Default
Google
 
Wypada się pomodlić...
 Jasna Góra - poniedziałek przed południem, szary październikowy dzień, sezon pielgrzymkowy zakończony, nad klasztorem szybko przewalają się stalowe chmury, wydawałoby się, że w środku będzie pusto i cicho...
 Naród lgnie jednak nadal do Boga, do konfesjonałów ustawiają się kolejki, w kaplicy Cudownego Obrazu, gdzie kończy się właśnie Msza św., nie można szpilki wcisnąć. Skupienie, rozmodlenie i... podawane od pulpitu ostrzeżenia przed złodziejami.
 Jasna Góra to nasze narodowe serce, splot słoneczny polskiego kosmosu (nawet Wawel jest mniej polski), magiczne miejsce duchowej przemiany milionów ludzi, pokolenie po pokoleniu, miejsce dziękczynnej radości i błagalnego rozmodlenia, miejsce gęste od polskiego strapienia.
  Jeśli gdzieś szukać polskiej tożsamości, to właśnie tu, wśród tysięcy wotów, wśród cudownych ozdrowień, nawróceń i iluminacji.
 Jasna Góra tętni życiem, sądząc po liczbie pielgrzymów, wydawać by się mogło, że w Polsce jest wspaniale. Tymczasem, jak się to dzisiaj modnie w kraju mówi, "nie ma przełożenia". Polska religijność, udział w pielgrzymkach, duma z polskiego papieża "nie przekładają się" na praktykę codziennego życia. Najlepiej symbolizują to pielgrzymki sunące do Częstochowy w szpalerze przydrożnych prostytutek.
 Złodziejstwo, korupcja, pijaństwo, postępująca degrengolada i zamęt życiowy to smutne polskie realia.
 Bóg jest od święta.
 Dlaczego?
 Dlaczego w kraju, w którym Kościół był zawsze silny, w którym są pełne świątynie, a religii uczy się w publicznych szkołach, ludzie z upodobaniem opowiadają sobie antykościelne, sprośne dowcipy, a wulgaryzacja i profanacja stają się normą.
 Dlaczego polska wiara nie znajduje "przełożenia" na troskę o dobro publiczne, interes państwowy? Dlaczego 90 proc. lekarzy bierze łapówki, podczas gdy wielu z nich regularnie chodzi do kościoła? Dlaczego ludzie wielkiej polityki są w stanie bez zmrużenia powiek puścić z torbami rodaków, z którymi w niedzielę spotykają się na Mszy św.? Co takiego w nas tkwi, jaka skaza? Dlaczego za rzecz normalną uważamy takie "dwójmyślenie", dlaczego tak wiele wśród nas świętoszkowatych kanalii?
 Nie znam odpowiedzi, wiem tylko, że są one kluczem do programu naprawy. Naprawy koniecznej po to, by źródło Jasnej Góry nadal karmiło pokolenia, by kolejne zastępy Polaków odnajdywały siłę w narodowej tożsamości i tradycji.
 Mój dobry kolega z dawnych lat zauważył niedawno: "wiele wskazuje na to, że Polacy w coraz mniejszym stopniu są narodem. Może się mylę (oby!), ale niestety zbiorowość, która nie jest w stanie wyłonić z siebie prawdziwej elity, ma małe szanse na obronę swych wartości i interesów".
 Wypada się tylko pomodlić...

Żółta edycja
 Premier Jean Chretien wyjeżdża w ostatnią w swej karierze podróż do Azji. Oczywiście, zahaczy o Chiny Ludowe. W zasadzie nie są one już  "ludowe", lecz  "narodowe". Komunistom chińskim udało się samodzielne przepoczwarzenie z ostrej doktryny komunistycznej w pragmatyczny świat sinoszowinizmu, oparty na konfucjańskiej tradycji i imperialnej historii Chin. Było to możliwe z prostego powodu - otóż, sinokomuniści byli tworem rodzimego chowu i nikt ich nie przywoził na zagranicznych tankach; nie byli niczyją agenturą, a suwerenność płynęła im we krwi. Jeśli myśleli o komunistycznym internacjonalizmie, to wyłącznie w żółtej edycji.
 Dziś Chiny powoli i metodycznie budują mocarstwową pozycję. Czynią to wieloma sposobami i na wszystkich frontach, od technologicznego, poprzez polityczny, po kulturowy i duchowy. W chińskiej cywilizacji widać tendencje wzrostowe, podczas gdy w naszej pęka fundament po fundamencie. Niebawem więc głównym przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych i Zachodu będą Chiny i Azja (kontrolowana przez Chiny).
 Chińczycy zręcznie rozgrywają wszędzie tam, gdzie mogą coś uszczknąć Zachodowi - po cichu wspierają idee panislamskie, oferując technologię i broń państwom muzułmańskim. Przykładem jest Pakistan, którego arsenał (łącznie z bombą atomową) w dużym stopniu powstał dzięki chińskiej pomocy. Nowy chiński myśliwiec FC-1 również powstaje we współpracy z Islamabadem, który złożył już zamówienie na 150 takich maszyn.
 Narody Azji, coraz bardziej wyemancypowane i dojrzałe, zdają sobie sprawę z zaciętej globalnej konkurencji. Uzewnętrznieniem tej świadomości było czwartkowe przemówienie charyzmatycznego premiera Malezji Mahathira Mohamada, który otwierając szczyt organizacji państw islamskich stwierdził wielce niepoprawnie, że "Żydzi rządzą światem przy pomocy cudzych rąk"  i dlatego 1,3 miliarda muzułmanów powinno się zjednoczyć, zmodernizować swe państwa oraz siły zbrojne, by "odnieść ostateczne zwycięstwo". Mahathir skrytykował dominację Żydów w świecie oraz ubolewał nad słabością państw muzułmańskich, które nie mogą sobie pozwolić na adekwatną reakcję. "Europejczycy zabili sześć z dwunastu milionów Żydów, ale dziś Żydzi rządzą światem przy pomocy cudzych rąk. Inni za nich walczą i umierają" - przekonywał szanowany powszechnie obrońca interesów Trzeciego Świata.
 Jesteśmy dziś świadkami "wojny cywilizacji", a polityka obecnej amerykańskiej administracji jednoczy przeciwników Zachodu. Wystrzelenie w kosmos chińskiego tajkonauty było kolejną salwą w tym konflikcie. Nie Rosja, a Chiny okazują się wyrastać na kontrmocarstwo. Na dodatek, walka ta trwa na froncie domowym, gdzie uzależnienie od chińskiej produkcji ogranicza pole manewru. Jeśli popatrzymy na to, jak olbrzymi postęp technologiczny dokonał się w Chinach od czasów maoistowskiej katastrofy lat 60., nie będziemy mieli wątpliwości, że już niebawem kraj ten wyprzedzi USA.
 Chińscy komuniści znaleźli złoty środek, który w warunkach ich kultury pozwala na wyzwolenie ludzkiej energii, przedsiębiorczości i inicjatywy, pomimo gorsetu socjalistycznej fasady. Podobne ożywienie w warunkach społecznej mobilizacji można było zaobserwować przed II wojną światową w hitlerowskich Niemczech.
 Ottawa od dawna dostrzega znaczenie azjatyckiego rynku i stara się przenosić tam ciężar zagranicznych kontaktów, próbując uniezależniać się od USA. Nie bez znaczenia jest też obecność olbrzymiej chińskiej diaspory - ludzi  majętnych i wpływowych. O ile jeszcze w latach 70. komunistom chińskim trudno przychodziło wykorzystywać ziomków rozrzuconych poza krajem, o tyle dziś utożsamianie się z Pekinem staje się atrakcyjne. Ciążenie to opiera się na tradycyjnym nacjonalizmie chińskim i zostało odbarwione z komunistycznych naleciałości. Dzięki mocarstwowej polityce, dynamicznemu rozwojowi gospodarczemu i technologicznemu, zwiększa się atrakcyjność ChRL.
 Pytanie, co  i ile Kanada może na tym ugrać?
***
Doły mogą wierzgnąć
 Niekoronowany premier Kanady, Paul Martin, wreszcie ma  powody do zaniepokojenia. Scalenie kanadyjskiej prawicy - fuzja partii konserwatywnej i Canadian Alliance, może stworzyć przeciwwagę dla rządzących liberałów i przywrócić balans w kanadyjskiej polityce. Gdyby do tego nie doszło, Partii Liberalnej groziłoby przekształcenie się w coś na kształt partii instytucjonalno-rewolucyjnej, która przez 70 lat nieprzerwanie rządziła Meksykiem.
 Fuzja prawicy nie jest łatwa. Nie chodzi tylko o przezwyciężenie animozji liderów, ale też o przekonanie szeregowych działaczy. Ci zaś - jak to zwykle bywa w partyjnych dołach - są bardziej dogmatyczni. Konserwatyści, wśród których roi się od mniej i bardziej czerwonych torysów, wielokrotnie krytykowali "skrajność" poglądów CA, zwłaszcza w kwestiach społecznych, jak na przykład dopuszczenie małżeństw homoseksualnych. Człowiek, któremu obecny lider federalnych torysów MacKay podpisał podczas wyborów partyjnych cyrograf - niejaki Orchard - jest właśnie przykładem takich nawiedzonych "postępowców". Zachodzi więc obawa, że mimo utworzenia nowej partii prawicowej część dotychczasowych wyborców konserwatystów uzna ją za zbyt "prawicową" i odda jednak głosy na "konserwatywną" Partię Liberalną kierowaną przez "białego" wiga - Paula Martina.
 Tak to się w życiu dziwnie plecie.


Zdechły kot
 Wracałem z Polski, siedząc obok Rosjanki, która z uporem wartym lepszej sprawy usiłowała wydusić ze mnie resztki ruskawo jazyka, pompowanego przez 10 lat peerelowskiej edukacji (pamiętaj, ucz się pilnie języka twego wroga - mówiło się u mnie w domu). Moja towarzyszka podróży wracała do Kanady, gdzie para się wróżbiarstwem (ja czitaju energiu liudiej). Wcześniej uczyła francuskiego w moskiewskim instytucie spraw międzynarodowych i pracowała w KC. Ponieważ wróżka z KGB może być niebezpieczna, cichutkim powtarzaniem w myślach przekleństw w kilku językach starałem się zablokować "odczytanie mojej energii". Z braku laku, dobre i to.
 W dzisiejszych czasach coraz trudniej przychodzi chronić własną głowę. Problem ten występuje w Polsce na szeroką skalę, gdzie w głowach panuje koszmarny mętlik. Kraj jest rozbity, pozbawiony elity, rozwarstwiony, bez wertykalnego przełożenia społecznego góra - dół. Ci na górze wiążą się dziś z obcym interesem i pieniądzem.
 Degeneracja i degrengolada widoczne są na każdym kroku, i to nie tylko w postaci rozbuchanego i wszechobecnego sektora usług seksualnych; dostrzec ją można w żenującym poziomie panelowych dyskusji telewizyjnych czy w wulgaryzacji codzienności.
 Polska to kraj bez wyraźnie wyartykułowanego interesu narodowego, pozbawiony głowy, zataczający się nad przepaścią upadku finansów publicznych, "Urbanlandia" zawiadywana z krytego basenu w willi byłego rzecznika jaruzelowego rządu przez centrolew byłych dysydentów i sekretarzy - koterie byłej wojskówki i esbeków. W tymże basenie Michnik pławi się z Urbanem, rozgrywając kolejny wątek afery Rywina.
 Dziś po "domknięciu się" systemu i zakończeniu dzielenia łupów pozostał chocholi posmak straconych szans. A miało być tak wspaniale! Tygrys Europy...
 Ludzie wciąż czekają. Odzwyczajeni przez lata komunizmu i postkomunizmu od brania spraw we własne ręce, raz zastraszeni, innym razem przyblokowani, stoją zrezygnowani. ("Proszę panią tutaj nic się nie zmieni!" - lekarz w szpitalu namawiał do głosowania w referendum za Unią). Owszem, są też ludzie, którzy nadal Polskę mają w głowach i sercach, którzy nadal są w stanie identyfikować zdrajców (w rodzaju autorów listu przepraszającego za śladowe odruchy obrony polskiego interesu w  negocjacjach wokół traktatu nicejskiego), co z tego, skoro ludzie tacy tkwią jak rodzynki w cieście, omotani i niezdolni do działania.
 W centrum Warszawy przy chodniku leżał w śmieciach zdechły czarny kot, wyłupanymi oczami patrzył w niebo na nowy aluminiowy biurowiec. Zupełnie jak w Bujumburze - pomyślałem - gdzie do wolnocłowych świątyń luksusu przechodzi się kładką nad śmierdzącą mazią rynsztoka. Wychodzi na to, że zmienić cokolwiek mogą tylko ruchy narodowowyzwoleńcze... 

I co teraz?
 Komentowanie wyborów w chwili, gdy nie jest jeszcze znany ich rezultat przypomina wróżenie z fusów (czy też po angielsku, fuss'ów) Wiele wskazuje na to, że możemy pożegnać rządzącą partię konserwatywną. Zastanówmy się więc, jakie były przyczyny jej chwiejnego kroku.
 Wszak konserwatyści mieli lepszy i bardziej sprecyzowany program, obiecywali mądre rzeczy, bo za takie zawsze należy uznać to, aby więcej pieniędzy trafiało do kieszeni podatnika.
 Przeciwnicy - liberałowie - mówili ogólnikami i nie chcieli zbyt wiele deklarować. Ich kampania była zbudowana na atakowaniu "nieświeżego wizerunku" przeciwnika, a nie na konkretnym programie ekonomicznym czy politycznym. Co więcej, sądząc po wypowiedziach, można wnosić, że ich rządzenie będzie bardziej "plastyczne" wobec głównych grup nacisku. Lider PL, Dalton McGuinty, okazał się być dobrze nakręcony przez panów od wizerunku, wyluzował się, od czasu do czasu sypał dowcipami - wszystko poprawnie, wedle podręcznikowych reguł kampanii politycznych. Mimo chłopczykowatego wyglądu czterdziestokilkuletni Dalton był miły, uśmiechnięty i naturalny - z żoną i dziećmi w tle.
 Niestety lider konserwatywnego peletonu nie dorastał do zadania. Jest w Evesie coś sztucznego, nieszczerego, brak mu tej ludowej prostoduszności, która biła od Mike'a Harrisa. Na dodatek, ma na holu nie żonę, a konkubinę, milionerkę po mężu, p. Basset. Powiedzmy sobie, że dla polityka nie jest to najszczęśliwsze męsko-damskie skojarzenie, zwłaszcza gdy się objeżdża tradycyjne bastiony wiejskiego konserwatyzmu.
 Poza tym nastąpiło u torysów zderzenie poharrisowej ekipy strategów z liderem, który waha się, jest mało ideowy i ma kłopoty decyzyjne. Albo się jest przywódcą i się wie, gdzie lecimy, albo wycofuje się na bok klucza i daje poprowadzić stado innym gęsiom; Nie można szarpać się zygzakiem między wynikami sondaży i naciskami opinii.
 Kolejny błąd torysowej kampani to zogniskowanie uwagi na "dekonstrukcji" Daltona McGuinty'ego. Stało się tak zaraz na początku. Było to powtórzenie chwytu zastosowanego przez ludzi Harrisa w 1999 roku. Problem w tym, że: a) była to strategia poprzedniej bitwy - a zatem przeciwnik tym razem był na nią przygotowany - w tym właśnie miejscu od dawna budował linię Maginota, b) poprzednio chłystkowatość McGuinty'ego zestawiano z posturą Harrisa, a teraz na placu chwiał się jedynie Eves.
 Zastosowanie zgranego chwytu zaraz na samym początku kampanii było bardzo złym znakiem i świadczyło o tym, że w obozie konserwatywnym nie ma pomysłu na nowe uderzenie; a powinno się obejść wspomnianą linię obrony od tyłu i atakować w miejscu, w którym przeciwnik był nieprzygotowany - np. podkreślając merytoryczne punkty jednego programu i mgławicowość drugiego.
 Prawdą też jest, że premierowanie Evesa dostarczyło liberałom amunicji - zamieszanie wokół prywatyzacji prądu, chaotyczne ruchy w sporach płacowych ze związkami. Z drugiej jednak strony, jakoś mało eksploatowano dość poprawną (zwłaszcza w porównaniu z tym, co robiła Ottawa) reakcję premiera na kryzys energetyczny i wyłączenie prądu. Mało było o rozwoju energetyki nuklearnej i obniżaniu ceny prądu w miarę wzrostu podaży wynikającego z podłączania do sieci wyremontowanych bloków energetycznych.
 Nie blokowano skutecznie liberalnych ciosów tam, gdzie z całą pewnością można się było ich spodziewać.
 Jest rzeczą oczywistą, że w dzisiejszych czasach polityka w dużej mierze zależy od emocji społecznych. Tu się bardziej kocha i nienawidzi, a mniej myśli. Dlatego prawdziwy polityk musi wiedzieć, jak swą myśl puścić w ludzi. Jest też prawdą, że torysi są dziś w Ontario starą partią, do której poprzylepiało się mnóstwo karierowiczów i małych rybek. Jeszcze na długo przed wyborami partia konserwatywna powinna była odnowić wizerunek, odkurzyć i przemyć, tymczasem ekipa Evesa, zamiast wyostrzyć i ukierunkować program, rozmyła go. Usiłując pozyskać nowych sympatyków i poszerzyć bazę wyborczą, zniechęciła do siebie tradycyjny elektorat. Rozmydlono idee rewolucji konserwatywnej tłumacząc, że rzekomo ich czas się skończył, z drugiej strony nie zaproponowano nic porywającego. Ministrowie Evesa, niczym strażacy, gasili niezadowolenie poszczególnych grup społecznych, sikając strumieniami naszych pieniędzy. Jak wiadomo, programy publiczne i gospodarka państwowa mają to do siebie, że łatwo w nich o studnię bez dna. Stało się więc tak, że mimo wpakowania dodatkowych setek milionów dolarów, nie zdołali "zasikać" niezadowolenia poszczególnych grup zawodowych.
 Tak więc czwartkowe wybory znaczą ostatecznie kres rewolucji konserwatywnej Mike'a Harrisa. Ten etap polityki Ontario wkładamy dziś do podręczników historii...
***
Za krótkie nogawki
 Kanadyjska prawica federalna jeszcze nie jest dojrzała. Scalenia więc nie będzie. Niestety duża w tym "zasługa" obecnych "młodzieżowych" liderów Canadian Alliance i torysów. A może nawet bardziej torysów. Peter MacKay od momentu dość niemiłego zwycięstwa w wyborach wewnątrzpartyjnych (za cenę cyrografu z sockonserwatystą Orchardem) nie popisał się niczym nadzwyczajnym. Tak to jednak bywa w przypadku polityków "rodzinnych", którym drzwi otwierają układy tatusia (Elmer MacKay był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Briana Mulroneya w połowie lat 80.), a nie własna krzepa mózgowo-mięśniowa... 

Autokolaborantka?
 W "Naszym Dzienniku" pan Piotr Szubarczyk pastwi się pośmiertnie nad Leni Riefenstahl, zarzucając byłej nazinimfomance "kolaborację" i zrównując ją z... Wandą Wasilewską i T. Boyem. Jednocześnie wbija szpile "różnym głupcom o pokrętnych umysłach" zafascynowanych riefenstahlową siłą odradzania się.
 Cóż, pisałem o Riefenstahl niemało i nie chce mi się jej już bronić przed p. Szubarczykiem. Wypada jednak wytknąć mu podstawową pomyłkę. Otóż, z całą pewnością można stwierdzić, że Leni Riefenstahl nie była kolaborantką. Trudno bowiem uznać za kolaborację pracę na rzecz demokratycznie wybranego rządu własnego państwa, rządu cieszącego się na dodatek 90-procentowym poparciem społecznym. Jakkolwiek by na sprawę patrzeć, czołowa filmartystka Niemiec nie współpracowała z okupantem czy wrogami III Rzeszy. Jeśli już zarzucamy jej nazizm i zrównujemy ze zbrodniarzami wojennymi, to, na Boga, nie przypisujmy kobiecie kolaboracji! Bo nie da się "kolaborować" ze sobą samym. Hitlerowcy nie przybyli do Niemiec z kosmosu, oni wyrastali z niemieckiej kultury i z niemieckiej polityki!
 Na dodatek, Riefenstahl została poddana po wojnie denazyfikacji, miała kilka procesów, siedziała trzy lata w kryminale i kilka miesięcy w zakładzie psychiatrycznym, straciła cały majątek oraz prawa do zrobionych filmów, żyła w totalnej biedzie. Dajmy jej więc spokój za ten nazizm. Bo nie o kolaborację w tym chodziło i inny to fenomen.
 Ja bym się natomiast bardzo uradował, gdyby tego rodzaju los spotkał polskich kolaborantów, w rodzaju Urbana, Jaruzelskiego, Oleksego, Millera, Kwaśniewskiego i ich kamratów. P. Szubarczyk współczesnej sitwy byłych zdrajców Polski nie rusza, cofa się za to do wiedźmy Wasilewskiej, która notabene pod względem artystycznym nawet do pęcin Riefenstahl nie dorasta.
 Wypominając nazistowskie klimaty autorce "Triumfu woli", autor woli pominąć smutny fakt, że oto w dzisiejszej Polsce rządzą byli kolaboranci z PRL, co porównać można do sytuacji, w której w powojennej Francji rządziliby skompromitowani politycy reżimu Vichy. Na dodatek, w polskim przypadku, są to kolaboranci niezdekomunizowani, nierozliczeni, szastający milionami uzyskanymi z rozszabrowanego majątku narodowego.
 Co tam Riefenstahl, co tam Wasilewska, jak tutaj kolaborant Jaruzelski ściska się z kombatantami i opromieniony składa autografy. Zgroza.


Passentowa choroba
 W ramach promocyjno-książkowych wojaży do Toronto zawinął p. Daniel Passent - były okręt flagowy propagandy peerelu - człowiek kształcony niegdyś w stalinowskiej kuźni bolszewickich charakterów warszawskim liceum im. Świerczewskiego. Pewien absolwent tej placówki tak wspominał młode lata: "Większość uczniów z naszej szkoły (Elżbieta Jędrychowska, Daniel Passent, Ochabówny, Marian Grinberg i inni - przyp. G.D.) wywodziła się z tej formacji, dla której ten nowy, komunistyczny ustrój był akceptowany znacznie bardziej niż potocznie. Można przypuszczać, że gdyby to nie była Warszawa tylko prowincja, zbrojne podziemie strzelałoby do naszych rodziców, a nie do innych. (...) I oni głęboko ubolewali, że Polska nie jest 17. republiką radziecką. Kolega mojego brata miał nad łóżkiem własnoręcznie zaprojektowany herb polskiej republiki rad." - koniec cytatu.
 Passent pilnie się w PRL-u uczył, bo pchnięto go na studia na Harvardzie. Przypomnę młodszym czytelnikom, że było to w czasach komunistycznego totalu, gdzie dla wielu obywateli uzyskanie paszportu uprawniającego do przekroczenia żelaznej kurtyny pozostawało w sferze marzeń sennych. Niektórych nie wypuszczano nawet na wczasy do Bułgarii.
 Był więc p. Daniel Passent artystą propagandowego pióra i członkiem komunistycznej "bohemy", czerwonej "elyty", której zadaniem było trucie mózgów ludzi, do których nie przemawiał siermiężny żargon "Trybuny Ludu". Od komunistycznej propagandy wyższych lotów była "Polityka" - pismo, które wertował przy papierosie każdy peerelowski in-żynier o intelektualnych pretensjach. W przeciwieństwie do sloganowej grypsery "TL", wedle której czerwone "było, jest i będzie", w "Polityce" pisano, że czerwone niekoniecznie musi być, ale taka jest konieczność historyczna i racje geopolityczne, więc dobrze się stało, że jest.
 W tym to periodyku błyszczała dialektyczna gwiazda meandrowego języka p. Passenta.
 Ponieważ w Polsce nie doszło do dekomunizacji, "Polityka", a wraz z nią p. Passent, przechlupnęli się bezboleśnie do demokracji, gdzie nadal stroili się w szaty nauczycieli, ostrzegając m.in. przed rzekomo nadciągającą teokracją i katolickim fundamentalizmem. Zajęli się także en masse wybielaniem PRL.
 Nawiasem mówiąc, dawno temu - właśnie na tle oceny komunizmu p. Passent zarzucił mi chorobę psychiczną, którą skontrastował ze swym domniemanym umysłowym zdrowiem. Pozwolę sobie przytoczyć Passentowy ustęp z "Polityki":
 "Nie znam się na medycynie, ale sądzę, że wszystko zależy od tego, co uznamy za normalne. (...) Jeżeli za normę uznamy to, co z PRL zapamiętali np. dotychczasowi szefowie TV (tekst pisany w 1996 roku - przyp. moje) i ?Życia Warszawy= oraz ich pampersi, to wówczas ten i ów kwalifikuje się do leczenia. Wtedy bowiem normą jest to, co pisał o PRL zaledwie kilka miesięcy temu w ?Życiu Warszawy= (pod starym jeszcze kierownictwem) bardzo psychicznie zdrowy p. Andrzej Kumor:  ?Można śmiało powiedzieć, że cała krajowa elita intelektualna jadła komunistom z ręki. (...) W Polsce powojennej powstawała jedynie literatura komunistyczna, komunistyczny film i komunistyczna sztuka! Tylko to, co miało od panów z komitetów placet=. Psychicznie zdrowy teoretyk z ?Życia= dochodził do wniosku, że przy okrągłym stole ?porozumienie robiły elity intelektualne przez komunistów wyniańczone, wyhodowane na partyjnych pożywkach...=.
 Jeżeli pan Kumor jest zdrowy, a Kuroń, Michnik i Wałęsa byli wyniańczeni przez komunistów, to pani Bogucka słusznie udała się do specjalisty (...) Co do mnie, to wolę być chory, jak Chećko i Małcużyński, niż zdrowy, jak Kumor". - koniec cytatu.
 Kto był wówczas chory, kto zdrowy -  dziś widać gołym okiem.
 Nic to, drobna szczypawka...
 P. Passent, który w nowej Polsce załapał się przy MSZ-cie na ambasadorowanie w Chile, napisał książkę o swych doświadczeniach dyplomatycznych zatytułowaną "Choroba dyplomatyczna" i z tą to lekturą wojażuje dziś po kontynentach. O "Chorobie" tak pisał swego czasu recenzent "Rzeczpospolitej":
 "W tej książce (...) najbardziej pasjonujący jest indeks nazwisk. Wskazuje, że mamy do czynienia z księgą rodzinną i towarzyską. Passent Agata wymieniona jest dziewięć razy, Passent Bernard dwa razy, Passent Izabela (z domu Mic) dwa razy, Passent Marek raz, Passent Marta 33 razy, Jakub Prawin (wuj) jedenaście razy, Prawinowa Anna (wujenka) dwa razy, Dobromirski Łukasz (pasierb autora) sześć razy i Osiecka Agnieszka (była żona) osiem razy. Rodzina Kwaśniewskich wymieniona jest sześć razy, Kwaśniewski Aleksander (bez Jolanty) 41 razy, Kwaśniewska Jolanta (bez Aleksandra) dwanaście razy. Natomiast Kiszczak Czesław jest wymieniony trzy razy, tyle samo, ile prezydent Chile Eduardo Frei Ruiz Tagle, razem z całą rodziną i zdjęciem, albo Ludgarda Buzek solo. Różnica między miejscem poświęconym przez ambasadora Chilijczykom i innym obcokrajowcom a Polakom pokazuje, że albo Passent nigdy naprawdę z Polski nie wyjechał, a jeśli wyjechał, to niepotrzebnie...". - koniec cytatu.
 Tyle o czerwonym salonowcu Passencie. Mam nadzieję, że udając się na autorskie z nim spotkanie będziesz, Drogi Czytelniku, miał jako takie wyobrażenie, na co jest on dyplomatycznie chory.
***
 Wkrótce wybory w Ontario, czas, w którym my - elektorat - jesteśmy kupowani kiełbasą i dobrym słowem. Niestety okres ten skończy się wraz z ogłoszeniem wyników. Okaże się wówczas, że ta kiełbasa i te słowa kosztują majątek. Idąc więc do urny warto pamiętać o trzech rzeczach:
A. Politycy nie tworzą pieniędzy, oni wydają to, co my zarabiamy. Zazwyczaj sami jesteśmy w stanie lepiej wydać i więcej zaoszczędzić,
B. Im mniejsze podatki, tym więcej pary w gospodarce i mniej do trwonienia pieniędzy przez urzędników.
C. To my jesteśmy pracodawcą wszystkich służb państwowych i publicznych, dlatego mamy od nich prawo wymagać solidnej pracy. Ci ludzie nie powinni mieć prawa do strajków.

Na kolana
 W polskich dworkach były kapliczki, w wielu starych domach w zacisznym miejscu wieszano krucyfiks i stawiano klęcznik, w mieszkaniach na ścianie był święty obraz - zazwyczaj Matka Boska Częstochowska lub Ostrobramska, rzadziej Ostatnia Wieczerza.
 Te wszystkie religijne artefakty nikogo nie dziwiły, nie drażniły i nie śmieszyły. Stanowiły nierozerwalny element polskiej tradycji, drogowskaz losu. To tam w chwilach trwogi oddawano się w opiekę, to tam dziękowano za łaski. Dopiero zawieruchy XX wieku wyrwały i rozproszyły te przedmioty, odebrały im dotychczasowe miejsce.
 Dziś widok klęcznika w mieszkaniu wywołuje zdziwienie, albo uśmiech politowania. Jakże to tak w dzisiejszym postindustrialnym świecie mamy padać "pod ścianą" na kolana?! Toż robią tak tylko straszne cioty-dewoty! My jesteśmy inni, wykształceni. My mamy komórkowy telefon, filmy na DVD i nowoczesne podejście. Dziś w modzie jest stawianie w domu buddy, nizanie egzotycznych paciorków, kadzidełka i medytacje w "pracowni jogi". To jest to! Tam się "relaksujemy i wyciszamy". I to nikogo nie dziwi, nikt nam buraczanego prostactwa nie zarzuci. Bo to modne i twarzowe...
 Mając pod bokiem ocean tradycji, wiary płynącej od pokoleń, my wolimy się odwracać do egzotycznych strumyków ciurkających w obcej gęstwinie.
 Zamiast otworzyć się na Głos, medytować w modlitwie, chłonąć nieprzebrane bogactwo stworzenia, codziennie delektować się tajemnicą życia, my wolimy  chodzić do wróżek i znachorów. Wolimy pić z bagna, bo nie dostrzegamy źródeł tętniących tuż pod stopami. Szukamy daleko, zamiast  rozejrzeć się wkoło siebie.
 Współczesny człowiek nie przestał być istotą religijną, nadal potrzebuje wiary i egzystencjalnego oparcia. Często trafia przy tym na różnych szarlatanów, często kluczy i wchodzi w ślepe zaułki. Brnąc tak przez życie zapomina, że zszedł z wygodnego szerokiego gościńca, który prostą drogą wiódł go do celu, zapomina, że może sobie ot tak po prostu uklęknąć przed krzyżem. Gdy zrobi to choćby raz, nagle puszczą go duchowe skurcze i rozprostują się kości, nagle w pokorze odzyska Siłę.

Zalewanie strachu w gaciach
 Z doniesień agencyjnych wynika, że polscy żołnierze ostro w Iraku baletują - już druga "tura" wyleciała do kraju za pijaństwo. "Superexpress" opublikował też ostatnio wyzywająco upozowane zdjęcia obozowej pani tłumaczki, pucołowatej polskiej dziewoi z D-biustem, najwyraźniej kwitnącej w armijnej atmosferze samczego głodu.
 Wychodzi więc na to, że o ile dla amerykańskich żołnierek biletem z frontu do domu jest zajście w ciążę (frontowe panie Amerykanki czynią to w każdej kampanii masowo i na gwałt, zaś obecna kampania iracka nie jest tu wyjątkiem), o tyle dla polskich osiłków ten sam skutek uzyskiwany jest przez picie wódy. Najwyraźniej sowiecka tradycja zalewania wódką strachu w gaciach nie opuściła jeszcze wojsk "Najjaśniejszej", co niestety utrwala smutny stereotyp o Polackach-pijakach.
 Tymczasem myślenie życzeniowe Waszyngtonu nie przeoblekło Iraku w kraj mlekiem i miodem płynący, dlatego biedny prezydent Bush, który atakując Irak wypiął się na ONZ, dziś skamle do tej organizacji o pomoc. Jeszcze niedawno jego neokonserwatywni rozprowadzający grzebali ONZ w piachu historii, wieszcząc nową epokę unilateralizmu (czytaj: amerykańskiego dyktatu), a dziś puszczają oko do Francji i Niemiec.
 Widać bowiem, że amerykańska okupacja przekształca Irak w strzelnicę, gdzie byle chłystek może zza węgła upolować amerykańskiego żołnierza. Poza tym kraj najwyraźniej podzielił się na etniczne strefy i nawet gdyby Amerykanie chcieli się wycofać, wojna domowa jest murowana. Kurdowie, sunnici i szyici, wszyscy mają odmienne pomysły na przyszłość. Dla tych pierwszych iracki rozgardiasz niesie nawet historyczną szansę uzyskania własnego państwa.
 Na razie jednak na wycofanie się nie zanosi, Waszyngton musi sobie odbić koszty wojny. Oczywiście propaganda okupantów zapewnia solennie Irakijczyków, że nikt im ropy nie ukradnie i mogą spać spokojnie. Nawet przy planowanej "prywatyzacji" (czytaj przejęciu irackiej gospodarki przez kapitał międzynarodowy) zastrzega się, że przemysł naftowy nie zostanie stuprocentowo "sprywatyzowany". Problem tylko w tym, że całkowicie sprywatyzowany zostanie system bankowy, a okupanci i ich kompradorzy czuwać będą nad "wyregulowaniem" wartości irackiej waluty. To wystarcza, bo to poprzez system monetarny dokonuje się w naszych czasach łupienia kolonialnego, o czym najlepiej mogli się przekonać ogłupieni świecidełkami i paciorkami Polacy, którym reforma Balcerowicza ukradła kapitał wypracowany przez kilka pokoleń.
 Te same manewry zastosowane będą w Iraku, już dziś zjeżdżają się tam byli doradcy postkomunistycznych złodziei, aby pokazać miejscowym, jak się to robi.
 A do tego wszystkiego przykłada pijaną rękę polskie wojsko, które zamiast siedzieć w kraju i uczyć się skutecznej samoobrony terytorialnej, szlaja się dziś po drogach zagranicznej awantury...

Z kagańcem na pysku
 Niby wszystko jest w porządku, niby ustawa C-250, którą w środę przyjął parlament nic wielkiego nie zmienia, ot tylko dołącza "orientację seksualną" do zestawu grup, wobec których nie wolno "nawoływać do nienawiści".  Wszak to cel bardzo zbożny, no bo któż taki lubi szerzyć nienawiść? Wydawałoby się więc, że każdy pod nowym prawem powinien się podpisać rękami i nogami. Tym bardziej, że już zupełnie "na wszelki wypadek", na zasadzie "strzeżonego Pan Bóg strzeże" wprowadzono do C-250 poprawkę mówiącą, iż ustawa nie dotyczy "wypowiedzi opartych na tekstach religijnych".
 Tymczasem jak zwykle przy takich okazjach, diabeł tkwi w interpretacji. I to właśnie tejże interpretacji obawiały się Kościoły oraz organizacje religijne walcząc do upadłego przeciwko nowemu prawu. Notabene śmieszne to dosyć, że jeśli powiem "homoseksualizm jest nienaturalny, niemoralny i aspołeczny" to mnie wspomniana ustawa może skierować do prokuratury, tymczasem jeśli do mojego stwierdzenia dodam, "bo tak mówi Pismo Święte", to prokurator już się mnie nie będzie czepiał. Przykład to wymowny jakie buble uchwala się dziś w tym kraju.
 To jednak tylko detal.
 Ciarki po plecach przechodzą od czego innego. Otóż, w Kanadzie, głównym motorem inżynierii społecznej są sądy. Przeprowadzona w latach 80. nowelizacja konstytucji dała im możliwość nadinterpretacji prawa. Nie trzeba być wróżką Stefanią, by przewidzieć scenariusz, w którym dowolna grupka pomyleńców zaskarża płomienne kazanie dowolnego księdza albo też ustęp Biblii i stwierdza, że klauzula o "tekstach religijnych" jest sprzeczna z prawem równości gwarantowanym przez Kartę Praw i Swobód, czyli ową znowelizowaną konstytucją. Gdy sąd pierwszej, drugiej i trzeciej instancji przyzna takiej grupie rację (przy założeniu, że federacja będzie apelować) wówczas jedynym posunięciem, jakie pozostanie będzie przywołanie przez parlament notwithstanding clause zezwalającej na wyłączenie ustawy spod  dyktatu Karty Praw. Ale tu - jak wiadomo - rządzący Liberałowie mają problem.
 Przypomniał o tym premier Chretien, którego liberalny idol, Pierre Trudeau, jest ojcem Karty Praw i Swobód. Klauzula ta to wymuszony ukłon w stronę przeciwników drakońskiej modyfikacji kanadyjskiego ustroju przeprowadzonej właśnie za panowania karmazynowego króla z Quebecu. "Żaden prawdziwy liberał jej nie powinien używać" - ostrzegał Chretien, jak przed złym czarem...
 Pewnego pięknego dnia możemy więc obudzić się w świecie, w którym jakiekolwiek bąknięcie publiczne krytykujące homoseksualizm uważane będzie za "szerzenie nienawiści", czyli za przestępstwo kryminalne, zaś prawdziwą nieocenzurowaną Biblię trzeba będzie przemycać przez granice.
 Takich Drogi Czytelniku mamy posłów i Ty sam sobie ich wybrałeś. Przypomnij sobie o tym przy najbliższej okazji politycznych skreśleń. No chyba że jesteś masochistą, którego rajcuje, jak mu zakładają kaganiec na twarz, a kaftan bezpieczeństwa na resztę figury.
 Nawiasem mówiąc, przy okazji tych wszystkich debat na temat spraw, nazwijmy je, "okołohomoseksualnych" wyszły na jaw ciekawe rzeczy. Między innymi dowiedzieliśmy się z ust panujących liberałów, że nasz demokratycznie wybrany większościowy rząd jest po to, "aby bronić praw mniejszości przed większością". A ja głupi do tej pory sądziłem, że w demokracjach rządzi większość! Dziś okazuje się, że ci, których ta większość wybrała, wyemancypowali się do tego stopnia, iż jęli większość pouczać, krytykować i sekować. Ponoć większość jest krótkowzroczna, zła, agresywna i chamska, dlatego zadaniem rządu jest bronić przed tą większością-swołoczą biedne grupki mniejszościowe. W myśl tej strategii wybieramy sobie rząd po to, aby nas okiełznał, okulbaczył i zakagańcował.
 Toż to trzeba mieć klerkowski tupet, by taką bzdurę wymyślić!
***
 Premier Eves ma w obecnej kampanii pod górkę. Po pierwsze broni własnych pozycji, po drugie, sytuacja budżetowa nie jest zbyt różowa, po trzecie zastosował starą taktykę z poprzedniej kampanii. Niestety powtórki rzadko są skuteczne. Być może bezpośrednie atakowanie "chłopczykowatości" McGuinty'ego miało sens w 1999 roku, dziś jednak lider liberałów, podrósł, zmężniał i pokończył kursy prowadzone przez  ekspertów, od wizerunku eksprezydenta Clintona. Poza tym z kampanią ataków i krytyki, jest jak ze śrubą - trzeba być bardzo ostrożnym, aby nie zerwać gwintu. I tak, na przykład, gdy ktoś jest złodziej, to nie trzeba mu również zarzucać, że bije żonę, pije, nie płaci podatków, ma cztery kochanki etc. Łatwo wówczas utracić wiarygodność i uzyskać skutek odwrotny od zamierzonego.
 Tak czy owak, nie zmienia to prostego faktu, że program wyborczy konserwatystów jest lepszy i zamiast odsądzać McGuinty'ego od czci i wiary, wystarczy ograniczyć się do punktowania jego wypowiedzi.
 Różnica jest bowiem zasadnicza, konserwatystom nadal chodzi o zmniejszenie podatków, pokazanie uzwiązkowionym proletariackim burżujom, gdzie ich miejsce (przepraszam za zbitek, ale chyba wszyscy wiemy o kogo chodzi) i oddanie ludziom władzy, która do nich należy (nie mylić z hasłem "cała władza w ręce rad"). Powiem szczerze, że bardzo bym się ucieszył, gdyby pozwolono na odpisywanie od podatku procentu pożyczki hipotecznej, zakazano nauczycielom strajkowania, a władze miast i wsi zmuszono do organizowania referendów przy okazji każdej propozycji podniesienia lokalnych podatków.
 Mnie to wystarcza, ja za tym głosuję i nie muszą mi obrzydzać McGuinty'ego, abym u niego nic nie kupił....

Do końca
 Czy Ojciec Święty powinien jeszcze pielgrzymować? Czy jego starcze przypadłości i schorowanie nie przeszkadzają w głoszeniu Słowa Bożego?
 Po pielgrzymce na Słowację pojawiły się głosy, że Jan Paweł II jest już zbyt chory, aby chodzić Piotrowymi ścieżkami, od kraju do kraju...
 Czy gdy Ojciec Święty potyka się, gubi tekst i zająkuje, czy to nie zniechęca wiernych?
 Przyzwyczajono nas, że zniedołężnienia się nie pokazuje, kultura masowa każe nam bić pokłony przed bożkiem operacji plastycznych, odmładzających zastrzyków, wiecznej tężyzny fizycznej. Nieoswojeni ze śmiercią i nieprzygotowani do przemijania, usiłujemy zakryć kłamstwami własne starzenie się. Tymczasem, życie ma etapy i w każdym z nich inna jest nasza rola. Zrozumieć przemijanie to znaleźć klucz do tego świata. Nie da się tego zrobić bez Boga. I to właśnie mówi nam papież.
 Ojciec Święty nie jest prezydentem, nie jest dyrektorem koncernu, fotogenicznym teleewangelistą, nie stoi na czele rządu czy armii,  jest przywódcą duchowym. Nie musi niczego ukrywać, również swojej fizycznej słabości, wszak Królestwo, o którym mówi, nie jest z tego świata. Dlatego jego głos nadal działa z olbrzymią siłą.
 Życie to wielki dar. Jan Paweł II pokazuje nam, jak go w całości wykorzystać. A to pozostanie z nami do naszego końca...


Wstrząs
 Jedenasty września 2001 roku. Początek nowego okresu historii. Ataki na Nowy Jork i Waszyngton niczym podpalenie Reichstagu zaznaczyły koniec starego świata.
 Globalna, permanentna wojna z terroryzmem, zmiana podejścia państw do wolności obywatelskich, zastosowanie prewencyjnych uderzeń na niepodległe narody. Wszystko to ma początek w mrożących krew w żyłach scenach ataku kamikadze. Obrazy te zmieniły Amerykę i jej podejście do reszty świata. One spowodowały nadszarpnięcie dotychczasowych sojuszów i głębokie podziały Zachodu.
 Zamachy początkowo wyzwoliły falę niespotykanego współczucia i solidarności z Amerykanami.  Nie tylko na Zachodzie. Wkrótce jednak, gdy USA zaczęły pięścią reagować na cios, solidarność ta zamieniła się w oburzenie. Waszyngton odpowiedział tak, jak chcieli jego wrogowie - waląc na oślep i bez liczenia się z kosztami; podeptał instytucje i prawo międzynarodowe, zjednoczył przeciwko sobie świat arabski, pokłócił się z Europą. Zamiast budować sojusz umiarkowanych przeciwko ekstremistom, zradykalizował Arabów i muzułmanów. Zamiast mądrze przewodzić światu budując trwały porządek, Ameryka zaczęła bombardować nie bardzo wiedząc, co potem. Tylko zupełnych idiotów mogły przekonywać mrzonki o budowie nowoczesnego demokratycznego społeczeństwa w Afganistanie, tylko ludzie, którzy nie znają obyczajów i historii mogli łudzić się, że po zdobyciu Bagdadu, irackie społeczeństwo zacznie całować Amerykanów po rękach, dziękując za okupację...
 Są więc tego dwa wytłumaczenia. Albo obecna administracja składa się z fantastów i żółtodziobów, albo też wspomniane  argumenty konstruowane były jedynie na użytek "ofiary" przeciętnej amerykańskiej szkoły publicznej. Jednym słowem, były tworzone na użytek manipulacji.
 Skoro prezydent Bush z uporem maniaka powtarza dziś, że reżim Husajna powiązany był z terrorystyczną Al-Kaidą, a jego własna CIA takich związków nie widzi, skoro młodych Amerykanów w mundurach wodzono za nos, strasząc irackimi broniami masowej zagłady, gdy nie było żadnych dowodów potwierdzających zarzuty, to domyślać się można, że w całej tej sprawie chodzi o coś innego.
 Skoro do końca nie wiemy o co chodzi, zastanówmy się kto stracił, a kto zyskał.
 1. Wbrew zapewnieniom Pentagonu, wpływy Zachodu w Afganistanie ograniczają się dziś jedynie do stolicy i kilku enklaw. Na pograniczu afgańsko-pakistańskim hasa nadal bin Laden. Eksperci zgodnie przyznają, że dzięki nowej sytuacji, Al-Kaidzie udaje się rekrutować tysiące nowych członków. Ich szkolenie trwa w najlepsze w Afganistanie, Pakistanie i niektórych państwach muzułmańskich Azji - zwłaszcza w Indonezji.
 2. Reżim Hamida Karzaja, który miał być przykładem dla całego regionu, okazuje się być skorumpowaną i bezwolną marionetką. W Afganistanie szerzy się bezprawie i produkcja heroiny.
 Fiasko polityki afgańskiej USA unaocznia fakt coraz rzadszych doniesień telewizyjnych z tamtych okolic.
 Deklarowanym celem Waszyngtonu było zmniejszenie zagrożenia terrorystycznego, tymczasem zagrożenie to wzrosło.
 A więc, USA straciły...
 3. Irak staje się nowym polem bitwy Arabów z Zachodem. Mimo ekscesów Saddama Husajna kraj ten nie był dziką dyktaturą, co więcej, USA miały z Husajnem robocze kontakty i przy odpowiednich naciskach oraz dozowaniu kija i marchewki można było niewielkim kosztem zniechęcić Bagdad do gmerania przy amerykańskich interesach. Metodę taką zastosowano wszak z powodzeniem wobec Libii.
 To byłoby zwycięstwo amerykańskiej polityki.
 Powojenna klęska podkopuje amerykański autorytet w całym regionie i pokazuje muzułmanom, w jaki sposób tanio i skutecznie zadawać ciosy okupantom.
 Od rezultatów obecnej kampanii w Iraku zależy prestiż Ameryki, uratowanie twarzy jest coraz trudniejsze. Znów przyznać trzeba, że mimo poniesienia olbrzymich kosztów, Ameryka straciła.
***
 Teorie spiskowe, których wokół zamachów namnożyło się bez liku, widzą prawdziwych sprawców tragedii 9-11 w agentach Mosadu (ponoć tuż po zamachach zatrzymano młodych Izraelczyków, którzy stojąc na dachu furgonetki radowali się widokiem płonących wieżowców). Łagodniejsza wersja mówi, że choć zamach zaplanowali i przeprowadzili muzułmanie, to Izrael o tym wiedział i nie uprzedził Amerykanów, aby wykorzystać sytuację mobilizacji amerykańskiego społeczeństwa do własnych celów.
 Czy zatem z dotychczasowego przebiegu wojny z terroryzmem wynika, że Izrael zyskał? Otóż tak! Przede wszystkim Irak nie stanowi już konkurencji dla państwa żydowskiego, nie wspiera palestyńskich organizacji niepodległościowych i nie funduje sutych prezentów rodzinom zamachowców. Ponadto nie jest wykluczone, że Izrael uzyska dostęp do taniej irackiej ropy i pośredniczył będzie w jej tranzycie. To jest wymierny zysk!
 Prócz tego wojna w Iraku i zamachy na Amerykanów wywołują zasłonę dymną chaosu, a w takiej sytuacji łatwiej pokusić się na ostateczne rozwiązanie "kwestii palestyńskiej" i skonsolidowanie terytorium. I znów zysk.
 A więc...

Triumf woli
 Leni Riefenstahl 1902-2003 (http://www.leni-riefenstahl.de) być może nie miała szczęśliwego życia, ale z pewnością żyła w ciekawych czasach. Do końca swych długich dni pozostała twórczym i  myślącym człowiekiem.
 Jej nieszczęście polegało m.in. na stworzeniu najlepszego propagandowego filmu wszech czasów, "Triumf woli" - dokumentalnej relacji ze zjazdu NSDAP w Norymberdze. Jej talent wzniósł się w hitlerowskich Niemczech na sam szczyt. Może dlatego do końca życia nie zapomniano jej mariażu z totalem. Gdy takiej Szymborskiej z rzadka wypomina się stalinowskie kołtuństwo, gdy całe chmary artystycznych miernot jak na zawołanie zmieniły sztandary, przeskakując z totalitarnych dworów na łono "demokracji", Leni zawiązano kulę u nogi. Jej losy były jednak, jak tytuł owego nieszczęsnego majstersztyku, triumfem woli.
 Upór, wytrwałość, praca, pasja. Te wykształcone w młodości cechy dały jej możliwość przetrwania i tworzenia. O ile ostatnie filmy Leni - podwodne krajobrazy Malediwów czy Morza Czerwonego, nie są dziś niczym niezwykłym (pomijając fakt, że tworzyła je nurkująca 90-latka), o tyle afrykańskie zdjęcia plemienia Nuba zachwycają podobnie, jak kadry "Triumfu woli" czy "Olimpii".
 Riefenstahl była genialna. Wymyślone przez nią nowatorskie techniki na stałe weszły do współczesnego warsztatu filmowego. Jej styl kopiowany był po wojnie przez niezliczoną rzeszę reżyserów i operatorów. Wielu z nas oglądało fragmenty filmów Leni, nie wiedząc, skąd pochodzą.
 Riefenstahl znała tysiące ludzi - Marlenę Dietrich, Fritza Langa, Ernsta Udeta (asa niemieckiego lotnictwa, który wraz z młodym Goeringiem latał w eskadrze "czerwonego" barona Richthofena), Ericha Marię Remarque'a, Davida Bowie czy Mike'a Jaggera,  hitlerowskiej wierchuszki nie wspominając. Mimo że po wojnie oficjalnie traktowano ją jak trędowatą, Riefenstahl nadal przyciągała do siebie wielu ludzi.
 Była też uosobieniem hitlerowskiego "wyzwolenia kobiet", ikoną nazi-feminizmu. W czasach faszystowskich  miliony Niemek poszły pierwszy raz  do pracy, uzyskały niezależność finansową, zaczęły uczestniczyć w życiu politycznymi i społecznym kraju. Stereotyp "3xK" (Kinder, Kuche, Kirche), jedynie w części odpowiadał rzeczywistości. Niemieckie kobiety kochały Hitlera nie dlatego, że zapędzał je do garów i dzieci, lecz dlatego, że otwierał przed nimi wiele nowych dróg. Riefenstahl dla niejednej Niemki była tego przykładem. Jednocześnie jej wspomnienia (Leni Riefenstahl "A Memoir") pozwalają bardziej zrozumieć, na czym polegał czar hitleryzmu i dlaczego był on w stanie zatruć tylu uczciwych i inteligentnych ludzi.
 Ciekawe to, bardzo ciekawe...

Branie na litość
 Dożyliśmy czasów, w których całe narody i państwa odpierają krytykę swej bieżącej polityki braniem na litość. Branie na litość i wzbudzanie współczucia to skuteczny mechanizm perwersyjnej manipulacji.
 Dobrze jest dziś być ofiarą, albo mieć ofiary w najbliższej rodzinie, ewentualnie w pokoleniu dziadków czy rodziców.
 Bycie ofiarą pozwala dusić krytykę, a wczorajszą słabość i klęskę przekształcać w dzisiejszy oręż i zwycięstwo. Dotyczy to zwłaszcza Żydów, którzy z hekatomby Holokaustu uczynili coś na kształt quasi-religii (prof. Finkelstein twierdzi, że "przedsiębiorstwa"). Holokaustem zatyka się dziś usta krytykom syjonistycznego ekspansjonizmu, tak jakby nieprawości doświadczane przez przeszłe pokolenia usprawiedliwiały dzisiejszą przemoc.
 Nie ma się więc co dziwić, że metodę i taktykę Żydów usiłują skopiować inni. Murzyni domagają się wielomiliardowych odszkodowań za niewolnictwo, kraje postkolonialne swoje problemy zwalają na kolonizatorów sprzed 100 lat, zaś byli oprawcy narzucają szaty ofiar, by przykryć wyrzuty sumienia.
 Do tej ostatniej kategorii zaliczyć można ruch wypędzonych Niemców, usiłujący z doświadczenia wypędzenia odbudować fragment niemieckiej tożsamości narodowej. Wypędzenie ma być upamiętnione, wypędzenie służyć będzie do wychowania młodego pokolenia, wypędzenie pomoże ukształtować niemiecką przyszłość... Naród, który odpowiedzialny jest za jedno z największych szaleństw XX wieku, chce dziś przesłonić dzieciom oczy. Chodzi o to, by niemieckie dzieci nie rodziły się z piętnem grzechu ojców  i nie musiały kajać się od kołyski.
 Oczywiście,  Niemcy cierpieli. Wielki zbiorowy gwałt dokonany przez sowieckich sołdatów na milionach niemieckich kobiet, odebranie majątków, bezprawie początków sowieckiej okupacji, wreszcie, wysiedlenia i utrata terenów zgermanizowanych od setek lat - to wszystko przyniosło Niemcom łzy i zgrzytanie zębów. Problem tylko w tym, że to była klęska Niemiec i to Niemcy sami na siebie ją ściągnęli. Sami z własnej woli poparli Hitlera, sami stosowali na okupowanych terenach odpowiedzialność zbiorową i sami wysiedlali. Jeśli więc chcą dziś wspominać cierpienia, jakie sprowadzili na siebie poprzez zbiorowe szaleństwo, to bardzo dobrze! Jednak z tego, co słychać od pani Eriki Steinbach, domyślić się można, iż nie tyle koncentruje się ona na niemieckiej winie, lecz na krzywdzie wyrządzonej Niemcom rzekomo przez innych - Polaków, Czechów, Rosjan.
 Przypomina to sytuację, w której mój sąsiad napada mnie, podpala mi dom, gwałci córkę, zabija syna, a gdy ja z krwią na oczach wypędzam go z wioski i zabieram gospodarstwo - woła na mnie "ty bandyto!".
 Dziś, gdy Niemcy zastanawiają się, gdzie zlokalizować nowe "Centrum przeciwko wypędzeniom", mam dla nich propozycję: proszę bardzo, w przedwojennej Warszawie. Odbudujcie nam stolicę taką, jaka była przed waszym wkroczeniem, a potem zróbcie sobie w niej to centrum...

Przelot nad piecami
 Muzeum oświęcimskie słusznie zaprotestowało przeciwko przelotowi izraelskich F-15 nad bocznicą kolejową prowadzącą do  obozu. Trzy odrzutowce pilotowane przez potomków Żydów ocalałych z Holokaustu mają zniżyć lot, tak by gołym okiem można było rozpoznać widniejące na nich gwiazdy Dawida, i w zwartym szyku przelecieć nad obozem.
 W uroczystości zaplanowanej na 4 września ma wziąć udział 200 izraelskich wojskowych. Muzeum uważa, że tego rodzaju pokaz siły militarnej w takim miejscu jak obóz koncentracyjny w Oświęcimiu jest niestosowne. Skoro tak uważa zarząd Muzeum, to ja mam pytanie, kto wydał Żydom zgodę na latanie nad miastem na wysokości 500 m nad ziemią?!
 Niestosowne jest również to, że izraelskim samolotom nie będą towarzyszyły polskie maszyny. Jeśli bowiem urządza się taką demonstrację, to w końcu warto przypomnieć, kto jest gospodarzem, a kto gościem. W przeciwnym wypadku zaczynają odżywać strachy przed wysuwanymi jeszcze nie tak dawno projektami eksterytorialności Oświęcimia i przekazania tych terenów pod zarząd żydowski.
 Militarna siła doprowadziła do tragedii Holokaustu. Była to tragedia upadku człowieczeństwa i grzmoty wyprodukowanych w USA odrzutowców w perwersyjny sposób tę tragedię pogłębiają. Jeśli dla kogoś przesłaniem płynącym z Oświęcimia jest konieczność budowania bomb atomowych i oliwienie czwartej co do wielkości machiny militarnej świata, to zdaje się, że zbyt krótko chodził po tym wstrząsającym Muzeum.
***
Za późno...
 Prezydent Stanów Zjednoczonych obiecuje, że wkrótce jego administracja zajmie się problemem ucieczki produkcji do krajów taniej siły roboczej. Bush powoła specjalnego koordynatora... Amerykańska gospodarka od dłuższego czasu przestaje produkować, fabryki przenoszą się do Meksyku, rynek zalewa tani chiński towar. Bez produkcji gospodarka wielkiego kraju nie jest w stanie istnieć. Przede wszystkim zaś  nie jest w stanie niezależnie funkcjonować. Dziś nawet amerykańskie zakłady zbrojeniowe - dział strategiczny - zależą w olbrzymiej części od dostaw z zagranicy.
 Co prawda, niektórzy ekonomiści tłumaczą, że Ameryka jest w stanie poradzić sobie, sprzedając usługi, tzw. kulturę i "innowacje", czyli inaczej rzecz ujmując, najnowsze technologie. Mówi się, że za granicę ucieka głównie brudna i prosta produkcja. Niestety, nie jest tak pięknie. Owszem, początkowo w takich Chinach klejono trampki i tandetne gadżety, dziś jednak ucieka tam produkcja oparta na wysoko zaawansowanej technologii komputerowej czy kosmicznej. Urok taniego chińskiego pieniądza zniewala najbardziej patriotycznych Amerykanów. Już dziś gospodarka USA jest uzależniona od chińszczyzny i jakiekolwiek zakłócenie transpacyficznych dostaw spowodowałoby poważne perturbacje i recesję. Administracja prezydenta Busha prowadzi rozmowy z Chińczykami, namawiając do podniesienia kursu juana (obecnie "podpiętego" na niskim poziomie do amerykańskiej waluty), Pekin pozostaje jednak głuchy na te prośby, tłumacząc się, że mogłoby to doprowadzić do utraty miejsc pracy (gdyby tak ktoś z Warszawy chciał tego posłuchać...).
 Po drugie zaś, nie można innowacji i wysoko zaawansowanej technologii robić "na sucho", nie dysponując zapleczem produkcyjnym. Wszak Chińczycy są nie gorsi od Amerykanów w wymyślaniu nowych rzeczy - mają na swym koncie całkiem sporo wynalazków - od papieru poczynając... 


Po omacku
 W ramach ogólnonarodowego czynu społecznego pod hasłem "zgaś zbędną żarówkę", prowincyjni i federalni urzędnicy zafundowali sobie tygodniowe letnie wakacje - oczywiście płatne. Zaraz na samym początku kryzysu energetycznego, gdy jeszcze wszyscy chodziliśmy po omacku, premier federalny Jean Chretien oznajmił zupełnie poważnie, że w ramach pomocy dla prowincji Ontario nakazał administracji federalnej w tej prowincji zamknąć biura i iść do domu. Aby jeden urzędnik nie zazdrościł drugiemu, wkrótce podobną decyzję podjęto również w Toronto w odniesieniu do administracji ontaryjskiej. Rozpuszczeni urzędnicy mieli więc siedzieć po domach i zaciskać prądowego pasa.
 Miałoby to może sens, gdyby administracja pobierała tyle prądu, co - powiedzmy - rafineria czy stalownia, tymczasem idę o zakład, że nasi urzędnicy urzędując (bo w przypadku urzędników państwowych trudno tę czynność nazwać pracą) w kupie pobierają mniej prądu niż gdy są luzem. O co chodzi? Otóż,  urzędnik w domu albo ogląda telewizor, albo ma włączony komputer, albo majsterkuje w piwnicy, albo robi coś koło domu... W tym czasie  - oczywiście - musi klimatyzować pomieszczenia, by nie było mu za gorąco.
 Tymczasem w pracy - pomimo atmosfery nicnierobienia - nie można ostentacyjnie włączać na każdym biurku telewizora, zaś klimatyzowanie dużych pomieszczeń jest bardziej "sprawne" (poj. z fizyki), niż w przypadku typowego domu. Na dodatek, w czasie, gdy urzędnicy korzystali z wolnego, ich pomieszczenia nadal były oświetlane i klimatyzowane, zaś ekipy komputerowe bawiły się serwerami, aby je posprawdzać i zabezpieczyć przed (tu, zbieg okoliczności) nowym atakiem wirusowym.
 Ciekawe czy ktoś usiłował podliczyć, ile to "zaoszczędziliśmy" na owych wakacjach administracji?
***
Wszystko przez te korzenie
 Premier Ernie Eves, który od kilku dni przebiera nogami, nie mogąc zdecydować się na ogłoszenie wyborów, wypowiedział się po raz pierwszy jednoznacznie na temat tzw. małżeństw homoseksualnych. Była to wypowiedź kuriozalna,bo na początku Eves tłumaczył się przez pół godziny, dlaczego myśli to, co myśli i jak wielki wpływ na jego myślenie odegrało tradycyjne wychowanie.
 Tak więc premier oświadczył, że "osobiście" uważa, iż małżeństwo to związek ludzi przeciwnej płci. Broń Boże jednak, nasz premier nie ma ochoty przekonywać do tego myślenia innych. Tłumaczy się nawet z własnego poglądu, jakby podświadomie uznawał go za wsteczny i się go wstydził. Ernie Eves roztacza przed nami wizję zachowawczej, tradycyjnej rodziny chrześcijańskiej, w której się wychował i z wilgotnymi oczami wyjaśnia, że wychowując się w takim środowisku on po prostu nie może inaczej...
 Wynika z tego, że premier Ontario sam nie zna żadnych argumentów na rzecz takiego czy innego rozwiązania spornej kwestii i zwraca się do ludzi, aby się z niego nie śmiali, bo to wszystko przez to, że mama była w kościelnym chórze, a on sam chodził do szkółki niedzielnej i był ministrantem. Biedny Ernie, rozdarty pomiędzy przywiązaniem do tradycji a "nowoczesnością" zdobył się w końcu na wyartykułowanie własnych poglądów, ale nie jest mu z tym dobrze i musi je uzasadnić przez własne pochodzenie - jakby chciał nas przekonać, że Kościół go zindoktrynował i on już tak musi...
 Przypomniało mi to pewien stary dowcip z lat 60. o tym, jak to do zapadłej podhalańskiej wiochy przyjeżdża partyjny agitator i na zebraniu zachęca górali do partii. Zgodnie z zaleceniem, wybiera wzrokiem dostojnego siwego jegomościa o orlim licu i świdrując wzrokiem pyta podchwytliwie: "A wy baco, jakie macie zapatrywania na przyjaźń polsko-radziecką?" Baca spokojnym głosem odpowiada w góralskiej mowie: "A takie, jak towarzysz Cyrankiewicz". Agitator zbity nieco z pantałyku nie rezygnuje: "A co sądzicie o kolektywizacji wsi?". Baca: "To samo, co towarzysz Gomułka!". Agitator z większym poirytowaniem: "A o naszym ustroju, to co myślicie?". Baca: "A to samo co towarzysz Zawadzki". Agitator, zdenerwowany: "To wy baco żadnych własnych poglądów nie macie?!".
 Baca: "Mam, ale je potępiam".
 Szanowni Państwo, nie bójmy się własnych poglądów i póki co, korzystajmy z tej wspaniałej rzeczy, jaką jest wolność słowa.
***
Al-Kaida z przedszkola
 Kanadyjska policja wreszcie może się pochwalić jakimś antyterrorystycznym sukcesem - zgarnęła 19 muzułmanów, którzy ponoć byli "śpiochami" Al-KAidy.
 W wywiadzie nie pracuję, więc trudno mi powiedzieć, jak bardzo rzeczywisty jest hak, który RCMP ma na zatrzymanych, z tego jednak, co piszą w gazetach, wygląda to śmiesznie. Ponoć chłopcy-al-kaidowcy, mieli się zachowywać "podejrzanie" - bo zatrzymano ich u bramy elektrowni atomowej, gdzie tłumaczyli pokrętnie, że chcą iść na pobliską plażę; jeden zaś uczył się latania, ale - co wzbudziło podejrzenia instruktora - niezbyt przykładał się do nauki.
 Wnosić z tego można, że nasi kanadyjscy al-kaidowcy to jacyś straszni dyletanci i gdy porównać ich z profesjonalistami, którzy przeprowadzili zamachy 11 września 2001 roku, to człowiek nieodparcie nabiera przekonania, iż są jakieś dwie Al-Kaidy - dla dorosłych i dla dzieci.
 W Kanadzie złapano tych z al-kaidowego przedszkola. Przepraszam bardzo, ale średnie rozgarnięcie nie pozwala mi zachować powagi, gdy ktoś twierdzi, że zamach na elektrownię atomową przygotowuje się podchodząc pod bramę i pytając o drogę...

Na Arbeit do Reichu
 Śląsk to miał być klejnot w koronie. Straciliśmy co prawda Lwów czy Wilno - przekonywali komuniści - straciliśmy krajobrazy Kresów, ale to była Polska B, ta gorsza i zacofana, dostaliśmy za to uprzemysłowione i bogate ziemie Górnego i Dolnego Śląska.
 Na Śląsku żyło się dobrze, zwłaszcza za wuja Gierka - Pierwszego Górnika Peerelu.
 Dziś Śląsk to czarna bieda z nędzą; eksorbitalne bezrobocie, rozpadająca się wielka płyta, społeczne patologie. Sytuację ratują Niemcy - można u nich popracować i zahandlować. 40 proc. mieszkańców Śląska żyje na granicy minimum socjalnego, na ulicach Katowic dzieci żebrzą o jedzenie.
 "Usługowi" ekonomiści obecnego układu politycznego tłumaczą, że tak musi być, bo "bezrobocie jest jednym z palących problemów wszystkich wysoko rozwiniętych gospodarek rynkowych", zaś problem Śląska tkwi w samym Śląsku; w tym, że jest to przemysłowa skamielina pozostała po epoce węgla i stali, skazana na zadeptanie w erze mikroprocesorów i telefonów komórkowych.
 Niestety, prawda jest bardziej gorzka. Problem Śląska tkwi bowiem w Warszawie - w braku narodowej polityki gospodarczej państwa, w trwającym od lat zawyżeniu wartości polskiej waluty, w podporządkowaniu polskich interesów dyktatowi największych państw europejskich.
 Owszem, żaden przemysł nie może być sztucznie podtrzymywany przy życiu. Śląsk czekał na modernizację, wprowadzenie technologii gazyfikacji węgla, unowocześnienie istniejących hut i elektrowni, zamiast tego doczekał się rabunkowej wyprzedaży i likwidacji. Dziś mówi się górnikom, że ich węgiel jest za drogi i trzeba do niego dopłacać. Nie tłumaczy się jednak dlaczego? A dlatego, że dolar amerykański kosztuje 4 złote, a nie 6 czy 8, dlatego, że Polska jest od lat krajem o niezrównoważonej wymianie handlowej, który finansuje miejsca pracy w Unii Europejskiej.
 Śląskie zakłady to był poważny majątek. Zamiast go naprawić i zmodernizować, wyrzucono go w błoto - przez głupotę, korupcję i dezynwolturę polskich polityków.
 Robotnicy to są prości i niegłupi ludzie. Protestują, bo nic im innego nie zostało, domagają się gwarancji pracy i wypłat zaległych pensji - bo z ich perspektywy, to są rzeczy podstawowe, bo zdradziła ich polska elita.
 Dzisiejszy Śląsk nie wydał z siebie żadnego Korfantego; dzisiejszy Śląsk wolno przekręca głowę i wypatruje nadziei na zachodzie. W końcu Niemcy zawsze dbali o swe ziemie, niezależnie od tego, kto nimi administrował...
 A Warszawa, cóż w Warszawie kilku pajaców się nawet ucieszy, że Ślązacy znów masowo jeżdżą na Arbeit do Reichu i nie psują miejscowych statystyk. 

Nic nim nie majta?
 Ciemna chmura zbiera się nad głową prezydenta Busha. Iracka okupacja z dnia na dzień staje się bardziej kosztowna i beznadziejna. Plany szybkiego przekazania kraju przyjaznej Ameryce cywilnej administracji, spaliły na panewce. Pod skorupą okupacyjnego spokoju tętni życie, którego okupanci nie rozumieją, a które od czasu do czasu daje o sobie znać kolejnym atakiem na amerykańskich żołnierzy. Wszystko to sprawia, że w USA coraz trudniej przychodzi akceptować koszt irackiego bajzlu, ten dolarowy i ten mierzony w trupach. Miało przecież być bohatersko i dziarsko - tymczasem rzecz cała cuchnie, a na dodatek, nawet najbardziej łatwowierni obywatele powoli oswajają się z myślą, że Irak nie stanowił dla USA większego zagrożenia, tym bardziej zaś zagrożenia bezpośredniego.
 Po co więc było napadać Husajna?
 Ludziom trudno przychodzi uwierzyć, że w tym wypadku ogon kręci psem, i że wielkie mocarstwo pełni usługową rolę wobec cudzych interesów. Mnożą się więc różnego rodzaju mity, rzekomo pochodzące z najlepiej poinformowanych źródeł. Mają one zdjąć odium z Busha i mrugając okiem do amerykańskiego wyborcy, pozwolić obecnemu lokatorowi Białego Domu na kolejną czteroletnią kadencję. Jedną z takich "cicho-sza" wersji, jest tekst zamieszczony na stronach serwisu Debka (rzekomo powiązanego z Mosadem i służbami specjalnymi Izraela). Tłumaczy się w nim, że Irak za Husajna pozyskał technologię produkcji włoskich rakiet średniego zasięgu - Medussa-81, zamierzał uruchomić masową ich produkcję i zaopatrzyć w nie wszystkie siły antyizraelskie w regionie (w rodzaju Hezbollahu czy Hamasu). Zagrożenie to - wedle tego "przecieku" - miało skłonić premiera Szarona do zaordynowania prewencyjnego uderzenia w zakłady produkujące rzeczoną zabawkę. Ponieważ jednak produkcja była rozproszona, Szaron zagroził, że uderzy w Irak swymi atombombami. Chyba, że Bush obieca mu, że migiem Irak rozbroi i rzuci do stóp. Wersję tę poświadczać ma podobno fakt, że Syria odebrała hezbollahom działającym na terenie Libanu przekazane już rakiety. Nie chcąc dopuścić do "zapalenia się Bliskiego Wschodu" i pogrzebania wszystkich szans na pokój, rozważny i stateczny prezydent Bush wybrał "mniejsze zło", wydając rozkaz marszu na Babilon.
 Tego rodzaju dykteryjka, ma wszystkim barowym politykierom dostarczyć argumentu,  iż w całej tej sprawie istnieje drugie dno,  zaś prawda nie jest tak beznadziejnie płaska, jakby wydawało się to na pierwszy rzut oka i prezydentem Stanów Zjednoczonych żaden ogon nie majta.

Nie pasuje do ich bajki
 Nożyce się odezwały. Nowojorski tygodnik "Forward" (wychodzi od 1897 roku w jidysz) z troską w głosie pisze 8 sierpnia o śledztwie, jakie w sprawie masakry polskiej ludności polskiej wsi Koniuchy (dziś na Litwie) prowadzi na wniosek Kongresu Polonii Kanadyjskiej polski Instytut Pamięci Narodowej. Przypomnijmy, że sowiecko-żydowska banda partyzantów spacyfikowała Koniuchy "dla przykładu" za opór miejscowych przy oddawaniu inwentarza i innych dóbr. Obszerną dokumentację tej zbrodni (w formacie pdf) znaleźć można na stronach internetowych KPK, pod adresem: http://www.kpk.org/english/toronto/koniuchy.pdf.
 "Forward", piórem Marca Perelmana, niepokoi się, że próba dochodzenia prawdy o tym, co stało się w Koniuchach i wskazania winnych mordu jest "motywowana politycznie". Perelman cytuje jednego z żydowskich partyzantów sowieckich, Dova Levina, dziś profesora historii Uniwersytetu Hebrajskiego: "Kongresowi Polonii Kanadyjskiej jest wygodnie zajmować się tą sprawą, zamiast wyjaśniać pogromy, jakich Polacy dopuszczali się na Żydach podczas i po wojnie"... Zatem, można tylko "w jedną stronę", w drugą "nie nada".
 Zarzuca się też stronie polskiej zawyżenie liczby ofiar, co jest o tyle śmieszne, że liczbę tę zawyżają sami ówcześni sprawcy, chełpiąc się we wspomnieniach "sprawnie przeprowadzoną akcją". Z tekstu "Forwarda" wynika, że samo wskazanie na żydowskie pochodzenie sprawców mordu zakrawa na antysemityzm, tymczasem - znów o ironio - to właśnie sami Żydzi chwalą się "zasługami". Okazuje się też, że wymordowani mieszkańcy wioski mieli... "pronazistowskie nastawienie".
 W czym jest problem? A w tym, że wskazanie na mord w Koniuchach (jeden z wielu dokonany przez bandy) podważa rozpropagowany mit przebiegu II wojny światowej. W mitologii tej Polakom przypisano rolę współsprawców, zaś Żydzi wpisali się w rolę ofiar. Gdy role te się odwracały - nadworni historycy mają problem. Problem, który najłatwiej po prostu zakrzyczeć słowami: "antysemici, szowiniści, faszyści!".
***
W dzieciach siła
 Urząd statystyczny donosi, że poprawia nam się demografia i Kanadyjki rodzą dzieci. Ponoć odbiliśmy się od dna. W oku przyszłych emerytów zabłysła więc iskierka nadziei, że znajdzie się ktoś, kto zapracuje na ich świadczenia (urodzeni dziś  ludzie mniej więcej za 20 - 25 lat zaczną płacić podatki).
 Demografia to klucz do sukcesu narodów. Nie jedyny, ale jeden z głównych. Prócz niego konieczne jest właściwe wychowanie i budowanie kręgosłupa moralnego, co pozwala ochronić wchodzących w życie ludzi przed mentalnością współczesnego niewolnika. Demografia to klucz do narodowej prężności. Unikając pułapki juwenaliofilstwa i kultu młodego, można śmiało powiedzieć, że młodzi ludzie stanowią podstawę wszelkiego fermentu społecznego - i tego na dobre, i tego na złe. Społeczeństwo stare może przez jakiś czas wygodnie kontemplować życie, jednak w perspektywie stu, dwustu lat, jego byt jest zagrożony.
 Demografia to również element wojny słabych z silnymi. Nie bez kozery Palestynki rodzą dziecko za dzieckiem; nie bez kozery imigranci arabscy czy chińscy w Kanadzie mają wielodzietne rodziny.
 Idę o zakład, że zaobserwowany wzrost przyrostu naturalnego to zasługa nie-białych imigrantów i Indian. Nasza kultura przestała być "dzieciorobna". U nas przed "zdecydowaniem się na dziecko" liczy się i kalkuluje, u nich, sentencjonalnie stwierdza się, że "przy piątce, szóste też się jakoś wyżywi". Tym bardziej, że koszt kolejnych "egzemplarzy" znacznie spada - w rozbudowanych rodzinach młodsze noszą ubrania ze starszych, a starsze pilnują młodszych, jednym słowem, tworzą razem zdrowe stadło.
 Jeszcze nie tak dawno u nas też tak bywało, jednak dziś postliberalny indywidualizm zniszczył takie myślenie do cna. Za sto - dwieście lat wymrzemy więc sobie spokojnie, jako mniejszość etniczna, zjedzona przez formułę "dwa plus jeden".
***
Chretienowe bajanie...
 ...czyli nieklasyczna logika szefa rządu.
 Zdaniem Jeana Chretiena, państwo musi dopuścić możliwość zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci, ponieważ społeczeństwo się zmieniło i obecnie jest to uznanie istniejącego faktu. Zatem większość Kanadyjczyków popiera ideę udzielania ślubu pederastom i lesbijkom - bo "społeczeństwo się zmieniło".
 Z drugiej jednak strony, Chretien wyklucza zorganizowanie referendum na powyższy temat. Dlaczego? Bo "większość nie ma prawa decydować o prawach mniejszości". Jednym słowem, demokracja jest dobra o tyle, o ile Chretienowi nie wchodzi w paradę, zaś społeczeństwo obywatelskie to tłuszcza, gotowa w każdej chwili zadziobać tych inaczej pokolorowanych. Obowiązkiem rządu - podkreśla Chretien - jest ochrona mniejszości przed społeczeństwem, czyli wbrew tezie wysuniętej w pierwszym paragrafie, "społeczeństwo jeszcze się nie zmieniło" i nie można sprawy puścić na żywioł - czytaj: poddać pod głosowanie.
 Bolszewicy tym różnili się od socjaldemokratów, że nie wierzyli w możliwość samorzutnej rewolucji. Twierdzili, że masy są zbyt zacofane, aby uznać konieczność "postępu", dlatego należy wprowadzić dyktat, chwycić społeczeństwo za pysk i wychować według nowego kanonu - trzeba wyprodukować nowego człowieka. Idea ta, za którą w wieku XX miliony ludzi zapłaciły krwią i męczeństwem, w swym kolejnym wcieleniu kołata się pod chretienową czaszką.
 Na szczęście, czy Chretien tego chce, czy nie, nadal mamy konstytucyjną możliwość "referendum" - są nią najbliższe wybory federalne.

Strategia
 Kanadyjczycy wyekspediowali się do Afganistanu, by podpierać kijami tamtejszą prozachodnią marionetkę Hamida Karzaja. Z zachodniego punktu widzenia, Karzaj ma ten plus, że mówi biegle po angielsku, jest przystojny i kontaktowy. Z afgańskiego punktu widzenia, Karzaj ma ten minus, że stoi za nim jedynie obce wojsko i pieniądze. W kraju tak dumnym jak Afganistan, jest to jednoznaczne piętno.
 Przez to, że jesteśmy w Afganistanie (gwoli jasności, mówię  o Kanadyjczykach), nie ma nas w Iraku. I dobrze. Bo iracka wojna bynajmniej się nie zakończyła.
 Jest tak: Od czasów wojny w Wietnamie wiadomo, że z Amerykanami można wygrać jedynie przy pomocy amerykańskiej opinii publicznej. Dlatego jakiekolwiek ataki terrorystyczne w Ameryce nie leżą dziś w interesie ani terrorystów ani antyamerykańskich sił w Iraku. Prowadziłyby  one do mobilizacji amerykańskiego społeczeństwa i usprawiedliwiały straty, jakich dzień po dniu Amerykanie  doznają w Iraku. O wiele bardziej korzystny jest wariant, w którym, spasieni amerykańscy konsumenci, siedząc spokojnie i bezpiecznie przed telewizorem, są codziennie denerwowani obrazami pofrędzlowanych zwłok amerykańskich chłopaków.
 Każdy rozsądny antyamerykański strateg, grałby dziś tą kartą. Nie trzeba angażować wiele środków militarnych i nie trzeba wielu ofiar w ludziach, by opinia Ameryki odwróciła się od obecnego prezydenta, by zdemoralizować żołnierzy w Iraku i ich rodziny w Stanach. Już dziś żołnierzom tym niewiele brakuje - o czym najdobitniej świadczy przypadek zastrzelenia kamerzysty Reutera. Młodzi, zdezorientowani, sfrustrowani, skorzy ciągnąć za cyngiel na każdy szelest, w niczym nie przypominają, pewnych siebie profesjonalnych żołnierzy najpotężniejszej armii świata. Na dodatek, trudno jest okupować kraj przy pomocy lotnictwa - a to przecież największy amerykański atut.
 Tymczasem Amerykanie w USA, widzą coraz mniejszy związek między 9-11, a iracką okupacją, stąd i spadają notowania prezydenta. To właśnie prezydentowi na rękę jest podsycanie amerykańskich fobii i strachów. W ten sposób może jakoś uzasadniać bliskowschodni bajzel, do którego wpakowała amerykańskich chłopaków jego własna polityka. 

Niebo
 Z sondażu C-News wynika, że 20 proc. osób dotkniętych przez ubiegłotygodniowy "blackout" skorzystało z okazji, by... popatrzeć na niebo. Wszak żyjemy w czasach powszechnego nocnego zabrudzenia świetlnego. Całe pokolenia nigdy w życiu nie widziały Mlecznej Drogi czy Wielkiego Wozu, nie chłonęły oczami głębi Kosmosu, nie stawały oniemiałe w obliczu czeluści Tajemnicy.
 Podczas gdy jeszcze sto - dwieście lat temu człowiek żył pod gwiazdami, a wielka czasza Wszechświata wisiała mu nad głową, dziś żyje jak kret i rzadko podnosi wzrok.
 Skutki tego są opłakane. Ludzie, którzy nie patrzą w niebo, schodzą na psy.
 "Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie" - wymieniał Immanuel Kant, jako rzeczy, które napełniają każdego podziwem. Nasze "zadziwienie" pod gwiazdami to początek drogi w poszukiwaniu rozumienia. Niewolników najlepiej trzymać pod pokładem, lub w kopalniach, najlepiej nie pozwalać im patrzeć w gwiazdy...
 Od kiedy człowiek zaprzestał wywodzić z nieba rozumienie świata, i od kiedy zaczął szukać autonomicznej prawdy we własnej egzystencji, zaczął włóczyć się po manowcach. Zbłądził, bo usiłował zapomnieć i przesłonić fakt niesamowystarczalności i niepełności własnego istnienia. Przychodzimy i odchodzimy - jako jedna z kropel wielkiej rzeki życia, nasze własne istnienie samo w sobie nie ma znaczenia i dopiero zyskuje je w odniesieniu do swej przyczyny.
 Rozumiał to człowiek Średniowiecza, rozumieją to ludzie wędrujący przez życie pod sklepieniem nieba. Jesteśmy pyszni i próżni, dlatego tak łatwo przychodzi nam budować własne pomniki; dlatego tak chętnie widzielibyśmy się w roli stwórcy i pana rzeczywistości. Od czasu do czasu udaje nam się nawet tworzyć bąble czasu i przestrzeni, w których wydaje nam się, że tak jest. Wkrótce jednak bańka pryska, wali się cokół i w gruzy obraca piedestał.
 Spojrzenie w niebo uczy pokory i umożliwia usytuowanie się w świecie. Przewartościowuje nasze codzienne troski, każe myśleć o rzeczach ostatecznych.  Jednocześnie zaś daje poczucie siły płynącej z poznania.
 Tak banalna rzecz jak brak prądu sprawiła, że wielu ludziom zachybotał się świat pod nogami,  zaczęli panikować i biadać, przekonani, że świat, który znają na co dzień musi zawsze istnieć, jakby jego posady były niewzruszone i jakbyśmy to od bożka energii elektrycznej zależał spokój ducha. Upadają narody i cywilizacje, ludzie się rodzą i umierają; z prochu powstaliśmy i obrócimy się w gwiezdny pył. Marność nad marnościami...
 Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie - niebo i sumienie - "dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i zmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej nad nimi się zastanawiamy".


Pisane przy latarce
 O tym, że amerykański system energetyczny to szajs widać już na pierwszy rzut oka, wystarczy spojrzeć na gwatwaninę przewodów, które idą po słupach, wydawało się jednak, że sama jego struktura oparta jest na solidnych podstawach i właściwie zabezpieczona. Okazało się, że jednak nie.
 Blackout 2003, jak każde wydarzenie dużych rozmiarów, odsłonił polityków.
 Prezydent Bush natychmiast zapewnił, że to nie zamach terrorystyczny - tak, jakby od razu mógł ustalić, że awaria nie została wywołana przez sabotaż, lub atak hakerski na komputery sterujące siecią. Wszak do tej pory nikt nie wie dlaczego nie zadziałał system bezpieczeństwa zapobiegający efektowi domina, a wprowadzony po pamiętnym "ściemnieniu" w 1965 roku. Terroryzm to w końcu nie tylko bomby.
 Tu w Kanadzie, można się było z kolei przestraszyć, gdy premier Chretien oświadczył, że cały ten bajzel wywołało uderzenie pioruna w elektrownię koło Buffalo. Każdego roku w sieć energetyczną wali tysiące piorunów - jest to rzecz zupełnie naturalna. Dlaczegóż więc akurat ten okazał się taki tęgi?
 Chwilę później indolencją popisał się minister obrony John McCallum, który informował, że wszystkiemu winien pożar w elektrowni atomowej w Pensylwanii. Pożaru takiego nie było... Dobrze, że tego nie słyszeli mieszkańcy tego stanu.
 Po prostu, dzieci we mgle, a nie politycy.
 Szczerze powiedziawszy, choć nie lubię premiera Ontario Erniego Evesa, to jednak facet okazał się w miarę rozsądny i przynajmniej nie mówił bzdur, co w sytuacjach kryzysu jest bardzo ważne.
 Rozsądnie też - wbrew wszystkiemu - zachowali się ludzie. Nasza torontońska łaciata zbieranina - społeczeństwo zlepione w 70 procentach z mniej lub bardziej przeterminowanych imigrantów okazała obywatelską postawę. Problemy były tam, gdzie zawsze i w tych częściach miasta, gdzie można było się ich spodziewać. Serce natomiast rosło, gdy widziało się przypadkowych ludzi kierujących ruchem na skrzyżowaniach, gdy mimo całkowitego braku sygnalizacji świetlnej, ruch odbywał się w miarę płynnie i miasto nie zaryglowało się w korkach. Jeździło się ostrożnie.
 Z zachodniej części Toronto dotarłem do centrum Mississaugi w 40 minut - zupełnie niezły wynik. Gdy wjechałem do garażu - olśnienie, palą się światła i słychać miarowy pomruk wysokoprężnego silnika - uff. Generator zapewniał oświetlenie, pracę pomp wodnych, jeździła jedna winda - słowem, wysoka kultura.
 Gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, zacząłem myśleć kategoriami "awaryjnymi". Po pierwsze, woda. Wkrótce mieliśmy jej dwie wanny i wszystkie garnki.(Tu przypomniały mi się lekcje geografii w liceum u szalonej prof. Z. - "Powiedz nam z czego bierze się życie na pustyni?". Odpowiedź prawidłowa brzmiała: "pani profesor, życie na pustyni bierze się ze studni!").
 Przegląd posiadanej żywności, potem ustalenie jadłospisu, tak aby opróżnić lodówkę ze wszystkich łatwo psujących się rzeczy. Ryż, makaron, fasola, groszki, przecier pomidorowy. Obliczyłem, że nie wychodząc z mieszkania możemy na tym "jechać" przez 10 dni. Nawet jeśli wyłączą wodę...
 Z głębin pawlacza wyciągnąłem: zapas baterii, mały czarno-biały telewizor z radiem i - rzecz najważniejsza - palnik Magic Heat. Małe gizmo, dające czysty płomieć przez co najmniej 11 godzin na jednym naboju. Można używać w pomieszczeniach zamkniętych. W zapasie mieliśmy 3 naboje - 33 godziny pracy palnika! W chwilę później w garnku radośnie szemrała pierwsza woda na "blackoutową kawę". W lodówce znalazło się mleko w puszkach!
 Wieczór przy telewizorze i czerwonym winie. CBC miała problemy z nadawaniem, ale za to antena łapała kilka programów z Buffalo.
 Ocena domowej sytuacji wypadła pomyślnie. Kilka dni możemy tak wegetować. Pomyślałem, że nawet gdy skończy się nasz palnik, w piwnicy mamy węgiel drzewny i naftę do kupionej niegdyś lampy (Made in China - taka jak przy wiejskich furmankach).
 W kolejny dzień klimatyzację doskonale zastępowały zimne prysznice i - sposób z tropików - owijanie się w mokre ręczniki. Był czas! Wreszcie można było spokojnie poczytać stare numery "Skrzydlatej Polski"...
 Oczywiście, burmistrz Toronto, Mel Lastman,  znów "nie zawiódł" przez co był najbardziej cytowanym kanadyjskim politykiem na świecie. Mel uradował się bowiem z faktu, że za 9 miesięcy będziemy mieli przepełnienie w izbach porodowych. Wyszło więc na to, że w Toronto kobiety po ciemku całkiem tracą głowę - wystarczy im tylko zgasić światło...

Sanhedryn
 W czasach komunizmu działała cenzura prewencyjna - symbol totalitarnego kłamstwa. Każdy redaktor z byle bzdurą musiał biegać na Mysią czy inną ulicę, by cenzor łaskawie puścił mu rzecz. To samo było, z każdym filmem, który jeszcze przed kolaudacją pokazywano panom cenzorom, czy też z audycjami radiowymi. Dawno temu przekraczając dziarsko żelazną kurtynę miałem nadzieję, że w wolnym świecie cenzura to bluźnierstwo i obraza naturalnej wolności ludzkiej.
***
 Kilka dni temu główna organizacja amerykańskiego Żydostwa - ADL (Anti-Defamation League) potępiła treść najnowszego filmu Mela Gibsona, zatytułowanego "Pasja" i zażądała wprowadzenia zmian do scenariusza. Problem w tym, że film Gibsona jeszcze się nie ukazał! Nie ma go na ekranach! ADL trzyma jednak czujną rękę na pulsie, a obraz obejrzał podobno pokątnie jeden z jej dyrektorów, rabin Eugene Korn.
 Co to jest "Pasja"? Wygląda na to, że będzie to jeden z najciekawszych filmów dekady. Wstrząsa duszą i wyciska łzy. Gibson przeniósł na ekran 12 ostatnich godzin życia Jezusa Chrystusa. Nie byle jaki obraz, ale pozostający stuprocentowo wierny tekstowi Ewangelii. Aby było ciekawiej, film jest w oryginalnych językach - po aramejsku i łacinie, bez napisów angielskich! Rolę Maryi gra rumuńska aktorka pochodzenia żydowskiego, Maja Morgenstern, rolę Marii Magdaleny uosobienie włoskiego seksu - Monica Bellucci (patrz "Malena" w reżyserii Giuseppe Tornatore).
 Po prostu, wreszcie "coś" na tym hollywoodzkim bezrybiu, wreszcie jakieś dzieło z prawdziwego zdarzenia! (Jeśli ktoś ma ochotę wesprzeć film - idzie o pokazanie, że może on liczyć na zainteresowanie - proszę odwiedzić strony internetowe: http://www.passion-movie.com/english).
 Co zatem nie podoba się w "Pasji" ADL? Otóż to, że film Gibsona (zrobiony za jego prywatne pieniądze) jest za bardzo wierny Ewangelii i wynika  z niego, iż Chrystusa posyłają na śmierć Żydzi z Sanhedrynu, a nie Poncjusz Piłat. Ponoć pokazanie Żydów w takiej roli może w nas maluczkich rozbuchać "antysemityzm, bigoterię i nienawiść". Zapewnienia samego Gibsona, że film jest "o miłości, nadziei i przebaczaniu" (o czym zresztą jest cały Nowy Testament) na nic się nie zdają. ADL żąda "przeprowadzenia modyfikacji". Jeśli się to nie stanie obrazowi może grozić dystrybucyjny bojkot.
 Wygląda więc na to, że "Pasję" trzeba będzie oglądać... w katakumbach...
 Czekam teraz na kolejny krok - nową, politycznie poprawną wersję Ewangelii, zaakceptowaną przez panów z ADL. Jak wiemy, Ewangelie szerzą bigoterię, nienawiść i antysemityzm. Nic to, że każą nam miłować nieprzyjaciół i nadstawiać drugi policzek, nic to, że nie zalecają - jak niektóre święte księgi innych wielkich religii - stosowania podwójnej moralności dla swoich i dla obcych - ich feler polega bowiem na tym, że w Ewangeliach Żydzi żądają śmierci Jezusa. Jak to pisze św. Mateusz: "Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: =Nie jestem winien krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz?. A cały lud zawołał: =Krew jego na nas i na dzieci nasze?".
 Ja protestuję! Przecież to trzeba zmodyfikować! Jak to mogło pójść w takiej formie!? Ten fragment w sposób oczywisty "nawołuje do nienawiści przeciwko wyodrębnionej grupie", co jest sprzeczne  z przepisami prowincji Ontario! To oświadczywszy biorę zaraz Biblię pod pachę i lecę do Ontaryjskiej Komisji Praw Człowieka naskarżyć na tego Mateusza. Wnoszę o rozpoczęcie oficjalnego dochodzenia...
Przyjemnego oglądania

Ręce opadają
 Świat pełen jest banalnych niekonsekwencji. Kilka dni temu ze stanowczym protestem Niemiec i Izraela spotkało się użycie w Hongkongu hitlerowskiej symboliki przy dekoracji wnętrz i produkcji ubrań. Oczywiście, produkowanie podkoszulków z Hakenkreutzem, czy wywieszanie flag III Rzeszy w nadziei na przyciągnięcie klientów z powodu estetycznej ekscytacji, jest rzeczą mało smaczną.
 Z drugiej jednak strony, bez żadnej żenady i na wiele różnych sposobów eksploatuje się, i to nawet tutaj w Ameryce, symbolikę sowiecką - gwiazdy, sztandary, czapki, Bóg wie co. I nikomu to nie przeszkadza!
 Ideologii hitlerowskiej ukręcono łeb po wojnie, dziś dobija się ją na każdym kroku i przy wielu okazjach; ideologia sowiecka nie dość, że do końca nie upadła, to jeszcze jej imperialny, trockistowsko-bolszewicki trzon przeżył ogólnoświatową metamorfozę. Nic to, że sowiecki terror i fanatyzm odpowiedzialne są za wymordowanie o wiele większej liczby ludzi niż hitleryzm. Nic to, że Sowieci stworzyli jeden z najbardziej nieludzkich systemów politycznych... Nic to, że sierp i młot był dla pokoleń symbolem ludobójstwa i opresji, że w imię tego symbolu gładzono całe warstwy społeczne czy zawodowe.
 To się wszystko nie liczy. Ofiary sierpa i młota są bowiem dziś mniej wpływowe niż ofiary swastyki, które nie chcą mierzyć swej boleści tym samym metrem.
 I tak już zostanie. W końcu chodzi o to byśmy w głowach mieli rozbełtany macerat rozmiękczonych komórek, a nie mózg.
 Nie tak dawno zarzucono mi  że mam "średniowieczne" poglądy, śmierdzące Inkwizycją. Tymczasem pojęcie "średniowieczny" nie powinno brzmieć pejoratywnie. Są to czasy św. Augustyna, św. Tomasza z Akwinu, Ockhama, św. Franciszka. Owszem, są to również czasy Inkwizycji. Ale nawet w porównaniu z Rewolucję Francuską, o XX-wiecznych fobiach nie wspominając, Inkwizacja jawi się jak ogródek jordanowski. Czy inkwizytorzy palili na stosie całe narody, czy grupy zawodowe?! Ktoś powie, "ale zabijano w imię szczytnych ideałów i Kościoła". Co z tego?! Proszę podliczyć, ile trupów poszło do piachu w imię najbardziej szczytnych ideałów humanizmu i człowieczeństwa; w imię budowy nowego Jeruzalem w doczesności. Przecież ci, którzy w XX w. wyrzynali miliony, czynili to z pieśnią na ustach i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Gdzież to równać z Inkwizycją?! W imię Boże wymordowano nędzny ułamek tych wszystkich, którzy złożyli głowę na ołtarzu Nowej Ludzkości.
 Średniowieczny człowiek, w większości przypadków, całkiem rozsądnie myślał i nie popadał w szaleństwo bezbożności. Mimo to, za sprawą "propagandystów Renesansu", Średniowiecze ma do dziś złą prasę.
 To tylko jeden z przykładów na to, jak bardzo potoczna świadomość jest więźniem stereotypów. Między innymi tych o swastyce i tych o młocie.


Prawda kole
 Minister Bob Runciman powiedział coś, o czym w Toronto wie każde szkolne dziecko - grupa działaczy różnego rodzaju organizacji antyrasistowskich i wokółrasowych robi karierę na podtrzymywaniu konfliktu między policją a Murzynami, a może raczej, między policją a Murzynami, którzy na swoim kolorze skóry usiłują zbić interes i, na przykład, otrzymać złagodzenie wyroku za popełnione przestępstwa i zbrodnie. Jak wiadomo, według liberalnej mitologii, Murzyn zawsze ma do szkoły pod górkę.
 Wokół sprawy kręci się dziś chmara działaczy żyjących  z naszych funduszy, przeznaczonych na zwalczanie uprzedzeń rasowych i budowę społecznej harmonii.
 Problemem  jest ponoć tzw. profilowanie rasowe - Murzyni żalą się, że policja nęka ich na każdym kroku, zatrzymując do kontroli tylko i wyłącznie dlatego, że są Murzynami. Ja się policji nie dziwię. W końcu, jeśli się ma do czynienia z młodym czarnym mężczyzną, okazującym na ciele i ubiorze wszystkie insygnia miejscowego gangu od obrotu kokainą, to warto się takiemu człowiekowi bliżej przyjrzeć. To jest tak, że nikt chińskich triad nie będzie szukał w katolickiej szkole dla grzecznych panien, nikt też nie będzie badał rosyjskiej mafii na osiedlach zamieszkiwanych przez imigrantów z Jamajki.
 Po Toronto chodzą całe watahy ludzi, którzy na konfliktach rasowych zbudowali kariery, uzurpując sobie prawo do reprezentowania czarnej społeczności miasta. Dewizą tej grupy jest: "im gorzej, tym lepiej". Im większe napięcie i bardziej zaogniona sytuacja, tym większe światło skierowane na ich postacie.
 Wie o tym każde dziecko w wieku szkolnym, więc nic dziwnego, że zna ten problem Bob Runciman. Co innego jednak znać, a co innego mówić. Okazuje się bowiem, że w naszej słodkiej rzeczywistości mówienie prawdy może być  równoznaczne z rasizmem - jak to wytykał Runcimanowi liberalny poseł Monte Kwinter. Wychodzi na to, że w imię politycznej poprawności należy publicznie kłamać! (sic!).
 Murzyńscy działacze zamiast podburzać czarną młodzież przeciwko policji i snuć wizje miejskiej rewolty w beretach, lepiej by zrobili zadając sobie pytanie, dlaczego tak wielu młodych Murzynów schodzi na psy i ląduje w kryminale.
 Być może kryzys nie dotyczy stosunków rasowych w Toronto, lecz samej społeczności murzyńskiej jako takiej...
***
Na betonce
 Runciman ma również rację, gdy krytykuje sędziów, którzy łagodzą wyroki za groźne przestępstwa i zbrodnie tylko dlatego, że dany delikwent spędzał czas zamknięty w przepełnionych aresztach. Powtórzmy aresztach, a nie więzieniach. W areszcie siedzi się do momentu rozpoczęcia sprawy.
 Bycie więźniem to żadna przyjemność. Właśnie dlatego, że nie jest to przyjemność? Uwięzienie ma spełniać odstraszającą rolę. Gdy bandytom jest w więzieniu przyjemnie, to rzecz cała zaczyna stać na głowie. Warunki w kanadyjskich zakładach karnych w porównaniu z warunkami w zakładach niegdysiejszego PRL-u to raj - a mówię to z perspektywy kogoś, komu dane było poznać smak nocowania "na betonce".
 System penitencjarny ma przede wszystkim chronić społeczeństwo przed bandytami. Resocjalizacja to rzecz wtórna.
 Warto o tych podstawowych prawdach pamiętać, gdy niebawem głosować będziemy w prowincyjnych wyborach. Zdaje się, że oprócz Boba Runcimana mało kto o tym pamięta.
***
Ekwiwalent
 Prezydent Chirac na wakacjach w Quebecu - no, no! Podejmując "na farmie" Chiraca Jean Chretien daje Waszyngtonowi do zrozumienia, jak zbieżne są stanowiska Francji i Kanady w sprawach międzynarodowych. Chirac - jak wiadomo - to sól w oku prezydenta USA George'a Busha. Kanadyjska kanikuła francuskiego męża stanu ma więc podrażnić nieco nozdrza Amerykanów.
 Chretienowi trudno już liczyć na wielkopańskie gesty ze strony włodarza Białego Domu, i chyba już mu na nich nie zależy. Do czasu zmiany warty na stanowisku szefa kanadyjskiego rządu Bush raczej nie przyjedzie do Kanady z oficjalną wizytą państwową. Niemożliwe jest też już, by Chretiena kopnął najwyższy sojuszniczy zaszczyt - nieoficjalna wizyta na  rancho Bushów - symbol amerykańskiego namaszczenia.
 Tak więc na odchodne pozostało Chretienowi zagrać na nosie przed Bushem i "poodprężać się" z urlopującym Chirakiem w swej quebeckiej letniej rezydencji.
***
Sarstock
A fuj, a fuj, a fuj. Niesmak.
 Torontoński Woodstock/Sarstock był jak odgrzewana jajecznica. Odgórnie trudno jest zorganizować spontaniczność. Podskakujący na scenie drewniany Jagger przypominał zasuszonego mupetta, zaś rozbawiona młódź nieudolnie usiłowała naśladować dziką balangę swych rodziców z Woodstock.
 Porównanie do tamtej imprezy można między bajki włożyć. Co by o ówczesnych hippisach nie mówić, byli to autentyczni i szczerzy ludzie. Im o coś chodziło. O coś więcej niż tylko o opalenie się trawą, wychlapanie w błocie i pokazywanie gołych sutków.
 Minął zatem nasz Sarstock i w kilka dni po imprezie mało kto go pamięta. Legend nie da się tworzyć na siłę...

Trąd wolnej mowy
 Procesy historyczne mają to do siebie, że ludzie będący ich świadkami nie zawsze zdają sobie sprawę, iż na ich oczach dzieje się coś niezwykłego. Podobno podczas szturmu na Pałac Zimowy, czyli początku czegoś, co odmieniło oblicze Ziemi, śląc do gleby miliony ludzi, w Petersburgu czynne były teatry i jeździły tramwaje. Atak maruderów na siedzibę rządu na pierwszy rzut oka był jeszcze jedną ruchawką...
 Dziś jesteśmy świadkami bezprecedensowego ograniczania wolności słowa i limitowania debaty publicznej, a mimo to większość z nas wzrusza ramionami, spokojnie dopijając poranną kawę. Kastracja wolnej myśli przebiega bezszmerowo, przy pomocy komasacji środków masowego przekazu, sądowego molestowania i programów szkolnych. Podczas gdy dawniej zachęcaliśmy młodych do stawiania niewygodnych pytań, dziś źle postawione pytania mogą skazać na społeczny niebyt i zawodową próżnię. Gdy dawniej uczono, by przykładać jedną miarkę do podobnych zjawisk, dziś dominuje moralność Kalego i podział na równych i równiarzy. Gdy dawniej zachęcano, by kwestionować zastane prawdy i codziennie na nowo weryfikować obiegowe sądy, dziś całe dziedziny społecznej świadomości opanowane są przez jedynie słuszne mitologie. Ci, którzy je kwestionują, natychmiast dostają pieczątkę wroga ludu - terrorysty, wichrzyciela, elementu stanowiącego zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa - i zepchnięci zostają do najniższej kasty - trędowatych, których nie trąca się nawet patykiem.
 Dam przykład prosto z brzegu i spod nosa. Ernst Zundel, znany zaprzaniec holokaustowy (Holocaust denier) przebywający w areszcie deportacyjnym, został uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa kanadyjskiego państwa. A więc nie arabscy terroryści, których wpuszczamy tu - dziękuję bardzo - na kopy w ramach różnxego rodzaju programów migracyjnych, lecz p. Zundel, który uważa, że nie było zagłady Żydów.
 Dla jasności: nie podzielam tej opinii, jest to jednak tylko czyjeś zdanie. Ponadto z tego, co przeczytałem w gazetach, wynika, że Zundel nie nawołuje nawet nikogo do robienia komuś krzywdy. Piszę o Zundelu, zainspirowany przez... marszałka polskiego Sejmu p. Borowskiego, który w bezprecedensowej obronie bluźnierstwa artystki Nieznalskiej przypomniał sławne zdanie Woltera: "nie podzielam twych poglądów, ale będę walczył do ostatniej kropli krwi o twe prawo do ich głoszenia". Zastanawiam się, czy p. marszałek skłonny byłby powtórzyć to zdanie w odniesieniu do p. Zundela, a jeżeli nie, to dlaczego?
 Odpowiedź ma kluczowe znaczenie dla oceny procesu, którego jesteśmy świadkami. Poglądy Zundela można ignorować, można je ośmieszać i wykpiwać, ale czy za ich głoszenie należy zamykać samego Zundela?
 Urodziłem się w kraju, w którym za poglądy można było trafić do kryminału, naiwnie sądziłem, że wolność słowa, wolność prasy i przekonań to oczko w głowie wszystkich wolnych i demokratycznych społeczeństw. Tymczasem coraz częściej jest to jedynie wolność dla wybranych.

Mali i duzi
 Montrealska "runda" rozmów prowadzonych w ramach WTO pokazała to, co wszyscy od dawna wiedzą - kraje najbogatsze nie zamierzają rezygnować z własnych interesów w imię  międzyludzkiej solidarności czy tym podobnych górnolotnych haseł. Tzw. runda Doha, której kontynuacją było "nieformalne" spotkanie w quebeckiej metropolii, ma za zadanie znieść jedną z największych blokad rozwoju krajów biednych - umożliwić im eksport rolny i poprawić opłacalność ich własnej produkcji.
 Dziś jest tak, że mimo szczytnych deklaracji pomocy dla takiej - powiedzmy - Afryki, kraje Unii Europejskiej ani myślą wpuszczać do siebie afrykańskie płody rolne, co więcej, poprzez subsydiowanie rodzimej produkcji żywności i eksportu prowadzą do skutecznego zalewania biednych krajów własnymi towarami. Biedni nie mają zaawansowanej technologii ani wykwalifikowanych kadr, ale nawet analfabeci mogą przy odrobinie wiedzy agrotechnicznej produkować tanią żywność, czy bawełnę. Tanią, bo siła robocza w strefie biedy jest bajecznie mało wymagająca.
 Na takie rozwiązanie nie chcą się zgodzić europejscy potentaci - wolą od czasu do czasu rzucić jakiś ochłap w ramach "międzynarodowej pomocy", niż doprowadzić do trwałej zmiany systemu i po prostu dać biednym zarobić na swoim rynku. Na dodatek, Amerykanie, którzy produkują tanio i masowo, uznali, że konkurencja z Europą na rynkach trzecich wymusza na nich dofinansowywanie własnego rolnictwa. Duzi biją się o rynki zbytu, a biedni mrą z głodu - czyli odwieczny problem.
 Państwa Trzeciego Świata miast wychodzić z dołka, oferując na globalnym rynku to, co mogą uzyskać po konkurencyjnej cenie, są zapędzane do kąta subsydiami rolnymi w państwach bogatych. Po to, by marokański czy egipski rolnik nie mógł sprzedać w Europie, do francuskiej czy niemieckiej produkcji rolnej dokłada się tamtejszy podatnik, sztucznie obniżając cenę. Na dodatek, jeśli trzecioświatowcom  udaje się już przeskoczyć niekorzystny rachunek ekonomiczny, to zaraz okazuje się, że na dany produkt nie ma europejskiej normy czy atestu, a proces uzyskania takowego to praca Syzyfa.
 Jeśli więc globalizacja ma mieć sens, to bogaci muszą uzgodnić zniesienie subsydiów rolnych. W przeciwnym razie trudno się dziwić biednym krajom, gdy usiłują cłami bronić rynków przed europejską czy amerykańską nadprodukcją. Trzeba być ekonomicznym idiotą, by pozwolić sobie - jak to miało miejsce w Polsce - aby subsydiowane towary niszczyły rodzime rolnictwo. Tak, globalny rynek ma sens, ale nie wtedy, kiedy rządzące nim zasady oparte są wyłącznie na interesach wielkich międzynarodowych korporacji i bogatych państw.
 Czy można zatem wymagać, by w polityce znalazło się miejsce na altruizm? Fiasko montrealskich negocjacji pokazuje, że raczej nie, dlatego pochwalić wypada te rządy, które widzą zagrożenia dla suwerenności, płynące ze strony ponadnarodowych instytucji w rodzaju Banku Światowego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W swej obecnej formie gremia te służą bowiem realizacji ekspansji gospodarczej bogatych. Widać to dokładnie na przykładzie Malezji, której premier, dr Mahathir Mohammad, wypiął się w czasach niedawnego azjatyckiego kryzysu monetarnego na zagraniczne porady i odniósł niezły sukces ekonomiczny. Widać to również wyraźnie na przykładzie Chin, które stanowczo i systematycznie realizują narodową politykę gospodarczą, nieczułe na pohukiwania ekspertów znad Potomaku. Jej kluczem jest zabezpieczenie chińskiego eksportu przed ruchami walutowymi, a juana przed atakami spekulantów. Wartość chińskiej waluty jest podwiązana do wartości dolara amerykańskiego w taki sposób, by zapewniać absolutną opłacalność eksportu do USA. Pozbawia to Waszyngton możliwości dewaluacyjnego manewru zastosowanego ostatnio, na przykład, wobec euro. SARS, nie SARS - Chiny zalewają amerykańskie rynki, uzależniając od swej taniochy największe mocarstwo świata. Niedługo będzie ono pląsało w takt chińskiej melodii - a jak nie, to się wstrzyma parę kontenerowców...
 To tylko jeden z przykładów troski o narodowy interes gospodarczy. To, że jakiekolwiek instytucje ponadnarodowe - WTO, MFW - zabiegać będą o "sprawiedliwy rozdzielnik" dla maluczkich, można między bajki włożyć. Dla francuskiego polityka najważniejszy jest interes francuskiego chłopa, bo to jego wyborca, dla amerykańskiego kongresmana najbardziej liczy się to, ile zarobi amerykański farmer, dla chińskiego Politbiura, to ile zarobi chińska gospodarka i na ile urośnie imperium złotego smoka...
***
Katolicy limitowani
 Przy okazji nowego dokumentu Watykanu wzywającego wszystkich katolików, a zwłaszcza polityków, do przeciwstawienia się fali zrównywania prawnego małżeństw heteroseksualnych z tzw. małżeństwami homoseksualnymi, pojawił się ciekawy problem.
 Otóż, zarówno Jean Chretien, jak i jego następca Paul Martin są katolikami. Mimo to, obydwaj popierają małżeństwa homoseksualne. Ba, katolik Chretien popiera nawet aborcję. Tłumaczy to "rozdziałem Kościoła od państwa". Zachodzi więc pytanie, na czym polega  katolicyzm Chretiena, skoro on sam uważa, że idąc do pracy, powinien przekonania religijne zostawić w domu.
 O ile się nie mylę, Pismo Święte mówi, że odpowiedzialność ludzi bogatych i znaczących jest proporcjonalna do owego bogactwa i znaczenia. Wiąże się to z możliwością oddziaływania na świat, którą dają władza i pieniądze. Mówiąc prosto, bieda nie zabezpiecza przed draństwem, ale draństwo u bogatych i znaczących jest z wymienionego powodu większym grzechem niż u biednych.

Patrząc z niesmakiem
 Oligarchowie kształcą dzieci w szwajcarskich i brytyjskich szkołach prywatnych. Synalkowie rosyjskich "królów-złodziei" rozbijają się porsche'ami po Lazurowym Wybrzeżu, córeczki wzbudzają podziw dla rosyjskich zdolności alkoholowych w nocnych klubach Luksemburga. Na ich zachowanie wpływa problem tatusiowych pieniędzy. Zdają sobie sprawę, że "coś tu śmierdzi" i - jak to ujęła w wywiadzie dla "International Herald Tribune" jedna z królewien, córuchna dawnego "reformatora" Sobczaka - nigdy nie wiadomo, czy tato dziś sypiący naftowym rublem, jutro nie zapuka do kryminału lub nie wpadnie w popostrzałowe konwulsje, zniesiony zmianą kierunku politycznej koniunktury.
 Problem systemowych złodziei występuje we wszystkich krajach postkomunistycznych. W Rosji jest najbardziej widoczny, bo i kraść było co. Pozostaje pytanie, czy dzieci postkomunistycznych robberbaronów - byłych agentów służb sepcjalnych i pracowników resortów "siłowych" sowieckiego imperium, przejmą się naukami przywiezionymi z Paryża czy Londynu i wezmą na siebie rolę prawdziwej elity politycznej i gospodarczej kraju. Wszak w hulaszczym życiu trudno się samorealizować...
 Podobne pytanie czeka na odpowiedź w Polsce.
 Mówi się często, że komunizm załamał się, gdyż nie wytrzymał konkurencji militarnej i ekonomicznej z Ameryką. To tylko połowa prawdy. Krach struktur komunistycznych wywołany był przez ludzi aparatu władzy, owych karierowiczów, konformistów, którzy nagle zdali sobie sprawę, że elitarny status nie zapewnia ich rodzinom poziomu, którym na Zachodzie cieszy się pierwszy lepszy inżynier.
 Amerykańskie służby specjalne, podkopując fundamenty ZSRS, działały w oparciu o słuszne założenie ideowego wypalenia się komunizmu sowieckiego. Pozostała żądza pieniądza, bo ta ma charakter ponadsystemowy. To dzięki "walutowym" ambicjom elit komunistycznych możliwy był "okrągły stół" w Polsce i sowiecka pierestrojka. Agenci komunizmu mieli w nosie idee komunistyczne, stojąc na szczycie społecznej piramidy, chcieli natomiast szarpać szmal.
 Koledzy z zachodnich służb specjalnych pokazali im, jak, przygotowując tzw. demokratyzację, jednocześnie dbając o kontrolę całego procesu. Gdy w Polsce społeczny sprzeciw zaczął odpychać komunistów od koryta, nagle prezydent Wałęsa krzyczał o wzmacnianiu "lewej nogi". Czy sam to wymyślił?
 Chodziło o to, by rozpad ZSRS nie wymknął się spod kontroli i nie spowodował katastrofy. W tym celu ludziom o kluczowych wpływach pozwolono sowicie zaopatrzyć się w gospodarce narodowej. Komunistyczna elita okradła nas wszystkich, przepisując na siebie kawałki państwowej gospodarki.
 Elita ta miała w rękach sznurki umożliwiające kontrolowanie wielu wpływowych osób - również z tzw. opozycji demokratycznej.
 Czy można sobie wyobrazić inny wariant? Raczej nie! Przy poparciu służb specjalnych Zachodu, dostępie do kapitału i mediów, komunistyczna elita była w stanie zniszczyć każdego konkurenta. Prawdziwą alternatywą mógł być jedynie zbrojny zryw, zamach stanu, bunt wojska, antykomunistyczna rewolucja, która wyniosłaby do władzy trybunów ludowych. Z możliwości takiej zdawali sobie sprawę główni gracze, dlatego w porę zamykali wszystkie ścieżki doń prowadzące - od zatykania przez Amerykanów dostępu "nieodpowiedzialnych" organizacji do Radia Wolna Europa, po montowanie esbeckiej agentury.
 Dziś pozostaje nam jedynie patrzeć z niesmakiem, jak potomstwo królów złodziei marnotrawi coś,co jeszcze do niedawna określano jako "majątek narodowy", i mieć nadzieję, że od czasu do czasu trafiają się mądrzy królewicze.

Skazanie pani artystki
 Nieznalskiej na grzywnę i pracę społeczną wywołało wstrząs w środowisku polskiego liberalnego betonu. Jakże tak można - krzyknięto - skazywać artystę za obrazę uczuć religijnych?! Przecież artysta to demiurg kreacji, natchniony do tworzenia nowych znaczeń, przecież ten nasz polski głupi motłoch kmiecy, nie pojmuje głębi, jakie odsłaniała instalacja rzeczonej artystki - przypomnijmy - sprowadzająca się do "ukrzyżowania" obrazka męskich genitaliów.
 Wyrok sądu odebrany został przez polskich progresywistów jako widomy znak politycznych macek reakcji i wstecznictwa, jako kula u nogi, która nie pozwala nam dziarsko i ze swadą kroczyć w nową Europę, jako o przykład neoinkwizycyjnych knowań, których ofiarą padła dzielna p. Nieznalska. Uznano, że p. Nieznalska, niczym polski Giordano Bruno, albo może Joanna d'Arc, spłonęła na stosie (grzywny i pracy społecznej) podpalona przez katolickich faszystów (katonazi), chcących przy pomocy sądów narzucić spragnionemu swobody społeczeństwu ciemniacką dyktaturę krzyża i sutanny.
 Może bym się dał nabrać na te wolnościowe pienia liberalnych muppetów, gdyby nie smutny fakt, że te same środowiska bynajmniej nie uważają, iż w Polsce wszystko wolno. Ci sami ludzie, którzy dziś podpisują listy w obronie p. Nieznalskiej podpisywali różnego rodzaju memoriały potępiające publikowanie poglądów sprzecznych z oficjalnie przyjętym kanonem politycznej poprawności i stawiające pod pręgierzem osoby, które miały czelność głosić odmienne opinie na temat polskiej kultury czy historii.
 Z liberalnym betonem jest bowiem taki feler, że ludzie go tworzący, są obrońcami wolności tylko wówczas, gdy chodzi o poglądy i zapatrywania, które uznają za słuszne. Gdy zaś z wolności korzysta ktoś z obozu ideowego przeciwnika, to okazuje się, że "wolność nie oznacza dowolności" i "nie możemy dopuścić, by społeczeństwo narażone było na...".
 Pani Nieznalska tanio i nieudolnie przeniosła na polski grunt nurt antychrześcijańskiej szok-kultury; nurt, z którym tu jesteśmy od dawna obznajomieni. Jakoś tak dziwnie się składa, że artyści profanują prawie wyłącznie symbole chrześcijaństwa, okazując całkowite desinteressment, gdy idzie o symbolikę islamu (zapewne z obawy przed bombami) czy judaizmu (z obawy przed medialnym ukamienowaniem).
 Chrześcijanie zazwyczaj nadstawiają drugi policzek, jednak w przypadku p. Nieznalskiej postanowili iść do sądu. Sąd przyznał im rację, sprawa jest w apelacji - po prostu nie byłoby o czym mówić, gdyby nie ogólnopolskie aj-waj w wykonaniu "postępowo-artystycznych" ciotek postindustrialnej  rewolucji.

Martin Rex
 Nikt nie ma już najmniejszych wątpliwości, że Paul Martin będzie przyszłym liderem Partii Liberalnej, a zarazem premierem federalnym Kanady. Listopadowa konwencja wyborcza potwierdzi jedynie fakt, który już dziś w poważny sposób waży na kanadyjskiej scenie politycznej.
 Skoro więc wiadomo, kto wygra, to po co brnąć w cały cyrk kampanii? Pozostająca na placu boju Sheila Copps twierdzi, że to w imię demokracji. Wybory dadzą - jej zdaniem - płaszczyznę do wewnątrzpartyjnej debaty i pozwolą na sprecyzowanie stanowisk. Niby racja. Tylko że prawdziwej dyskusji w wyborach nie uświadczysz, bo "dyskutuje się" na hasła, slogany i okrzyki z sali.
 Jeśli więc Paul Martin już dziś jest następcą tronu, to po co mnożyć byty ponad potrzebę i utrzymywać dwie świty? Czyż nie byłoby prościej, ładniej i zdrowiej dla kanadyjskiego życia politycznego, gdyby już dziś premier Chretien ładnie pożegnał się ze świecznikiem i odszedł na zasłużoną emeryturę? Skoro ministrowie bez ogródek przyznają dziś, że konsultują decyzje z przyszłym premierem, to może należałoby ułatwić im życie i odsunąć starego od władzy?
 Gdy wiadomo kto w przyszłym roku będzie rozdawał karty, jasne jest również, że każda decyzja (zwłaszcza ta dotycząca obsady stanowisk), może być cofnięta lub zmieniona. W ottawskim światku nie ma więc wątpliwości, o czyje względy należy przede wszystkim zabiegać.
 Na domiar złego, Jean Chretien deklaruje, że pozostanie na stanowisku do wyznaczonego sobie końca, czyli do lutego 2004 roku (nikt nie wie, dlaczego wybrał sobie akurat tę datę). Oznacza to, że od listopada Kanada będzie miała nowego lidera Partii Liberalnej, który formalnie nie będzie szefem rządu, a więc pomimo kierowania partią rządzącą, nie będzie kierował państwem.
 Biorąc pod uwagę fakt, że obaj panowie - Chretien i Martin - od dawna byli politycznymi rywalami i - że tak powiem - cierpko się znoszą, można z dużą dozą prawdopodobieństwa wyrokować, że będzie to niełatwy dla kraju okres dwuwładzy. Chretien może uparcie trwać na stanowisku, jednak jego siła będzie w Izbie Gmin minimalna - tam większość posłów już dziś smali cholewki do nowego premiera.
 Niezbyt to wszystko dobrze świadczy o premierze Chretienie, boć jak głosi mądrość ludowa przypomniana niedawno przez postpezetpeerowskiego premiera Polski, "nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy" (premier Miller skończy raczej marnie).
***
Kennkarta
 Propozycja, by znany amerykański prawnik Alan Dershowitz kierował konsultacjami, jakie Ministerstwo Obywatelstwa planuje na temat wprowadzenia danych biometrycznych i dowodów tożsamości, słusznie wywołała oburzenie opozycji.
 Dershowitz jest bowiem zagorzałym zwolennikiem wydawania obywatelom USA dowodów osobistych zawierających takie dane. Trudno więc sądzić, że prowadzący konsultacje będzie osobą neutralną.
 Najwyraźniej jednak debata dawno już została rozstrzygnięta i Dershowitz ma jedynie "przekonać wątpiących".
 Otóż, za rogiem czai się istna rewolucja w "znakowaniu ludzi". I w USA, i w Kanadzie mówi się głośno o konieczności wyposażenia mieszkańców w jeden superdokument - prawo jazdy, kartę ubezpieczenia medycznego, kartę ubezpieczenia socjalnego, oczywiście zakodowane elektronicznie w stosownym czipie zawierającym również informacje o tęczówce i liniach papilarnych posiadacza.
 Stany Zjednoczone wkrótce będą wymagać od państw, z którymi mają umowy o ruchu bezwizowym, takich właśnie danych w paszportach.
 Wszystko to, by wyłapać wrednych terrorystów Al-Kaidy i poprawić nasze poczucie bezpieczeństwa.
 Przy tej okazji przypomniało mi się, że jakoś dawno już nie epatowano nas "alertami" antyterrorystycznymi, których kolor od czasu do czasu zmienia się na ostrzejszy (tzn. bliższy czerwonemu). Alerty te mają dla przeciętnego obywatela taką samą wartość informacyjną, jak znaki drogowe informujące o niebezpieczeństwie spadających kamieni - czyli żadną. Służyły jednak biurokracji do wykazania się przed politykami, a politykom przed wyborcami, że "coś się robi" i administracja sprawnie reaguje na zagrożenie.
 Wracając do danych biometrycznych, postulowałbym pójść od razu o krok dalej i kodować je w czipie umieszczanym pod skórą w momencie urodzenia każdego nowego członka ludzkości... W ten sposób po raz kolejny potwierdziłyby się znaki czasów opisane w Apokalipsie i ostrzeżenia przed "numerowaniem" ludzi. Jak to miło, że przynajmniej Pan Bóg zna nas po imieniu...
 Poważnie zaś mówiąc, wprowadzenie danych biometrycznych i dowodów osobistych (w tej dziedzinie prekursorami w okupowanej Europie byli nasi sąsiedzi Niemcy, którzy dodali do Kennkarty odcisk palca posiadacza) umożliwi globalną kontrolę państwa nad nami - zwykłymi zjadaczami chleba. Terroryści - jak wiadomo - mają swoje sposoby. Podobnie jak fałszować można było owe Kennkarty, tak również będzie można fałszować (a raczej okłamywać) jej nowoczesne wersje. Poza tym terroryści nie są w ciemię bici i często wykorzystują do zamachów ludzi nowych, nigdzie nie notowanych, przygotowywanych na ten jeden, jedyny raz...

Kłamstwo od tronu
 Gdy prezydent Bill Clinton wypowiedział pod przysięgą słynne zdanie: "Nie odbyłem stosunku seksualnego z tą kobietą, panną Lewinsky", wydawało się, że zostanie natychmiast odsunięty od władzy. Szef amerykańskiego rządu, osoba stojąca na straży konstytucyjnego porządku nie może kłamać pod przysięgą, niezależnie od tego z kim "miał seks", czy też nie miał.
 Nie chodzi tu bowiem o obyczaje seksualne, lecz o instytucje  tworzone od pokoleń i będące kręgosłupem tej cywilizacji. Chodzi o to, by instytucje te przetrwały nienaruszone i nadal służyły, gdy były prezydent Clinton nie będzie już mógł "uprawiać seksu" z kimkolwiek.
 Podczas gdy mały konformista Clinton kłamał pod przysięgą, ratując własną skórę, duży konformista George W. Bush posunął poprzeczkę o szczebel wyżej, kłamstwem wciągając całe państwo w wojnę nie leżącą w interesie Amerykanów. "Spójny materiał dowodowy" potwierdzający rzekomo olbrzymie bezpośrednie zagrożenie, jakie Irak stwarzał dla USA, okazał się śmiechu wartą fałszywką. Gdy Bush i Blair mówili, że Irak jest w stanie uderzyć ich kraje bronią masowej zagłady w ciągu 45 minut - mijali się z prawdą. Kiedy prezydent USA mówił o irackich zakupach uranu w Nigrze, CIA wiedziała, że dokument, który to rzekomo potwierdzał, był podrobiony. Na dodatek niezbyt udanie.
 Znany korespondent wojenny i dziennikarz Eric Margolis podsumowuje w najnowszym numerze "American Conservative" przedkładaną przed wojną listę amerykańskich "dowodów". I tak, na przykład, "sprzęt dekontaminacyjny", którego satelitarne fotografie pokazywał sekretarz Powell w ONZ, okazał się wozami straży pożarnej, zaś "mobilne laboratoria broni biologicznej" - zestawami do napełniania balonów pogodowych używanych przez iracką artylerię, a wyprodukowanymi i dostarczonymi przez Wielką Brytanię.
 Jeśli więc te wszystkie "dowody" rzeczywiście przekonały waszyngtońską dyplomację o konieczności najazdu na Irak, to należy się ze strachem zapytać, jakiejż to jakości dane wywiadowcze "produkuje" jedna z najbardziej podziwianych agencji szpiegowskich świata, dysponująca olbrzymim budżetem i satelitarnym monitoringiem?
 Bardziej prawdopodobne jest więc to, że społeczeństwo amerykańskie zostało wmanipulowane w poparcie wojny; że osoby stojące na czele najbardziej wiarygodnych amerykańskich instytucji nakreśliły nieistniejącą nić związku przyczynowo-skutkowego między Irakiem a zamachami terrorystycznymi z 11 września.
 Wedle wszelkich kanonów prawa międzynarodowego, najazd Amerykanów na Irak był w takim samym stopniu "wojną prewencyjną", jak napad Niemiec hitlerowskich na Polskę w 1939 roku, napad - według tłumaczenia Hitlera - wymuszony zagrożeniem ze  strony państwa polskiego.
 Powinniśmy o tym mówić głośno i wyraźnie. Chodzi bowiem w tym wszystkim o instytucje, a nie o bieżący interes polityczny, instytucje, których upadek zagraża cywilizacji, którą znamy.

Antyimperialny odruch wymiotny
 Wojna z terroryzmem przybiera charakter orwellowskiej wojny permanentnej. Co prawda, przeciwnik od dawna nie atakuje, ale to przecież dlatego, że nasze wspaniałe oddziały zwiadowczo-wywiadowcze w porę nicestwią jego ponure knowania.
 W ramach tej wojny nasi pretorianie rozbabrali już dwa kraje, Afganistan i Irak, zaś ekstrockistowscy doradcy Cezara straszą, że trzeba będzie bombardować kolejne.
 U wielu normalnych ludzi wywołuje to antyimperialny odruch wymiotny.
 Jak pisze William Pfaff w poniedziałkowej "International Herald Tribune", w Europie Ameryka coraz częściej postrzegana jest jako główne zagrożenie dla światowego pokoju. "Prawda jest taka, jak to podczas jednego ze spotkań wyznała jedna z czołowych konserwatywnych postaci z postkomunistycznej ?Nowej Europy=, że administracja Busha przekształciła przyjaciół Ameryki w jej przeciwników. Dodał, że on sam przez całą swą karierę polityczną podziwiał i bronił Stanów Zjednoczonych przeciwko zarzutom europejskiej lewicy, teraz jednak stał się ?nowym antyamerykaninem=. Zdefiniował ten typ jako ?byłych anty-antyamerykanów, zmuszonych obecnie do antyamerykańskiego sprzeciwu=. Powiedział, że w jego własnym kraju ambasador USA zachowuje się tak, jak przed 1989 rokiem ambasador sowiecki"... Koniec cytatu.
 "Proaktywna" polityka zagraniczna USA rozwala więc tradycyjne sojusze i dzieli świat zachodni. Waszyngton stara się gdzie tylko może wbić kliny w europejskie interesy, coraz częściej postrzegając stary kontynent jako konkurenta, a nie przyjaciela, aplikując rzymską zasadę "dziel i rządź". Z nowej sytuacji zdają sobie sprawę Europejczycy, czując militarną nagość wobec potężnej pancernej pięści dowczorajszego sojusznika. Mówi się głośno o konieczności zwiększenia nakładów na wojsko i tworzenia europejskiego sojuszu obronnego. NATO przekształca się bowiem w zaciężne ramię armii imperialnej - legiony "barbarzyńców", u boku doborowych jednostek Cezara.
 Tymczasem namacalnym rezultatem wojny jest bezprecedensowe ograniczenie swobód obywatelskich mieszkańców Imperium, objęcie skomputeryzowaną  kontrolą obiegu informacji osobowych, wprowadzenie danych biometrycznych do dokumentów tożsamości - wszystko to katrupi wolnego ducha Ameryki, który bujał się nad tym krajem od czasów ojców założycieli, pionierskich karawan na zachód i kowbojskich strzelanin. Zamiast ograniczonego państwa federalnego, zaczynamy mieć do czynienia z molochem administracji i systemów kontroli. Kontrolująca elita zaciera ręce.
 Zawdzięczamy to rzekomo kilku terrorystom... I  nieważne już, czy tym prawdziwym, czy wywołanym z lasu...

Cała bieda
 W zasadzie cała bieda zaczęła się od pocztowców. W 1965 roku Canadian Union of Postal Workers zorganizował nielegalny strajk. Po dwóch tygodniach rząd Lestera Pearsona skapitulował i przyznał pocztowcom, a później i innym pracownikom państwowym prawo do strajku. Od tamtej chwili - jak nakazuje zdrowy rozsądek - zatrudnienie przez państwo uważane było za zaszczytną służbę publiczną, czyli pracę najwyższej próby i najbardziej społeczeństwu potrzebną...
 Dziś pocztowcy to święte krowy rozparte wygodnie na robociarskich synekurach, praktycznie nie do wyrzucenia, sowicie opłacani, nie obciążeni zanadto pracą... Podczas ostatniego strajku listonoszy zadzwoniła do mnie do redakcji pewna pani z poczty, oburzona, że napisałem, iż listonoszom wychodzi średnio (był to 1999 rok) - 33 dol. na godzinę. Mówiła, że listonosz ma 17 dol. z groszami. Na co ja, że chodziło mi nie o stawkę podstawową, lecz średnią, a poza tym listonosz bierze pieniądze za 8 godzin, a kończy trasę po pięciu. Pani z poczty odparowała: "ja znam takich, co kończą po czterech, ale proszę pana, jak oni się muszą nalatać!". I dodała, że jeden kończy po czterech, a "ten stary i schorowany po dziesięciu". Na to ja, że starych i schorowanych listonoszy w poczcie nie ma, bo są na rencie...
 Dykteryjka ta nie wymaga komentarza.
 Poczta to monopol, pocztowcy są godziwie wynagradzani i ich spory płacowe powinien rozstrzygać arbitraż. Żadnych strajków!
 Nie ma o czym dyskutować!
***
Dżungla
 Temat internetowej deprawacji i wykorzystywania seksualnego dzieci wykracza poza państwowe granice, dziś ludzie zboczeni żerują w Internecie, jak w obszernej dżungli. Ofiar nie trzeba specjalnie szukać - same się zgłaszają...
   Z pierwszej strony popularnego portalu Wirtualnej Polski (wp.pl) trafiłem przedwczoraj na strony ogłoszeń "towarzyskich" (randka.wp.pl). Zawszeć to ciekawe popatrzeć na zdjęcia powabnych kobiet i najtrudniejszą formę autoprezentacji. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że wśród kategorii wiekowych, wedle których przeszukiwać można zgłoszenia jest przedział... 10 - 15 lat! I pełno jest takich "ofert". Szczęka stuknęła mi o podłogę, niektóre z tych dzieci wyglądają bardzo przygnębiająco i jak dzieci właśnie!
 Treść ogłoszenia: "kobieta