - od środy wizyta ma charakter prywatny. Wygląda więc na to, że część oficjalną dołączono wyłącznie po to, by państwo Ch. mogli bez skrupułów skorzystać z rządowego samolotu służbowego marki Challenger. Podczas urlopu Chretien na pewno znajdzie wspólny język z wypoczywającym na Dominikanie, byłym prezydentem USA Clintonem. Do Clintona, Chretienowi zawsze było bliżej niż do Busha; obaj panowie lubili się do tego stopnia, iż kanadyjski premier dał podczas wyborów prezydenckich do zrozumienia, iż Gore byłby lepszym lokatorem Białego Domu od Dubya'i. Clinton podziela kanadyjskie stanowisko odnośnie polityki zagranicznej obecnej administracji i wbrew tradycji (byli prezydentowie USA raczej nie udzielają się politycznie i nie krytykują rządu), zarzuca ekipie Busha niszczenie wszystkiego, czego na niwie polityki zagranicznej USA dorobiły się w rezultacie zwycięstwa w zimnej wojnie. Jak doniosła AFP, zdaniem Clintona, "Stany Zjednoczone nie mogą zabić, uwięzić lub też okupować wszystkich swoich przeciwników". Jest rzeczą smutną, że tak banalne stwierdzenie brzmi dziś w USA bardzo odkrywczo. A propos użycia przez Chretiena służbowego challengera przypomnieć wypada, że Polska już niedługo pod względem samolotów dyspozycyjnych prześcignie Kanadę; warszawscy notable latać będą sześcioma trzysilnikowymi francuskimi falconami, podczas gdy kanadyjscy politycy wożą się, również sześcioma, dwusilnikowymi i dość wysłużonymi challengerami (niedawna wymiana dwóch z nich wywołała oburzenie opozycji). Jak wiadomo, Polska pod względem powierzchni i dochodu narodowego jest krajem równym Kanadzie, stąd i liczba samolotów musi być ta sama... Polska ma też zbyt mało rąk do pracy, dlatego woli dawać robotę Francuzom. Oczywiste jest również, że polskie skytrucki czy bryzy, ze względów bezpieczeństwa i rozwijanej prędkości, nie nadają się do wożenia pup coraz bardziej zabieganych polskich mężów stanu... Życzę Państwu radosnej, spokojnej i szczęśliwej Wielkanocy. W tym czasie wewnętrznej odnowy i wyciszenia warto przypomnieć sobie Eklezjastesa, który pisze: "Pomnij jednak na Stwórcę swego w dniach swej młodości, zanim jeszcze nadejdą dni niedoli (...), bo zdążać będzie człowiek do swego wiecznego domu (...) i wróci się proch do ziemi, tak jak nią był, a duch powróci do Boga, który go dał...". Wielkanoc to kwintesencja naszej wiary - wielka nadzieja na zbawienie i wieczne życie w Bogu. Przede wszystkim zaś wielkie przypomnienie naszej nieśmiertelności. To właśnie z tą perspektywą człowiek powinien iść przez życie. Ta perspektywa daje siłę i zabija strach. Ukradnij sobie na zdrowie Celem reformy rolnej przeprowadzonej przez komunistów po zajęciu Polski nie było wyrównywanie jakichkolwiek krzywd społecznych czy realizacja idei komunistycznej. Przeprowadzana bez odszkodowania i równoznaczna kradzieży reforma była obliczona na rozbicie zastanego porządku społecznego na polskiej wsi i pozbawienie poparcia politycznej i zbrojnej opozycji, reprezentującej władze niepodległej Polski. Wedle komunistycznej recepty, rozdana ziemia i tak miała być później skomasowana w kołchozy. Chłop polski był zachowawczy i antykomunistyczny, jednak pokusa wzięcia ziemi była na tyle silna, że rozbijała dawne związki. Zabieg się powiódł - część polskiego chłopstwa nie tyle związała się z nową władzą, co odsunęła od starej. Powrót starego porządku oznaczałby bowiem możliwość rozliczenia z rozparcelowanych gruntów... Przypominam to dlatego, że oto jesteśmy świadkami podobnego manewru zastosowanego przez Amerykanów w Iraku. Fala grabieży i mordów, jaka przewaliła się przez irackie miasta tuż po wkroczeniu wojsk amerykańskich, nawet jeśli wybuchła samorzutnie (a prawdopodobnie spowodowana została przez agenturalne poduszczenie), mogła być łatwo opanowana. Wystarczyło obok strategicznych budynków postawić trochę wojska i dać do zrozumienia, że się je przejmuje. Nie zrobiono tego. Jak bezczelnie zauważył Donald Rumsfeld, wojsko nie chciało tamować "powszechnej radości ulicy" z upadku reżimu - bo cóż z tego, że ktoś wyniesie sobie jakiś wazon, przecież liczy się "wyzwolenie"... Co przez to uzyskano? a. Masowa grabież rodzi strach przed powrotem starego porządku, zmniejszając możliwość społecznego oparcia ewentualnych pogrobowców Saddama. b. Masowa grabież sprawia, że Irakijczycy wyciągają dziś ręce do okupantów, błagając o zaprowadzenie ładu i porządku, tym samym legitymizują nową władzę. c. Masowa grabież niszczy iracką infrastrukturę. W każdym innym kraju byłby to problem. Irak jest jednak krajem ropą płynącym. Nowa infrastruktura, nowe wyposażenie szpitali, nowe komputery, już wkrótce zakupione zostaną na kredyt. Zarobią na tym, ci, którzy kredytu udzielą (zgadnij, kto to taki Koteczku), i ci, którzy nowemu Irakowi to wszystko sprzedadzą, nakręcając amerykańską koniunkturę. Irakijczycy spłacą kredyty ropą naftową i nawet nie zauważą, że ktoś ich właśnie nieźle okradł. A że przy okazji barbarzyńskiej grabieży zniszczono część dziedzictwa naszej kultury, że rozkradziono bezcenne precjoza sprzed 5 tys. lat... Mówi się trudno. Wszak sekretarz Rumsfeld powiedział, że liczy się wolność, a nie "wazony". Poza tym precjoza te będą za kilkadziesiąt lat wypływać w prywatnych kolekcjach nad Potomakiem. Korzyść może więc być podwójna... Nawiasem mówiąc, ciekawym ile tych grabieży w bagdadzkich muzeach przeprowadzono na zamówienie? Proszę nie odpowiadać, wszak ciekawość to pierwszy stopień do piekła...
Kaszel bojowy Wygląda na to, że z zarazą SARS-a skutecznie uporać się będą musiały nasze organizmy - system opieki medycznej nie jest w stanie wymóc na ludziach kwarantanny. Nasze SARS-zombie chodzą więc od czasu do czasu po mieście rozwlekając choróbsko. Mamy w Toronto osoby, które, gdy przychodzi im wybrać między utratą ośmiu dniówek a dobrem społeczeństwa, wybierają osiem dniówek... Mimo wokółsarsowej histerii, zakładania masek na lico i unikania ślinowego aerozolu wydobywającego się za sprawą prychnięć, parsknięć i pokasływań z naszych bliźnich, SARS nadal jawi się jako w miarę bezzębna, egzotyczna grypka, a nie poważne ebolapodobne zagrożenie. Gdyby SARS był takim śmiercionośnym bakcylem, to obecne "dobrowolne kwarantanny" należałoby między bajki włożyć, a do akcji zaangaażować wojsko i policję, tworząc kordony sanitarne oraz obozy dla zarażonych. Nie widzę, by kanadyjska armia była do takich działań przygotowana, a w końcu strzeżonego Pan Bóg strzeże i na ewentualność ataku superwirusa czy bakterii powinniśmy się sposobić. SARS wszedł na dobre do naszego koszyka chorobowego i prawdopodobnie przyjdzie z nim żyć. Na razie zaś, jeśli przeszkadza nam jakiś tłumek, wystarczy sucho kaszlnąć... Kanadyjskie zabiegi na arenie międzynarodowej przypominają stary dowcip, jak to idzie mrówka ze słoniem i mrówka mówi: "ale tupiemy". Tym razem nie mogliśmy sobie zatupać wchodząc z amerykańską piechotą morską do Bagdadu. Niektórym posłom zrobiło się z tego powodu żal i jęli ubolewać, że trzeba było trzymać z George'em Bushem i przyłączyć się do korpusów ekspedycyjnych maszerujących na Irak. W Ottawie można byłoby wówczas ogłosić zwycięstwo, a tak pozostaje nam w ustach jedynie gorycz neutralności. Jak to mówią, zwycięstwo (nawet to pyrrusowe) ma wielu ojców i co poniektórym posłom (zwłaszcza tym z Oficjalnej Opozycji) grdyka dziś skacze, że nie zostali jednym z nich. Powiedzmy sobie szczerze, zarówno udział, jak i brak udziału Kanady w wojnie miał (i ma nadal) znaczenie co najwyżej symboliczne. Tym niemniej właśnie o symbolikę tu chodzi. Amerykańsko-brytyjska koalicja jest bowiem wyizolowana i dodatek kanadyjskiej flagi poważnie zwiększałby jej wiarygodność. Dobrze się jednak stało, że uparliśmy się przy swoim. I niech nam za uszami nie piszczą strachy, że USA nas teraz "ukarają", tnąc po wymianie handlowej i gospodarce. Po pierwsze, jesteśmy w końcu niezależnym państwem i robimy własną politykę zagraniczną. Gdybyśmy nie robili, to jaki sens miałaby ta cała zabawa w suwerenność? Po drugie, żadna zażyłość ani przyjaźń z Amerykanami - których tak na dobrą sprawę wszyscy lubimy - nie narzuca nam obowiązku udziału w ich ekspedycjach karnych i kolonizacyjnych. Po trzecie wreszcie, nasz amerykański kolega zdecydował się na rozbicie dotychczasowego porządku światowego, nie proponując nic w zamian (oprócz starożytnej idei Wielkiego Rzymu). Nasi pradziadowie po wielu przykrych doświadczeniach doszli do przekonania, ze naga siła ma krótkie nogi, a najbardziej liczy się to, czyje idee zostają na wierzchu. Amerykanie powinni to dokładnie wiedzieć, ponieważ sukces ich kraju to zasługa idei. Gdyby nie te fundamentalne wartości, młode, nieokrzesane kolonie nie ściągnęłyby najbardziej energicznych i najświatlejszych ludzi starego świata i nie przedzierżgnęły w ciągu 200 lat w supermocarstwo. Mówię to z ciężkim sercem, ponieważ lubię Stany Zjednoczone i jestem z tym krajem rodzinnie związany (moja śp. babcia Julia urodziła się w Detroit). Mówię to właśnie dlatego, że lubię USA i wyrosłem na filozofii amerykańskiego konserwatyzmu. Wolność, demokracja, swobody obywatelskie nigdy nie są dane raz na zawsze, trzeba ich bronić, trzeba być gotowym wiele za nie oddać. To nie są darmowe rzeczy. Dlatego właśnie Ameryka powinna bronić się przed tymi, którzy dziś chcą rozdrapywać jej sukno, powinna dostrzec zagrożenia wewnętrzne, jakie zawisły nad nią w ciągu minionych kilku dekad. Jeśli tego nie zrobi - upadnie w perspektywie 50-100 lat. 40 lat to szmat czasu. Powiem bez krygowania się, że jeszcze mnie tyle nie ma na tym świecie. Tyle to właśnie lat obecny premier Jean Chretien jest "w Ottawie" - od tylu lat jest posłem do parlamentu federalnego. Na Chretiena wylałem na tych łamach niejedno wiaderko - dziś to widzę, że przeważnie słusznie. Nie znam człowieka osobiście, więc być może jest z niego czarujący dziadek, troskliwy ojciec i wspaniały przyjaciel, jego kariera polityczna nie jest jednak przykładem wielkiej charyzmy. Cóż, tak, jak nie można od każdego żołnierza wymagać bohaterstwa, tak od polityka nie można wymagać geniuszu. Chretien jest za to sprawnym lawirantem, inteligentnym rozgrywaczem i upartym działaczem. Poobstawiany ludźmi, którzy zawdzięczają mu karierę, pozabezpieczany na tyłach i z boku, od trzech kadencji tworzy niezwyciężoną aparaturę polityczną, maszynerię, która - wszystko na to wskazuje - nawet bez niego, samą siłą rozpędu staranuje najbliższe wybory federalne. Polityka to nie jest zawód, to powołanie. Zazwyczaj polityk wypala się po 6-10 latach - powiedział, co miał do powiedzenia, pozmierzał się z przeciwnościami i pofechtował w publicznych pojedynkach. Ci, którzy zostają, czynią to z bezwładu i inercji. Oczywiście mogę się mylić... Zapnijcie pasy... W przyszłym tygodniu w budynku American Enterprise Institute (jego prominentnym członkiem jest jeden z głównych pomysłodawców obecnej wojny - Richard Perle) odbędzie się prelekcja "autora sukcesu polskich reform" i "inżyniera terapii szokowej" - obecnego prezesa polskiego banku narodowego Leszka Balcerowicza. O tym, do czego doprowadziły tzw. reformy Balcerowicza, każdy może się w naocznie przekonać, kupując bilet do Warszawy. Ponad 80 proc. polskich banków i ponad 50 proc. przemysłu jest w rękach obcych. Mimo to, a może właśnie dlatego, bezrobocie przekracza 20 proc., zaś krajowa gospodarka przestała stanowić jakąkolwiek konkurencję dla bliższych i dalszych sąsiadów Polski. O "sukcesie" Balcerowicza jest dziś w Polsce głośno, bo państwo ograbione z całego majątku ledwie zipie, a finansom publicznym grozi załamanie. Po cóż więc instytut, uważany za jedną z szarych komórek obecnej administracji George'a Busha oraz kuźnię nowej elity wybrańców, zaprasza takiego speca jak p. Leszek Balcerowicz? W czym może być przydatna ekspertyza mistrza od wybijania zębów pokomunistycznych gospodarek i oddawania całych gałęzi przemysłu w pacht zagranicy? Otóż wykład Balcerowicza zatytułowany został: "Economic Shock Therapy - A Prescription for the Middle East?". Wiemy już więc, gdzie zdobyte w Polsce doświadczenia Sachsa-Balcerowicza zostaną ponownie użyte. Zajęte przewracaniem pomników zwycięskie armie "koalicji" pozwoliły, by iracka gawiedź rozkradła sobie to i owo. Pozwoli to później łatwiej "zrozumieć" nadchodzące "reformy". Oczywiście, ich fundamentem będzie polityka monetarna - przejęcie irackiego systemu bankowo-finansowego i być może wymiana waluty. Potem nastąpi "prywatyzacja", czyli wejście amerykańskich przedsiębiorstw, chcących zarobić na pieniądzach, które Amerykanie płacić będą miejscowym pośrednikom za iracką ropę. Zanim jeszcze chłopcy z piechoty morskiej kopnęli w drzwi Bagdadu, w Waszyngtonie trwały ostre debaty na temat... standardu telefonii komórkowej przyszłego Iraku. Chodziło o to, by standard ten zmienić na obowiązujący w Ameryce Północnej, w przeciwnym razie, w widłach Tygrysu i Eufratu amerykańscy "prowajderzy" nie mieliby czego szukać wypierani przez europejskie kompanie. Z pewnością doświadczenie p. Leszka Balcerowicza może być Amerykanom w Iraku bardzo pomocne. Wszak "reformy Balcerowicza" to przepis na to, jak w ciągu kilku lat bezszelestnie spowodować utratę gospodarczej suwerenności. Tak więc, drodzy Irakijczycy, zapnijcie pasy, czeka was szok Balcerowicza! Gdy przejdzie, nie poznacie własnego kraju. Zresztą on nie będzie już wasz. ------- PS Z kroniki nowych obyczajów: Podczas bombardowania Belgradu Amerykanie pomyłkowo (ponoć mieli stare mapy) trafili w chińską ambasadę, zabijając kilka osób. Wcześniej okazało się, że Chiny pomogły Miloszevicowi. W tym tygodniu Amerykanie pomyłkowo ostrzelali rosyjskich dyplomatów (ponoć rosyjski konwój zmienił uzgodnioną trasę przejazdu). Wcześniej wyszło na jaw, że Kreml pomagał Husajnowi... Europejska abrakadabra Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej z dnia na dzień staje się przedsięwzięciem coraz bardziej magicznym. Nie dość, że nie bardzo wiadomo do czego przystępujemy, a formuła wspólnej Europy dopiero zaczyna się wykluwać, to jeszcze na dodatek nie wiemy jakie są warunki naszego przystąpienia. "Zawsze czytaj, to co napisali drobnym drukiem" - ostrzegał mnie niedawno pewien "handlowiec" nie chcąc uznać gwarancji. Ostrzeżenie to w całej rozciągłości odnosi się do polskiego traktatu akcesyjnego. Na temat tego dokumentu napisano setki komentarzy, ale na palcach obu nóg i rąk można policzyć tych, którzy tekst czytali i wiedzą o co nim chodzi. Na dodatek, istnieją jeszcze spory interpretacyjne wynikające z tłumaczenia z ichniego języka na nasz. Idziemy zatem do Europy w ciemno i na oślep. "Co tam, raz się żyje!" - mówią eurofile. Tymczasem jeden z ekspertów prawnych kancelarii premiera zawył w niedzielę w niemym zdumieniu, bo odkrył, iż Unia Europejska może jednostronnie zmienić zapisy Traktatu Akcesyjnego, bez prawa Polski do renegocjacji dokumentu. Waldemar Gontarski przygotowywał opinię prawną o dokumencie. "Traktat jest bardzo obszernym dokumentem i bardzo ciężko się go studiuje", wyjaśnił Gontarski. Dodał, że czasu jest - jak to określił - dramatycznie mało, bowiem już jutro rząd ma ostatecznie zaakceptować traktat - doniosła Informacyjna Agencja Radiowa. Czy to nie jest komedia? Trudno dziś interpretować Polskę w kategoriach niekomediowych. Cezary Michalski, jeden z najbardziej przenikliwych polskich felietonistów, zatytułował swoją rozmowę z prof. prof. Staniszkis, Krasnodębskim i drem Żukowskim "Rewolucja w Rywinladnii". Nie ma już Polski jest tylko "landia". Po kilkunastu latach traktowania państwa jako "łupu", dziś mamy jedynie twór administracyjny, w którym poszczególne koterie frymarczą opanowanymi kawałkami byłego państwa w celu promocji własnych interesów. We wspomnianej rozmowie Staniszkis stwierdza: "Ani nasze elity, ani ci, którzy je kontestują, nie potrafią teraz zdefiniować suwerenności na jakimkolwiek poziomie. Zniknęliśmy jako system, nasza gospodarka i resztki państwa nie pracują w logice obrony interesów i funkcji własnego etapu kapitalizmu, na przykład na rzecz akumulacji kapitału krajowego, ale pracują dla systemu o innej skali. Jesteśmy dziurą, jesteśmy niesterowni". A Krasnodębski dodaje: "Wejdziemy do UE nie jako skonsolidowane państwo, lecz jako niezborne ?terytorium=". Powstaje więc pytanie? Po co wchodzić do Unii? Bez odzyskania państwa przez Polaków nie ma co marzyć o poprawie kondycji życiowej milionów rodaków. Nie ma co mydlić sobie oczu, że Unia (czyli niby kto?) będzie się troszczyła o to, by Polakom było dobrze. Idea taka stanowi utopijne truchło rozpadające się pod palcami. Jeśli "dziura" wejdzie do unii, dziura ta zostanie zalana. Prosto mówiąc, stoimy w obliczu możliwości przekreślenia polskich aspiracji narodowych na ładnych kilka pokoleń. "Staliśmy nad przepaścią, a dziś uczyniliśmy zdecydowany krok naprzód" - miał mawiać gensek Gomułka. Zdanko to pałętało się przez wiele lat po polskich programach satyrycznych. Dziś Polska zamierza uczynić podobny "krok naprzód". A co tam, raz kozie śmierć, co się będziemy zastanawiać, potem co najwyżej zalejemy robaka... Za krótkie skrzydła SARS, wojna w Iraku - wszystko to sprawia, że ludzie mniej ochoczo wsiadają do samolotów. Transport lotniczy pozostanie jednak nadal jedną z najważniejszych dziedzin komunikacji pasażerskiej. Nie ma co do tego dwóch zdań. Kanadyjczycy nie mogą przestać latać. Mamy za duży kraj i kontynent, mamy w życiu zbyt wiele spraw do załatwienia. Główny kanadyjski przewoźnik Air Canada mimo wielu lat, jakie upłynęły od prywatyzacji, nie wyzwolił się jeszcze z etatystycznej państwowej ociężałości. To właśnie dlatego jest mu dziś trudno. Dyrekcja AC już dawno powinna była przystąpić do odchudzania firmy i jej uelastycznienia. Powinna od kilku lat uczyć się od WestJet zmiany stosunków pracy. Dziś ociężali nie mogą latać - nie oderwą się od ziemi. Zamiast nastawić się na zmniejszenie liczby modeli używanych samolotów, ujednolicenie floty powietrznej, zainteresować załogę wynikami finansowymi przedsiębiorstwa, ograniczyć serwis, słowem, zamiast iść na autobusową masówkę, Air Canada czekała na poprawę rynku. Tymczasem zagrożenie zamachami terrorystycznymi w najbliższym czasie się nie zmniejszy, a SARS z pewnością niedługo zastąpiony zostanie przez inną zarazę - świat zrobił się niebezpieczny i taki już pozostanie. W tym niebezpiecznym świecie jest miejsce dla Air Canada. I nie trzeba wyciągać ręki po państwowe pieniądze, by to miejsce zająć. Trzeba tylko lepiej przewidywać przyszłość... Jak wiadomo, sukces każdego przedsiębiorstwa zależy od "wróżbiarstwa". SARS zaczyna brzmieć złowróżebnie. Choroba ta w niczym, co prawda, nie przypomina eboli czy innych paskudztw wybijających rodzaj ludzki co do nogi, strach przed nią ma jednak wielkie oczy. Mamy więc w nadchodzącym sezonie letnim dwa wirusy - gorączki Zachodniego Nilu oraz owego tajemniczego zespołu zapalenia płuc. Nasz problem tkwi w ich egzotyce. Z grypą zżyliśmy się od pokoleń i mimo że jest bardziej krwiożercza od SARS-u (proszę popatrzeć w statystyki), traktujemy ją jako element gospodarstwa domowego. SARS jest nowy, i do tego z innego kontynentu. Do końca go nie znamy, do końca nie wiemy w jaki sposób się roznosi. Podobny niepokój przeszywa nas w związku z lekceważonym dotychczas wirusem febry nilowej. Po prostu nie wiemy czym to się je. Miał być zupełnie niegroźny i zabijać co najwyżej malutkie dzieci (te łatwo ochronić przed roznoszącymi bakcyla komarami) albo stetryczałych staruszków, którym siadły immunologiczne akumulatory, tymczasem ów komarzy "prezent" atakuje od czasu do czasu całkiem tęgich chłopów, przeobrażając ich w niepozbierane misie. Nie wiadomo, dlaczego jednych choroba bierze, a innych nie, nie wiadomo, w jaki sposób broni się przed nią nasz organizm (trwają obecnie w Oakville badania nad antyciałami tworzonymi przez nasze organizmy w reakcji na wirusa). Przypadków takich choróbsk będzie więcej. Jak tłumaczą biolodzy, walka z chorobami jest odwieczna i odbywa się na zasadzie wet za wet. Bakterie i wirusy są nam do życia niezbędnie potrzebne i to nie tylko do robienia alkoholu czy kiszenia ogórków. Dzięki bakteriom i wirusom domyka się wielkie koło krążenia materii organicznej, którą pożyczamy na swe ciało, nowo zrodzone organizmy mają znów do dyspozycji atomy i molekuły pozyskane od starych. Przez miliony lat ewolucji wirusy i bakterie nigdy nas nie zabiły - a przecież nie mieliśmy wtedy aspiryny czy penicyliny. Z punktu widzenia gatunku nie ma więc zagrożenia. Epidemie są "mądre" i nie zabijają nas do końca, tak jak hodowca nigdy do końca nie wyrzyna stada. Problem tkwi w naszym "indywidualizmie", na tym, że chcemy "wszyscy się uratować". Nasza przebiegłość ściera się więc ze zbiorową "przebiegłością" bakcyli. Zabijamy jedne choroby, powstają inne. Ani mechnizmy ich "wybuchów", ani zanikania nie są znane. Mimo wielkich wysiłków Ministerstwa Zdrowia, podobnie będzie z SARS-em. Już dziś wiemy, że część zarazy nam uciekła, że mimo najlepszych chęci nie da się wszystkich poddać kwarantannie, a nawet jeśli się to czyni, to izolacja taka może być nieskuteczna. Poza tym nie wiemy czy SARS nie przenosi się także poza bezpośrednim kontaktem międzyludzkim, przez skażone przedmioty etc. Od lat 50. nasza cywilizacja, wymachując antybiotykami, uznała, że nadszedł czas słodkiego, boskiego życia, że na każdego wirusa będziemy mieli szczepionkę, a na każdą bakterię antybiotyk. Ten hurra optymizm był jednym z powodów zmiany zachowań społecznych - w tym tzw. rewolucji seksualnej końca lat 60. Wkrótce jednak okazało się, że nie doceniliśmy przeciwnika, a choroby raz po raz dają nam po pupie. Szok AIDS postawił wywrócony świat na nogi. Tak więc nie ma się czego bać. W końcu, jak to ładnie zostało kiedyś powiedziane, samo życie jest śmiertelną chorobą... Na drodze życia nie ma nic bardziej niezrozumiałego i tajemniczego, jak śmierć dziecka. Pytanie DLACZEGO? wydaje się rozdzierać i nicować. Jak można wytłumaczyć coś tak tragicznego? Jak można znaleźć sens w czymś tak bezsensownym? Nie ma na to "mądrej" odpowiedzi. Pozostaje jedynie wiara i nadzieja. Pozostaje ufność, że bezdenna otchłań bólu może przynieść na świat jakąś drobną iskierkę dobrego. Bez tej nadziei i bez tej ufności nie warto byłoby żyć. Klęska Ameryki Wojna w Iraku powoli się przejada i powszednieje, układa się w krajobrazie codzienności. Na razie nie dotyka nas bezpośrednio. Świat za oknem wygląda tak samo. Mimo to trudno przecenić jej historyczne znaczenie. Nikt nie ma wątpliwości, że prędzej czy później Stany Zjednoczone opanują Irak. Rośnie jednak koszt wojny. Nie tylko ten liczony w miliardach dolarów, również ten polityczny i strategiczny. Zastanówmy się zatem, jak Irak może wyglądać po przejęciu władzy przez siły "koalicji". Według amerykańskiej propagandy (a być może również według różowych prognoz, które lądowały do niedawna na biurku prezydenta Busha), niewielkie siły sprzymierzonych miały wywołać ogólne załamanie irackiego reżimu. Jak to obrazowo przedstawiał wiceprezydent Cheney, dyktatura iracka "złoży się" jak domek z kart. Wyzwalani muzułmanie mieli z uśmiechem na ustach i dziećmi na rękach obrzucać kwiatami przystojnych marines prujących w humveesach przez irackie autostrady. Dla zarejestrowania tych scen zwycięstwa armia wsadziła do jednostek reporterów z kamerami i wideotelefonami. W ciągu kilku dni po upadku Bagdadu, władzę miała przejąć sprawna amerykańska administracja okupacyjna. Po roku dobrze rządzony i rozwijający się gospodarczo kraj miał być gotowy do demokracji - wyborów reprezentatywnych dla etnicznej i religijnej mozaiki Iraku. Przed wojną Waszyngton podkreślał, że państwo irackie pozostanie w dotychczasowych granicach (dziś jakoś nie słychać tych zapewnień) i stanowić będzie przykład do naśladowania dla ludności całego regionu. Wolne od korupcji, dostatnio żyjące, wielokulturowe społeczeństwo irackie miało być antytezą pomysłów państwowych fanatyków islamskich i Al-Kaidy, miało być arabskim Berlinem Zachodnim, promieniującym aż het po Pakistan i Jemen. Opór, jaki najeźdźcy stawia irackie społeczeństwo, popsuł cały plan. Po raz kolejny okazało się, że polityka amerykańska przypomina słonia w składzie porcelany. Rosnąca liczba ofiar cywilnych (jeśli ktoś ciekaw, jak wyglądają rozłupane główki małych dzieci, może sobie je pooglądać na arabskich stronach internetowych) każe przypuszczać, że wojna partyzancka z Amerykanami trwać będzie jeszcze długo po "wyzwoleniu" Bagdadu. Nawet jeśli konflikt ograniczy się jedynie do Iraku, kraj ten stanie się - jak pisze Robert Parry w tekście "Bay of Pigs Meets Black Hawk Down" "Strefą Gazy" o rozmiarach Kalifornii. Do Iraku ściągać będą młodzi muzułmanie natchnieni nienawiścią świętej wojny, przeświadczeni o konieczności poświęcenia życia za braci Arabów i za wiarę w walce ze zbrodniczym i "niewiernym" okupantem. Z tygodnia na tydzień wojna staje się coraz bardziej brudna, można sobie więc wyobrazić, jak brudna będzie okupacja Iraku. Fakty mówią same za siebie. Polityka George'a Busha poniosła fiasko. Klęska iracka kładzie na szalę supermocarstwowy status Ameryki. Dlatego wojna będzie się nakręcać własną dynamiką. Nie ma już innego wyjścia... Pax Judeoamericana Cokolwiek by nie mówić o obecnej wojnie w Iraku, jedno jest pewne. Jest to wojna "nowego typu". W jednobiegunowym świecie, w którym po zimnowojennym mocowaniu na placu boju pozostał jeden gracz, historia powróciła do klasycznego imperialnego układu. Rule Britania, Britania rules the waves... chciałoby się zaśpiewać. Imperium nie musi udawać, że ma partnerów do rozmów. Stolica świata żąda współpracy i uległości. "Kto nie z nami ten przeciwko nam" - krzyknął imperator Bush, zapewne nie zdając sobie sprawy, że wcześniej podobną zasadą kierowali się bolszewiccy zbrodniarze, wybierając ludzi do syberyjskich transportów... (Ciekawe, że w Ewangelii św. Marka Chrystus mówi: "Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami"). Wojna nie jest o ropę i nie służy walce z terroryzmem, chodzi o nowy porządek świata. Ideolodzy imperium uznali, że nie można pozwolić, aby bezużytecznie rdzewiała potężna maszyna militarna, stwierdzili, że najwyższy czas zmienić świat. Większość owych ideologów to neokonserwatyści o silnych powiązaniach z lobby żydowskim w Ameryce. Wojna służy Izraelowi. Wojna pozbawi Palestyńczyków finansowego i politycznego poparcia. Będzie więc okazja do "nowego pokoju" w Palestynie. Strategiczne analizy rozważające taką ewentualność, opracowane jeszcze na początku lat 90., są powszechnie dostępne. Trudno się więc dziwić, że Rumsfeld i Powell ostrzegają Syrię oraz Iran. To są kolejne cele operacji, państwa te być może zostaną zaatakowane jeszcze przed całkowitym opanowaniem Iraku. Opanowanie większego obszaru umożliwiłoby bowiem nowy podział terytorialny, być może według demarkacji etniczno-religijnej, być może z jakimś państwem kurdyjskim i okrojonym bantustanem palestyńskim. Ryzyko operacji jest duże. Grozi wciągnięciem do wojny całego świata arabskiego, Chin i Rosji. W Waszyngtonie sądzi się jednak, że Rosja pozostanie "wrogoobojętna", resztę zaś będzie można zneutralizować przy pomocy arsenału nuklearnego. USA przyznały sobie prawo użycia broni nuklearnej "w przypadku zastosowania przez przeciwnika broni masowej zagłady". Nikt nie ma wątpliwości, że nie znalazł się jeszcze taki, który by z Waszyngtonem mógł wygrać na rakiety atomowe. Oczywiście, pozostaje kwestia amerykańskiej opinii publicznej. Oprócz grania na patriotyczno-nacjonalistycznej nucie, konieczne jest uświadomienie społeczeństwu konieczności ofiar. Jak to ujął Richard Perle, główny architekt wojny, do niedawna szef doradców ministra Rumsfelda, były dyrektor "Jerusalem Post" i członek rady Jewish Institute of National Security Affairs, jeśli "chcemy wygrać (mowa o Amerykanach), musimy być gotowi akceptować ofiary, w przeciwnym razie wygra ta strona, która gotowa będzie to uczynić". Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Perle był w latach 80. obiektem zainteresowania amerykańskich służb specjalnych w związku ze sprawą izraelskiego szpiega Jonathana Pollarda. Ideologia obecnej wojny depce idee Ojców Założycieli, nicuje je i równa z barbarzyństwem niegdysiejszego sowieckiego imperializmu. Ideologia ta prowadzi do rozbicia starego świata. Nowy wyłaniać się będzie w najbliższych miesiącach. Niestety, w tym przypadku, "nowy" nie znaczy "lepszy"... Rzeczy dziwne Dzieją się rzeczy dziwne. Ambasador ościennego i zaprzyjaźnionego mocarstwa skrytykował bez ceregieli politykę kanadyjskiego rządu federalnego i wyraził opinię, że premier powinien zaprowadzić większy zamordyzm w szeregach własnego aparatu, aby ukrócić antyamerykańskie postękiwania. Pomijając sam fakt, dlaczego stanowisko Kanady jest takie, a nie inne i dlaczego wielu wyszczekanych Liberałów bez ogródek krytykuje obecną administrację waszyngtońską, to wypowiadanie się w sposób bynajmniej nie zawoalowany i mało dyplomatyczny na temat konkretnych posunięć federacji (dlaczego nie zareagowała na wypowiedź ministra Dhaliwala, a skarciła za proamerykański list premiera Ralpha Kleina?) zasługuje, by ambasadora Cellucciego (kolega prezydenta Busha) wezwać na dywanik. Kanada i Stany Zjednoczone to suwerenne państwa i takich rzeczy mówić ambasadorom nie przystoi. Zresztą nie tylko ambasadorom. Zupełnie słusznie obruszono się niegdyś na Chretiena i niektórych jego ludzi, gdy podczas wyborów prezydenckich dawali niedwuznacznie do zrozumienia, że Gore byłby lepszym prezydentem od Busha. Takie ingerencje są niedopuszczalne. Kanada nie jest wasalem USA i pomimo wszystkich mankamentów, jej suwerenność winna być uszanowana. Jest wiele bardziej dyplomatycznych sposobów wyrażenia niezadowolenia Waszyngtonu wobec obecnego kursu kanadyjskiej polityki zagranicznej. Zresztą słowa ambasadora Cellucciego plasują się w głównym nurcie najnowszej szkoły amerykańskiej propagandy. Cellucci uderzył w czułą strunę i zagrał odrzuconego przyjaciela. Gdyby Kanada potrzebowała pomocy, gdyby była zagrożona, to Stany Zjednoczone bez mrugnięcia przyszłyby jej na pomoc - mówił ambasador - tymczasem niewdzięczni Kanadyjczycy pozostawili Amerykanów na lodzie, co więcej - niesłusznie ich krytykują i wytykają, że prezydent Bush jest nieco nierozgarnięty i ma mało polotu. Gdyby takie słowa padły 30 - 40 lat temu, być może miałyby sens. Dziś nowa doktryna wojny prewencyjnej zamieniła ze sobą agresora i obrońcę. Irak nie napadł na Stany Zjednoczone, a jego związki z zamachami z 9-11 i Al-Kaidą pozostają w sferze domniemywań. To Stany Zjednoczone wraz z kilkoma kolegami najechały na Irak, niby po to, by nieść wolność na gąsienicach czołgów. Wedle wszelkich pojęć znanych naszej cywilizacji z historii, ekspedycja amerykańska nie ma cech sprawiedliwej wojny obronnej i jest kolonialną awanturą. Fakt, że w tę awanturę zamieszany jest bliski znajomy i przyjaciel Kanady, dodaje gorzkiego smaku. To, że się wzajemnie lubimy, nie znaczy jeszcze, że musimy wspólnie chodzić na jabłka w cudzym ogrodzie. Chretien się postawił i dobrze. Z drugiej strony, ubolewać jednak wypada, że Kanada nie ma czym robić swej polityki zagranicznej, bo jest słaba militarnie. Mimo pokojowych deklaracji, Ottawa i tak dała Amerykanom nasze samoloty i okręty. To prawda, że w szeregach Partii Liberalnej jest wielu sztubackich, odruchowych lewaków, którzy antyamerykanizm wyssali z mlekiem matki, z drugiej jednak strony, amerykańska menażeria polityczna też ma wiele rarogów, którzy publicznie mówią obraźliwe bzdury. Nie wyciągajmy więc sobie brudnych skarpetek zza szafy, wszak jesteśmy na siebie geograficznie skazani. Do rzeczy dziwnych zaliczyć również wypada wiernopoddańczy list skierowany przez premiera Ontario Erniego Evesa do amerykańskiego ambasadora. Ernie pisze, że podziela rozczarowanie ambasadora z powodu kanadyjskiej polityki zagranicznej. Problem w tym, że politykę zagraniczną robi federacja i Eves powinien się ograniczyć do ogólnikowych komentarzy. Wygląda na to, że niektórym Kanadyjczykom zaczęły ze strachu drżeć łydki na myśl o "odwetowych" posunięciach Waszyngtonu. W niektórych kręgach ludzie się przyzwyczaili, że biznes łatwiej robić, wchodząc partnerom w miejsca, gdzie wzrok nie sięga, stąd i obecne "pisanie listów". Realnie zaś patrząc, stosunki kanadyjsko-amerykańskie to symbioza. Amerykanie też nas potrzebują, a raczej potrzebują naszego gazu, drewna, ropy naftowej, prądu etc. Zakorkowanie czy zamknięcie granicy amerykańskiej odbije się czkawką naszym wielkim braciom. Tym bardziej, że ostatnio nie mają zbyt wielu przyjaciół w świecie, a ich co poniektórzy byli koledzy otwarcie nawołują do bojkotu amerykańskiej produkcji. Owszem, to prawda, że my od nich jesteśmy bardziej uzależnieni gospodarczo niż oni od nas, nikt rozsądny z byle głupstwa nie strzela sobie jednak w palec u nogi. Tak więc, gdyby Ernie Eves miał nieco szersze horyzonty, to pewnie łydki by mu tak nie dygotały. Poza tym, tak na dobrą sprawę oni nie mają o co mieć pretensji. W kwestiach bezpieczeństwa blisko współpracujemy, w kwestiach gospodarczych bardzo blisko, to samo w sprawach militarnych. Jeśli o te ostatnie chodzi, to kanadyjskie siły zbrojne bardziej przyczyniają się do operacji wojskowej w Iraku niż tacy - powiedzmy - Włosi, o innych członkach w "koalicji" antyirackiej, w rodzaju Albanii czy Erytrei, nie wspominając. Wojna w Iraku nie leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Nawet bliski przyjaciel czasem bywa zaślepiony. Przyjaciele nie są wszak od tego, by sobie non-stop kadzić i prawić komplementy. Czasem trzeba mówić wprost gorzką prawdę. Ambasador Cellucci powinien to zrozumieć. W końcu jest przyjacielem samego prezydenta Busha... english.aljazeera.net Mówią, że jedną z pierwszych ofiar wojny jest prawda. Obecny konflikt nie stanowi wyjątku. Prawdę wyławiać trzeba z potoku celowej i przypadkowej dezinformacji, zderzając perspektywę amerykańską z europejską czy arabską. Podobnie jak w czasie pierwszej wojny CNN, dziś rolę "okna na świat wojny" spełnia katarska al-Dżazira - arabska telewizja satelitarna, której niedawno uruchomiony anglojęzyczny portal internetowy english.aljazeera.com jest notorycznie oblężony lub zhakowany. W Bagdadzie nie ma dziś dziennikarzy CNN (choć nadaje stamtąd medialny bohater poprzedniego konfliktu Peter Arnett, tym razem jednak jako korespondent... "National Geographic Explorer"), a terkocą satelitarne łącza al-Dżaziry. Zasadą stacji jest podawanie niewygładzonych i nieugrzecznionych opinii obu stron. Arabowie jeszcze do niedawna niezbyt ufnie podchodzili do katarskiego programu - po muzułmańskim świecie krążyły pogłoski, że jest to sprytny wkręt Żydów i USA. Dziś jednak al-Dżazira przyjęła na siebie rolę oczu i uszu wolnego świata. Widać już, że obecna wojna nie będzie sterylnym marszem na Bagdad, usłanym różami "wyzwalanych" Arabów. Obiegowa opinia w świecie arabskim, niezależnie od tego czy szyickim, czy sunnickim, głosi, że Zachód nie może nikogo do niczego wyzwolić, bo sam jest zniewolony przez "bezbożny konsumpcjonizm" i zmanipulowany przez syjonistów. Dla przeciętnego Araba atak na Irak pozostaje wojną kolonialną i "cywilizacyjną". Amerykańskie dzieci walczące na piaskach pustyni powoli zaczynają tracić złudzenia, gdy konfrontują na miejscu opinie wciskane im w koszarach. Miało być tak, że Saddam zostanie obalony rękami własnych pretorianów, a inwazja zadziała jako "detonator" irackiego niezadowolenia. A jest tak, że Irakijczycy jednoczą się dziś wokół krwiopijcy i satrapy, podobnie jak wygłodzony i zaszczuty naród rosyjski jednoczył się wokół generlissimusa w czasach tzw. Wojny Ojczyźnianej. Wojna będzie długa, zapowiada sekretarz Rumsfeld, co oznacza, że nie ma już dziś złudzeń co do postawy Irakijczyków i załamania reżimu. Długa wojna oznacza zaś recesję, możliwość przewrotów w krajach arabskich i zaangażowanie w konflikt tradycyjnych strategicznych przeciwników Ameryki. Słowem, zrobił się bigos i zapłonąć może niebawem cały region. Tymczasem jest rzeczą smutną i uwłaczającą, że wiarygodnych źródeł informacji szukać trzeba u Arabów, poza amerykańskimi mediami - do niedawna bastionem wolności słowa. Jak to się w życiu dziwnie plecie... Bez opadu szczęki Mieliśmy buzie rozdziawić w niemym zdumieniu. Generał Franks zapewniał, że postęp technologiczny, jaki dokonał się w jego armii od czasów pierwszej wojny w Zatoce, jest tak olbrzymi, iż zanim Irakijczycy odbezpieczą kałachy, już będą leżeć pokotem. Tak się nie stało. Mimo tych zapewnień armia iracka wciąż jest w stanie prowadzić zorganizowane działania i od czasu do czasu podgryzać i blokować nacierające wojska. Irakijczycy nadal "widzą", "słyszą", a co dla nich najważniejsze, nadają w TV. Na dodatek, ludność miejscowa, miast sporadycznie wzniecać powstania (jak to miało miejsce w Europie podczas wyzwalania od hitleryzmu) i witać kwiatami nacierających "wyzwolicieli", niewdzięcznie strzela do nich z karabinów, które dostała właśnie od krajowych ciemiężycieli. "Wyzwoliciele" widzą coraz wyraźniej, że bez potężnych i wcale niechirurgicznych uderzeń, może im być ciężko. Rozszerzenie zakresu wojny spowoduje jednak, że "wyzwalani" z jeszcze większą pasją będą strzelać do "wyzwalających". Do tego wszystkiego dochodzi komplikująca się sytuacja międzynardowa... Z pierwszych dni wojny wnioskować można, że Irakijczycy nie są tak dzicy, jakby się wydawało po obejrzeniu CNN, prowadząc wojnę asymetryczną, zrezygnowali z obrony granic i poprzestali na kąsaniu z doskoku. Wiedzą też doskonale, że wojna rozgrywa się również w sferze propagandy, a jakiekolwiek ciosy zadane "niezwyciężonym" "wyzwolicielom", podnoszą w górę serca wszystkich Arabów i jednoczą cywilizację islamską w antyamerykańskim spazmie. Na dodatek, liczne państwa konkurujące z USA zdecydowane są, by pod stołem pomóc nieco Saddamowi. To prawdopodobnie właśnie za sprawą takiej pomocy Irakijczycy nadal są w stanie "widzieć i "słyszeć", a być może również mogą zakłócać systemy naprowadzania rakiet i bomb "wyzwolicieli". Jeśli pomagali Rosjanie, to trudno znaleźć powód, dlaczego nie mogliby tego robić tradycyjnie antyamerykańscy Chińczycy. Za kilka dni "wyzwoliciele" powinni dotrzeć do Bagdadu i zobaczymy, co się stanie... Jedno jest pewne, wojna iracka toczy się w świecie, w którym wybiórcza kontrola informacji jest ledwie możliwa. W amerykańskiej TV nie można było usłyszeć, że żołnierz, który rzucił granaty do namiotów dowództwa w Kuwejcie, to Murzyn - muzułmanin, przeciwny wojnie; brytyjski Reuters podał jednak tę informację bez zająknienia. W czasie, gdy CNN bała się podawać nazwiska amerykańskich jeńców pokazanych w irackiej TV, nazwiska te od kilku godzin krążyły luźno po sieciach Internetu... Różne mogą być scenariusze obecnej wojny (jeśli ktoś ciekaw, proszę sobie obejrzeć jeden z nich pod adresem: http://www.idleworm.com/nws/2002/11/iraq2.shtml), pierwsze dni pokazały jednak, że przeciwnik Ameryki nie w ciemię jest bity. Czyja wojna? Historia znalazła się na zakręcie. Stany Zjednoczone napadły na Irak, mimo że większość cywilizowanego świata była temu przeciwna. Prezydent Bush wziął na siebie odpowiedzialność za dzieje ludzkości, wysuwając jedną z cegieł ukształtowanego po drugiej wojnie światowej porządku. Czy cała budowla runie? Trudno dziś powiedzieć. Jedno jest pewne. Obecnie Chinom będzie o wiele łatwiej usprawiedliwić zajęcie Tajwanu, Rosji podbój Czeczenii, a Indiom Kaszmiru. USA pokazały światu, że liczy się naga siła. Podczas spotkania na Azorach prezydent Bush nie krył, że rozpoczynająca się wojna jest pierwszą z wielu i nie wykluczył dalszego "porządkowania" Bliskiego Wschodu. Teoretycznie w imię demokracji, wolności i cywilizacji, praktycznie w imię eksploatacji. Widać to już chociażby na przykładzie Afganistanu, gdzie panuje stan "kontrolowanej anarchii" i trudno jest mówić o budowaniu instytucji państwowych. Oczywiście, zadaniem polityka z krwi i kości jest podejmowanie śmiałych decyzji, jest realizowanie koncepcji wynikających z silnych przekonań i wartości. Problemem obecnej wojny jest właśnie koncepcja, która się za nią kryje i wartości, które ona depce. Jeśli bowiem odrzuca się porządek międzynarodowy oparty o Organizację Narodów Zjednoczonych, to trzeba coś innego zaproponować, jeśli usiłuje się zabić lidera suwerennego kraju i obalić jego rząd, to trzeba w miarę rozsądnie wytłumaczyć, dlaczego się to robi. Tymczasem materiał dowodowy przeciwko Saddamowi Husajnowi jest - w najlepszym razie - poszlakowy. Podobne "dowody" można znaleźć na co najmniej kilkadziesiąt równie "chamskich" reżimów. No więc, dlaczego Husajn? Czy tylko dlatego, że jego usunięcie leży w bezpośrednim interesie Izraela? Wyciszany przez wielkie media, znany amerykański komentator Pat Buchanan twierdzi, że polityka zagraniczna Waszyngtonu została opanowana i zawładnięta przez grupę Amerykańskich Żydów o podwójnej lojalności - ludzi, którzy sądzą, że interesy Izraela i Stanów Zjednoczonych są tożsame. Buchanan ostrzega, że potężna i dostatnia republika została "uprowadzona" przez grupę agentów wpływu państwa, które tak na dobrą sprawę nie jest nawet wiernym sojusznikiem Ameryki. Pat Buchanan przypomina, że Izrael nie zawahał się uderzać w interesy amerykańskie, gdy tylko stały one na drodze jego celom. "Podczas wojny sześciodniowej Izrael wydał rozkaz przeprowadzenia wielokrotnych ataków na nieuzbrojony okręt USS "Liberty", zabijając 34 amerykańskich marynarzy i raniąc 171 innych. Strzelano nawet do tratew ratunkowych. Masakra ta nigdy nie doczekała się oficjalnego dochodzenia ani nie została ukarana przez rząd USA, co uznać można za akt narodowego tchórzostwa. Mimo że dajemy Izraelowi po 20 tys. dolarów na każdego żydowskiego obywatela, Izrael odmawia wstrzymania budowy nowych osiedli dla osadników, co jest przyczyną palestyńskiej Intifady. Lukud zaszargał nasze dobre imię w błocie i krwi Ramallah, ignorując prośby Busha o powściągliwość i sprzedał amerykańską technologię wojskową do Chin, w tym pociski Patriot, pociski Phoenix klasy powietrze-powietrze i myśliwce Lavi, oparte na technologii F-16. Jedynie bezpośrednia interwencja USA zapobiegła sprzedaży systemów wczesnego ostrzegania AWACS. Izrael zlecił Jonathanowi Pollardowi zagrabienie naszych tajemnic i odmawia zwrotu dokumentów, które pozwoliłyby ustalić, czy zostały one sprzedane Moskwie. Gdy Clinton starał się doprowadzić do porozumienia między Izraelem a Arafatem na Wye Plantation, Bibi Netanjahu (ówczesny premier Izraela - przyp. A.K.) usiłował jako cenę złożenia swego podpisu wyłudzić uwolnienie Pollarda (...) Czy w ten sposób postępują Brytyjczycy, nasi najbliżsi sojusznicy?" - pyta Pat Buchanan w tekście "Whose War?" zamieszczonym w marcowym numerze "The American Conservative" (http://www.amconmag.com). Większość cywilizowanego świata uznaje obecny atak na Irak za niesprawiedliwą wojnę. Długofalowe reperkusje tego stanu rzeczy mogą być opłakane. Jak zauważył Herb Dhaliwal, minister w rządzie premiera Chretiena, Bush zawiódł jako lider świata - amerykański prezydent nie okazał się mężem stanu gotowym przewodzić rodzinie narodów. Stany Zjednoczone, do niedawna ostoja wolności i demokracji, nigdy w historii nie były tak wyizolowane jak dziś. Kanada jest krajem uzależnionym od USA jak cielę od mleka. Dobrze się stało, że pozostajemy poza wojną. Nasz udział, jak i brak udziału ma wyłącznie symboliczne znaczenie, zaś praktycznie rzecz biorąc, kanadyjskie okręty wojenne i tak stanowią część koalicyjnej armady na Bliskim Wschodzie. Doświadczenie obecnej wojny powinno nauczyć Ottawę, że aby kształtować politykę międzynarodową, trzeba mieć atuty - przede wszystkim zaś trzeba mieć armię. Bez budowy sił zbrojnych o potencjale zbliżonym do brytyjskiego trudno liczyć na poszanowanie naszej suwerenności, zwłaszcza w czasach, w których dyplomację zastępują lufy i bomby. Kanadyjska opozycja ostrzega, że nie idąc na wojnę bliskowschodnią opuściliśmy przyjaciela w potrzebie. Jest jednak inaczej. To ów przyjaciel nas opuścił, jednym ruchem przekreślając porządek międzynarodowy i system bezpieczeństwa, który ochrzciliśmy wspólnie krwią podczas II wojny światowej i pobierzmowaliśmy broniąc Korei w latach 50. My nie zdradziliśmy wartości naszej cywilizacji, administracja amerykańska - tak. Gdzie ten Gdańsk? Posłów brytyjskiej Izby Gmin ogarnęła śmiechawka, gdy premier Tony Blair wymienił Polskę jako ważny element koalicji antyirackiej... Mimo to sprawa bynajmniej nie jest wesoła. Polska, wbrew własnej konstytucji i wbrew prawu międzynarodowemu, przyłączyła się do wojny "prewencyjnej" przeciwko Irakowi, na dodatek formalnie jej nie wypowiadając. Aby podgrzać wojenne nastroje polskiej ulicy, kilkakrotnie publicyści, a następnie sam prez. Kwaśniewski przypomnieli, jak to w 1939 roku nasi sojusznicy nie chcieli "umierać za Gdańsk". Rafał Ziemkiewicz, publicysta "Wprost" i "Gazety Polskiej", dostrzegł dzisiejszy "Gdańsk" w Izraelu: "Mogę tylko powiedzieć dziś Żydom: ?witajcie w klubie=, bo przecież tak samo i my musieliśmy wysłuchiwać, że przez Gdańsk wywołaliśmy wojnę". Gdzie widzi "Gdańsk" prezydent Kwaśniewski, trudno się wyznać. W kilkanaście dni po Ziemkiewiczu Kwaśniewski tłumaczył się z podjęcia decyzji o wysłaniu polskich oddziałów, stwierdzając: "Polska nigdy nie była za rozwiązaniami wojennymi i nie będzie. Jesteśmy narodem, jesteśmy państwem, któremu pokój leży najgłębiej na sercu, ponieważ w naszych dziejach zbyt często byliśmy ofiarami wojen, zaborów, nieszczęść, gwałtu, terroryzmu (...) My wiemy, jakie są gorzkie doświadczenia wielu wojen, wiemy, co oznacza, gdy obojętność towarzyszy chwilom takiego zagrożenia, jakie Polska przeżywała w 1939 roku. Pamiętamy tych, którzy wtedy nie chcieli umierać za Gdańsk, i pamiętamy skutki tamtych decyzji". Poszukując "Gdańska" i szukając podstawy dla porównania Saddama Husajna do Hitlera, dotarłem do przemówień tego ostatniego z września 1939 roku. Wynika z nich, że agresja Niemiec hitlerowskich na Polskę to... wojna prewencyjna, wymuszona na Niemcach przez "polskich terrorystów", którzy "mordują mniejszość niemiecką i wzniecają chaos na granicy"! Z przemówień Hitlera (po angielsku na stronach Yale University http://www.yale.edu/lawweb/avalon/wwii/gpmenu.htm) jednoznacznie wynika, że Niemcy to miłujący pokój naród, któremu wredni Polacy nie przestają robić krzywdy (na różne sposoby). Dlatego w ramach obrony przed polską agresją trzeba było wreszcie "odpowiedzieć strzałami na polskie strzały"... Powojenny system ONZ został ustanowiony właśnie po to, by nie dopuścić do "wojen prewencyjnych". Jeśli usprawiedliwimy taką wojnę, usprawiedliwimy każdą napaść i my, Polacy, powinniśmy to wiedzieć na przykładzie własnej historii. Tymczasem pozwalamy, by do trumny starego porządku dobito polski gwóźdź. Co robić (III) No i wreszcie gospodarka. Klucz do tego wszystkiego. Polska musi być krajem producentem. Między bajki można włożyć pomysły, że polska turystyka, czy sektor usługowy pozwolą podźwignąć się krajowi - te mogą jedynie pomóc. Jesteśmy na początku drogi do dobrobytu, dlatego należy brać przykład z krajów, które niedawno tą drogą szły - jak np. Malezja, drzazga w oku wszystkich ekspertów Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Po pierwsze, polityka monetarna - fundament nowoczesnej gospodarki. To właśnie przez tę politykę Balcerowicz doprowadził do ruiny pokomunistyczny przemysł. Kurs złotego jest zawyżony od samego zarania reform, a ponadto wielce podatny na fanaberie kapitału spekulacyjnego. Dziś jedynym wyjściem jest podwiązanie wartości złotego do koszyka walutowego uwzględniającego różne poziomy inflacji tak, jak to miało miejsce w Izraelu z szeklą. Poziom waluty musi promować polski eksport i podrażać w import konsumpcyjny. Kraj, w którym jest 20-procentowe bezrobocie nie może sobie pozwolić na tworzenie miejsc pracy u obcych. Polak musi konsumować to, co polskie - przynajmniej do czasu. Druga rzecz - ułatwienia w handlu przygranicznym, chodzi o to, by inwestorom opłacało się lokować zakłady produkujące na eksport do RFN w strefie przygranicznej. Trzecia rzecz - kodyfikacja przepisów praw biznesowego - uproszczenie ich, uproszczenie rozliczeń podatkowych, ograniczenie lub likwidacja VAT-u, te same prawa dla kapitału polskiego co obcego, zwolnienie od podatku inwestycji w produkcję; kraj musi postawić na drobną wytwórczość, tylko w ten sposób dorobimy się dużych polskich fabryk. Czwarta sprawa: ujednolicenie wszystkich emerytur - wysokość państwowej emerytury jednakowa dla wszystkich emerytów. Zmniejszenie czasu ochrony patentowej leków zagranicznych w Polsce - promowanie produkcji tanich podróbek. Piąta rzecz - wprowadzenie podatku liniowego przy jednoczesnym zaostrzeniu kar dla oszustów, złodziei i defraudantów. Stworzenie kolonii karnych. W odczuciu społecznym kradzież, oszustwo, defraudacja i łapówka muszą przestać się opłacać i powodować natychmiastowe napiętnowanie, jako antypolskie. Szósta - podjazdowa "wojna" gospodarcza. Aktywna promocja polskich interesów gospodarczych za granicą, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata, Azji i Ameryce Południowej, np. wypieranie francuskiego zboża z rynków arabskich, a chińskiej broni z rynków afrykańskich. Siódma - zbudowanie od podstaw kontrwywiadu z prawdziwego zdarzenia - wariant zero. Właściwe zabezpieczenie polskich transmisji tajnych, identyfikacja agentów obcych wywiadów, w tym "agentów wpływu" innych państw. Ósma - patriotyczne wychowanie młodzieży, odnowa skautingu jako organizacji paramilitarnej. Dziewiąta - reforma wojska - zawodowa niewielka i supermobilna armia uzbrojona po zęby i powszechne obywatelskie szkolenie wojskowe na wzór Szwajcarii. Niniejszym kończę cykl "Co robić?". Naród raz obudzony, z łatwością znajdzie odpowiedź na to pytanie.
Cichutko zapłakać Już w czasie wyborów wewnątrzpartyjnych widać było, że Ernie Eves nie jest człowiekiem, który może tchnąć w ontaryjskich torysów nowe życie. Z ery późnego Harrisa, cechującej się charakterystycznym "zmęczeniem" premiera, partia rządząca wkroczyła w okres miałkiego, nijakiego Erniego Evesa, polityka bez mocnego kręgosłupa ideologicznego, bez silnych przekonań. Gdyby polityka sprowadzała się do tego co dziś robi Ernie Eves - czyli do bacznego monitorowania wyników badań opinii publicznej - to prawdopodobnie zamiast rządu, moglibyśmy mieć komputerowego politycznego autopilota, który codziennie rano rozwiązywałby wszystkie problemy na podstawie automatycznych sondaży przeprowadzonych dzień wcześniej. Wybierając Erniego Evesa konserwatyści zarzucili sobie pętlę na szyję, a najbliższe wybory wykopią im stołek spod nóg. Eves nie tylko, że nie broni i nie kontynuuje polityki Mike'a Harrisa, ale jeszcze ją odkręca. Czym się takie odkręcanie kończy, widać dokładnie po prywatyzacji sektora energetycznego. Przeprowadzona połowicznie i bez wiary w sukces spowoduje ona, że za prąd wszyscy zapłacimy jak za woły. Rząd Evesa zaczyna coraz bardziej przypominać kotkę na gorącym blaszanym dachu. Premier miast rządzić i wskazywać kierunek, urządza narady i konsultacje społeczne. Fakt konsultowania (zważ Czytelniku, że są to zawsze konsultacje z wpływowymi lobby i grupami interesów) nowej "Mowy od Tronu" jest tak beznadziejny, że aż smutny. To tak, jakbym ja - Drogi Czytelniku - przed napisaniem tekstu dokonywał sondy ulicznej pytając, o czym by tu dziś napisać... Żenujące. Jeszcze bardziej żenujące, że budżet nie będzie ogłoszony w legislaturze, tylko przez telewizor. Facet najwyraźniej pogrąża się i nie może się zdobyć na jasne myślenie. Jak to mówią, wszystko ma początek i swój koniec. Ernie Eves jest końcem partii konserwatywnej w Ontario, przynajmniej tej, która jest w stanie skutecznie rządzić. Co nam pozostaje? Sądząc z pobieżnej oceny tego, co dziś mamy na arenie politycznej - cichutko zapłakać. Po raz pierwszy - co do znudzenia podkreślają komentatorzy - wybory będą w trójkącie Partia Liberalna, Parti Quebecois i najmłodsza - Action democratique du Quebec. Ta ostatnia ma ciekawy program ekonomiczny. Gdyby z politycznej debaty w Quebecu zdjąć problem separatyzmu, to okaże się, że zarówno PQ, jak i Liberałowie prezentują dość czerwony socjalizm, zaś ADQ wyrasta na jedyną polityczną apologetkę wolnego rynku i zdrowego rozsądku. ADQ postuluje m.in. odchudzenie napompowanej do granic wytrzymałości biurokracji Quebecu. Jeśli przywódca Akcji, Mario Dumont, nie zostanie premierem (na co specjalnie się nie zanosi) to z pewnością w trójkątnym układzie pełnił będzie rolę języczka u wagi. Spełnienie choć części postulatów ADQ może jedynie wyjść Quebecowi na zdrowie. Prowincji tej nie było bowiem dane zasmakować oczyszczającego ognia reform zdroworozsądkowych, jakie zaaplikował Albercie Ralph Klein, Ontario Mike Harris, a dziś aplikuje Kolumbii Brytyjskiej Gordon Campbell... Quebec piszczy pod jarzmem podatków i gdyby nie różnego rodzaju federalne wsparcia, byłoby tam cienko. Bardzo mnie cieszą zapewnienia ministra spraw wewnętrznych o właściwym zabezpieczeniu antyterrorystycznym. Są to zabiegi z dziedziny "wychowania obywatelskiego" - ach śpijcie obywatelu spokojnie, ministerstwo nad Tobą czuwa... Szczerze powiem, że dla pewności chciałbym się czegoś konkretnego o tych zabezpieczeniach dowiedzieć. Tu jednak jest problem, w ministerstwie tłumaczą bowiem, że nie można zbyt szczegółowo, bo terrorysta weźmie i podsłucha... Licho nie śpi. Dlatego zachowaj czujność - cicho, sza! Uwierzyłbym w te słowa, gdyby nie pewna zabawa. Otóż jeżdżąc przez miasto zastanawiam się co by tu można wysadzić albo zasabotować. Pomysłów mam bez liku. Ku mojemu zdumieniu są one wyjątkowo proste... Proszę sobie na przykład wyobrazić zsynchronizowane zdetonowanie w godzinach szczytu cystern z benzyną na wylotowych autostradach, zatkanie miasta, a następnie puszczenie od środka jakichś żółtawych smrodów - panika gwarantowana - miasto unieruchomione na trzy dni... Dalej nie będę kombinował, bo jeszcze kto podsłucha... Kanada usiłuje uratować ONZ. Wygląda jednak na to, że jest to reanimacja trupa. Jeśli największe mocarstwo świata butnie stwierdza, że albo ONZ będzie pisać pod jego dyktando, albo "do widzenia", to przepraszam, ale jest to koniec systemu bezpieczeństwa stworzonego po II wojnie światowej w nadziei na uchronienie przyszłych pokoleń przed trzecią. Po prostu ONZ nie ma już znaczenia. W doktrynie Busha - "kto nie jest z nami, jest przeciwko nam" nie ma miejsca na ONZ. Roma locuta causa finita! Co robić? (II) Zacznijmy od polityki. Kluczem do podniesienia Polski jest uzdrowienie demokracji. Zmiana konstytucji, jednomandatowa, większościowa ordynacja wyborcza, możliwość plebiscytowego odwoływania posła (w obecnej konstytucji zapisane jest czarno na białym, że poseł nie reprezentuje wyborców, lecz "naród"). Do zmian, do odebrania Polski z rąk sitwy, doprowadzić może jedynie szeroki ruch polityczno-społeczny - Ruch Narodowy, lub coś o podobnej nazwie. Zmiana konstytucji i ordynacji wyborczej to niezbędny fundament nowego porządku, który odsunie od władzy znaczną część obecnych elit. Nie będzie to łatwe, ale jest możliwe! Ruch Narodowy musi się oprzeć na ludziach młodych. To oni zawsze stanowią zaczyn wielkiej przemiany. RN musi zgarnąć młodzież z blokowisk, ze stadionów, bezrobotnych z małych miasteczek, musi dać nadzieję na poprawę egzystencji na wsi, musi przekraczać bariery środowiskowe, interesy miasto-wieś, być ponad grupy zawodowe, musi formułować podstawy ogólnonarodowego dobrobytu na zasadzie narodowej solidarności! To po pierwsze. Po drugie, ruch musi zyskać poparcie nowych elit Polski - młodych, wykształconych Polaków, tych wszystkich, którzy dziś czekają tylko na koniec studiów, by skończyć "przygodę z Polską" i rozejrzeć się za jakąś wizą. Nowy ruch musi dać im wszystkim ochotę na tę prawdziwą "przygodę z Polską", nadzieję na sukces we własnym kraju! Musi odsunąć ich od kompradorskich pokus służby obcym interesom i pokazać, że jako przywódcy gospodarczy i polityczni własnego narodu mają o wiele więcej do zyskania. Ponieważ na początku ruch taki nie będzie dysponował wielkonakładową prasą i środkami przekazu, oddziaływać musi przez całą gamę tradycyjnych i skutecznych metod komunikacji; od obecności na listach czatowych Internetu, ofensywę w mediach alternatywnych, po ulotkowanie wiejskich dyskotek, podmiejskich pociągów wiozących ludzi do pracy. Na to nie trzeba milionów dolarów - trzeba zaangażowania i woli działania tysięcy młodych ludzi (o finansach później). Zjednoczenia społeczeństwa, wydobycia jego siły może dokonać jedynie idea narodowej solidarności i czytelnie określająca zagrożenia Polski. W dobie globalizmu liczy się popieranie ludzi własnej nacji - to główne przykazanie. O jego skuteczności nie trzeba chyba nikogo przekonywać - proszę popatrzeć na siłę lobby żydowskiego w Ameryce, skuteczność syjonistycznej polityki w Izraelu czy działalność chińskich sieci "bambusowych". Nowoczesny ruch musi podnieść z ziemi wzrok Polaków, musimy się wzajemnie polubić i uwierzyć w siebie. Jesteśmy narodem o dużych tradycjach i bogatej historii. Jesteśmy się w stanie podnieść. Potrzebujemy do tego ożywienia narodowego ducha i wiary w przyszłość. Potrzebujemy inspiracji. Fiasko obecnej polityki staje się oczywiste. Nowy ruch może stać się siłą polityczną zdolną wyartykułować społeczne niezadowolenie, przemienić je w pozytywne działanie, nie dopuścić, by rozeszło się po kościach, by różnego rodzaju "wentyle bezpieczeństwa" wmontowane w system społeczny przez dzisiejsze sprzedajne elity, rozładowały napięcie... Jaki program dla nowej Polski? O tym w przyszłym tygodniu... Co robić? Coraz więcej głosów domaga się w Polsce jakiejś radykalnej zmiany, odcięcia się od dramatu, do jakiego doprowadziły rządy klik i Balcerowicza, reformy politycznej (chociażby poprzez zmianę ordynacji wyborczej) i gospodarczej. Na to wszystko nakłada się kampania pro- i antyunijna. To właśnie konieczność reformy jest jednym z głównych argumentów przeciwko przystępowaniu do UE na wynegocjowanych warunkach i przy obecnym rozgardiaszu. Jak podźwignąć dziś Polskę? Co robić? Zacznijmy od tego, co trzeba było zrobić zaraz po wyjściu z komunizmu (oczywiście oprócz dekomunizacji i rozliczenia co większych czerwonych bandziorów). Nieprawdą jest, że Polska czy Polacy nie mieli kapitału. Polacy mieli domy, mieszkania, ziemię, gospodarstwa rolne, zakłady przemysłowe, budynki biurowe etc. Jak można mówić, że nie było kapitału? Po zreformowaniu systemu bankowo-finansowego, wprowadzeniu zapisów hipotecznych reprywatyzacji (czyli oddaniu zagrabionego) można było ten kapitał uwolnić na nowe inwestycje. Pieniądze tworzą banki. Jeśli ktoś dostaje 100 tys. zł kredytu, to znaczy, że powstaje 100 tys. zł... Kolejny krok to stworzenie korzystnego klimatu do inwestycji kapitałowych (stworzono tymczasem klimat do konsumpcji - hurtownie powstawały jak grzyby po deszczu) - znaczne opodatkowanie konsumpcji przy jednoczesnym zwolnieniu inwestycji od podatków. Zwolnienie od podatków dodatkowych zarobków etc. I dalej: opracowanie zasad udziału kapitału zagranicznego w polskiej gospodarce, jawny program prywatyzacyjny poprzedzony inwentaryzacją polskich zakładów. Agresywne poszukiwanie rynków zbytu dla polskiej produkcji. Szeroka kampania promocji Polski... Oczywiście stało się inaczej, ponieważ polskie przemiany zostały przygotowane przez złodziejską elitę polityczną, której interes grupowy przesłonił troskę o dobro wspólne; która nie potrafiła zrozumieć, że przedkładając doraźną kradzież nad dobro narodu, wyrządza krzywdę własnym dzieciom... Być może te dzieci odziedziczą tyle pieniędzy, że nigdy nie będą już musiały pracować, ale jednocześnie będą wstydzącymi się Polski obywatelami rozbabranego kraju... W tym samym czasie polskie elity niepodległościowe nie wydały z siebie żadnego realnego programu gospodarczego. Kluczem do rządzenia jest gospodarka, tymczasem niepodległościowcy, oprócz mniej lub bardziej szumnych haseł i hasełek, nie potrafili urodzić programu reformy gospodarczej. To ich po prostu nie interesowało! Nie dość, że rozbici i skłóceni, to jeszcze przez pierwszą dekadę lat 90. wpatrzeni byli w Balcerowicza jak cielę w malowane wrota. Gdy gardłowali w Sejmie o górnolotnych banialukach, pod zasłoną dymną wolnorynkowych reform rozgrabiano im pod bokiem Polskę, niszczono dorobek kilku pokoleń... Co robić? W czwartek ciąg dalszy... Bez osikowego kołka Właśnie minęła 60. rocznica śmierci Hitlera, 53 procent Niemców uważa, że odegrał on pozytywną rolę w historii ich kraju... Na grobie Adolfa Hitlera mieszkańcy Niemiec składają kwiaty. Przedstawiciele partii hitlerowskiej otwarcie demonstrują w Berlinie, wierni do śmierci generałowie w historycznych mundurach salutują wodzowi. Szerzy się kult byłego "ojca narodu", swastyki radośnie powiewają na sztandarach, miliony ludzi... Oczywiście, to nieprawda. Tak się nie dzieje. Gdyby tak było, Niemcy stałyby się pariasem sekowanym przez całą wspólnotę międzynarodową. Za to w Rosji kult Stalina szerzy się w najlepsze i nikomu to nie przeszkadza! Nikomu nie przeszkadza, że jeden z największych masowych morderców w historii spoczywa w alei zasłużonych, a państwo rosyjskie do dziś każdego dnia składa mu na nagrobku pąsową różę. Trup Stalina leży w grobie bez osikowego kołka. Jeśli podliczymy ofiary, to okaże się, że Stalin zdołał wykończyć więcej milionów niż Hitler, jeśli opiszemy rozmiary komunistycznego Holokaustu, to okaże się, że była to zagłada obejmująca pół świata i kilkadziesiąt nacji. Nieludzka ziemia stalinizmu opisana została przez setki świadków. W czasach zimnej wojny literatura ta była od czasu do czasu nagłaśniana, dziś rzadko się o niej przypomina, rzadko cytuje. Takie prace, jak "Czarna księga komunizmu", są przechowywane w bibliotekach w pojedynczych egzemplarzach. W szkolnych programach nauczania nie ma prawie nic o zagładzie milionów ludzi pochłoniętych przez stalinowską gehennę. W życiu publicznym daje się wyczuć szczególny rodzaj "konkurencji" - wpływowi ludzie zabiegają o to, aby przypadkiem zgotowany przez Stalina Holokaust nie przesłonił hitlerowskiego. Tymczasem bez wspólnego potraktowania obu totalitarnych tragedii, i tej bolszewickiej i tej hitlerowskiej, niemożliwa jest obrona człowieczeństwa i wolności. Fakt, że zamordowanie niemal stu milionów ludzi zamiata się pod dywan, każe z niepokojem patrzeć w przyszłość. Głośniej słychać dziś głosy domagające się osądzenia "łamaczy praw człowieka" z różnych egzotycznych krajów, niż apele o osądzenie zbrodniarzy komunizmu. 90-letniego francuskiego kolaboranta hitlerowców ciąga się po sądach, a o wiele żwawsi zbrodniarze sowieccy spokojnie opowiadają prawnukom historyjki o "bohaterskiej młodości". Ofiary komunizmu umierają bez testamentu, bo nie mają największych światowych gazet i stacji telewizyjnych. Stalinizm pozostaje nierozliczony, oprawcy niewinnych ludzi, w rodzaju bolszewickiej prokuratorki Heleny Wolińskiej, cieszą się zachodzącym słońcem życia. Dlaczego tak jest? Napisałbym, ale się boję.
Co się stało? Pewien mój doświadczony przez życie przyjaciel twierdzi, że do myślenia zdolne jest 5 proc. ludzi, "a reszta to bydło". Pogląd ten stanowi jeden z zadziorów naszych wzajemnych dyskusji, jako że wedle moich obserwacji, "w każdym człowieku jest człowiek", i nawet "wioskowy" idiota - jeśli tylko dźgnąć go w czułą część mózgu - jest w stanie używać szarych komórek. Dziś wygląda na to, że prowojenna propaganda Waszyngtonu kierowana jest właśnie do "wioskowego" idioty. Kupy się ona nie trzyma, prostych testów logicznych nie wytrzymuje, a mimo to z namaszczeniem i bez zająknienia powtarzają ją ludzie o całkiem inteligentnych twarzach. Prowojenny arsenał propagandowy oparty jest na kilku "prawdach", upichconych naprędce i bez troski o szczegóły. Czasem aż śmiech człowieka bierze... I tak na przykład prezydent Bush zapewnia, że amerykańskie czołgi przyniosą wolność i demokrację do Iraku, tak jak przyniosły demokrację Niemcom w 45 r... Założę się o stówę, że jeśli po wojnie w Iraku będzie prawdziwa demokracja, to w wyborach szansę będą mieli jedynie ludzie zionący nienawiścią do USA. Gdyby w Niemczech była po wojnie demokracja (a nie denazyfikacja), to władzę objęłaby tam NSDAP (mimo przegranej wojny). To tak na marginesie. Podobnie kupy nie trzyma się argument, że "nie można obłaskawiać dyktatorów, bo marnie się to kończy" - o czym ma rzekomo świadczyć... układ z Monachium i obłaskawianie Hitlera przez mocarstwa zachodnie. "Gdzie Rzym, a gdzie Krym"? - ja się pytam. Czy też: "co ma piernik do wiatraka". Jeśli Irak jest III Rzeszą, to ja jestem Nadieżda Krupska. Ze względu na szacunek do inteligencji P.T. Czytelników pozwolę sobie nie wyłuszczać dalej moich argumentów... W Ameryce ludzi inteligentnych nie brakuje. W wiosennym numerze wojskowego kwartalnika "Parameters" ("US Army War College Quarterly, The United States Army's Senior Professional Journal"...) pod adresem http://carlisle-www.army.mil/usawc/parameters/ znaleźć można ciekawy tekst o tzw. doktrynie Busha. Autor, Jeffrey Record, pisze: "Administracja do tej pory nie przedstawiła dowodów łączących Husajna z 9/11, ani przekonywających dowodów powiązań operacyjnych Al-Kaidy z Irakiem. Zarówno Saddam Husajn, jak i Osama bin Laden nienawidzą Stanów Zjednoczonych, ale ten pierwszy jest świeckim dyktatorem wzorującym się na modelu stalinowskim, człowiekiem, który nigdy nie zawahał się mordować islamskich mułłów, podczas gdy ten drugi jest religijnym fanatykiem, który uważa świeckie władze arabskie za bluźnierstwo.(...) Jeśli doktryna Busha ma za zadanie zapobiegać pożenieniu broni masowego rażenia z terroryzmem, to czy nie powinna się przede wszystkim skoncentrować na zniszczeniu słabo zabezpieczonych magazynów tej broni w byłych państwach sowieckich? (...) Istotą naszego zagrożenia jest Al-Kaida, a nie Irak. Amerykańska wojna przeciwko Irakowi nieuchronnie odwróci uwagę strategiczną i środki militarne nie tylko od coraz bardziej pogarszającej się sytuacji w Afganistanie i tropienia Al-Kaidy, ale również od wciąż trudnych do zaakceptowania niedostatecznych zabezpieczeń wewnętrznych Ameryki". Autor dowodzi, że atak na Irak nie tylko, że nie leży w interesie Ameryki, ale też dokona się kosztem olbrzymiego uszczerbku tychże interesów. Wypada zatem zapytać, w czyim interesie administracja prezydenta Busha prowadzi politykę zagraniczną? Aby dodać całej sprawie pikanterii, warto przytoczyć słowa George'a W. Busha wygłoszone podczas kampanii prezydenckiej w 2000 roku: "Nasz naród w kategoriach potęgi pozostał sam na placu boju. Dlatego musimy okazać pokorę i egzekwować naszą siłę w taki sposób, aby promować wolność. Jeśli będziemy aroganckim narodem, będą nas tak odbierać, ale jeśli będziemy pokornym narodem, będą nas szanować"... Co zatem takiego stało się z prezydentem USA, że w 2003 roku zapomniał lekcji, których sam udzielał w 2000 roku? Takie oto pytanie powinno nam dziś przeszywać mózgi...
Nie wyrzucać siłą Federalny minister transportu David Collenette poszedł po pomysł do głowy i przedstawił we wtorek wizjonerski plan zaradzenia komunikacyjnym bolączkom Kanady - zwłaszcza zaś kanadyjskich aglomeracji. Tam to bowiem robi się prawdziwie tłoczno. Przy okazji minister zachwalał brytyjski eksperyment pobierania myta za wjazd do centrum Londynu w godzinach szczytu. Ponoć jest to nasz wzór do naśladowania. Pobieranie opłaty za wjazd autem do centrum w takim Toronto z pewnością zmniejszy zatory i skieruje wielotysięczne rzesze do komunikacji miejskiej - uważa minister. Wizja ta ma jednak pewien feler. Otóż, miasta amerykańskie zasadniczo różnią się urbanistyczną dynamiką od tradycyjnych metropolii Europy. W Ameryce istnieje naturalna samoregulacja. Jeśli dojazd do centrum staje się nieznośny, to firmy i ludzie wynoszą się na obrzeża. Jest to zjawisko, które w resorcie komunikacji uważają za szkodliwe - bo skłania mieszkańców do coraz dalszych podróży. Jaka zatem będzie konsekwencja wprowadzenia myta na drogach wiodących ku śródmieściu? Ano taka, że proces ucieczki z centrum przyspieszy się. Ci, co muszą zostać, zostaną, a cała reszta przeprowadzi się do przestronnych biurowców w satelitarnych osadach aglomeracji. Co za tym idzie, środek miasta będzie miał jeszcze mniejsze dochody podatkowe niż ma teraz i jeszcze nachalniej wyciągał będzie rękę po prowincyjne i federalne pieniądze. Rozwiązaniem, które może poprawić sytuację jest rozwijanie sensownego transportu publicznego, będącego w stanie konkurować z samochodem. Zamiast siłą wyrzucać ludzi zza kierownicy dajmy im rozsądną alternatywę. Jaką? Szybką kolej miejską zintegrowaną z systemami komunikacji publicznej w całej aglomeracji oraz z metrem. Rozłożyste kanadyjskie miasta doskonale nadają się do tego, by wzdłuż i wszerz puścić w nich kolejkę. Miejsca jest dosyć, tylko niestety żaden światły urbanista nie uwzględnił tego w planach rozwoju. Głównym kłopotem komunikacyjnym Toronto jest terytorialne poszatkowanie; fakt, że systemy komunikacyjne Mississaugi, Oshawy czy Vaughan funkcjonują oddzielnie. Sam chętnie jeździłbym "do miasta" (mieszkam w Mississaudze) kolejką - takim np. GO. Co z tego, skoro nijak mi się to nie kalkuluje, na dodatek kolejka chodzi jedynie w godzinach szczytu i to w jedną stronę: rano - "do", a po południu - "z" miasta. Poza tym, zamiast wjeżdżać w tunele metra i podwozić mnie tam, gdzie najwygodniej, muszę telepać się od torontońskiego dworca centralnego... Tkwienie za kierownicą naprawdę nie należy do najlepszych sposobów wykorzystania czasu, w takiej szybkobieżnej kolejce można poczytać, pogadać, poobserwować krajobraz, pobłądzić myślą po twarzach pięknych kobiet, etc. Czemu zatem nikt dziś nie inwestuje w szybką kolej? Dlaczego żadne prywatne konsorcjum się za to nie zabiera? Bo najpierw trzeba przejść przez prawdziwą administracyjną odyseję - poprzedzierać się przez dżungle przepisów, konsultacje społeczne, załatwić pozytywnie ocenę oddziaływania ekologicznego... Pół biedy gdy mamy za plecami rządowe poparcie (jak to było przy okazji budowy autostrady 407), jeśli zaś towarzyszy nam obojętność władzy, to marny nasz los. Arterię cztery lata temu sprzedał rząd Harrisa. Dziś okazuje się, że przynosi ona (w prywatnych rękach) coraz większe dochody. Ontaryjska opozycja zaczęła krzyczeć, że Harris sprzedał złotojajową nioskę. Czy aby naprawdę? Śmiem twierdzić, że pod państwową kuratelą 407 przynosiłaby straty... Czy jest za droga? Dla mnie tak i dlatego przejechałem tamtędy może cztery razy. Sądząc jednak po wciąż rosnącej liczbie aut sunących betonowymi pasami, komuś jednak musi się to opłacać - i na tym polega urok równowagi popytu i podaży. Mam też nadzieję, że dochody uzyskane z myta pozwolą obecnym właścicielom na budową kolejnych autostrad. Im więcej nowych płatnych dróg w okolicy tym lepiej - odciąża to bowiem te, po których jeżdżą sknerzy tacy jak ja. Mierzi mnie jednak niepomiernie, gdy słyszę propozycję wprowadzenia myta na autostradach wybudowanych z podatków. Bo niby jakim prawem? Kanadyjska propozycja mediacyjna w ONZ okazała się niewypałem. Ottawa usiłowała rozpętać kampanię dyplomatyczną, dzięki której można by uratować spójność ONZ. Po raz kolejny jednak wyszło na jaw, że nie mamy żadnych atutów w ręku. Zresztą w środowym przemówieniu prezydent Bush jednoznacznie dał do zrozumienia, że tak po prawdzie to chodzi mu o "demokratyczną" kolonizację świata arabskiego. Owa odgórna demokratyzacja kojarzyć się może wyłącznie z ideologią dawnych kolonizatorów, którym wydawało się, że na bagnetach niosą ciemnym Murzynom cywilizację, higienę i zbożne instytucje zachodniej kultury. Jaki był tego efekt - można poczytać w podręcznikach historii. Jeśli Waszyngton uważa, że bombardowania najlepiej szerzą demokrację i przekonują do wartości zachodniego świata... to mnie powoli zaczyna ogarniać zgroza w czystej postaci.
Dzwoń, dzwoń dzwoneczku... Trudno o bardziej istotny kierunek polskiej polityki zagranicznej niż Ukraina. Zbudowanie sojuszu polsko-ukraińskiego od dawna obecne jest w nowoczesnej polskiej myśli politycznej. O federacji wskrzeszającej wielonarodową Rzeczpospolitą marzył Piłsudski, kombinując z Petlurą. Nic z tego nie wyszło. Powody były różne. Mimo oczywistych strategicznych korzyści bliskiej polsko-ukraińskiej współpracy, a nawet ustanowienia konfederacyjnego państwa, idee takie są dziś jak gruszki na wierzbie. Jeśli popatrzymy na ojczysty zakątek świata rozsądnym gospodarskim okiem, to okaże się, że współpraca naszych obu narodów pozwoliłaby stworzyć w Europie Środkowo-wschodniej potężny ośrodek polityczno-gospodarczy o potencjale trudnym do zlekceważenia. Stworzyłaby prawdziwego partnera i dla Zachodu, i dla Rosji. Jeśli ktoś ma wątpliwości, że taki bliski sojusz jest potrzebny, wydarzenia ostatnich dni powinny mu przemyć oczy. Pękają dotychczasowe płyty tektoniczne europejskiej polityki, tworzą się nowe podziały. Stara miłość Berlina i Moskwy nie zardzewiała; uzupełnia ją nowa polityka Francji. Wrogowie obu naszych narodów zawsze podkładali nogę współpracy polsko-ukraińskiej. Na drodze do tej współpracy stoi też wielkie rozlewisko wzajemnie przelanej krwi i historycznych zaszłości. O ile z tym pierwszym kłopotem nic nie jesteśmy w stanie zrobić - o tyle z tym drugim tak. Dobrym początkiem jest list ukraińskich intelektualistów na temat rzezi wołyńskich utrzymany w tonie "prosimy o przebaczenia i przebaczamy". Intelektualiści ze Lwowa i Kijowa, w tym znany pisarz Jurij Andruchowycz oraz historyk Jarosław Hrycak, piszą: "Prosimy o wybaczenie tych Polaków, których losy złamał ukraiński oręż, a poprzez nich - całe polskie społeczeństwo. Wyrażamy żal, że broń skierowano także przeciwko niewinnym ludziom i przyznajemy, że usunięcie siłą społeczności polskiej z Wołynia było tragiczną pomyłką (...) Tylko wzajemne przebaczenie może być przepustką do normalnych polsko-ukraińskich stosunków w przyszłości. Dlatego apelujemy do obydwu narodów, aby w geście pokuty usunąć ze swoich serc ziarna nienawiści, wyznając tym samym naszą wiarę w wyższą prawdę miłości. Nie jest możliwe, aby Polacy i Ukraińcy mieli jednakowy pogląd na wspólną przeszłość, ale to przecież normalne". Niestety, list ten - jeden z pierwszych "z tamtej strony" utrzymanych w takim tonie - nie został z należną uwagą zauważony przez polskie elity. Polska jedynie z Ukrainą jest w stanie realnie zabezpieczyć wolność i suwerenność. Dlatego na gwałt potrzebujemy uporządkowania własnych spraw wewnętrznych; odebrania władzy klikom i "towarzystwom" i jasnego zdefiniowania interesu narodowego. W naszym coraz bardziej zmieniającym się świecie, w płynnej sytuacji chwiejnej równowagi przyszedł czas na zdecydowane działania.
Racjonalizacja Człowiek ma naturalną potrzebę racjonalizacji - szukania związków przyczynowo-skutkowych, tłumaczenia zjawisk, szukania sensu otaczającego świata. Jak zatem nadać znaczenie amerykańskiemu planowi wojennego? Było nie było, jest to obecnie najważniejsze wydarzenie światowe, którego następstwa mogą zmienić oblicze Ziemi. Po tej wojnie nic już nie będzie takie jak dawniej. Oficjalne uzasadnienie idzie mniej więcej tak: Stany Zjednoczone zostały zaatakowane przez terrorystów islamskich z Al-Kaidy. Reżim Saddama Husajna być może dysponuje bronią masowego rażenia i może oddać ją w ręce Al-Kaidy, dlatego musimy "rozbroić" Husajna i okupować jego kraj. Problem z tym wytłumaczeniem jest taki, że pasuje ono jak ulał do kilkunastu innych krajów. Czy USA je po kolei zaatakują i poddadzą okupacji? "Izrael może ukształtować swe strategiczne otoczenie we współpracy z Turcją i Jordanią poprzez osłabienie i powstrzymanie, a nawet wyparcie Syrii. Wysiłki te muszą się skoncentrować na odsunięciu od władzy w Iraku Saddama Husajna, co samo w sobie stanowi ważny izraelski cel strategiczny, jako środek pohamowania syryjskich ambicji regionalnych. Jordania ostatnio postąpiła wbrew syryjskim ambicjom regionalnym sugerując konieczność przywrócenia Haszemitów do władzy w Iraku (...) Ponieważ przyszłość Iraku może w sposób zasadniczy zmienić strategiczną równowagę na Bliskim Wschodzie, jest rzeczą zrozumiałą, że Izrael jest zainteresowany w poparciu wysiłków Haszemitów zmierzających do przedefiniowania Iraku. (...) Co więcej, jest zrozumiałe, że Izrael jest zainteresowany w dyplomatycznym i militarnym popieraniu działań Turcji i Jordanii przeciwko Syrii, takich jak zawieranie sojuszy z plemionami, które przemieszczają się na terytorium Syrii i są wrogie wobec syryjskiej elity rządzącej. (...) Gdyby Haszemici kontrolowali Irak, mogliby wykorzystać swe wpływy na szyitów w południowym Libanie, by odsunąć ich od Hezbollahu, Iranu i Syrii. Szyici mają ścisłe związki z Haszemitami, których uważają za bezpośrednich potomków Proroka...". To było pisane w połowie lat 90., dziś autorzy tego dokumentu, który wówczas wywołał wielowątkową dyskusję, mają przemożny wpływ na politykę zagraniczną Waszyngtonu. Czym Stanom Zjednoczonym może grozić zaatakowanie Iraku? Scott McConnell w tekście "The Madness of Empire" zamieszczonym w "American Conservative" tłumaczy: "Pierwszą konsekwencją będzie prawdopodobnie ostre załamanie się międzynarodowej współpracy antyterrorystycznej, zwłaszcza wobec terroryzmu wymierzonego w Stany Zjednoczone. Po tym, możemy stanąć w obliczu nowych sojuszy: Rosji i Chin, Europy i (nieokupowanej części) Bliskiego Wschodu, w obliczu bardzo płynnego systemu międzynarodowego, coraz bardziej skoncentrowanego na powstrzymywaniu potęgi amerykańskiej. Oczywiście, Stany Zjednoczone nadal będą miały Izrael za swego przyjaciela". Mam nadzieję, że tymi przydługimi cytatami zaspokoiłem Państwa potrzebę racjonalizacji zjawisk w przededniu wojny... Przestali udawać Przez te wszystkie lata, kiedy były minister finansów Paul Martin ciął w budżetach po wydatkach i zmniejszał (niemrawo) podatki, widać było, że Liberałowie robią coś wbrew sobie. Większość ich działaczy wyrastała w uwielbieniu dla etatystycznej Kanady przystrzyżonej niczym francuski ogród przez guru-milionera Pierre'a Trudeau. Według tej socjalistycznej filozofii, państwo miało "tworzyć miejsca pracy", inwestować i nacjonalizować. Trudeau kochał socjalizm i ze smakiem obcałowywał się z komunistycznymi kacapami. W takim czerwono-różowym sosie rósł liberalny narybek. Trudeau, dzięki swe sztubackiej fanfaronadzie i otwartej na oścież sypialni, rozjarzał oczy ówczesnej zbuntowanej młodzieży. Ta kontestująca, odziana w skórę młódź (patrz Sheila Copps) powoli przedzierzgała się w roztyty i zagarniturowany aparat Partii Liberalnej. Sentyment do lat gniewnych zawsze jednak szczypał po oczach. Gdy dramatyczna sytuacja finansowa państwa wyniosła Liberałów do władzy, partyjni kierownicy musieli wbrew sobie zrobić to, co musiało być zrobione - niestety Trudeau rozwalił państwo do tego stopnia, że niektórzy komentatorzy widzieli kanadyjską przyszłość w gronie państw Trzeciego Świata. Dług przytłaczał, nie było za co finansować najprostszych nawet lewicowych fanaberii. Paul Martin zaczął więc po gospodarsku ograniczać wydatki. Rodziło to w obozie liberalnym niezłe frustracje, ale jednocześnie przynosiło upragniony efekty w postaci ozdrowienia finansów publicznych, a potem mandatu na drugą i trzecią kadencję. Filozofia polityczna Liberałów oparta jest na przekonaniu, które nigdzie na świecie się nie sprawdziło - że państwo potrafi lepiej wydać pieniądze od obywateli, którym je zabiera. Jest to utopia wspólna wszystkim biurokratom. Dlaczego? Bo leży w interesie biurokracji. Jej realnym następstwem jest rozbudowanie APARATU wraz ze wszystkimi przybudówkami. Oznacza to przepysznie wynagradzane miejsca pracy dla urzędowych nierobów. Przedstawiony we wtorek budżet Kanady wraca właśnie do takiej filozofii - pieniędzy w założeniu jest dużo, zanim jednak dotrą do tych, którym teoretycznie mają pomagać, będą to marne grosze. Zamiast zostawić je w naszych kieszeniach, rząd odbiera kasę i rozdaje "potrzebującym" - przy okazji pobierając za owo rozdawanie sowitą prowizję - tak to mniej więcej wygląda. Problemem kanadyjskiej służby zdrowia czy opieki socjalnej nie jest brak pieniędzy, lecz ich marnowanie. Najpierw trzeba zreformować system - tak jak proponuje to m.in. premier Klein z Alberty, a potem myśleć o bilansie potrzeb. To samo dotyczy programu ubezpieczenia od bezrobocia. W wielu regionach bez żadnej żenady służy on dofinansowywania miejsc pracy w sektorze prywatnym. Owszem, państwo powinno inwestować - w siły zbrojne, policję, infrastrukturę transportową. Państwo tworzy ramy rozwoju gospodarczego. Te sektory zostały jednak potraktowane przez ministra Manleya po macoszemu. A szkoda. Największa szkoda zaś w tym, że nie zmniejszono radykalnie podatków. Byłby to najlepszy fundament pod przyszłe, być może trudne czasy. Bernard Landry od czasu do czasu ma kłopoty z własnym językiem. Nie dlatego, by głupio mówił, lecz dlatego, że nie zawsze używa tego narządu w sposób "wyparzony". Ostatnia tyrada o tym, że nawet ptaszki z ptasim móżdżkiem potrafią rano nakarmić swe pisklęta jest tego typowym przykładem. Landry ma świętą rację. Problemem nie jest fakt, że dzieci nie mają co jeść, bo rodzice nie mają czego do garnka włożyć - jak sugerują to nawiedzeni działacze organizacji do walki z biedą - taki problem być może występuje na obrzeżach byłego Sojuza, czy nawet w Polsce, gdzie 20-procentowe bezrobocie wpędza ludzi w czarną rozpacz. Tu problemem nie jest brak pieniędzy czy jedzenia - problemem są sami rodzice - znarkotyzowani, zapijaczeni, niedojrzali, zagubieni. Dzieje się tak dlatego, że rozleniwione dobrobytem społeczeństwo zatraciło moralny kompas. Nie straszmy ludzi dziewczynką z zapałkami, bo dziś zazwyczaj bardziej przerażająca jest jej mamusia. To jest problem - o tym kłopocie mówił Landry i taki pogląd wyszedł uszami działaczom obecnym na spotkaniu z premierem. Jedynym rozwiązaniem - wedle owych działaczy - jest rzucenie kolejnych milionów na biedne dzieci (oczywiście kanałami tychże organizacji). Karla Homolka to jedna z bardziej odrażających kobiet. Mimo to jej postać silnie oddziaływuje na zbiorową wyobraźnię. Seksowna blond-hetera - gwałcicielka i morderczyni, która zdołała wykupić się sprawiedliwości za zeznania obciążające byłego męża, a wybielające ją samą. Fakt, że tyle ludzi gna do księgarni po nową książkę o poskręcanym życiu tego damskiego potwora, świadczy, jak wielkie są dziś społeczne pokłady perwersji. Na sumieniu Homolki są dwie niewinne dziewczyny i własna siostra. Nie wiem, jak bardzo trzeba lasować mózg w rozpuście, by zabijać dla erotycznej przyjemności. "Zgiń, przepadnij maro nieczysta, a kysz"... Kasta Zadziwiające, w jak dużym stopniu myślimy to, o czym nam mówią, by myśleć. Informacyjne mody przemijają nie wiedzieć czemu. Można się jedynie domyślać, dlaczego temat eksploatowany wczoraj do znudzenia, dziś zniknął w infootchłani. Biorąc pod uwagę stopień kolektywizacji współczesnych mediów, hipoteza odgórnego manewrowania informacją nasuwa się sama. Fakt, że takie media europejskie "brzmią inaczej" od tutejszych, nie sprowadza się wyłącznie do różnicy w poziomie wykształcenia odbiorców. Ofiary amerykańskiego systemu oświatowego również są w stanie zrozumieć obraz świata, który wyłania się z BBC czy Agence France Presse. Mimo to takiego obrazu im się nie sprzedaje, bo za kulisami "przekaziorów" działa "sterownik". Aby być w miarę poinformowanym, trzeba - jak w komunistycznej Polsce - czytać między wierszami i korzystać z wielorakich kanałów przekazu. Na to, niestety, większości z nas - ludzi urobionych po łokcie - po prostu nie stać "czasowo". Weźmy jeden przykład. Jeszcze rok temu kontynent ogarnęła psychoza wąglikowa. Było kilka ofiar śmiertelnych tego bojowego cuda, pamiętam, że zamknięto nawet Kongres, by wszystko dobrze przewentylować i przedmuchać. W całym kraju CNN śledziła na bieżąco akcję łapania zbója/zbójów, którzy słali wąglika w kopertach. Potem raptem okazało się, że użyty wąglik nie jest broń Boże z wrażych laboratoriów, lecz wyhodowany został na piersi amerykańskiego podatnika... Jeszcze później FBI złapała jakiegoś małego, łysego, który ponoć własnoręcznie, niczym Goldfinger, trzymał w szachu mocarstwo. No i ja dziś pytam się, co dalej? Chciałbym o całej sprawie usłyszeć jakiś - za przeproszeniem - "follow up". Chciałbym usłyszeć, jak to było możliwe, że jeden niski i łysy był w stanie rozsyłać bojowego wąglika made in USA. Jak to jest możliwe, że broń masowego rażenia dostała się w spocone łapy bandyty nie w gruzach sowieticonu, lecz w całkiem nie zdezintegrowanym, wysoko rozwiniętym państwie? A tu nic. Cisza. Ostatnio przy okazji rozważań o groźnych "patatach" orbitujących wokół Słońca na (być może) kolizyjnych kursach z naszą planetą, wyszła sprawa Końca. Tego przez duże "K". Otóż pewien człowiek zajmujący się tym zagadnieniem głośno wyraził myśl, że gdy okaże się, iż do czołowego zderzenia pozostaje kilka tygodni, a nic nie da się zrobić, to taka informacja nie zostanie ogłoszona publicznie, aby nie wzbudzać paniki... Zatem tylko wybrani mają wiedzieć o końcu świata, reszta niech dalej układa swoje życiowe klocki lego, nieświadoma, że przyszłoroczny urlop spędzi w zaświatach. A ja, naiwny, sądziłem, że mentalność egipskich kapłanów odeszła wraz z erą piramid. Proszę sobie o tym pomyśleć przy okazji przeglądania kolejnego numeru wielkonakładowego papirusu. Plastik na głowę Mieszkańcy upadających imperiów zwracają się w stronę religii, rodziny i więzów krwi - pisał w 1999 roku amerykański teoretyk wojny Ralph Peters w wojskowym kwartalniku "Paremeters". Przypomniałem sobie o tym, jadąc windą w moim bloku. Administracja rozplakatowała właśnie ulotkę zachęcającą mnie do przygotowania "strategicznego planu na wypadek katastrofy". U ciecia na dole można ponoć pobrać stosowną broszurę na ten temat. Co ciekawe, ów plan awaryjny mam przygotowywać właśnie w oparciu o moją... rodzinę. Nie sąsiadów, nie ludzi mieszkających na tym samym piętrze, a rodzinny "team". Jako rodzina powinniśmy stworzyć zespół szybkiego reagowania, który rozsądnie opanuje sytuację, gdy zabraknie prądu, bieżącej wody, a władza wezwie do szybkiej ewakuacji. Moja administracja nie zapomina o niczym i w tej samej ulotce napomina, abym do katastrofy przygotował też własne zwierzę domowe, typu pies lub kot. Pan administrator ostrzega, że zwierzę takie może stać się nerwowe np. podczas schodzenia klatką schodową z 20. piętra, dlatego należy zaopatrzyć je w klatkę oraz inne środki. Radzą, by skontaktować się z Czerwonym Krzyżem... Wygląda na to, że werble bojowe zaczęły grać i trzeba sposobić ludność (w tym takich nieboraków jak ja) do atmosfery zagrożenia, oblężenia i społecznej mobilizacji. Jak tak dalej pójdzie, to w moim bloku wprowadzą obowiązek dostarczania 10 puszek po coka-coli tygodniowo na budowę rakiet cruise... Podkręca się więc ludziom śrubę grozy pod czaszką, aby później nie dziwili się, że żyją w czasach poważnego konfliktu zbrojnego... Ostatnie podniesienie poprzeczki antyterrorystycznej gotowości w USA, instrukcje o konieczności zaopatrzenia się w radio na baterie, plastik w rolkach i duct tape mają wywrzeć dokładnie ten sam skutek. Co ciekawe, w instrukcji na temat przygotowania w domu szczelnego pomieszczenia obklejonego folią i duct tape nic się nie mówi o tym, co będzie, jeśli zamkniemy się w takim schowku z całą rodziną... Sądząc po filmach o łodziach podwodnych, ilość powietrza w zamkniętej przegrodzie jest ograniczona, a śmierć w takich warunkach dość przykra. Może więc lepiej zamiast zaklejać folią okna, od razu założyć plastikową torbę na głowę? A tak na poważnie, to dobrze by było, gdyby zamiast wydawania śmiesznych instrukcji, odpowiedzialne władze przygotowały plany obrony cywilnej zawierające kilka prostych zaleceń. Rzeczy takich powinno się uczyć w szkołach, a nie wyskakiwać z nimi na kilka tygodni przed planowaną wojną. Dziś zaś wygląda na to, że ktoś chce zwiększyć społeczną mobilizację tak, aby wojna nie wydawała się czymś całkiem z innego podwórka... Genzeryk Osama bin Laden odezwał się ponownie na falach ulubionej stacji arabskiej (załóżmy, że nie była to fałszywka), warto więc przy tej okazji podsumować dotychczasowy wynik meczu bin Laden kontra USA i reszta zachodniego świata. Wróg Publiczny Zachodu nr 1 może mieć powody do zadowolenia. Zapiszmy sukcesy bin Ladena. 1. Nadal żyje. 2. Jego organizacja nie została rozproszona i - co przyznają Amerykanie - dysponuje możliwością zaatakowania celów na terenie USA. 3. Trwa realizacja strategicznych celów Al-Kaidy. Niedługo po zamachach terrorystycznych, wielu komentatorów podkreślało, że atak został kunsztownie przeprowadzony, i ostrzegało, że nie był on celem samym w sobie. Jeśli pominąć teorie spiskowe (np. że zamachów dokonał Izrael we współdziałaniu z amerykańskimi "jastrzębiami", by sprowokować społeczeństwo USA do wojny na Bliskim Wschodzie), to okaże się, że strategicznym celem terrorystów jest: a) skłócenie Zachodu, b) zjednoczenie muzułmanów i Arabów, c) obalenie przez zrewoltowane społeczeństwa prozachodnich, skostniałych władz arabskich w takich krajach, jak: Arabia Saudyjska, Pakistan, Jemen czy Jordania, d) wykazanie moralnej pustki i podrzędności zachodniej cywilizacji. Punkt A w zasadzie został zrealizowany, antyamerykańskie nastroje objęły większość państw europejskich, niespotykana od czasów II wojny światowej zadra dyplomatyczna między Europą a USA rozsadza od środka sojusz NATO - rdzeń militarnego systemu bezpieczeństwa Zachodu. Punkt B jest w trakcie realizacji, gołym okiem widać radykalizację państw arabskich i muzułmańskich. Punkt C - sytuacja jest wybuchowa. Jeśli dojdzie do fali przewrotów, Amerykanie mogą nie być w stanie pomóc upadającym rządom. Punkt D - USA swą polityką odsłaniają moralne bankructwo własnych ideałów i odrzucają w praktyce to, co mają od 200 lat wypisane na sztandarach. I to nie tylko w polityce zagranicznej. Państwo amerykańskie, broniąc się przed terroryzmem, pęcznieje i rezygnuje ze swobód obywatelskich. Państwo, które stworzone zostało przez ludzi uciekających przed uciskiem władzy, wkracza na drogę elektronicznych podsłuchów, kontroli podróży czy wydawania dokumentów tożsamości zawierających dane biometryczne. Demokracja blaknie, zastępuje ją manipulacja wielkich monopoli informacyjnych. Sprawiedliwość zastępowana jest interesem elity coraz szczelniej odgrodzonej od reszty społeczeństwa. Amerykanie utknęli w Afganistanie, niebawem podobnie utkną w Iraku, jeśli Zachód ponownie nie uwierzy we własne ideały, jeśli nie nastąpi duchowe odrodzenie... Osama bin Laden stanie się współczesnym Genzerykiem... Gdzie polski interes? W wojnie irackiej nie padł jeszcze ani jeden wystrzał, a już mamy jej pierwsze ofiary - rozłam Europy i osłabienie transatlantyckich więzi. Gdy Polska w 1999 roku przystępowała do NATO, mieliśmy w sercach obraz sojuszu - obrońcy Zachodu, twierdzy okrytej amerykańskim parasolem atomowym, za której murami jest bezpieczny i wolny świat. W tym czasie NATO było paktem ściśle obronnym i jego wojska nie mogły brać udziału w ekspedycjach "karnych". Gdy w Polsce zaczęto mówić o przystąpieniu do Unii Europejskiej, mieliśmy w głowach obraz dostatniej Europy, która szanując odrębności narodowe, znosi bariery celne i zacieśnia współpracę gospodarczą... W tym czasie nie mówiło się o europejskiej gospodarce planowej. Świat jest dynamiczny i prze nieubłaganie ku końcu czasów. Dlatego często należy ponownie analizować oceny, często stawiać ponownie te same pytania. Dziś NATO wydaje się być coraz bardziej bezzębne i wewnętrznie przełamane. Sojusz stracił wspólnego wroga - Związek Sowiecki - i po prawdzie stracił rację bytu. Budowa jego nowej tożsamości jest konstrukcją dość sztuczną. Do tej pory, tak naprawdę nie wiadomo, przed kim pakt ma bronić. Sojusze tworzy się przeciwko komuś, gdy jest zagrożenie, inaczej tracą sens. Dziś zagrożenia są wielostronne. Widać to wyraźnie na przykładzie poniedziałkowej decyzji NATO. To już nie jest osłabienie paktu, to jest wyraźny podział na grupy - rozłam. Z jednej strony są państwa trzymające z Amerykanami, z drugiej ci, którzy woleliby budować niezależne europejskie struktury bezpieczeństwa (tylko że na razie dość niechętnie za to płacą). Sytuacja jest płynna. Osłabienie transatlantyckiego pomostu oznacza bowiem destabilizację dotychczasowego porządku europejskiego. Oznacza wzrost znaczenia i pozycji Rosji oraz Niemiec. Notabene przy okazji przygotowań do irackiej wyprawy Stany Zjednoczone "dostrzegły" terrorystów Al-Kaidy w... Czeczenii. Po co? Aby Rosja poparła USA w RB ONZ i pomogła w kształtowaniu powojennej rzeczywistości. Waszyngton wielokrotnie solennie zapewniał Kreml, że jego interesy w regionie będą zagwarantowane. No i na dodatek dorzucił carte blanche w sprawie pacyfikacji Czeczenów. Czy płynie z tego jakiś sygnał dla Polski? Nad polską polityką zagraniczną ciąży widmo egzotycznych sojuszy i szwoleżerów na Santo Domingo. Dziś pokomunistyczny rząd Millera stawia na Amerykę. I wszystko byłoby dobrze, gdyby kierunek ten wynikał z przemyślanej strategicznej wizji, aby nie był jedynie wynikiem wasalstwa, które wszak stanowi niezmazany pierworodny grzech wszystkich pezetpeerowców. Dobrze byłoby, gdyby ktoś sformułował polską politykę zagraniczną. Chłopcy malowani... Iść na wojnę czy nie iść? Oto jest pytanie. Właściwie zaś, w przypadku Kanady pytanie to sprowadza się do tego, jak nie iść na wojnę z Amerykanami, żeby wyglądało, że poszliśmy. Prowojenne argumenty Waszyngtonu niestety nie wyglądają najlepiej i nawet dzieci twierdzą, że "chodzi o naftę". Te trochę bardziej rozwinięte wskazują nawet na wypowiedzi niektórych polityków izraelskich, konkludując, że w sumie, nie o naftę idzie, lecz o zmianę geopolitycznej mapy Bliskiego Wschodu, a także rozwiązanie problemów Izraela. W państwie tym raz po raz podnoszą się głosy o konieczności "czystego cięcia", które przyniesie radykalną zmianę sytuacji. Jak? Poprzez stałą obecność Amerykanów w regionie (na razie Condoleezza Rice mówi o konieczności trzyletniej okupacji Iraku) oraz osłabienie wpływów Iranu i Syrii. To wszystko umożliwiłoby wyrzucenie znacznej części palestyńskiej populacji do Jordanii (premier Szaron, jeszcze zanim został szefem rządu, lansował taki pomysł) i uczynienie z Izraela etnicznie czystego, homogenicznego państwa obejmującego "biblijne obszary". Cel taki zawsze przyświecał syjonistom. Dziś zaś antysyjonizm utożsamiany jest w mediach z antysemityzmem - można więc spodziewać się, że coś takiego się kroi. Oczywiście, posunięcie takie może na amen zantagonizować Zachód i świat arabski oraz wiele krajów Trzeciego Świata. Chluba Zachodu - superświatowe mocarstwo USA - zamiast oddziaływać na inne kultury, by przekonać ich elity do naszych wartości i sposobu rozumienia świata, rozpocznie konflikt cywilizacyjny. Czy działanie takie leży w interesie USA? Nie bardzo! Bezczelne kopanie słabszych po zadkach zawsze źle się kończy dla kopiącego, zawsze - w konsekwencji - zostanie on sam zdrowo skopany - jeśli nie dziś, to przez wnuki upokorzonego. Cóż jednak poradzić, skoro - sądząc po amerykańskiej polityce zagranicznej na Bliskim Wschodzie - śmiało można nadać temu mocarstwu nową nazwę - USrael. Tak więc, dylematem kanadyjskiej polityki zagranicznej - która miga się jak może, kluczy i piskorzy między rafami amerykańskiej hegemonii, jest to na ile - z uwagi na uzależnienie gospodarcze, finansowe i polityczne - jesteśmy gotowi wesprzeć działania USraela. Na razie, jedyne państwa, które murem poparły Busha, to Anglia i kraje Europy Wschodniej. Kanadzie bliżej do stanowiska Niemiec i Francji, ale Niemcy i Francja nie kierują 80 proc. eksportu do USA... Przy tej okazji przypomniał mi się własny tekst z 1999 roku zatytułowany "Pomysł na okupację Iraku" i zamieszczony w zbiorze "Drugie czytanie" (wciąż do nabycia): "Nie chodzi bowiem o to, czym i jak uderzyć, lecz CO POTEM? Rakiety cruise nie są bowiem w stanie zmienić antyamerykańskich przekonań większości Arabów, a nikt nie wymyślił jeszcze broni chemicznej porażającej miłością do nieprzyjaciół. Na dobrą sprawę, owo POTEM może bardzo przypominać amerykańską okupację Iraku. (...) Jak się z tego wymigać? Oto pomysł upichcony ad hoc. (...) Pod egidą UN-NATO tworzymy "iracki korpus stabilizacyjny". Oczywiście nikt nie ma chętki pchać swych ludzi na irackie pustynie, w związku z tym dajemy państwom aspirującym do członkostwa w NATO oraz wojskom nowo przyjętej trójki okazję do ?przećwiczenia interoperacyjności= i bierzemy sobie - powiedzmy - polskiego rekruta. (...) W ten sposób Polacy, Czesi i Węgrzy znów mogą pokazać ułańskie cnoty, zwalczając arabską partyzantkę (...) Zły sen? Proszę mnie szybko uszczypnąć.". To było w roku 1999 - wygląda na to, że do dzisiaj nikt mnie nie uszczypnął... Kontrola, kontrola i jeszcze raz kontrola - w tym kierunku zmierza świat. Najpierw wprowadzono nowe karty tożsamości dla imigrantów, dziś jednak minister imigracji otwarcie przyznaje, że tego rodzaju dowody tożsamości to generalnie rzecz "biorąc dobry pomysł". Cóż dla człowieka takiego jak ja, który w szczenięcych latach zdołał o własnych siłach wydostać się ze zbiurokratyzowanej wszechobecności późnego peerelu i któremu wolność kojarzy się z krajami, w których policja nie mówi: "proszę dowodzik do kontroli", jest to groźna zapowiedź. Wprowadzenie zmyślnych dowodów osobistych przy obecnym poziomie technologii i systemów informacyjnych umożliwi bowiem śledzenie wszystkiego i wszystkich (każdy incydent okazania dowodu może być rejestrowany i przechowywany w bazie danych) - posuniemy się o kolejny krok na drodze ku "nowemu wspaniałemu światu". Minister Coderre tłumaczy, że "integracja dokumentów tożsamości jest konieczna po to, byśmy mogli swobodnie podróżować do USA". Pojawia się tylko pytanie, po co, skoro do USA i tak możemy wjechać na paszporcie? Po co nam kolejne dokumenty? Już dziś większość osób - dla pewności - zabiera ze sobą paszport. Gdzie tu logika? Skoro więc nie ma logiki, to o co chodzi? Tu patrz - początek tekstu. Śmierć jest szczególnie tajemnicza, gdy dotyka dzieci i osoby w młodym wieku. Poszukiwania jej sensu są wówczas trudne. Każdy idzie tą ścieżką sam, próbując ułożyć i wygładzić egzystencjalne bebechy. Kolejna lawina w Kolumbii Brytyjskiej zabrała tym razem siódemkę uczniów z X klasy - ludzi u progu dorosłego życia, przed którymi świat stał otworem. Pytanie "dlaczego?" jest trudne. Fakt, że nie potrafimy nań znaleźć prostej odpowiedzi, nie znaczy jednak, iż młodzi ludzie nie powinni chodzić zimą w góry. Krystalizowanie charakterów nie odbywa się wszak za darmo.
Cudzymi słowami Stańczyk II ze stołecznego miasta Euro-Krakau (część słownictwa w dzisiejszym felietonie zapożyczona została od p. Stańczyka II) donosi o "aferze", jaką wywołało opublikowanie przez tamtejszy Związek Literatów Polskich 800-stronicowego bryku pt. "Proza, proza, proza...". Okazało się, że wśród literatów zdarzają się ludzie trzeźwo myślący. W związku z tym wokół owej papierowej cegły podniósł się raban i 12 namaszczonych apostołów nowej krakowskiej euroklasy wystosowało protest, że niby treść jest "antysemicka i paszkwilancka". O co chodzi. Stańczyk II donosi, że oto w owej prozie-cegle prezes krakowskiego ZLP-u, niejaki Strzelewicz, napisał w reportażu z Izraela, co następuje: "Wewnętrzne, narodowościowe problemy Żydzi zafundowali sobie sami. Na każdym kroku wyczuwalna jest pogarda do współplemieńców z nieprawego łoża, dla współmieszkańców - Arabów, Palestyńczyków, Beduinów", i dalej: "Widać jasno i jak na dłoni, że wydanie wojny światowej przeciw terroryzmowi leży w czyimś interesie i nic tu nie pomogą wyrafinowane kłamstwa, bowiem nawet ćwierć inteligentny odbiorca codziennych porcji agencyjnych - prasowych, radiowych, telewizyjnych news'ów... wie, jak owe wieści pełne są kłamstwa i zakłamania". Prezes dodaje, że "gdy trzeba, należy ciąć żyletką po oczach" (ach ten "Pies Andaluzyjski" - przyp. moje - ak), konstatuje, że "świat urządzany jest przez mendy i gnidy, tedy nie może zabraknąć i ochotników, by stan ten zmieniać i bezustannie uszlachetniać oblicze ziemi", oraz wyjaśnia, że Zachód dąży do stworzenia w opanowanych krajach świata "kompradorskich kast, czyli zdemoralizowanych elit, eksploatujących własne kraje za cenę nędznych profitów. Takimi na przykład kompradorami są dziś polscy, węgierscy czy czescy ?polytycy=, pchający nas dziś do UE. Bożesz ty mój - trawestując Sienkiewicza - ty patrzysz i nie grzmisz, wszak oni nas afrykanizują". Powyższe słowa są tak straszne, że krakowscy słudzy nowego porządku światowego wbili Strzelewicza na pal, uderzając weń "młotem na czarownice" (określenie Stańczyka II), czyli oskarżeniem o antysemityzm. Nadto wedle nich, wspomniana cegła "szarga polskie świętości", bo wspomina w związku z rocznicą skazania krakowskich księży na śmierć, że wówczas to, na początku 53 roku, rezolucję domagającą się ukarania śmiercią księży "zdrajców Ojczyzny, którzy wykorzystując swe duchowe stanowiska... działali wrogo wobec narodu polskiego i państwa ludowego, uprawiali - za amerykańskie pieniądze - szpiegostwo i dywersję", podpisali m.in. noblistka Wisława Szymborska oraz Sławomir Mrożek - obydwoje dziś honorowi obywatele wawelskiego grodu. Stańczyk II konkluduje, że wydany w nakładzie kilkuset egzemplarzy tom "Prozy..." utkwił solą w oku ludzi "pilnujących procesu "umysłowej obrzezki" - czyli mówiąc prosto - kastracji mózgów obywateli RP. O czym Państwu obszernie donoszę, namawiając za prezesem Strzelewiczem, byście Państwo w życiu prywatnym nie bali się mend i gnid, a gdy trzeba cięli żyletką po oczach... Korzystajcie z demokracji, póki jeszcze można. Palec Boży To "palec Boży" krzyknęli Arabowie patrząc, jak na bezchmurnym amerykańskim niebie koraliki wybuchów znaczą przelot 100-tonowego meteoru "made in NASA". Fakt, że na pokładzie znajdował się izraelski astronauta, pilot wojskowy, który brał udział w rajdzie na iracki reaktor atomowy w latach 80., dodawało pikanterii całemu zjawisku. Katastrofę odczytano jako napomnienie, że nawet tym najbardziej butnym i pewnym siebie, od czasu do czasu noga się powinie... Tragedia "Columbii" sama w sobie jest trywialna. Biorąc pod uwagę statystykę, prędzej czy później musiała się wydarzyć. Na dodatek program wahadłowców jest kosztowny, zbiurokratyzowany oraz oblepiony przez firmy i firemki, dla których stanowi sposób na czerpanie stałych dochodów z państwowej kasy. Promy są o wiele kosztowniejsze niż miały być w założeniu i generalnie rzecz biorąc, nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Zamiast "orbitalnej rewolucji" - 100 tanich lotów rocznie, mamy 5 startów kosztujących po pół miliarda dolarów od strzału. Wszystko to ssie pieniądze z innych programów NASA, w tym z prac nad nowymi ciekawymi pomysłami na system orbitalny - jak chociażby koncepcji użycie rampy i odrzutowego wózka do rozpędzania samolotu kosmicznego w pierwszej fazie lotu (proszę obejrzeć strony: http://www.g2mil.com/SRT.htm). Cały program strzelania promów kosmicznych "wyjada" 4 miliardy dolarów z budżetu NASA. Ponadto amerykański program kosmiczny od lat 70. praktycznie pozbawiony jest konkurencji, co oznacza brak politycznej presji na nowe rezultaty i zwielokrotnienie politycznego nacisku na utrzymanie finansowania dla poszczególnych firm podwykonawczych w danych stanach czy okręgach. Słowem, romantyczne dni kosmicznego pionierstwa odeszły w niepamięć, dziś pionierom krępuje się ręce i głowy, by za bardzo nie rozbijali ustalonego porządku rzeczy. Stany Zjednoczone idą na nową wojnę pewne swej druzgocącej przewagi technologicznej. Przewaga nie oznacza jednak wszechmocy - jak słusznie zauważył Zbigniew Brzeziński, ostrzegając przed inwazją. Ekspedycji przeciwny jest o dziwo również bohater poprzedniej wojny, generał Norman Schwarzkopf. Tym razem Irakijczycy walczyć będą na własnym terenie przekonani, że bronią ojczyzny Bomby mikrofalowe i wszystkie inne nowoczesne zabawki militarne pozwolą na szybkie pokonanie Irakijczyków w otwartym polu i okupację. Będzie ona jednak bardzo kosztowna, a na dodatek, w każdej chwili może ją utrudnić jakiś "palec Boży". Trudno więc dziwić się Irakijczykom, że uznali katastrofę "Columbii" za dobry omen - znak Boskiej woli... Kpina Ktoś z nas wszystkich, Polaków mieszkających poza Polską, sromotnie sobie zakpił. Nowa ustawa paszportowa nakazująca rejestrację wszystkich obcych dokumentów stanu cywilnego w urzędach polskich woła o pomstę do nieba. Na dodatek, rejestracja ta odbywa się za okazaniem (czytaj przesłaniem do Polski) oryginału dokumentu - w naszym przypadku kanadyjskiego. Jeśli więc, Drogi Czytelniku, Twoje urodzone w Kanadzie dziecię wybiera się do Polski na wakacje, to już dziś powinno ono wkroczyć na polsko-radosną urzędniczą drogę przez mękę. Jak wiadomo, dzieci Polaków odziedziczają w spadku po rodzicach obywatelstwo polskie i jako obywatele polscy do ojczyzny ojców i dziadów mogą się wybrać jedynie z polskim paszportem w ręku. ("Kto będąc obywatelem polskim i posiadając jednocześnie obywatelstwo obce posługuje się przed polskimi organami dokumentami tożsamości innymi niż polskie, podlega karze grzywny" - głosi artykuł ustawy). Aby dziś ten paszport otrzymać, muszą przedstawić... POLSKI skrócony odpis aktu urodzenia. Aby ten odpis dostać, muszą zarejestrować ORYGINAŁ kanadyjskiego aktu urodzenia w polskim urzędzie stanu cywilnego, odpowiednim dla ostatniego miejsca zamieszkania rodziców w Polsce. Oczywiście, wiąże się z tym cała seria opłat idących w grube setki dolarów. Tak więc zagraniczny Polaku, jeśli chcesz jeździć do Polski, to musisz włożyć trochę mamony do kieszeni tamtejszej klasy urzędniczej - bakszysz dla biurokraty musi być. Nie ma tak dobrze, żebyś fruwał sobie, "jako ten wolny ptak", podśmiewując się pod nosem z polskich idiotyzmów. Jesteś obywatelem RP, więc nie bądź taki bezczelny gieroj - hak zawsze się znajdzie... W przypadku starszych osób tym hakiem jest konieczność wystąpienia o nadanie numeru PESEL, w przypadku zakochanych konieczność rejestrowania kanadyjskiego aktu ślubu. Nawiasem mówiąc, zastanawiam się, ile czasu musi upłynąć, aby obywatel polski nie był już traktowany w konsulacie jako obywatel polski. Zastanówmy się. Otóż, w myśl polskiego prawa, ludzie, którzy kiedykolwiek mieli polski paszport, a nie zrzekli się obywatelstwa nadal pozostają obywatelami. Teoretycznie więc, córka małżeństwa Polaków, które uciekło do Kanady w latach 40. nadal jest obywatelem polskim i powinna wyrobić sobie polski paszport rejestrując kanadyjski akt urodzenia w urzędzie stanu cywilnego ostatniego miejsca pobytu rodziców w Polsce - czyli np. we Lwowie. Co ja gadam? Jak to we Lwowie? No właśnie. Znając życie, osoba taka od dawna podróżuje do Polski na paszporcie kanadyjskim i nikt się jej nie czepia. Idźmy więc dalej. A co z dzieckiem rodziców, którzy wyemigrowali w latach 60.? Czy ono również może cały ten paszportowy cyrk mieć głęboko w nosie? Zapewne tak, mimo że teoretycznie mogą mu zrobić koło pióra i na tydzień przed odlotem nie dać polskiej wizy (obywatel polski nie może otrzymać polskiej wizy - głosi ustawa). Gdy tak sobie to wszystko przemyślimy, to okaże się, że kłopoty mamy jedynie my - ludzie, którzy wyjechali po roku 80.; fala emigracji posolidarnościowej, środowisko, z którym rządzący Polską komuniści mają najbardziej na pieńku, które nigdy tutaj, na tym kontynencie nie splamiło się głosowaniem na "czerwonego". Jak widać, myślenie spiskowe ma przyszłość. Bo jak tu nie węszyć spisku, kiedy w przeprowadzonym przeze mnie wywiadzie (zamieszczonym w dzisiejszym numerze) p. konsul Janik z konsulatu w Toronto tłumaczy wezwanie do okazywania kanadyjskich dokumentów tożsamości przez polskich petentów, chcących wyrobić sobie paszport, koniecznością ustalenia "właściwości miejscowej". "Dla osób zamieszkałych na stałe w Toronto czy London urzędem właściwym do załatwienia ich wniosków paszportowych będzie konsulat w Toronto. Dla osób zamieszkałych na stałe np. w Albercie urzędem właściwym będzie konsulat w Vancouver itd." - przekonuje konsul Janik, jednocześnie stwierdzając na końcu, że może to być nawet kanadyjskie świadectwo obywatelstwa. Co w tej odpowiedzi jest kuriozalne, to fakt, że ani dokument imigranta (Landed Immigrant), ani świadectwo obywatelstwa nie zawierają adresu posiadacza. Nie wiem zatem, w jaki sposób konsulat ustala, czy "jest właściwym urzędem"! Przecież to jest jakaś kpina! A jak ktoś nie chce, to nie musi tego okazywać! Czyli złożenie dokumentu nie jest wymagane prawem, ale jedynie zalecane! Czy ktoś poinformował o tym Państwa w okienku w konsulacie? Wracając zaś do polskiego obywatelstwa w Unii Europejskiej, mimo iż teoretycznie traktat z Maastricht uczyni nas wszystkich obywatelami Unii, to jednak praktycznie wiele przywilejów związanych z posiadaniem takiego obywatelstwa - jak chociażby prawo do osiedlania się na terenie danego państwa członkowskiego - zależy od dodatkowych ograniczeń i warunków, tworząc de facto różne kategorie obywateli. Na przykład, aby osiedlić się np. na francuskiej Riwierze będziemy musieli wykazać się posiadaniem niezbędnych - określonych przez władze francuskie - środków finansowych czy ubezpieczeniem medycznym. Co z tego wynika? Wynika z tego to, że władze III RP chcą nas od Polski odsunąć. Deklaracje sobie, życie sobie. Nie potrzebują nas tam, nie chcą, abyśmy tam jeździli, inwestowali, etc. Bo, jeśli dowolny Amerykanin może polecieć do Warszawy, wsiadając po prostu w samolot, a dowolny Polak mieszkający na tym kontynencie, aby to samo zrobić, musi przejść przez paszportową drogę krzyżową, to dla mnie "intencja ustawodawcy jest jasna". Israel Shahak (1933-2001) Izraelskie wybory wkrótce przypieczętują los Bliskiego Wschodu. Władza Ariela Szarona zyska nowy blask mandatu społecznego w głosowaniu żydowskiego społeczeństwa. Oznaczać to będzie kontynuowanie wojny i represji. Nie wszyscy Żydzi są z tego stanu rzeczy zadowoleni. Jednak minione miesiące nakręciły spiralę wojny i wzajemnej nienawiści, praktycznie uniemożliwiając zwycięstwo mniej radykalnych opcji. Przy tej okazji warto przypomnieć postać zmarłego latem w 2001 roku Israela Shahaka - obrońcy praw człowieka i krytyka żydowskiego etnocentryzmu. Źródło tego podejścia - nieprzystającego do uniwersalistycznego przesłania cywilizacji judeochrześcijańskiej - Shahak upatrywał w ortodoksyjnej interpretacji Talmudu, w ostrym rozróżnieniu moralności - innej wobec swoich "współplemieńców" i innej wobec "niewiernych" gojów. Shahak, człowiek, który swe tragiczne doświadczenie holokaustu (getto warszawskie, a następnie Bergen-Belsen) przekształcił w walkę o człowieka, w bezkompromisową obronę uniwersalnych zasad moralnych, często był w Izarelu krytykowany. Jego poglądy kolidowały z etnocentrycznym podejściem do zagłady lansowanym przez większość organizacji żydowskich. Israel Shahak przeciwstawiał się rasizmowi i represjom "gdziekolwiek i w jakiejkolwiek postaci" - również w samym państwie żydowskim. Protestował przeciwko brutalności, z jaką Żydzi traktują Palestyńczyków na terytoriach okupowanych, nawoływał do demokratyzacji Izraela, do wyzbycia się szowinizmu. Dla Shahaka izraelska ksenofobia to godny ubolewania efekt zwycięstwa etnocentryzmu nad starszą uniwersalistyczną tradycją żydowską. Etnocentryzm przyniósł jednak społeczności żydowskiej olbrzymi sukces międzynarodowy, dlatego próżno oczekiwać, że Żydzi wezmą sobie nagle shahakowe idee do serca. Mimo to jego głos pozostanie silnym zawołaniem do obrony człowieczeństwa. Na początku XX wieku społeczność żydowska była rozproszona po świecie i nie miała własnego państwa, dzisiaj tworzy światowe mocarstwo. Dziś pojęcie "żydowska biedota" brzmi niemal jak oksymoron. A wszystko to dzięki zastosowaniu strategii grupowej, w której więzy krwi postawione zostały na pierwszym miejscu. W indywidualistycznej kulturze Zachodu strategia ta okazała się nadzwyczaj skuteczna. Mimo to Israel Shahak nie uznawał jej za sukces. Według niego, pojęcie "Żyd" nie może być stawiane przed pojęciem "człowiek"... PS Książki Shahaka są w tutejszych bibliotekach - zachęcam. "Globe and Mail" rozwodził się w ubiegłym tygodniu nad postacią słynnego kanadyjskiego aborcjonisty dra Morgentalera. Tekst gazety ubolewał nad faktem, że ów znany działacz na rzecz prawa kobiety do "swobodnego dysponowania swymi drogami rodnymi" nie dostał Orderu Kanady. Cóż, przyznać trzeba, że Morgentaler, łódzki Żyd, który przeżył Holokaust, to postać ciekawa i frapująca. Jak sam opowiada, był więźniem obozu koncentracyjnego Auschwitz, choć "z pośpiechu" Niemcy nie wytatuowali mu numeru. Argumentacja dra Morgentalera na rzecz swobodnego dostępu do "aborcji na żądanie" jest paradoksalna i ma cechy cywilizacyjnego "posłannictwa". Morgentaler utrzymuje, że główną przyczyną zła w świecie (od kradzieży kieszonkowych po obozy koncentracyjne) jest fakt, że matki rodzą dzieci, na które nie są gotowe; że rodzą dzieci, których nie są w stanie kochać, bo ciąża wtrąca się im między wódkę a zakąskę. W takim przypadku - uważa kanadyjski aborcjonista - należy te dzieci usunąć ze świata, nie dopuścić do ich urodzenia. Pachnie to na kilometr rudymentarną eugeniką, a na dodatek nie wytrzymuje najprostszej weryfikacji przez codzienne obserwacje. Wedle tej argumentacji wszyscy "pensjonariusze" tzw. biduli (proszę wybaczyć słowo) skazani byliby na los kryminalisty, zaś wszystkie dzieci chowane w koronkach pod słonecznym spojrzeniem kochających matek wyrastałyby na dżentelmenów brzydzących się wszelkim świństwem. Trzeba być zaślepionym ignorantem, by wierzyć w takie bzdury. Hitlerowcy usiłowali "oczyścić" ludzką rasę z wszelkiego "tałatajstwa". Ich poroniony pomysł postawienia człowieka w roli pana życia i śmierci milionów "gorszych" ludzi zaowocował m.in. obozami koncentracyjnymi. Dziś człowiek, który na własnej skórze doświadczył tego okrucieństwa, również uważa, że mamy prawo przystrzygać wielkie drzewo życia, według własnego widzi mi się. Świat jest dziwny, nieprawdaż? Program zwrotu podatku od sprzedaży za energooszczędny sprzęt gospodarstwa domowego jest typowym biurokratycznym mieszaniem ludziom w głowach. Jeśli rząd rzeczywiście chce uatrakcyjnić sprzedaż takich urządzeń, to może je po prostu wyłączyć z listy towarów objętych podatkiem! Tymczasem biurokraci z Queen's Park wymyślili program, który pozwala rządowi wypinać dzielnie pierś (patrzcie co robimy dla ochrony środowiska i oszczędzania surowców), biurokratom zaś daje zajęcie, a ponadto niewiele kosztuje. Chodzi bowiem o to, że aby dostać rabat, trzeba się nagimnastykować i nawypisywać, wypełnić ze dwa - trzy podania, wysłać to wszystko z rachunkiem, a potem grzecznie czekać na "zwrotny" czek. Ile osób z tego skorzysta? Marny ułamek procenta wszystkich kupujących, więc i kasa prowincyjna nie straci za dużo. Słowem, mamy powrót polityki w starym stylu, co niezbyt dobrze wróży Ontaryjczykom. Premier Dalton McGuinty? No, chyba przyjdzie nam śnić ten zły sen... Wielokulturowość bardzo dobrze się sprawdzała nam do tej pory, gdyż tak naprawdę nie dotyczyła odmiennych kultur, lecz narodowych czy etnicznych tradycji i zwyczajów idących z jednego pnia. Dziś jest inaczej i skutki tego poznamy w najbliższych 2-3 dekadach. Założeniem polityki liberałów, którzy lansują pomysł na demograficzne podpompowanie kraju imigracją, jest przekonanie o sile i atrakcyjności liberalnej cywilizacji Zachodu. Teoretycy liberalnej socjaldemokracji są przekonani o uniwersalizmie takich wartości, jak prawa człowieka, wolność, szacunek dla demokracji. Ich zdaniem, na wolnym polu, wartości te wygrają z paternalizmem, kastowością i klanową strukturą przywożoną przez imigrantów, że ostatecznie bariery poczucia odrębności nowych Kanadyjczyków zostaną obniżone do poziomiu zapewniającego asymilację do kanadyjskich warunków. Liberałowie liczą zwłaszcza na dzieci - drugie pokolenie - tych, którzy dziś z tobołami wylewają się z lotnisk. Czy będą mieli rację, czas pokaże. Tymczasem jednak wiele jest sygnałów, świadczących o tym, że cywilizacje nieeuropejskie są w kanadyjskim społeczeństwie silne i nie giną wraz z wymieraniem pierwszego pokolenia. Widać to na przykład na Uniwersytecie Concordia w Montrealu, gdzie iskrzy się konflikt między młodymi Żydami a młodymi Arabami i muzułmanami. O znikomej sile asymilacyjnej zachodniej cywilizacji przekonać też nas może dowolna wycieczka opłotkami Chinatown. Inna cywilizacja, inna kultura. Wszystkie te cywilizacyjno-kulturowe tarcia pozostają w ukryciu do momentu zaistnienia jakiegoś wielkiego polaryzującego wydarzenia - np. wojny czy podboju. Wówczas się przekonamy w kim zagra jaka krew... Szpicel Chętko znów na placówce Pan Nowak-Jeziorański rozkrzyczał się w "Rzeczpospolitej" w związku z zapowiedzią mianowania pewnego komuszego agenta na szefa polskiego przedstawicielstwa służb specjalnych w zaprzyjaźnionej Bundesrepublice. Nowak pisze, że to zgroza i skandal, bo niejaki płk Chętko - komunistyczny dresiarz od rozbijania Radia Wolna Europa, człowiek, który wydał w 1990 roku rozkaz zniszczenia tajnych akt z rozpracowywania środowiska RWE, może zostać przedstawicielem Agencji Wywiadu w - o ironio losu - Monachium, byłej siedzibie polskiej sekcji. Wywiadowca Chętko w praworządnym państwie siedziałby w mamrze - choćby za to, że niszczył ważne dokumenty państwowe, co w świetle prawa było przestępstwem. W postpeerelu Chętko ma się jednak wyśmienicie, podobnie jak cała rzesza jego kolegów oraz - generalnie rzecz ujmując - ludzie aparatu. Sam przestałem się czemukolwiek dziwić, gdy ładnych kilka lat temu pewien znany mi prokurator wojewódzki, zasłużony w wyłapywaniu opozycji, przeszedł do IPN-u... Nowak tym bardziej nie powinien się dziwić. Jego rozgłośnia w latach 70. i 80. programowo popierała jedynie te odłamy polskiej opozycji, które zmierzały do reformowania socjalistycznego kołochozu; zdeklarowani antykomuniści byli tam w niełasce. Fakt, że wywiadowca Chętko pojedzie do Monachium jako przedstawiciel wywiadu niepodległej Rzeczpospolitej, to bezpośrednie następstwo "okrągłego stołu", "grubej kreski" i tym podobnych ustaleń, których promotorem i obrońcą był Nowak-Jeziorański. Ustalenia te szły po linii amerykańskiej polityki reformowania obozu komunistycznego w oparciu o "liberalną" grupę działaczy partyjnych i "opozycjonistów", uwiarygodniających ją w oczach społeczeństwa. Wszelkie pomysły na całkowite "zdekomunizowanie komunistów" uważane były za nierealne i szkodliwe, ponieważ nastawiały wrogo do reform aparat partyjny średniego szczebla i innych ludzi władzy. Polityka Waszyngtonu zakładała, że dla utrzymania ciągłości administracji, uniknięcia chaosu i załamania organizacyjnego państwa konieczne jest pozostawienie na miejscu grupy realnie sprawującej władzę. Uznano, że jest to jedyny partner do rzeczowej rozmowy. Jednym słowem, chodziło o unikanie i powstrzymanie rewolucji antykomunistycznej. Skutkiem tej polityki - polityki, która była z całą mocą realizowana również przez RWE - jest dziś to, że Polacy mają ersatz niepodległości, ersatz wolności i ersatz demokracji, że frymarczy się państwem i polskim interesem narodowym. To jest ten prawdziwy skandal i za tę tragedię odpowiedzialna jest w jakimś stopniu również reprezentująca amerykański interes Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa. To, że szpicel Chętko pojedzie do Monachium, jest niczym w porównaniu z faktem, że ferajna komucha Millera i komucha Kwaśniewskiego rządzi dziś Polską. A nad tym Nowak-Jeziorański jakoś mało ubolewa. Nie ma już zwrotnicy Saddam Husajn zostanie usunięty. Bez dwóch zdań. Jego los jest przesądzony. Nieważne, że oficjalne uzasadnienia są mętne i wodniste. Gdyby został, jego pozycja w świecie arabskim, uległaby wzmocnieniu; Saddam Husajn, Arab, który gra na amerykańskim nosie, SH - poskromiciel George'a Busha, jedyny lider świata arabskiego, który nie kłania się dolarom. Heca z Irakiem gotowa uczynić z Husajna (jednego z bardziej nieprzyjemnych kacyków) herosa Bliskiego Wschodu i świata muzułmańskiego. Tak więc dni Saddama są policzone. Czy go zamorduje CIA, czy go wykopią na emigrację (raczej wątpliwe) - nie wiadomo. Sytuacja będzie jednak coraz bardziej podbramkowa, gdy oenzetowskie inspekcje bliskie będą uznania, iż rzeczonej broni masowego rażenia w Iraku wcale nie ma. Nikt chyba nie sądzi, że w takiej sytuacji szef amerykańskiej administracji powie: "OK" i odwoła lotniskowce do domu. Toż to byłaby kompromitacja przekreślająca szanse kolejnego sukcesu wyborczego G.W. Busha. Prezydent USA zapędził się w kozi róg i na jego torze nie ma już zwrotnicy. Atak na Irak doprowadzi do prawdziwej zmiany porządku świata: osłabi więzy transatlantyckie USA z Europą, wywoła bardziej agresywną politykę Chin, czy wreszcie - co może najbardziej niepokojące - dramatycznie upowszechni wrogość do Zachodu i Ameryki w świecie arabskim. Ale może właśnie o to chodzi! W publicznych dyskusjach na temat strategicznych kalkulacji bardzo rzadko uwzględnia się mocarstwową pozycję Izraela - nie tylko państwa żydowskiego, ale również żydowskiej diaspory w USA. Wpływy tego ośrodka politycznego są olbrzymie. Mimo to jakakolwiek sensowna dyskusja o nich jest wykluczona z powodu barier medialnych. Rozmowa o nieproporcjonalnym i pozademokratycznym wpływie działaczy, polityków, dziennikarzy żydowskich na kurs amerykańskiej polityki bliskowschodniej (i nie tylko) jest z gruntu wygaszana oskarżeniami o antysemityzm, brak szacunku wobec wrażliwości żydowskiej ukształtowanej przez hekatombę holokaustu itd. Jeśli to nie pomaga pojawiają się bardziej bolesne naciski - wpływy na reklamodawców etc. Jaki jest interes Izraela w zmianie władzy w Bagdadzie? Bynajmniej nie polega on na zamknięciu kurków pomocy irackiej dla Palestyńczyków. Chodzi o wymiar geopolityczny - postawienie antyirańskiej zapory pod postacią proamerykańskiej administracji w Iraku i doprowadzenie do trwałej amerykańskiej obecności militarnej w regionie. Odkorkowanie irackiej ropy dla rynków amerykańskich ma w założeniu pokryć koszt tej operacji. Tata nie powiedział? Szczerze mówiąc, gdy człowiek słucha amerykańskiej retoryki, mogą mu się w głowie zaląc niezłe teorie spiskowe... Linia argumentacji od zamachów terrorystycznych z 11 września do ataku na Irak jest tak mętna i zawiła, że trzeba się nieźle umysłowo nagimnastykować, by ukończyć ten logiczny slalom na linii mety. Tymczasem przygotowania do wojny idą pełną parą i coraz trudniej zachować wiarę, że od wyników oenzetowskich kontroli w Iraku cokolwiek może jeszcze zależeć. Na naszych oczach pada mit Ameryki - gwaranta demokracji, wolności, sprawiedliwości i porządku międzynarodowego opartego na prawie. Wyraźnych kształtów nabiera za to obraz amerykańskiej nagiej pięści. Co prawda, prezydent Bush uparcie twierdzi, że jego wojska będą wyzwalać iracki naród spod buta ciemiężycielskiej opresji Saddama Husajna, jednak byle smarkacz na Bliskim Wschodzie wie, że gdyby Amerykanie rzeczywiście chcieli kogoś wyzwalać, to mogliby w pierwszej kolejności zacząć od Palestyńczyków, którym pewne atomowe mocarstwo okupuje ziemie, burzy domy, strzela do dzieci i których zabija bez wyroku sądowego. Idąc na wojnę z Irakiem, Bush liczy na odkorkowanie irackiej ropy dla amerykańskiej gospodarki - czymś w końcu Husajnowa "opozycja" będzie musiała zapłacić za osadzenie na tronie (to wszystko nafta, panie, wszystko nafta). Amerykanie stworzą jednocześnie medialną przykrywkę dla bardziej konkretnego rozprawienia się z Palestyńczykami przez Izrael. Gdy opadnie kurz nowej wojny, może się okazać, że w ościennych krajach arabskich koczują rzesze palestyńskich uchodźców. Co do irackiego "wyzwalania" można też mieć pewne wątpliwości. Przykładu dostarcza Afganistan. Demokracja afgańska sprowadziła się do ostrzeżenia: "możecie sobie wybrać na prezydenta dowolną osobę, pod warunkiem że będzie to Hamid Karzaj". Demokracja w nowym Iraku też prawdopodobnie ograniczona zostanie do kandydatów przeszkolonych przez CIA... Afgańska odbudowa miała ruszyć z kopyta napędzana miliardową pomocą wolnego świata. Na razie jednak z kopyta ruszyła produkcja opium i heroiny oraz budowa nowego tranzytowego rurociągu z kaukaskich złóż do Pakistanu... Sądząc po tych przykładach, można oczekiwać, że po zwycięstwie "demokracji w Iraku" podobne rurociągi zaczną pompować do USA tanią ropę, dostarczając mamony nowej, "demokratycznie wybranej" elicie tego kraju. Stany Zjednoczone są jedynym supermocarstwem i ich odpowiedzialność za świat jest przez to wyjątkowa. Można oczekiwać, że państwo to będzie prowadziło dalekosiężną politykę zagraniczną; że będzie to robiło z głową i nie pod dyktando. Summa summarum, w historii ludzkości wygrywają silne uniwersalne idee, a nie czołgi i bomby... Prezydent George W. Bush powinien to wiedzieć od własnego taty. Co się dzieje? "Co się z tym krajem stało? Trudno go poznać" - mówił jeden z uczestników "antyrejestracyjnego" wiecu posiadaczy broni. No właśnie, na przykładzie funkcjonowania rejestru uzbrojenia widać, w którą stronę zsuwa się kanadyjska konfederacja i czyje ręce ją spychają. Trudno mieć wątpliwości, że ustawa C-68, która nałożyła na kaanadyjskich obywateli obowiązek rejestracji wszystkich sztuk posiadanego uzbrojenia, to wymysł liberalnej lewicy. Ludziom tej formacji skóra cierpnie na samą myśl, że wolny obywatel, w wolnym kraju może mieć glocka czy winchestera. Nie chodzi o żadne bezpieczeństwo - to pretekst - chodzi o pozbawienie obywateli prawa do korzystania z jednego z największych przywilejów amerykańskiej ziemi - prawa do noszenia broni. Od zamierzchłych czasów broń mogli nosić jedynie ludzie wolni. W ten sposób stawała się ona oznaką wolności. Trudno się więc dziwić, że wielu dzisiejszych posiadaczy uzbrojenia postrzega rejestrację jako wstęp do obywatelskiego rozbrojenia. Broń palna tradycyjnie też poczytywana była za oznakę niezależności i możliwości obrony przed napastliwością "republiki". Konstytucja Stanów Zjednoczonych dawała obywatelom prawo do noszenia broni palnej, aby zrównoważyć siłę militarną konfederacji - w razie czego stany zawsze mogły się przeciwstawić powołując pod broń pospolite ruszenie obywateli. Dziś owo pospolite ruszenie ma jedynie ważne symboliczne znaczenie. Prawo do legalnego posiadania broni zakłada obywatelską, indywidualną odpowiedzialność za siebie, za kraj - my, ludzie wolni, nie jesteśmy dziećmi ani wariatami, wiemy jak i kiedy posługiwać się śmiercionośnym narzędziem. Gdy państwo i rządzący traktują społeczeństwo jak nierozgarniętą masę, którą trzeba bronić przed własną głupotą - wówczas wskazane zdaje się odebranie broni "wsiowym idiotom". Mamy więc dwie koncepcje społeczne, dwie koncepcje obywatelskie i polityczne. Pierwsza, tradycyjna, demokratyczna, wolnościowa, zakłada społeczeństwo obywatelskie. Druga, elitarystyczna, zakłada konieczność trzymania za rączkę głupiej masy przez "światłe elity" i zmierza w swej konsekwencji do rozbudowywania sfer ingerencji państwa i totalu. Na kanadyjskiej prowincji prawo do noszenia broni do dziś stanowi wspaniałą tradycję. Strzelba symbolizuje odpowiedzialność i dorosłość. Gdy ojciec ofiarowuje synowi strzelbę na urodziny - daje do zrozumienia jemu i wszystkim dookoła, że uznaje go za gotowego do wzięcia na barki odpowiedzialności cechującej dorosłe życie. Dziś Ottawa chce tę wolnościową tradycję podeptać i w konsekwencji wyplenić, kreując budowę "nowego społeczeństwa". W społeczeństwie tym państwo ma pełnić dominującą rolę - już nie jako emanacja woli obywateli, lecz jako rządy tych "równiejszych", którzy wiedzą lepiej. Przeciwko temu protestowali w środę na Wzgórzu Parlamentarnym ludzie, którzy nie mogą rozpoznać własnego kraju... Nie łudźmy się więc, że chodzi o względy bezpieczeństwa. Fakt, że wszystkie strzelby w Albercie zostaną spisane, w niczym nie poprawi sytuacji w okolicach Jane/Finch w Toronto. Bandyci i gangsterzy nie rejestrują uzbrojenia. Nielegalna broń napływa do Kanady szerokim strumieniem, głównie przez punkty przerzutowe w transgranicznych rezerwatach. Przebicie cenowe jest duże i taki handel kusi niejednego. Tak więc, jeśli rzeczywiście chce się zmniejszyć liczbę pukawek na ulicach kilku kanadyjskich metropolii, to można to zrobić prosto i skutecznie - udowodniła to ostatnio nowa jednostka policyjna oddelegowana do walki z przemytem broni. Gdyby na jej działalność i inne przedsięwzięcia przeznaczono tyle, ile na program rejestracji uzbrojenia i biurokratyczną czerń, która go obsiadła, dziś mielibyśmy w Toronto taką amerykańską Genewę; za miliard dolarów policja dużo może. Tymczasem w Toronto policja nie ma nawet na helikopter (Warszawa ma dwa śmigłowce policyjne). Jednocześnie w Ottawie inna policja aresztuje dziadków - kombatantów, którzy przyjechali protestować przeciwko ludziom, którzy bez jednego wystrzału odbierają im kraj, o którego wolność walczyli. Nawiasem mówiąc, erozja podstawowych wolności i rozbudowa inwigilacji z jakimi mamy do czynienia po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 roku tworzą śmieszny paradoks. Otóż, jak tłumaczyli polityczni liderzy, terroryści atakują nas, gdyż nienawidzą naszego sposobu życia i naszych instytucji demokratycznych. Dziś jednak wojna z terroryzmem nadweręża i osłabia te same fundamenty demokracji i wolnego świata o wiele skuteczniej, niż spektakularne zbombardowanie nowojorskich wieżowców samolotami pasażerskimi. Słowa ontaryjskiego szefa bezpieki Boba Runcimana o konieczności utworzenia panamerykańskiej strefy bezpieczeństwa z pewnością trafiają do poirytowanego serca wszystkim podróżnym w wężowych kolejkach na lotniskach. Od 1 stycznia weszły w życie nowe przepisy zobowiązujące do prześwietlania każdego kawałka bagażu. Granica kanadyjsko-amerykańska powinna być nadal łatwo przepuszczalna i bez zasieków. Czy zatem rzeczywiście aż tak wiele stoi na przeszkodzie ujednolicenia polityki imigracyjnej czy wizowej? Może jakoś można by rzecz całą zracjonalizować bez konieczności wdawania się w jałowe dyskusje o kanadyjskiej suwerenności. Wygląda bowiem na to, że stawiamy się na pokaz, zaś gdy Waszyngton zmarszczy brwi i tak zaraz poszczekując sikamy pod tym palikiem, gdzie nam wskażą... Najlepszy, bo amerykański Polska wybrała dla swych sił zbrojnych amerykański F-16, samolot tzw. trzeciej generacji z lat 70., na który armia amerykańska przestaje składać zamówienia. Samolot 4. generacji Gripen, z lat 80., został odrzucony... Ponoć dlatego, że jest "niesprawdzony". Jednocześnie chwilę wcześniej wojskowy przetarg na transporter opancerzony dla wojska wygrał fiński pojazd, który wchodzi dopiero do produkcji. Czyli w tym przypadku "niesprawdzony" jest OK? Amerykanie wygrali ponoć ofertą offsetową, co musi o tyle dziwić, że niedawno jeszcze mieli z nią kłopoty. Amerykański offset tylko w części wiąże się z obronnością. Kilka tygodni temu p. Jaxa-Małachowski pisał w "Skrzydlatej Polsce": "Bardzo niepokojące głosy docierają z kręgów prowadzących negocjacje offsetowe. Przede wszystkim zauważa się zdecydowaną różnicę w podejściu oferantów europejskich i amerykańskiego. Europejczycy zawsze przynoszą ze sobą konkretny program, rozpisany w szczegółach, podczas gdy konkurencja jest wirtualna. Kłopoty zaczęły się już we wrześniu, a w połowie października negocjatorzy ze strony polskiej zaczęli podnosić larum, że strona amerykańska gwałtownie zaczęła usztywniać swe stanowisko (...) Co więcej, ich rozmówcy stracili poprzednią elegancję i zaczęli się zachowywać jak aroganccy zwycięzcy..." (...) Z powodu "zbyt wysokich wymagań" w zakresie offsetu Amerykanie zrezygnowali z wielu przetargów, m.in. w Czechach. Na dodatek, amerykański offset zostanie ulokowany w dużej mierze w PZL-Rzeszów, będącymi... własnością Amerykanów. Na F-16 skorzysta też miliarder Gudzowaty (ustosunkowany i powiązany z SLD), którego firma ma mieć kontrakt na produkcję... biopaliw... Tak więc Polska wzięła F-16, wrzucając do kosza najbardziej racjonalną koncepcję regionalnego zakupu jednego modelu - Węgrzy i Czesi (przed powodzią) wybrali Gripeny. Jeszcze jakiś czas temu mówiło się, że wspólny zakup jednego modelu pozwoliłby znacznie zredukować koszty serwisu, szkolenia pilotów itd. Dzisiaj ten aspekt się przemilcza. Tymczasem koszty zakupu nowych samolotów są bajońskie i nie sprowadzają się jedynie do 3,8 mld dol. Jeśli doliczyć do tego koszt obsługi kredytu i inne poboczne obciążenia, kwota będzie dwa razy większa. No, ale to już spłacać sobie będą obecne polskie niemowlaki. A dzieci mamy zdolne, więc na pewno sobie z tym jakoś poradzą... Michnik nagrał Rywina i przed świętami rozpętał przy pomocy "GW" skandal łapówkowy. Kim jest Michnik mniej więcej wiadomo, kim jest Rywin - tak sobie. On sam mówi o sobie: jako mały chłopiec, urodzony i wychowany w Związku Radzieckim, chyba ze dwadzieścia razy widziałem film ?Człowiek z karabinem=...". Rywin w latach 60. skończył "highschool" w Nowym Jorku, a następnie Uniwersytet Warszawski. Ma rozległe kontakty wszędzie (pozwolę sobie pozostawić domysłom, gdzie). Jego firma była m.in. producentem "Listy Schindlera". Czego chciał Rywin od Michnika? Aby za cenę zmiany ustawy dał Rywinowi i kolegom 5 proc. udziału w Polsacie. Agora jest zainteresowana kupnem Polsatu, ale lewica blokuje transakcję ustawą zapobiegającą koncentracji mediów w ręku jednego właściciela. Rywin sześć miesięcy temu miał Michnikowi obiecać to załatwić. Michnik nie ujawnił tego wówczas, lecz poszedł do premiera. Sprawę wykorzystał dopiero dziś, kiedy prace nad ustawą są w pełnym toku. Co znamienne, sześć miesięcy temu ani Michnik, ani Miller nie zgłosili sprawy do prokuratora (co rzekomo jest obowiązkiem każdego obywatela). Jeśli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości co do stopnia degrengolady państwa polskiego, powinien przemyć oczy. Sylwestrowa mistyka Jest już prawie rok 2003, a my wciąż żyjemy! Czy to nie powód do toastu? Mam też wielką nadzieję, że za rok znów się wszyscy "zobaczymy" w tym samym składzie. Nowy Rok każe nam myśleć o upływie czasu. Właściwie, gdyby czerpać pomysły wyłącznie z telewizora, to okazałoby się, że głównym staraniem ludzi powinno być sypanie piasku w tryby zegarów i dzika walka o zachowanie młodości - 25 lat - to taki optymalny telewizyjny wiek dla wszystkich; skóra na człowieku elastyczna, masa mięśniowa kształtna i nieotłuszczona, mózg przebrnął już przez szczenięce pułapki dojrzewania, no i koszt ubezpieczenia motoryzacyjnego powoli spada poniżej kosztów spłat samochodu... Właściwie, jeśli się człowiek postara, to owe 25 lat może trwać do czterdziestki lub pięćdziesiątki. Dobre kosmetyki, operacyjne podciągnięcia obwisłej skóry, wygładzanie zmarszczek zastrzykami ze środków paraliżujących, odsysanie tłuszczu z brzucha i ud, nienaganna sztuczna opalenizna - wszystko to pozwala nam przedłużyć okres, w którym mass-cywilizacja chce na nas patrzeć... Bo gdy puszczą szwy, rozjadą się ponaciągane nosy, a zwiotczałe powieki zsuną ponownie do pół oka, trzeba powiedzieć "do widzenia" i nie nadwerężać estetycznej wrażliwości otoczenia. Najlepiej wówczas skorzystać wtedy z prawa do eutanazji (już wkrótce jedna z gałęzi usług) nałożyć na buźkę jakiś plastyk i przy rosnącym stężeniu CO2 odpłynąć ze sceny... Masowa cywilizacja chce byśmy tracili, co najcenniejsze - czas własnego życia. Koncentrując się na walce z czasem odwracamy uwagę od krwistego, jędrnego, bujnego i unikalnego obrazu życia. Zamiast więc w dzień świętego Sylwestra koncentrować się na tym, ile zmarszczek nam przybyło i jak dorosłe zrobiły się nasze dzieci, spróbujmy z błyskiem w oku zastanowić się nad tym, w czym żyjemy, kim jesteśmy, spróbujmy zauważyć cuda, obok których na co dzień wzruszamy ramionami. Przestrzeń naszego życia otworzyła się tajemnicą narodzin i zamknie tajemnicą śmierci. Te dwie tajemnice wzajemnie się dopełniają, tworząc sklepienie danego nam czasu. Pojedyncze życie stanowi element mistycznego kosmosu, jednocześnie samo w sobie jest kosmosem. Warto o tym pomyśleć na sylwestrowej zabawie, kiedy otaksujemy już komu, co przybyło, komu czego ubyło i sami przejrzymy się w lustrach cudzych oczu. Warto przypomnieć sobie w tym ciekawym dniu powszechnego podniecenia i oczekiwania, że to nie Kowalski czy Nowakowa będą nas rozliczać, że nasze życie tak naprawdę nie jest sprawą między nami a innymi ludźmi, lecz między nami a... Raelianie to sekta żywcem wyjęta z książek Kurta Vonneguta. Komiksowy charakter raeliańskiej wiary poraża głupotą. Owszem można założyć, że ludzkość pochodzi od sklonowanych kosmitów, tylko, aby tak zrobić, trzeba być ignorantem rozdeptującym tysiąclecia zmagań ludzkiej myśli. Pytanie o to skąd pochodzimy nie jest bowiem pytaniem, o to, czy z biblijnego raju, z Syriusza czy od małpy, lecz o to, dlaczego "raczej istnieje coś niż nic?". Fakt, że ludzie, którym mózgi lasują się w mętnej wodzie, usiłują klonować istnienie, woła o pomstę do Nieba i otwiera scyzoryk w kieszeni. Raelianie uważają, że klonowanie pozwoli człowiekowi na nieśmiertelność. Ich zdaniem, jednaki genotyp przynosi automatycznie jednaką świadomość i tożsamość. Wypada pogratulować poczucia humoru, a sobie życzyć, by rozreklamowany tuż przed końcem roku rzekomy sukces "raeliańskiej" firmy Clonaid w klonowaniu ludzi okazał się półprawdą obliczoną na uzyskanie 2 minut w "spotach" informacji telewizyjnych. Rząd federalny postanowił po raz kolejny przedłużyć ostateczny termin zgłaszania rejestracji broni palnej. Aby uniknąć kary, posiadacze uzbrojenia mogą jedynie wysłać do urzędu pisemne zobowiązanie do rejestracji. Poważna część Kanadyjczyków bojkotuje rejestr i Ottawa ratuje twarz, luzując przepisy. Najwyraźniej władze chcą wziąć oponentów rejestracji "na przeczekanie". Czas sam rozwiąże problem. A tymczasem rejestr, którego znaczenie dla bezpieczeństwa na kanadyjskich ulicach jest żadne, pochłaniał będzie kolejne miliony dolarów. Tak to jest, gdy ktoś "ideologicznie" idzie w zaparte. Uchwalona w 1995 roku ustawa wyznaczała ostateczny termin rejestracji wszystkich właścicieli uzbrojenia na 1 stycznia 2001 roku, a rejestracji wszystkich sztuk broni palnej na 1 stycznia 2003 roku. Tymczasem właściciele kanadyjskich strzelb i sztucerów zgodnym chórem wołają, by cały ten beznadziejny program skasować. Niestety brakuje do tego politycznej odwagi. Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości liczbę posiadaczy broni palnej szacuje się w Kanadzie na 2,1 mln, z czego 1,9 mln zarejestrowało się. Jedna czwarta wciąż jednak musi jeszcze zarejestrować posiadaną broń. Podchody Jak co roku, również w te święta odbywały się ateizacyjne podchody. O ile przeżyć można jakoś różne "Season's Greetings" w okresie przedświątecznym, kiedy to zbiegają się różne prawdziwe i sztuczne "festiwale" religijne, o tyle "Season's Greetings" w dniu Wigilii brzmi jak potwarz. A tak niestety życzyła Wesołych Świąt swym czytelnikom największa gazeta ogólnokanadyjska "The Globe and Mail". Jeśli Kanada jest krajem wielokulturowym, to z pewnością chrześcijaństwo i katolicyzm (chociażby za sprawą Quebecu) stanowią tej kultury poważną część. Rugowanie słowa "Christmas" w jednym z najważniejszych dni chrześcijańskiego kalendarza stanowi przykład prawdziwie gruboskórnej manipulacji. Jeśli można publicznie i oficjalnie życzyć "Happy Hanukkah" czy z atencją pisać o ramadanie, to chyba narodzin Chrystusa również w Kanadzie nie trzeba się publicznie wstydzić. Może się jednak mylę... Nabożeństwo żałobne odprawiono w obrządku ortodoksyjnym, ale włączono też modły indiańskie (sic), żydowskie i muzułmańskie. Czyli niezależnie od tego, która religia ma rację, dusza Hnatyshyna jest zabezpieczona. A tak na poważnie, to skoro zmarły wierzył w prawosławie (nie wiem czy czasem nie był unitą), to czemu tego nie uszanować? Ciekawe, czy jak umrze prominentny żyd, to będą się wokół niego modlić katoliccy księża z krzyżami w rękach? Nie przesadzajmy z kulturowym miszmaszem. Tolerancja polega na poszanowaniu innych zwyczajów i religii, a nie na łączeniu ich w jeden nic nie warty, wyprany z żarliwości obrządek - państwowy ceremoniał religijny. Święta to okres oświetlający duchową stronę egzystencji. Przy tej okazji wyczytałem, że wielu młodych kanadyjskich chrześcijan wierzy w anioły. I co z tego? - wypadałoby zapytać - anioły stanowią część naszej religii od zarania dziejów cywilizacji. Niestety oświeceniowo-postępowy chichot religijnych prześmiewców sprawił, że wiary w anioły wypada się dziś wstydzić. Jakże dorosły, poważny człowiek może wierzyć w takie brednie? - pyta się retorycznie. Oczywiście, dorosły, poważny człowiek może zupełnie poważnie traktować new-age'owe zabobony, idiotyczne horoskopy, przepowiadanie przyszłości przez różnego rodzaju szarlatanów. O, w to wszystko można wierzyć bez żenady. Ale żeby w Anioła Stróża wierzyć, to trzeba się zatrzymać w rozwoju na poziomie dziecka z pierwszej klasy! Tymczasem zastępy aniołów mamy na wyciągnięcie ręki. I jeśli tylko zdecydujemy się tę rękę wyciągnąć, poczujemy uścisk pomocnej dłoni. Niestety, jesteśmy psychicznie zbyt mocno zablokowani, by rozgłaszać później o różnych "mikrocudach", które wydarzają się za sprawą owej wyciągniętej ręki. Proszę spróbować. To nic nie kosztuje! Koniec roku to okres podsumowań i składania życzeń. Zapominamy przy tym wszystkim, że to, czy jest dobrze, czy źle nie zależy od okoliczności zewnętrznych, lecz od nas samych, od tego, w jaki sposób wykorzystujemy czas, od uświadomienia sobie, że czas jest najcenniejszym darem, jaki mamy, a jego użycie najbardziej namacalnym dowodem wolności. Nawet siedząc w więzieniu możemy dobrze przeżywać swój czas, zaś siedząc na milionach, możemy go potwornie marnotrawić. W tym sensie nie ma lat dobrych i złych. Są jedynie lata zmarnowane... Perspektywę tę zatracamy od kiedy zegary "idące w nieskończoność" zastąpiły poczciwe przesypywanie piasku w klepsydrach. Nasz czas, ten, który rzeczywiście się liczy, jest mierzony tylko raz, tylko do momentu wysypania ostatniego ziarenka...
Dar Przyszły Święta, a wraz z nimi radość odzyskanej nadziei. Człowiek ma dziwną tendencję do zapominania egzystencjalnej perspektywy, do krótkowzrocznej koncentracji na rzeczach, w zasięgu ręki, na perspektywie czasowej, nie wykraczającej poza "teraz". Nawet okres Bożego Narodzenia nie wszystkim pozwala na myślenie. Jakże często Święta gubią nam się gdzieś pod prezentami, przepysznym jedzeniem, wesołym biesiadowaniem z rodziną i przyjaciółmi. Jakże często Święta Bożego Narodzenia stanowią jedynie okazję do odpoczynku i miłego spędzenia czasu. Tym bardziej, że napór konsumpcyjnej i poprawnej politycznie cywilizacji właśnie w tę stronę usiłuje nas kierować - do miłego, przyjemnego spędzania wolnego czasu. Boże Narodzenia - opoka chrześcijaństwa - sprowadzona zostaje do rangi "wieloetnicznego, zimowego festiwalu świateł", imprezy poprawiającej nam samopoczucie, zagrożone zimową depresją i brakiem witamin. Ten prawdziwy dar Świąt usiłuje się nam przesłonić, zasypać prezentami (z których dużą część kupujemy dla siebie) i zagłuszyć. A Dar Świąt jest całkowicie darmowy. Dar ten usuwa z życia jego podstawową niewygodę - lęk. Strach przed tym, co będzie, przed chorobą, śmiercią, utratą bliskich, majątku. Ten wibrujący w naszych trzewiach egzystencjalny lęk na co dzień zacierany zabieganiem, roztrzepaniem, zapracowaniem, piciem, uwodzeniem, narkotyzowaniem, impulsywnym kupowaniem, różnymi technikami psychicznymi. Wszystko tylko po to, by odrzucić Dar. Dar, o którym święta mają nam przypominać i na którego przyjęcie przygotować. Kupowanie prezentów, wspólne biesiadowanie, familijne spotkania mają o tyle sens, o ile przygotowują nas do przeżycia owego wielkiego świątecznego obdarowania. Do wyzbycia się strachu i lęku, do podniesienia głowy, bo oto Bóg jest wśród nas. Czyż nie jest to uczucie warte wszystkich skarbów tego świata? Chrześcijańska perspektywa coraz mniej przystaje do współczesnego świata, nasza cywilizacja coraz bardziej bezpardonowo atakuje chrześcijańskie symbole i instytucje. Wydaje się, że niektóre akcje profanacyjne mają zorganizowany charakter; że stoi za nimi legion sił. Dzieje się tak dlatego, że współczesna cywilizacja żeruje na materialnym zniewoleniu człowieka. Człowiek wyzwolony od strachu i lęku, to człowiek, którym jest trudno manipulować, którego trudno jest zmusić do posłuszeństwa zdrożnościom, któremu nie jest łatwo zamajtać przed oczami materialną błyskotką. Atak na chrześcijaństwo to atak na wolnego człowieka. Bóg nas umiłował i stworzył na własne podobieństwo. Jesteśmy do niego podobni, bo jesteśmy wolni. Mimo że ułomni, to jednak zdolni do wyboru między dobrem a złem. Ta wolność niesie ze sobą nieprzewidywalność, stanowi niewiadomą w równaniach społecznych manipulatorów. Dlatego robią oni wszystko, byśmy tę eschatologiczną perspektywę stracili z oczu, robią wszystko, byśmy powrócili w pogański stan zalęknienia - strachu przykrywanego hedonistyczną rubasznością i materialnymi uzależnieniami. Bóg się rodzi, moc truchleje. Pora sięgnąć pod choinkę i wziąć do serca ten wspaniały Dar, otrzymywany co roku wprost od Stwórcy. Wesołych Świąt! W ubiegłym tygodniu minister komunikacji Collenette poinformował triumfalnie o objęciu przez federalnych funkcjonariuszy spraw bezpieczeństwa na lotniskach w Kanadzie. Specjalnie zorganizowano w tym celu konferencję prasową. Minister pokazał świeżo wyszkolonych adeptów lotniskowej kontroli i zademonstrował dziennikarzom działanie nowych skanerów bagażu do wykrywania materiałów wybuchowych. Dzięki zainwestowaniu miliarda dolarów mamy się czuć pewnie na pokładzie samolotów. Tymczasem w piątek, w Toronto podczas przeglądania taśm ze skanowania bagażu wykryto, że w jednej walizce może być pistolet. Ruch na Pearsonie zamarł. I co? Nic! Bagaży z pistoletami nie udało się zlokalizować, więc nie można było ustalić, co to takiego wyglądało, jak pukawka. A że tłok był duży, bo święta Bożego Narodzenia tuż, tuż, zdecydowano się nie szukać dalej... Życie dorobiło komentarz do czwartkowego wystąpienia Collenette'a. Kazaa w coraz większej mierze przybliża się do ideału Napstera. Coraz więcej ludzi decyduje się kraść muzykę (i nie tylko) od podobnych im kolegów. Legalni producenci dostają po nosie. I dobrze! Dobrze im, bo jest to kara za chciwość! Kiedy w czasach panowania kasety magnetofonowej (to taka taśma ferromagnetyczna na szpulach, młody człowieku) pojawiły się dyski cd, kosztowały trzy razy tyle, co kaseta. Niby dlatego, że miały wspaniałą (cyfrową) jakość dźwięku, nieporównywalną z analogowym buczeniem taśmy. Jednocześnie produkcja kaset była kilka razy droższa od produkcji dysków cd - wytłoczenie dysku kosztowało kilka centów. Reszta wędrowała do różnych kieszeni rekinów przemysłu rozrywkowego. Dziś cd każdy może sobie wypiec w domu, a muzykę sprowadzić od kolegi po drucie. I dopóki przemysł rozrywkowy się z tym nie pogodzi, dopóty będzie dostawał po nosie. A tak na marginesie, to czytałem ostatnio, że kanadyjskie Ministerstwo Kultury, które wspaniałomyślnie ogłosiło dwa lata temu, że wprowadza podatek od sprzedaży czystych kaset i dysków (miał on wynagrodzić artystom utracone tantiemy z tytułu nielegalnego przegrywania), do tej pory nikomu nie wypłaciło ani centa. Cóż, i znów pozostaje mi smutno stwierdzić: "A nie mówiłem?". Kondotierzy z SB Rewelacje na temat morderstwa księdza Popiełuszki przypomniały o czasach, kiedy Polaków mordowało państwo mieniące się polskim. Komuniści od samego początku posługiwali się nad Wisłą skrytobójczym mordem. Było to polityczne "narzędzie" - najczęściej kula w łeb. Niewygodni umierali w dziwnych okolicznościach, ginęli po lasach lub obciążeni odważnikami w kieszeniach lądowali na dnie zbiorników wodnych. Mimo postalinowskiego złagodzenia form walki "z wrogiem wewnętrznym" i tworzenia pozorów praworządności na użytek zewnętrzny, tych najbardziej "opornych", dla zastraszenia reszty i przykładu, po prostu "eliminowano". O praktykach tych wiedzieli polityczni mocodawcy ubecji, esbecji czy czego tam jeszcze. To oni udzielali "licencji na zabijanie". Oni też w pierwszej kolejności powinni w wolnej Polsce ponieść odpowiedzialność karną i polityczną za zbrodnie. Tymczasem zakpiono sobie z narodu, urządzając kilka pokazowych procesów pionkom. Aparat peerelowskiej zbrodni do dziś pozostaje niezbadany. W okresie przesilenia 89/90 popalono co ciekawsze dokumenty, faktyczni sprawcy mordów - Jaruzelski, Kiszczak i ich kompani wycałowali się w bruderszaftach z "opozycją", a Mazowiecki zgrabnie oddzielił przeszłość grubą kreską. Dzięki temu całe zastępy wspólników zbrodni mogły spokojnie zabrać się za rozkradanie Polski i poczuć się w "kapitalizmie" jak ryby w wodzie. Fakt, że w życiu publicznym nadal uczestniczą polityczni wspólnicy esbeckich katów, nikogo dziś nie dziwi. Ponoć owi esbecy działali całkowicie samowolnie, bez żadnego przyzwolenia z góry, dla własnej przyjemności zabawiając się w czerwonych ojców chrzestnych. Esbeckie komanda, niczym zbuntowani kondotierzy, hasały pod oknami Biura Politycznego, a panowie z Domu Partii nie mieli o tym zielonego pojęcia!? Po prostu, partyjne rozdwojenie jaźni. Partyjna "głowa" nie wiedziała o tym, co robią "organa", dzięki którym istniała. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że bez milicji, esbecji i innych służb komuniści rządziliby co najwyżej dzień lub dwa. A trzymali się kilka ładnych dekad. PZPR była organizacją zbrodniczą. Realizując interes sowiecki, partia ta polskimi rękami mordowała Polaków. We władzach tej zbrodniczej zgrai zasiadali: Aleksander Kwaśniewski (od 1977 członek PZPR), Józef Oleksy (od 1975 działał w PZPR, gdzie pełnił m.in. funkcję I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego w Białej Podlaskiej), Leszek Miller (w 1977 ukończył nauki polityczne w Wyższej Szkole Nauk Politycznych przy Komitecie Centralnym PZPR, której członkiem był od 1969. W 1977-1982 pracował w KC PZPR...), że wymienię pierwszych z brzegu. Ich doradcami byli (i nadal gdzieś tam snują się po korytarzach) ludzie z krwią w siwych włosach. A my tu ekscytujemy się tym, kto księdzu Popiełuszce zadał śmiertelny cios. Po prostu, gorzki śmiech. Szowiniści z piórem w głowie David Ahenakew powiedział rzecz straszną. Nie chodzi tylko o to, co powiedział, ale jak. Podejmowanie dzisiaj prób usprawiedliwienia wymordowania przez Niemców milionów europejskich Żydów musi przerażać. Tym bardziej, jeśli słowa te padają z ust indiańskiego męża stanu, polityka zasłużonego, byłego wodza Assembly of First Nations. Gdyby Ahenakew był chłystkiem... No, ale nie jest. Słusznie więc mu się należy, że dostał. Cieszy fakt, że Kanada jest krajem, w którym takie diatryby spotykają się z jednoznacznym powszechnym potępieniem. Z drugiej jednak strony, niepokoi nieco, że tego rodzaju wypowiedź staje się od razu przedmiotem śledztwa policyjnego. Oczywiście wolność słowa nie jest sama w sobie wartością absolutną. Ludzi wywołujących panikę w ciemnym teatrze fałszywym okrzykiem "pali się" słusznie stawia się przed sądem. Wypowiedź Ahenakew niczym podobnym jednak nie grozi. Czy rolą RCMPjest ścigać za głupotę indiańskich szowinistów? Bo to, że Ahenakew i wielu jego kolegów - wodzów jest szowinistami nie ulega wątpliwości. Liczne wypowiedzi indiańskich działaczy rażą swym wierutnym fałszem. Odcinając się od Ahenakew, przewodniczący rady Indian Saskatchewanu dorzucił swoje trzy grosze stwierdzając, że przecież Indianie "sami są ofiarami holokaustu"... przeprowadzonego na nich w szkołach z internatami. Co jak co, ale porównanie prowadzonych przez księży szkół z internatami do komór gazowych musi stawiać włosy na głowie. I znów, nie jest to wypowiedź jakiegoś pijanego pętaka, lecz całkiem "nowoczesnego" i do rzeczy polityka. Stanowi to część rozpowszechnionego wśród indiańskiej elity światopoglądu, wedle którego Indianom z urodzenia za krzywdy należy się w Ameryce wszystko, a reszta ma się podporządkować i płacić. Indiańscy politycy mają nadzieję, że wygrają z resztą w demografii - przyrost naturalny w rezerwatach jest całkiem, całkiem i w ten sposób odzyskają swój kraj. Dlatego nie w smak im imigracja i bykiem patrzą na Chińczyków, Pakistańczyków oraz całą wielokolorową resztę... Przy okazji incydentu z Ahenakew nasuwa się też pewna refleksja. Otóż, kanadyjskie środowiska żydowskie natychmiast, stanowczym głosem potępiły Indianina. I słusznie. Jednocześnie w ciągu minionych kilku lat wielu prominentnych polityków państwa izraelskiego mówiło rzeczy równie odrażające. Z tym, że o Arabach. Pewien izraelski minister nazwał Palestyńczyków "wszami", których trzeba się pozbyć, inny mówił o nich jako o nowotworze czy wrzodzie. Ja wiem, że Izrael to nie Kanada i nie obowiązują tam przepisy zabraniające szerzenia nienawiści. Wypada jednak, by ludziom, którzy takie kretynizmy mówią - przynajmniej tu w Kanadzie - nie podawać ręki. Tymczasem są oni przez tutejszych Żydów wręcz na rękach noszeni. Czyli znów mamy równych i równiejszych. Rząd federalny ratyfikował Kioto. Wypada więc pożegnać się z traktowaniem energii za rzecz podobną do powietrza. Już wkrótce będziemy bulić za światło, benzynę i gaz jak za woły. W związku z Kioto Liberałowie po raz kolejny okazali się świetnie dbać o interesy wielkich korporacji i monopoli, jednocześnie bez żenady włożyli ręce do kieszeni podatnika. Chretien obiecał przemysłowi, że jego koszty dostosowywania się do Kioto będą ograniczone - wszystko, co zostanie wydane ponad limit będzie zwrócone z państwowej kasy. Zapłacimy więc za to wspólnie Ty i ja, drogi Czytelniku. Czysty socjalizm. Do czystych źródeł energii ma nas przekonać elektrownia wiatrowa w Toronto. Może bym do niej podchodził z większą atencją, gdyby nie odbyta dawno, dawno temu blitzwyprawa po Kalifornii, gdzie "farmy wiatrakowe" istnieją od dłuższego czasu. Jeśli elektrownie węglowe, mazutowe i gazowe trują powietrze, to elektrownie wiatrowe z pewnością trują krajobraz. Od upstrzonych wiatrakami kalifornijskich wzgórz można dostać oczopląsu. Część jest zardzewiała, część połamana straszy niebo, niczym skruszone kopie Don Kichota. Ostrzegam zatem, by nie przekonywać się do elektrowni wiatrowych na podstawie widoku jednego wiatraka. Po to, by technologia ta miała sens przemysłowy, musi iść w liczby. I tu zaczyna się problem. Generalnie rzecz biorąc, Kioto jest "do przeżycia", tylko zamiast wydawać pieniądze na modne mrzonki i bzdury, trzeba by skoncentrować środki na tym, co ma dziś ręce i nogi - rozwijać nowoczesną, superbezpieczną energetykę atomową. Jest to najczystsze znane nam obfite źródło energii. Niestety, biorąc pod uwagę obecny stopień społecznego niedokształcenia, trudno mieć nadzieję na polityczne poparcie dla takiego projektu. W świecie, w którym większość głosujących obywateli nie ma pojęcia, w jaki sposób tworzy się obraz na ekranie ich telewizora, nie można liczyć, że większość obywateli zrozumie, dlaczego obecna technologia nuklearna jest bezpieczna i z powodów fizycznych nie może prowadzić do dramatów w rodzaju Czarnobyla czy Three Mile Island. Od dłuższego czasu za sprawą ekopolitycznej manipulacji położyliśmy kreskę na najczystszej i najlepszej znanej nam metodzie pozyskiwania olbrzymich zasobów energii. Sąd Najwyższy poszedł po rozum do głowy i slusznie uznał, że konkubinat nie jest równy małżeństwu - gdy chodzi o prawo do podziału majątku w przypadku rozstania. Zasada "fifty-fifty" nie ma zastosowania w związkach konkubinackich. Przynajmniej w tym jednym wypadku SN stanął po stronie starej, sprawdzonej instytucji zachodniej cywilizacji. Oby częściej. Zaczyna się rewia Tromtadracja, która towarzyszy zamknięciu negocjacji RP z Unią Europejską, zaczyna zagłuszać jakiekolwiek rozsądne myślenie. Debata unijna przeniosła się na płaszczyznę politycznych rewii. Premier Miller zbija kapitał, eseldowcy wypinają piersi. PAP w jednym z doniesień podziwiał Millera słowem "lodołamacz" i okrasił tekst skrojonym na miarę potrzeb życiorysem byłego genseka. Ideologiczni koledzy obecnej ekipy z szeregów Unii Wolności i innych przybudówek centrolewu (Adaś Michnik był jedną z pierwszych osób, z którymi Miller poklepywał się po przylocie) natychmiast zakrzyknęli, że Polska uzyskała wszystko, co tylko dało się osiągnąć, choć trudno ustalić, skąd im o tym wiadomo, skoro nie siedzieli przy stoliku... Wszystko to stanowi preludium do wielkiej operacji propagandowej, przed referendum. Strona prounijna dysponuje supertubami gazetowymi i publicznym telewizorem, strona antyunijna ma do dyspozycji podgryzane wciąż Radio Maryja i kilka rachitycznych periodyków. Już dziś straszy się eurosceptyków, że odrzucenie tej "historycznej szansy" oznaczać będzie narodową katastrofę, załamanie wszystkiego - łącznie z budżetem - wygrzebie z szaf szowinistyczno-faszystowskie zmory. Radosne pienia centrolewu o rzekomej unijnej szczodrości wymuszonej "żelazną wolą" byłego komsekretarza mają przesłonić suche i smutne fakty oraz odwieść ludzi od zadawania pytań. Na przykład o to, ile kraje Unii Europejskiej wypompowały do tej pory z polskiej gospodarki za sprawą zniesienia polskich ceł w ramach układu stowarzyszeniowego? Owe słynne unijne dotacje Polacy sami wypracowali. Problem jedynie w tym, że po przystąpieniu do UE to nie oni będą decydowali o sposobach ich wykorzystania. Czy Polska powinna przystąpić do Unii Europejskiej? Być może. Z pewnością jednak nie teraz, nie jako kraj-petent. Czy jest droga dla Polski poza Unią? Oczywiście! I bynajmniej nie grozi to "białorusinizacją" kraju. Na Unii świat się nie kończy i są kraje europejskie, które wspaniale prosperują poza rozdzielnikiem Brukseli. Do rozwoju Polski konieczne jest jedynie przeprowadzenie w kraju prawdziwych kapitalistycznych reform, usunięcie hamulców rozwoju drobnej przedsiębiorczości, solidnej reformy pieniądza, odkorkowania kredytu poprzez modernizację systemu hipotecznego i banków, zwalczenie korupcji, uproszczenie administracji... Do rozwoju Polski konieczna jest nadzieja. Nadzieja milionów ludzi na lepsze jutro. Dziś wmawia się tym milionom, że nadzieja tkwi wyłącznie w Unii. Tymczasem zamiast liczyć na dopłaty z unijnej kasy, polski chłop czy producent przedsiębiorca powinni po prostu móc zarobić we własnym kraju. Na płaszczyźnie metapolitycznej przystąpienie Polski do Unii oznacza zaś zwycięstwo centrolewu nad myśleniem narodowym; oznacza przekreślenie możliwości Wielkiej Polski. Kopenhaga Żałośnie jest. Tak można określić to, co udało się Polsce wynegocjować. Na dodatek, dyskusja o przystępowaniu do Unii Europejskiej toczy się w Polsce w kategoriach, które mają niewiele wspólnego z rachunkiem zysków i strat. Mówi się o przystąpieniu do Unii jak o "cywilizacyjnym wyzwaniu". Janusz Onyszkiewicz stwierdził nawet, że będzie to krok "porównywalny do chrztu Polski". Ludzie popularni, których twarze stanowią stały element telewizorów, jeżdżą dziś za cudze pieniądze po Polsce i przekonują "maluczkich" i ich dzieci. Co ciekawe, nikt nie tłumaczy spraw najprostszych, nikt nie sporządził najbardziej podstawowych zestawień - jakie decyzje będą zapadać w Brukseli, a jakie w Polsce, kto i dlaczego będzie decydował o przydziale unijnych środków, dlaczego polska produkcja w wielu dziedzinach ma być ograniczana. Jak porozumienia unijne mają się do zasady wolnego rynku i wolnej konkurencji, dlaczego mimo posiadania olbrzymiej rzeszy urzędników państwowych, mówi się o konieczności zatrudniania kolejnych - obeznanych z unijnymi procedurami. Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej w obecnej sytuacji to pozbawianie się szansy na dynamiczny rozwój. Zanim się pomyśli o wspólnym rynku z Europą, należałoby najpierw zlikwidować deficyt w wymianie handlowej z zagranicą, potem rozkręcić własny przemysł, zgromadzić polski kapitał. Unia Europejska jest przykładem statycznego tworu, który kłóci się z podstawowymi założeniami kapitalizmu. I o tym w Polsce nikt nie mówi! A wystarczy porównać przepisy tego molocha z zapisami traktatu NAFTA, by przekonać się, że w Unii Europejskiej Polska będzie miała mniejsze pole manewru niż, na przykład, takie władze kanadyjskiego Quebecu! Głównie dlatego, że Polska jest słaba, jej elity skorumpowane i łatwe do kupienia przez obcych. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby wbrew unijnym nakazom Warszawa zakazała sprzedaży barwionej margaryny na swym terytorium! (Tak, jak to z urojonych powodów postanowiły władze Quebecu). Wydaje się, że jedyną bezpośrednią korzyścią z unijnego przystąpienia będzie możliwość legalnej pracy u obcych. Jeśli ktoś się z tego cieszy, to ja gratuluję poczucia humoru. Unia nie likwiduje konkurencji interesów narodowych, ona je przenosi na inną, biurokratyczną płaszczyznę, a na tej płaszczyźnie będziemy przegrywać. Bo nie mamy atutów. (Jedna z pań o bardzo małym rozumku biorąca udział w agitce u prezydentowej Kwaśniewskiej pt. "Polska jest trendy", uznała, że polskim atutem jest... molo w Sopocie.) Polska poza Unią może dobrze prosperować. Musi się tylko odrodzić. Musi przestać wegetować. Do tego trzeba zrzucić gorset biurokracji i bez ogródek mówić o polskim interesie narodowym. Trzeba zacząć się oddolnie organizować. Trzeba się zacząć popierać. Zlepieniec Daliśmy się policzyć i wyszło na to, że w 2001 roku było nas nieco ponad 200 tys. Nie jest to jakaś potężna armia, ale zawsze coś... Spis powszechny pokazuje, że Kanada staje się jednym wielkim tyglem... No właśnie, tyglem czy konglomeratem? Bo jeśli to pierwsze, to powinniśmy zrezygnować z uczenia dzieci polskiego i na wszelkie sposoby wpychać je w asymilację... A jeśli to drugie? Jeśli to drugie, to powinniśmy się głęboko zastanowić nad sobą. Wbrew lansowanej przez liberałów koncepcji jednoczenia się ludzkości w jeden organizm państwowy i jeden rząd, przykład Kanady pokazuje, że rywalizacja między poszczególnymi narodami i grupami etnicznymi wcale nie zanika. A jeśli zanika, to tylko wśród narodów słabych, które nie stosują strategii pozwalających na wzajemne wspieranie, promowanie "swoich" i własnego interesu grupowego. W środowisku "globalnym", mimo zaniku granic państwowych, powiększenia obszarów wolnego handlu i swobodnego obiegu pieniądza, sukces odnoszą te nacje, które stosują skuteczne strategie działania grupowego. Mieszkamy w społeczeństwie, w którym skuteczność owych grupowych strategii łatwo jest prześledzić. Mój kolega, który swego czasu rozwoził gazety do kilkunastu koreańskich sklepów, opowiadał, że przez pierwsze pół roku wszyscy "Chińczycy" liczyli skrupulatnie wszystkie egzemplarze i na każdym kroku patrzyli na ręce. Po pół roku - jak ręką odjął - nagle u wszystkich Koreańczyków wszystko było do załatwienia "na gębę". Zadziałała "sieć bambusowa" - niewidzialna z zewnątrz siatka powiązań rodzinnych, kontaktów towarzysko-handlowych. Hasło: "Temu można ufać" - puszczono w sklepikarską sieć. Silne nacje nie rozpływają się w erze globalizmu - przeciwnie, cyzelują, pielęgnują i doskonalą metody "niewidzialnej ręki". Kultury azjatyckie z natury swej są bardziej "kolektywistyczne" od naszej. Tradycyjnie, popieranie krewnych, rodziny i znajomych traktowane jest jako oczywisty obowiązek. Jedna chińska rodzina potrafi, na zmianę, z pomocą stryjów i kuzynostwa, niemal przez 24 godziny na dobę, dzień w dzień, przez siedem dni w tygodniu prowadzić sklepik. Z tego sklepiku nie tylko, że wyżyje kilka osób, ale jeszcze wykształci się kilkoro dzieci. Wykształci na lekarzy, inżynierów, programistów komputerowych - zawody, które pozwalają na samodzielność i dają wysokie zarobki. Ci wykształceni Chińczycy pomogą z kolei własnemu kuzynostwu, opłacą studia i popchną kolejnych krewnych. Strategii takich używają również społeczności z Bliskiego Wschodu. Gdy my z przyjazną ciekawością podchodzimy do małżeństw mieszanych, Żydzi czy Arabowie traktują je jako swego rodzaju zdradę i sprzeniewierzenie się grupowemu poświęceniu. Wystarczy rozejrzeć się spokojnie dookoła, by zauważyć, że strategie grupowe przynoszą sukces na wszystkich polach działania. Ci, którzy mają za sobą plecy własnej grupy etnicznej, rodziny, przyjaciół, są w stanie zajść o wiele dalej i o wiele skuteczniej przeforsować swe interesy. W kanadyjskiej polityce działanie lobby etnicznego jest coraz bardziej zauważalne i odgrywa coraz większą rolę. Co my na to? Zacznijmy od siebie. Idea solidaryzmu etnicznego jest banalnie prosta. Dziś wielu z nas ogranicza spojrzenie do końca własnego nosa; wielu ludzi uchodzących za działaczy społecznych i elitę polityczną puszy się i stroszy, jednocześnie nie robiąc nic dla własnej społeczności. Częściej jesteśmy gotowi wrzucić rodakowi kamyk do ogródka niż podać rękę. Częściej bezinteresownie szkodzimy niż bezinteresownie pomagamy. Nie lubimy siebie samych i nie lubimy innych Polaków. Usiłujemy wywyższać się i "pokazywać" wśród swoich; zawiść, zazdrość, pogarda dla polskiej siermiężności, narzekanie na "kalafiorstwo" - wszystko to rozbija naszą grupową solidarność, wszystko to sprawia, że na nasze strategie grupowe nie ma co liczyć. Prawdą obiegową jest to, że prędzej pomoże ci obcy niż Polak, ten ostatni najczęściej oszuka... Rzeczą podstawową dla wpływów każdej grupy etnicznej jest jej zamożność, są pieniądze. Przeciętne dochody amerykańskich Żydów są czterokrotnie wyższe od średniej krajowej. Proszę sobie odpowiedzieć dlaczego. Zacznijmy od siebie, zacznijmy od korzystania z własnych usług, popierajmy się bez zawiści. Kupujmy u Polaka samochody, domy, żywność. Przyjmijmy zasadę moralności grupowej. Rodaka nie wolno oszukać, nie wolno nabić w butelkę, nie wolno wystawić do wiatru. Niestety, wiele polonijnych "biznesów" żerowało i nadal żeruje na naiwności, nierozgarnięciu czy nieznajomości języka urzędowego innych Polaków. To jest niedopuszczalne i powinno powodować natychmiastowy ostracyzm i wykluczenie. Proszę mi wierzyć, że jeśli tylko każdy z nas będzie pewny, iż jadąc do polskiego warsztatu samochodowego, polskiego pośrednika sprzedaży aut, polskiego biura podróży czy firmy spedycyjnej nie zostanie oszukany i potraktowany jak frajer, obroty tych przedsiębiorstw podwoją się. Jest nas tutaj grubo ponad 200 tysięcy. Jeśli "polski" pieniądz pozostanie w polskich rękach, zaczniemy się liczyć i będziemy mogli zacząć myśleć o politycznym organizowaniu się. Jedno jest pewne: strategie grupowe przynoszą sukces - zwłaszcza w takim kraju, jak Kanada, kraju - zlepieńcu. Wyniki na wiar ę Od czasu, kiedy na Florydzie ważyły się losy prezydentury George'a Busha, a w telewizji mądrzy ludzie próbowali zdefiniować metodę rozpoznawania dziury w karcie do głosowania, w wielu amerykańskich stanach zrezygnowano ze staroświeckich "papierowych procedur" i wprowadzono demokrację przedstawicielską w XXI wiek - sięgnięto po terminale komputerowe, gdzie za potarciem (dotknięciem) czarodziejskiego ekranu oddaje się elektroniczny głos na kandydata... Niby jest fantastycznie. Głosować może bowiem każdy Amerykanin - i to nawet taki, dla którego Homer Simpson jest przykładem intelektualisty. W końcu nawet szympans jest w stanie odróżnić obrazek banana od obrazka jabłka... Z drugiej strony, nagle, bez wielkich dyskusji i ceregieli, przekształcony został cały proces wyborczy. Wybory przestały pozostawiać po sobie papierowy ślad. Już nie można ponownie przeliczać głosów, bo fizycznie nie ma czego liczyć. Czy takim systemem można manipulować? Pewnie! Na dodatek manipulacja taka odbywa się w dziedzinie, której większość wyborców i tak nie łapie - oprogramowania, transmisji i szyfrowania danych. Do tej pory każdy widział, jak kontroluje się przebieg wyborów - była określona liczba kart do głosowania, plombowane urny, wszystkiego pilnowała policja, a głosy liczyło się komisyjnie - naocznie i namacalnie. W przypadku głosowania elektronicznego nie ma czego ręcznie liczyć. Tymczasem nawet najbardziej bezpieczna transmisja elektroniczna nie jest całkiem pewna. W Stanach Zjednoczonych głośna była niedawno sprawa pewnego programisty, który nadspodziewanie często wygrywał na wyścigach konnych - prawdopodobnie (nie udowodniono mu) - obstawiając zakłady po czasie, gdy znane już były wyniki. Sieć totalizatora uchodzi za jedną z najbezpieczniejszych... Co będzie, jeśli macki politycznej korupcji sięgną samych producentów urządzeń do głosowania czy obsługi technicznej? Gdy ta czy inna grupa nacisku zechce trochę "pomóc" swym ulubionym kandydatom? Stała się rzecz groźna - proces demokratycznych wyborów nagle zmętniał, a odwieczne zasady przekształcone zostały w mechanizm, którego społeczeństwo nie jest w stanie kontrolować... Płyną z tego wnioski również dla raczkujących demokracji w rodzaju polskiej, gdzie tendencja do naśladowania "Rzymu" jest silna. Wszak Stany Zjednoczone udzielają lekcji demokracji. Złośliwi twierdzą, że SLD dlatego tak słabo wypadła w ostatnich wyborach samorządowych, bo zepsuła się sieć komputerowa i wszystko trzeba było ręcznie liczyć... Wybory to prosta rzecz. Nie trzeba mieszać do nich komputerów, Internetu i sieci - uczciwym ludziom wystarczą liczydła, kartka i długopis. Na kogo to działa? Może miałbym więcej zaufania do tego, co mówi prezydent Bush na temat Iraku, może machałbym ręką na utyskiwania Arabów, może mógłbym islamski terroryzm zwalić na karb li tylko religijnego fanatyzmu i zaślepienia, może łatwiej byłoby mi potraktować amerykańskie ekspedycje wojenne jako szczytną obronę zagrożonej cywilizacji Zachodu... gdybym widział, że Waszyngton sam postępuje sprawiedliwie i gra fair play. Jednym z głównych argumentów tej drugiej strony jest to, że USA traktują Izrael jak świętą krowę - i przyzwalają na izraelską agresję na ziemiach okupowanych. Trudno się z tym argumentem nie zgodzić. Weźmy chociażby broń - amerykańskie czołgi, samoloty bojowe i śmigłowce używane są przeciwko palestyńskiej ludności cywilnej. Niejednokrotnie ginęli od niej Bogu ducha winni ludzie. Amerykańska broń służy m.in. do strzelania do dzieci rzucających kamieniami w czołgi. Sprzedaż amerykańskiego uzbrojenia do Izraela jest obwarowana m.in. zakazem jej użycia wobec cywilów w konflikcie wewnętrznym. Izrael sobie z tego bimba, Amerykanie patrzą w drugą stronę, a cała reszta nabiera wody w usta. W Europie toczy się proces Slobodana Miloszevicia, oskarżonego o polityczną odpowiedzialność za przeprowadzenie czystek etnicznych. Jednocześnie na oczach całego świata Izrael dokonuje podobnych "przesunięć", a jego politycy mówią bez żenady o oczyszczeniu "pradawnych ziem" z Arabów. I nic! W jednym przypadku sądzi się gościa i trzyma w więzieniu, w drugim podejmuje się uroczystą kolacją w Białym Domu. Bush sroży się do kamer i ostrzega Husajna. Szczerze powiem, trudno mieć sympatię do irackiego kacyka, jednak to, co mówi prezydent, brzmi jak mało śmieszny dowcip. Prezydent USA oświadcza: "Przyznaj się Husajn, że masz broń masowej zagłady, bo my wiemy, że masz. A jak się nie przyznasz i jej nie zniszczysz, to my przyjdziemy i zrobimy z tobą porządek". W Iraku trwają inspekcje ONZ. Bagdad zgodził się pootwierać wszystkie drzwi. Jeśli Waszyngton wie, że Husajn ma tę straszną broń, to niech mu ją wygarnie i wszystkim pokaże. W końcu żyjemy w czasach, kiedy z kosmosu można dowolnej osobie zajrzeć pod kołdrę. Czemuż zatem nie powie się inspektorom, co mają sprawdzić? Bush zapewnia, że przeciwko Irakowi są dowody, tylko że nadal nie wiadomo, jakie i kto je widział. Na dodatek mdło się robi, gdy Brytyjczycy chcąc w nas wywołać antyiracki zew, pokazują z namaszczeniem archiwalne obrazki saddamowych okrucieństw. Mdło, bo podobne obrazki można śmiało uzyskać chociażby z Czeczenii i kilkudziesięciu innych regionów świata. Gdzie był rząd Wielkiej Brytanii, gdy systemami ognia zaporowego Grad ostrzeliwano osiedla mieszkaniowe Groznego? Przyznam więc na koniec, że choć ma się ku wojnie, to ta cała wojenna propaganda mnie nie bierze. Pojawia się więc pytanie, na kogo ona działa? Wcięło nam miliard Jeśli ktoś nie wierzył, że w takim kraju jak Kanada (nie jest to w końcu Trzeci Świat) rząd może wyrzucić w błoto miliard dolarów, to teraz nie powinien mieć już złudzeń. Może. Na dodatek nie wzbudzając niczyjego zdziwienia i nie rozdzwaniając różnego rodzaju dzwonków kontrolnych, którymi - przynajmniej teoretycznie - obwarowany jest system wydatków publicznych. Miliard dolarów to kwota dla większości z nas tak astronomiczna, że nie potrafimy nią "operować". Trudno nam odpowiedzieć na pytanie, co za to można kupić. Zazwyczaj kwoty powyżej 100 mln dol. funkcjonują w naszym języku jako równoważniki słów "bardzo, bardzo dużo pieniędzy". Co można zrobić za miliard? Na przykład, kupić 6 boeingów 747 lub wybudować 30 luksusowych budynków mieszkalnych po 200 mieszkań w każdym. Za miliard dolarów moglibyśmy też kupić sobie trzy tysiące przeciętnych domów jednorodzinnych w Toronto, po 300 tys. dol. z hakiem każdy. Takie pieniądze wspólnie odłożyliśmy i pozwoliliśmy, by ktoś wyrzucił je lekką ręką. Uczciwie powiem, że nie do końca wyrzucił, przejadły je zastępy urzędników zakładając program rejestracji uzbrojenia. To, że program taki w żaden sposób nie przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa na ulicach kanadyjskich miast, wiadomo nie od wczoraj. Program rejestracji uzbrojenia to ideologiczny potworek lewicowego skrzydła Partii Liberalnej. Zdaniem liberał-lewicy już sam fakt posiadania damskiego rewolweru świadczy o prawicowo-konserwatywnym skrzywieniu właściciela. Broń w prywatnych kaburach drażni chrapy nowych bolszewików globalizmu, apologetów rządów światowych. Kto to widział, aby byle kmiotek mógł strzelać z winchestera?! Program rejestracji w swym założeniu służyć ma zmniejszeniu liczby przestępstw popełnianych z użyciem broni palnej. Oczywiście jest to mit. Na dodatek, podejrzewam, że ci, co go powtarzają sami weń nie wierzą. Zastanówmy się. Jeśli ktoś morduje w afekcie, zabija żonę, męża, sąsiada czy kochanka kochanki, wówczas nie ma głowy do tego, by zastanawiać się, czy strzela z zarejestrowanego, czy nie zarejestrowanego. W chwilach zaślepienia zabić możemy gołymi rękami. Jeśli ktoś jest bandytą i ma dwie krople oleum w głowie, to kupuje sobie jakiegoś półautomatycznego Glocka lub inną nowoczesną zabawkę od czarnorynkowego importera. Gdzie takiego importera się szuka? No wystarczy raz przejść przez areszt i więzienie za jakiś włam, by później przebierać w adresach dostawców. Przestępcy nie rejestrują uzbrojenia. Pozostaje wariant, kiedy to przestępca używa legalnej broni, którą kradnie. Cóż, wariant ten dotyczy jedynie niezbyt rozgarniętych kryminalistów. Broń legalna zazwyczaj łatwa jest do zidentyfikowania. Po co więc wydano miliard dolarów na stworzenie zbiurokratyzowanej bazy danych? Z naszego, podatników, punktu widzenia - po nic. Źle by się stało, gdyby pozew sądowy zarejestrowany przez organizację B'nai Brith przeciwko rządowi Kanady w sprawie delegalizacji Hezbollahu przyniósł jakikolwiek skutek. W wolnym świecie polityki zagranicznej i wewnętrznej nie robi się w sądach - to oczywiste. Władze: ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza powinny działać oddzielnie. Jeśli B'nai Brith chce wpłynąć na politykę rządu, to może do tego użyć (i skwapliwie używa) legalnych kanałów lobbingowych. Nie można od sędziów wymagać, by oceniali politykę ministrów. No chyba, że chcemy z sądów uczynić strukturę przypominającą coś na kształt komunistycznego Biura Politycznego. Nie można za cenę doraźnej skuteczności rozwalać fundamentalnego porządku konstytucyjnego. W związku z remontem w bloku przez mieszkanie przewijają mi się wieloosobowe grupy fachowców. Żaden sprzęt domowy nie wzbudza tyle zainteresowania, co wiszący w przedpokoju duży plakat poglądowy z technicznym rozrysowaniem "Awtomatu Kałasznikowa" - AK i AKM, a zatytułowany "Ustrojstwo Awtomatow". Mój "kałasznikow" rozwiązuje języki, wyzwala wspomnienia i wywołuje komentarze. Bo większość fachowców to imigranci. Kałasznikow jest jak wspólny mianownik. Półtorametrowy Indianin z Kolumbii na widok plakatu z kałachem uśmiechnął się porozumiewawczo i zapytał, czy mówię po hiszpańsku (na biurku mam plastykową flagę Ekwadoru). Ponieważ ja po hiszpańsku ani me, ani be, a on po angielsku be, ale już nie ce, rozmowa nasza sprowadzała się do gestykulacji. Wychodząc zasalutował... Było to dla mnie o tyle kłopotliwe, że w swoim życiu z regularnym wojskiem miałem niewiele wspólnego. Na drugi dzień kałasznikowa łyknął malarz. Przyjechał z Serbii (mówił: "byłej Jugosławii") 5 lat temu, pracował w fabryce zbrojeniowej. Ponoć sprzedawał części do czołgów. Twierdzi, że wszyscy chcieli od niego kupować kałasznikowy, choć - przekonuje - na poligonie M-16 jest lepszy - ma większą prędkość początkową pocisku."Dostaniesz taką kulą w nogę, to ci jej nie złamie, tylko przejdzie przez kość na wylot" - tłumaczy. Czy to prawda? Bo ja wiem, nie znam się na broni palnej - wolę się znać na ludziach. I jak się okazuje, mój "kałasznikow" jest do tego celu bardzo przydatny... Demokracja w działaniu Radio Maryja to przykład demokracji w działaniu. Ojcowie redemptoryści zdołali stworzyć sieć alternatywnej komunikacji społecznej stanowiącą skuteczną odtrutkę dla medialnego totalu, jaki zalewa Polskę. Nawet najbardziej zaciekli wrogowie tej stacji muszą przyznać, że daje ona możliwość wypowiedzi poważnemu segmentowi polskiego społeczeństwa, któremu w głównych polskich publikatorach knebluje się usta. W tym sensie Radio Maryja służy polskiej demokracji i m.in. dlatego jest zaciekle zwalczane przez polityczny establishment oraz zaciężne kohorty dziennikarskich prostytutek. Radio Maryja to także przykład możliwości zaistnienia w Polsce oddolnego ruchu politycznego, finansowanego z pieniędzy członków. Jednym z głównych problemów polskiej polityki jest niechęć do "płacenia za własne poglądy" - dawania pieniędzy na cele polityczne czy społeczne. Dlatego brylują ci, którzy mają za sobą poważną kasę - zazwyczaj nielegalną lub państwową. Radio Maryja pokazuje jednak, że można ludzi zmobilizować do finansowania działalności, o której słuszności są święcie przekonani. Stacja i pismo z nią związane mówią donośnym głosem, z którym trzeba się w Polsce liczyć. To właśnie niepokoi "władzę" - tym bardziej że idzie referendum unijne, a środowisko Radia Maryja jednoznacznie występuje przeciwko przystępowaniu. Na warszawskich salonach uradzono zatem, że trzeba w RM uderzyć. Jak? Starą i wypróbowaną metodą - po kieszeni. Urząd skarbowy nadal jest w Polsce instrumentem służącym karceniu niepokornych. Tak było w przypadku Romana Kluski, któremu zaraz, gdy tylko zaczął rozdawać miliony na kościoły i darmowe książki, przyczepiono się do najzupełniej legalnych transakcji odbywających się za zgodą i w porozumieniu z władzami. Klusce zasekwestrowano majątek w wysokości 30 milionów i wyznaczono kaucję za opuszczenie kryminału w wysokości 8 mln złotych. Tym sposobem akcja rozdawania "dobrej książki" i budowy domów spokojnej starości straciła wiatr w żaglach. W Polsce nie można działać "poza układem". Przyszła więc pora na o. Rydzyka, naciśnięto guziki, spuszczono ze smyczy medialne posokowce, padły zarzuty o finansowe przekręty. Najbardziej paradoksalne jest w tym to, że afer w nowej Polsce to ci jest dostatek. Gdyby tak panowie z TVP uczciwie poprześwietlali finanse i spółki okołopolityczne SLD (i nie tylko), gdyby zaczęli śledzić obieg establishmentowego pieniądza, to prawdopodobnie wyszedłby im film na miarę Jamesa Bonda. No, ale kogóż mogłyby interesować takie sensacje?! Z pewnością nie politycznych mocodawców publicznego telewizora. Migotki Jak wiadomo, tresura składa się z systemu bodźców negatywnych i pozytywnych, czy też mówiąc prościej: kar i nagród; kija i marchewki. Stany Zjednoczone postanowiły kilka dni temu zadyndać przed oczami Trzeciego Świata dolarową marchewką w postaci Millenium Challenge Account - funduszu pomocy dla biednych rządów, które starają się realizować warunki postawione przez Waszyngton. Oczywiście, zgodnie ze znaną od wieków zasadą, ten kto płaci, może wymagać. W tym przypadku Stany Zjednoczone będą wymagać m.in. poprawy położenia kobiet i dzieci, liberalizacji handlu i otwarcia rynków. Dadzą, ale tylko wtedy, jeśli nikt nie będzie bruździł amerykańskim interesom. No i niby nic w tym dziwnego. Z drugiej strony, trudno się dziwić, że kraje biedne zamykają rynki przed zalewem różnego rodzaju dofinansowywanych smakołyków z Zachodu - i skarżą się, że zamiast u nich kupować i pozwolić im zarobić, bogaci widzą w nich konsumentów tandenty i tanią siłę roboczą. Aby komuś pomóc, trzeba mu dać wędkę, a nie rybę. W przypadku nowego programu amerykańskiej pomocy idzie również i o to, by ta wędka miała napisane: "Made in USA". Wbrew temu, co usiłuje nam wrzucić do głowy postępowo-europejsko-liberalna lewica, przyszłość należy do silnych nacji. Nie jesteśmy świadkami zaniku narodów i więzi etnicznych, lecz ich ewolucji. Żydzi, Chińczycy powinni być naszym wzorem. Popatrzmy na ich zachowanie i metody obrony interesów grupowych. Uczmy się im przeciwstawiać tam, gdzie są rażąco sprzeczne z naszymi, i wykorzystywać, gdy jest nam po drodze. Tymczasem Kwaśniewski, dywagując na temat niskiego przyrostu naturalnego dodaje, że być może długofalowym rozwiązaniem tego problemu jest w Polsce... imigracja. Imigracja - dobra rzecz - ale może najpierw repatriujemy tych wszystkich Polaków, którzy garną się dziś do Polski, i doprowadzimy do sytuacji gospodarczej, w której polskie rodziny będą mogły swobodnie wykarmić trójkę dzieci. Chodzi bowiem o nadzieję na lepsze jutro we własnym swobodnym i dobrze rządzonym kraju. Bez przywrócenia tej nadziei nie ma co myśleć o narodowym odrodzeniu. A o tym, że takie odrodzenie jest na gwałt potrzebne, nie ma wątpliwości. Kiedy ludzie żarli ludzi Holokausty dzielą się na te bardziej popularne i te mniej; bardziej znane i te prawie zapomniane. Do tej drugiej kategorii zaliczyć można jedną z największych zbrodni w dziejach człowieka - wielki głód na Ukrainie wywołany przez bolszewików na początku lat 30. ubiegłego stulecia w celu zmuszenia ukraińskich chłopów do kolektywizacji. Zbrodnia ta pozostaje do dziś nieukarana i do końca niezbadana. Trudno dziś oczekiwać, by wiedział coś o niej przeciętny uczeń amerykańskiej czy zachodnioeuropejskiej szkoły średniej. Wielki Głód na Ukrainie został zaordynowany przez sowieckie państwo - to samo, którego przywódcy byli w owych czasach wychwalani przez zachodnich dziennikarzy i intelektualistów. Holokaust ten pochłonął miliony istnień - ludzi biednych, bez wpływów i znaczenia w świecie. Być może przez to jego doświadczenie jest tym bardziej gorzkie. Na oczach całego cywilizowanego świata, blisko geograficznego środka Europy dokonała się rzecz nieznana od czasów głębokiej barbarii. Oto państwo mieniące się być zalążkiem przyszłej ludzkości, kroczące "świetlaną drogą postępu", wymordowało około 4 milionów własnych obywateli. I to w czasach pokoju. Chłopi nie chcieli kołchozów i aby złamać ich opór, bolszewicy skonfiskowali całe posiadane przez nich zapasy i ziarno. Również to pod zasiewy na rok przyszły. Przyszedł straszny głód. Jednocześnie uniemożliwiono chłopom ucieczkę do miast czy do innych części kraju, odcięto Ukrainę szczelnym bolszewickim kordonem. Wewnątrz było piekło na ziemi, dochodziło do dantejskich scen. Matki porzucały dzieci, których nie mogły wykarmić, szerzył się kanibalizm, zabijano noworodki, pożerano trupy, torturowano ludzi, którzy nie wyglądali na zagłodzonych, by ujawnili, gdzie ukryli zapasy. Jednocześnie w tej mrocznej godzinie dziejów bolszewicy obwozili zachodnich dziennikarzy po kraju, by pokazać im, jak wielkie są osiągnięcia reżimu. Wielkie sławy i moralne autorytety zapewniały, że na Ukrainie wszyscy mają jedzenia pod dostatkiem, a Grigori Alexandrow kręcił film, w którym świnie obżerały się na suto zastawionych stołach (komedia "Wiesołyje Rebiata" czyli "Świat się śmieje"). W tym czasie na stronach wpływowego amerykańskiego "New York Timesa" próżno było szukać doniesień i relacji o bolszewickich zbrodniach (na szczęście pisały o tym gazety Hearsta). Przyczyną Wielkiego Głodu na Ukrainie jest odrzucenie moralności, która towarzyszyła nam przez wieki, jest to pierwszy przypadek pogardy dla ludzkiego życia okazanej na taką skalę. To zrobili ludzie ludziom. Płynie z tego wielka nauka. Niestety, jej zasięg oddziaływania jest ograniczony, głównie za sprawą niechęci wpływowych środowisk do wyjścia poza obiegową doktrynę wyjątkowości jednego holokaustu - zagłady europejskich Żydów. Czy można porównywać masowe mordy, czy można kłaść na wagę skalę cierpienia? Czy można mierzyć objętość przelanej krwi? Może można, z pewnością jednak nie warto. Warto natomiast zastanowić się, w imię czego i kto dopuścił się tak odrażających zbrodni. Warto przez chwilę pomyśleć, co zrobić, by taki czas nie mógł się już powtórzyć. PS Obowiązkową lekturą wszystkich naszych dzieci powinna być "Czarna księga komunizmu". Książka jest dostępna po polsku ("Czarna księga komunizmu. Zbrodnie, terror, prześladowania", wyd. Prószyński i Ska.) i po angielsku ("The Black Book of Communism: Crimes, Terror, Repression" by Stephane Courtois, Karel Bartosek, Andrzej Paczkowski, wyd. Harvard University Press). Doskonały prezent pod choinkę - można zamówić wysyłkowo w amazon.ca! Krzyż w Koniuchach Na początek nieco wieści "podwórkowych". Otóż, jednym z najważniejszych zadań organizacji polonijnych jest obrona naszego dobrego imienia i prostowanie kłamstw i bzdur, które na nasz temat publicznie się wypowiada. Jest to dzieło trudne i niewdzięczne, zważywszy, że od kilkudziesięciu lat usiłuje się dopasować historię naszych ojców w zmitologizowany obraz dziejów świata. Obraz, w którym centralnym wydarzeniem XX-wiecznej historii jest zagłada europejskich Żydów, a Polska i Polacy postawieni są po stronie katów i oprawców. W niektórych całkiem poważnych publikacjach nie wymienia się nawet Polski, jako kraju stojącego po stronie koalicji antyhitlerowskiej (sic!). Wizerunek ten przekłada się bezpośrednio na współczesną politykę. Od bardzo dawna Kongres Polonii Kanadyjskiej starał się upamiętnić okupacyjną masakrę we wsi Koniuchy, gdzie banda sowiecko-żydowska wymordowała polską ludność. Tu, w Kanadzie żyją wciąż jej świadkowie (wywiad z p. Tubinem, który przeżył pacyfikację, był publikowany w "Gazecie" i znajduje się na moich internetowych stronach pod adresem: http://members.rogers.com/kumor/swiadek.html). Przypadek ten, jak wiele innych - np. rzeź w Nalibokach czy mordy dokonywane na ludności polskiej na Wołyniu - stanowi mało podświetloną kartę polskiej historii. Wyjaśnienie okoliczności tamtych tragicznych czasów jest ważne dla zachowania naszej narodowej tożsamości. Dlatego dobrze się stało, że na ostatnim walnym zjeździe KPK w Winnipegu przyjęto wniosek o zbieranie pieniędzy na wybudowanie w Koniuchach (dziś Litwa) pomnika albo chociażby postawienie krzyża. Sprawa tej masakry, mimo że jest przedmiotem śledztwa polskiego Instytutu Pamięci Narodowej, dziwnie ugrzęzła (pisał o tym w "Naszym Dzienniku" z 18 listopada prof. Jerzy Robert Nowak - http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20021118&id=po41.txt ). IPN organizuje tymczasem konferencje o "zbrodniach polskiego podziemia niepodległościowego, dokonywanych na mniejszościach etnicznych". Trudno nie odnieść wrażenia, że Instytut miast realizować swój mandat, ulega politycznym modom i presjom. Martyrologia narodu polskiego w czasie II wojny światowej i po niej to jeden z wyznaczników naszej tożsamości. Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, bo w połowie XX wieku na naszych ziemiach wydarzyła się hekatomba. Nasz naród po dziś dzień nie może się pozbierać z ogromu doznanej wówczas klęski i poniesionych strat. Klęska ta, jeśli nie posłuży nam wszystkim do wyciągnięcia nauki, będzie niejako podwójna. Dlatego bardzo dobrze się stanie, że dzięki uporowi garstki zapaleńców od lat działających przy KPK, w Koniuchach stanie "kanadyjski" krzyż... Mamy kolejną "aferę dyplomatyczną". Oto nie wymieniony z nazwiska kanadyjski dyplomata miał w Pradze podczas kuluarowej rozmowy określić prezydenta USA George'a Busha niewybrednym słowem "moron". (słownik podaje, że oznacza ono osobę niedorozwiniętą umysłowo, kretyna). Skandalik ten obrazuje ottawską schizofrenię w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi, rozdwojenie jaźni, które podsumować można Wałęsowym zwrotem "nie chcem, ale muszem". Szeregi Liberałów pełne są działaczy, którzy w szczenięcych czasach rośli na pożywce antyamerykańskiego protestu - palili jankeskie flagi i demonstrowali przeciwko wojnie w Wietnamie oraz innym przejawom "amerykańskiego imperializmu". Dziś zdają sobie sprawę z kanadyjskiego uzależnienia gospodarczo-militarnego i publicznie psów na Amerykanach nie wieszają, po cichu jednak, uważają południowych sąsiadów za społeczeństwo tumanów, o grubych karkach, strzelających na prawo i lewo niedorozwiniętych kowbojów. Jest to wizerunek, który wdrukował się im w głowy skontrastowany z postacią subtelnego, dowcipnego i oczytanego bawidamka-dandysa Pierre'a Trudeau. W swych stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi Kanada zachowuje się jak metresa, która podniecona mamoną, zatykając nos i oczy emabluje bogatego starucha. Administracji liberalnej brak spójnej i konsekwentnej polityki amerykańskiej. Kanada ma w relacji do USA zupełnie wyjątkową pozycję i nie jest całkowicie pozbawiona mechanizmów nacisku. Mimo że są one słabe, to jednak użyte planowo, sensownie i strategicznie mogą przynieść skutek. Do tego jednak, aby tak się stało Kanada musi m.in. współdziałać z USA w obronie kontynentu (udział w programie tarczy antyrakietowej jest absolutnie konieczny), a także zreformować armię w siłę posiadającą konkretne znaczenie militarne. Dziś wystawienie rozwiniętej brygady jest w Kanadzie dużym problemem. Brak spójności kanadyjskiej polityki wobec USA, wolty i gafy polityków liberalnych, wszystko to sprawia, że stosunki wzajemne są w dość dużym dołku. Liberałowie puszą się i stawiają Amerykanom, ale gdy przychodzi co do czego, działają, jak pod dyktando. Plan przyspieszonego kierowania na wieś lekarzy-imigrantów przypomina komunistyczny centralizm. Niestety jest to plan ontaryjskiego rządu, który mieni się być konserwatywnym. Owszem, w Kanadzie marnuje się wiele talentów. Głównie dlatego, że silne miejscowe lobby lekarskie broni swej pozycji rękami i nogami. Jaka jest rada? Bardzo prosta! Przejrzysty proces nostryfikowania dyplomu i egzaminów lekarskich. Powiedzmy - najpierw zdaje się egzamin teoretyczny, potem przez rok terminuje, w którymś ze szpitali na różnych oddziałach i na koniec dostaje pozwolenie na otwarcie prywatnej praktyki. Nie na Północy! Gdziekolwiek. Jak będzie w Toronto za dużo lekarzy, to oni sami rozejrzą się za pacjentem wyjeżdżając poza miasto. Tymczasem, rząd Erniego Evesa zamierza najpierw wypróbować lekarzy-imigrantów na Indianach i Eskimosach, a dopiero potem dopuścić do bardziej cywilizowanych regionów kraju. Umarło NATO, niech żyje NATO! NATO to główny pomost transatlantycki łączący Stany Zjednoczone z Europą - symbol amerykańskiego zaangażowania na Kontynencie. NATO to sojusz obronny - wszystkie zobowiązania wynikające z paktu zaczynały funkcjonować w momencie, gdy któreś z państw członkowskich stawało się celem ataku. NATO zawiązano w obliczu bezprecedensowej agresji sowieckiej. Przez dziesięciolecia pakt pozostawał wymierzony w ZSRS. Transatlantyckie więzy zapewniły pokój Europie. Aż runął Mur Berliński... Kwestia celowości i przydatności istnienia NATO po tym momencie stanęła pod znakiem zapytania. Na pytanie "jakie NATO?" do dziś szuka się odpowiedzi. Stany Zjednoczone mają nadzieję, że szczyt w Pradze przyniesie gruntowne przemodelowanie sojuszu. Pakt z nazwy będzie ten sam, ale praktycznie stanie się czymś zupełnie innym. Wedle projektu amerykańskiego - NATO stanowić ma zaplecze dla prowadzonych przez USA krucjat przeciwko wrogom zachodniej cywilizacji, "w celu obrony globalnego pokoju". Jeśli tak miałoby się stać, to może lepiej byłoby, gdyby NATO rozwiązało się w Pradze i gdyby zaczęto negocjować w sprawie nowego aliansu. Wiele krajów europejskich nie chce bowiem uczestniczyć w czymś, co przypominałoby rzymskie legiony posiłkowe - złożone z sił sojuszniczych prowincji. NATO, jeśli ma pozostać sojuszem obronnym, nie może przekształcić się w zbrojny dodatek do "turystyki militarnej" U.S. Army po egzotycznych krajach (o tym, jak egzotycznych, może świadczyć fakt, iż jedynie 13 proc. Amerykanów jest w stanie pokazać Irak na mapie). Nowa amerykańska koncepcja może mieć opłakane konsekwencje - jej skutkiem będzie podważenie tradycyjnej XX-wiecznej wizji amerykańskich gwarancji europejskiego bezpieczeństwa. Nowa koncepcja jest nie do przyjęcia dla bardzo wielu państw członkowskich dzisiejszego NATO - zwłaszcza Niemiec. Amerykańskie "zainteresowanie" Irakiem postrzegane jest w wielu europejskich stolicach jako nie mające związku z wojną z terroryzmem, a wynikające w dużej mierze z wpływu, jaki na politykę administracji USA wywiera lobby żydowskie. Europa niechętna jest wyprawie na Saddama, tym bardziej że może ona doprowadzić do poważnego zaostrzenia konfliktu z muzułmanami, również na ulicach Lyonu czy Hamburga. Forsowana przez Busha transformacja NATO prawdopodobnie dostarczy argumentów zwolennikom poszukiwania bezpieczeństwa w ramach Unii Europejskiej, bez oglądania się na Waszyngton. Mają oni tylko jeden problem - w porównaniu z amerykańskimi, wojska państw europejskich przypominają oddziały paramilitarne... Kicha elektryczna Miała być rewolucja, a jest kicha - tak można w skrócie scharakteryzować politykę energetyczną obecnego rządu premiera Erniego Evesa. Roztrąbiony w tym tygodniu po wszystkich rogatkach plan uzdrowienia obecnego rynku "na prąd" to nic innego, jak zaprzeczenie neokonserwatywnej wizji gospodarki, która przyświecała reformom poprzedniego gabinetu. Po raz kolejny okazuje się, że Ernie Eves to konserwatysta, który nie wierzy w wolny rynek! Owszem, ceny prądu wzrosły. Głównie dlatego, że największy ontaryjski dostawca taniej energii jest w remoncie, a miał już nie być. Z drugiej jednak strony, bez fluktuacji cen nie będzie nowych inwestycji w energetykę (no, chyba że za nasze - podatników - pieniądze). Remont elektrowni atomowej Pickering A powoduje, że na razie podaż wygląda dość marnie i ceny poszły w górę. Co z tego? - pytam. Czy to jest koniec świata, jeśli ktoś, kto płacił 150, teraz zapłaci 350? Czy od tego ludzie będą umierać na ulicach? Poza tym, nie jest powiedziane, że w przyszłym miesiącu zapłaci jedynie 100. Konkurencja ma to do siebie, że działa na ceny kojąco. Ta prawdziwa, nie "zmonopolizowana". O tym, że tak jest każdy z nas mógł się niejeden raz przekonać. Pamiętam czasy monopolu telefonicznego Bell Canada, kiedy to za minutę rozmowy z Polską płaciło się 2,50 dol. Dziś wystarczy 10 centów. Dlaczego - bo mamy konkurencję. Byle chłystek jest w stanie kupić hurtem czas połączeń i rozprowadzać go detalicznie pod postacią kart telefonicznych. Dzisiejsza technologia pozwala to samo robić z prądem. Niestety Eves to nie jest polityk z krwi i kości, to nie jest facet z wizją, lecz typowy polityczny magik, dla którego głównym wyznacznikiem są wskazania sondaży. Tymczasem, gdyby można było rządzić w oparciu o sondaże, nie potrzebowalibyśmy polityków... Eves zachował się, jak na konformistę przystało - zamiast przekonać ludzi do prywatyzacji i zaostrzyć ochronę konkurencji, podjął interwencję rynkową, wprowadzając cenę maksymalną. Interwencja ta niczego nie załatwia, odsuwa tylko w przyszłość dzisiejsze problemy. Nie ma to jak zwalać problemy na dzieci. One, podobnie jak ryby, głosu nie mają... A Eves, cóż - Eves, jak każdy populista kuty na cztery łapy, za nasze własne pieniądze kupuje sobie głosy w nadchodzących wyborach. A tak na poważnie, to powtórzę jedną rzecz - tzw. wojna z terroryzmem zaczyna na naszych oczach opętlać świat elektronicznym kaftanem superpaństwa. Jest to wielki sukces terrorystów. Widać, że są to faceci inteligentni, którzy w bańce nie mają pusto. Niedługo wolność osobistą znaleźć będzie można jedynie w islamie... Poświadcza to ostrzeżenie bin Ladena skierowane do rządów państw popierających politykę amerykańską. Ekstremistom muzułmańskim chodzi o zablokowanie wpływów cywilizacji zachodniej w ich własnych społeczeństwach, chodzi o spolaryzowanie konfliktu na zasadzie MY - ONI. Dlatego Zachód ma być postrzegany jako monolit. Ekstremizm muzułmański obliczony jest na długą wojnę. Zakłada on, że cywilizacja Zachodu, mimo technologicznego i finansowego przepychu, wkroczyła w fazę schyłkową - brak w niej nośnych idei, silnych religii i... wielodzietnych rodzin. Społeczeństwa islamskie mają wszystkie te atuty i jeśli tylko nie dadzą się skazić coca-colą, MTV, CNN, rozpustą, lenistwem i pustką duchową Zachodu, to w ciągu 100 - 200 lat wygrają. Dlatego islamski ekstremizm jest ruchem rewolucyjnym, występującym przeciwko zepsutym bogactwem i dwulicowością reżimom muzułmańskim, zwłaszcza Arabii Saudyjskiej. Im większa polaryzacja konfliktu, tym większe bariery zapobiegające przeciekaniu do świata muzułmańskiego zachodniej zgnilizny. To jeden z powodów zabijania i podkładania bomb. Historia ludzkości wiele razy dowiodła, że spory ideologiczne i religijne kształtują oblicze Ziemi. Tylko silne idee i religie są w stanie skłonić ludzi do masowego zabijania i poświęcania własnego życia. Tymczasem nasza cywilizacja śródziemnomorska od czasu, gdy Bertrand Russell stwierdził "Better Red than Dead", śmierdzi zgnilizną na kilometr... Większość Kanadyjczyków na ostrzeżenie bin Ladena zareagowała mruganiem zdumionymi oczami. Jak to?! To on nas chce zabijać?! Przecież my jesteśmy całkiem przymilni, nie to, co ci gruboskórni Amerykanie; przecież jesteśmy tolerancyjni, wielokulturowi i każdemu podajemy łapkę. Jaki on straszny i dziki ten bin Laden, jaka z niego przebrzydła Buka... No właśnie! Dekadencja robi z nas misiów o bardzo małym rozumku. (Kontynuacja z poprzedniego tygodnia) Odebrałem w polskim konsulacie nowy paszport i przy odbiorze nikt ode mnie nie zażądał ani okazania Landed Immigrant, ani paszportu kanadyjskiego (a miałem: "okazać przy odbiorze"). Czyżby od jednych wymagali, a od innych nie?! Co prawda, na formularzu potwierdzenia odbioru w rubryce "Adnotacje Urzędowe" przybito pieczątkę "Posiada pobyt stały w Kanadzie". Czyli w moim przypadku można było rzecz załatwić "paszczą", a w innych trzeba kopiować kanadyjskie papiery? Ciekawym jak to jest... Klucz do Polski Odbudowanie polskiej samorządności to konieczność. Pokłady cynizmu i politycznego zniechęcenia odłożyły się w rezultacie Wielkiego Rozczarowania lat 90.; rozczarowania polskimi elitami niekomunistycznymi, które podpuszczone przez byłych pezetpeerowców, zajęły się autokompromitacją - czyli bezwstydnym udziałem w powszechnej grabieży majątku publicznego i zamienianiem stanowisk politycznych na nowe domy, samochody i udziały w przedsiębiorstwach. Przyczyna ponownego dojścia komunistów do władzy była banalna - zgorzkniałe społeczeństwo, które dwa razy razy wcześniej dało już postsolidarności mandat do rządzenia, stwierdziło, że stary złodziej, "nachapany" jest lepszy od nowego złodzieja - golca. Komuniści wydawali się mniejszym złem. Problem jednak pozostał, bo grupa rządząca Polską to wariacja tej samej kliki, która rozkrada kraj od końca lat 80. Wybory samorządowe pokazały tymczasem, że ludzie coraz wyraźniej uświadamiają sobie potrzebę i możliwość prawdziwej zmiany, a nie tylko przekazywania pałeczki w sztafecie "okrągłego stołu". Wybory lokalne wygrali w wielu wypadkach ludzie kwestionujący obecny kierunek polskiej polityki. Samorządy to podstawa społecznego ożywienia, zbudowania ruchu, który dokończy proces krzepnięcia niepodległości Polski. Na przykładzie jednomandatowej ordynacji samorządowej Polacy mogli się przekonać, że coś konkretnego od nich zależy; że proces polityczny nie sprowadza się wyłącznie do odgórnych machinacji płynących z warszawskich gabinetów, lecz jest zakorzeniony na miejscu w lokalnej demokracji. Dopóki ludzie nie zrozumieją, że "jak sobie pościelą tak się wyśpią", marny będzie polski los. To kształtowanie współodpowiedzialności odbywa się mozolnie i na przykładach. Można powiedzieć, że mimo strat, postkomunistyczna koalicja nadal mocno się trzyma. Zwycięstwo kandydatów nie związanych z partiami rządzącymi ma jednak olbrzymią wymowę. Przede wszystkim dlatego, że w obecnej scentralizowanej Polsce posiadanie "kontaktów w Warszawie" przekłada się wprost na możliwość załatwienia wielu spraw lokalnych. (Jest to kolejna kwestia do rozwiązania - konieczność decentralizacji obecnego systemu władzy). Głos oddany na PiS, LPR i inne partie nie znajdujące się u koryta, to czysty głos protestu. Powiedzieć można, że od tego jak sobie poradzą samorządowcy spoza SLD-UP-PSL, zależeć będzie przyszła mapa polityczna kraju. Jeśli będą dobrymi gospodarzami "we własnych zagrodach" - będzie to lepszą reklamą od całego czasu antenowego w przedwyborczych audycjach telewizyjnych. Jeśli Kaczyński sprawdzi się jako prezydent Warszawy i nie pozwoli, by ludzie z nim związani odcinali kupony od władzy, będzie miał szansę stworzyć silną organizację polityczną przed wyborami do Sejmu i Senatu. Kluczem do Polski jest dziś uczciwość. Czasy złodziei powoli mijają. I to nie tylko dlatego, że nie ma już co kraść... Patriotyzm za piętnaście tysięcy "Polska dla Polaków" - malowali na murach szowiniści ogarnięci zgrozą w obliczu rabunkowej wyprzedaży polskiego majątku. Wówczas to padały na nich gromy potępienia i oburzenia. Polak europejski, modnie podstrzyżony, nowoczesny, "rozgarnięty i tolerancyjny" z pogardą patrzył na "zacofanych" ziomków, rżał śmiechem na "wstecznictwo" i "nacjonalizm" zaściankowych rozumów, po czym... zgięty w pas czapkował przed wszystkim co zagraniczne, niczym papuga naśladował zagraniczne mody i języki. Po przeciwnej stronie "Polski dla Polaków" stanął tłum głupoli, którym wydawało się, że kapitalizm i nowoczesność wymaga od nich narodowego zaprzaństwa i zerwania ze wszystkim co polskie. Jak wiadomo, Polska to nic tylko słoma z butów i nieokrzesane chamstwo. Niestety, pomiędzy tymi biegunami polskich postaw nie było tłoczno... Mój dobry kolega Janek Kowalski pisze z Ojczyzny, że dziś chodzi przede wszystkim o równe prawa dla Polaków; o to, by nie byli oni dyskryminowani we własnym kraju! "Przedsiębiorcy, nieważne czy rolni, przemysłowi czy w usługach, za sprawą przekupionej kliki nie mają możliwości konkurowania z firmami z Zachodu. Po zlikwidowaniu ostatnich barier, rolnik, który dostanie 12,5 proc. dopłat w porównaniu z Francuzem - nie wygra, właściciel małego browaru nie wygra, bo do 1000 l piwa dopłaca 21 zł akcyzy, a Niemiec tylko 9 zł. Nawet domu nie kupię od polskiej firmy, bo w polskiej firmie kosztował będzie 100 tys., plus 22 proc., a w niemieckiej 100 tys., plus 7 proc. Pomyśl, jakim trzeba być patriotą, by kupić od Polaka i wydać za to samo 15 tys. drożej?!" - pisze Janek Kowalski i zakłada KOP - Komitet Obrony Przedsiębiorców. Przedsiębiorcy to sól ziemi - motor każdej gospodarki. Ci drobni, których w Polsce zniszczono przepisami za łapówki zagranicznych koncernów, i ci średni, którzy ledwie dyszą, bo nie są w stanie legalnie konkurować w tym rozbabranym kraju. Bez wyzwolenia ludzkiej inicjatywy, bez przecięcia sznurówek gorsetu przepisów i zrzucenia urzędniczych band żerujących na najdrobniejszej nawet inicjatywie gospodarczej obywateli, nie ma co liczyć na wolną i zamożną Polskę. Wielki polski kapitał poprzednich pokoleń został sprzedany za bezcen. Dziś jedyną szansą jest wypracowanie nowego. Kapitał ma tę cudowną właściwość, że bierze się z pracy ludzkich rąk. Aby tak się stało, trzeba wyrzucić kliki i koterie - nieuczciwych polityków i urzędników, okroić administrację i patrzeć na każdą decyzję pod kątem interesu narodowego. Dlatego mówią dziś głośno, wyraźnie i bezczelnie: "Polska dla Polaków!". Bo jeśli nie dla Polaków, to dla kogo? Słodycz polskiego obywatelstwa Mój paszport polski należy do pokolenia paszportowego boomu początku lat 90. Ponieważ opuściłem błogi świat ojcowizny posługując się peerelowskim paszportem, przyozdobionym orzełkiem z gołą głową, z prawem do jednokrotnego przekroczenia granicy, zaraz jak tylko zakończył się okrągły stół i zrobiła nowa Polska, popędziłem do konsulatu, by przyznać się do nowej-starej ojczyzny. Tam mój skisły paszport (przeterminował się, bo PRLwystawiła mi go tylko na rok), ważny jedynie na "wsje strany Jewropy" zamieniono mi na wypisany flamastrem paszport nowego państwa... No, niby był postęp. Przynajmniej orzeł miał koronę. Mówię o tym, bo oto po latach znów m |