| .
|
Kiedy blisko dwa wieki temu
de Tocqueville napisał swą "De la Democratie en Amerique" demokracja w
Ameryce dopiero co się zrodziła. W wyniku "aksamitnej rwolucji" Ameryka
stała się laboratorium, w którym wypróbowano idee wolności i sprawiedliwości,
państwem, w którym realizuje się największe pragnienie ludzkości) pokój,
wolność i sprawiedliwość. Ten nowatorski ustrój polityczny przyciągał na
nowy kontynent rzesze ludzi, uciekających od konfliktów i ucisku Europy.
Współczesna technologia komunikacji, faksy, poczta elektroniczna daje możliwość łatwego zmobilizowania podobnie myślących ludzi, nakłonienia ich do przeciwstawienia się akcji politycznej kongresmenów czy senatorów. Autorzy sądzą, że jest to niebezpieczne, gdyż przeciętny człowiek nie zna się na prawie, na rządzeniu, reaguje emocjonalnie i łatwo nim manipulować. Powołują się przy tym na "Ojców założycieli" amerykańskiego państwa, którzy konstruowali system demokracji przedstawicielskiej właśnie, nie bezpośredniej, gdyż chcieli mechanizm rządzenia odciążyć od bezustannego wiecowania. Dawniej wiecowanie było trudniejsze; wymagało czasu i pieniędzy, dziś wiec odbywać się mogą w elektronicznej nibyrzeczywistości wywierając pokaźny i natychmiastowy wpływ na polityków. Jak wiadomo, żadna rozsądna polityka nie może się opierać wyłącznie na tym, co sądzi opinia publiczna. Autorzy tekstu konkludują zatem, że gdy do politycznych gabinetów spływać poczną stosy faksowych protestów, gdy ludzie, przeciwko Waszyngtonowi zaczną się organizować/ samorzutnie Ameryka popadnie w ramiona ogłupiającego populizmu. Nie bez kozery liberalny TIME opublikował tego rodzaju tekst dziś, gdy w wyniku potężnej fali oddolnego konserwatyzmu formacja liberalna zaczyna tracić władzę. Warto się bliżej przyjrzeć przedstawionemu rozumowaniu, ponieważ pozwala to zrozumieć sposób myślenia liberalnej elity intelektualnej w USA. Otóż, koncepcja liberałów zakłada, ni mniej, ni więcej, tylko to, że ludzie są głupi i do decydowania o sobie niezdolni (zupełnie przeciwnie do tego co zakładali twórcy amerykańskiego państwa ); są szarą, ciemną masą, podatną na manipulacje byle chłystka. Ta tłuszcza, gdy dorwie się do maszyn faksowych zdolna jest powywracać misterne konstrukcje, finezyjnie klecone prze tych lepszych - przez polityczną elitę i jej doradców. Gdyby tak było na prawdę, to demokracja - nie ważne bezpośrednia czy
przedstawicielska - nie miałaby żadnego sensu.
Pyszne, prawda? Aż dziw bierze jak taka koncepcja blisko leży temu co inne elity starały się realizować, powiedzmy w Kambodży. Mniej będziemy się dziwić, gdy uświadomimy sobie, że tacy faceci, jak Pol Pot czy Jeng Saary kształcili się na tych samych skomunizowanych zachodnich uniwersytetach lat 60., co dzisiejsza śmietanka intelektualna USA. Demokracja amerykańska po raz kolejny spotyka na swej drodze ludzi, którzy wiedzą lepiej, którzy tak chcieliby zorganizować mechanizm władzy, by nadal można go byłoby nazwać/ demokracją (wszak słowo to dobrze się kojarzy ), ale by w istocie rzeczy gwarantował im dośmiertne rządzenie. Widać to teraz tym bardziej, że na mocy normalnego mechanizmu elekcyjnego zachwiane zostały fundamenty władzy socjalistyczno-liberalnej elity. Oczywiście nadal dzierży ona w ręku mocne atuty) należy do niej większość wielkonakładowych gazet i stacji telewizyjnych. Mamy jednak do czynienia z pewnym przesileniem; Amerykanie coraz bardziej się od tych publikatorów odwracają. Liberalizm traci rząd dusz. Owinięci wokół Waszyngtonu, niczym wata cukrowa wokół patyka, eksperci od układania ludziom w głowach, czują pismo nosem i zdają sobie sprawę, że ich czas może dobiec końca. Stąd te głosy alarmowe to larum przeciwko "fali populizmu" wywołanej, o zgrozo, m.in. programami radiowymi na falach średnich "tzw. talk-radio". (Liberałowie - okazało się - odpuścili sobie zakres fal średnich, gdyż, sondaże mówił, że nikt tego nie słucha. Dziś gdy "konserwatywny smok" nabrał już sił za późno, by jednym pstryknięciem ukręcić mu łba ). Demokracja w Ameryce jest tak samo uwikłana w walkę o władzę jak w każdym innym społeczeństwie - to oczywiście truizm, ale nie banalny. Demokracja, w swej tradycyjnej formie, jest bowiem sposobem skanalizowania walki o władzę w społeczeństwie, okiełznania jej w rozsądne ramy, tak by ludzie nie zabijali się na każdym kroku. Demokracja nie wyklucza jednak walki podskórnej, która toczy się o kontrolę nad mechanizmami demokracji. Nie wyklucza manipulacji ludźmi i inżynierii społecznej. Odpowiednio urobieni ludzie własnoręcznie narzucają sobie tyranię. Kto kontroluje demokratyczne mechanizmy, kto kontroluje przepływ informacji, kto czuwa, nad tym co dzieje się w milionach umysłów wyborców i jest zdolny do prowadzenia cichej indoktrynacji - ten ma władzę. Ta władza przez ostatnie kilkadziesiąt lat pozostawała w obozie
amerykańskiego socjalizmu państwowo-administracyjnego, który - niczym wielka
jemioła - ssie biliony podatniczych dolarów, napędzając swój rozwój.
Podważono wreszcie podstawowe zasady amerykańskiego ustroju; z korzeniami usunięto ducha egalitaryzmu) równości wszystkich wobec prawa. Zastąpił go duch socjalizmu, czyli zaczęły się pouczania o klasach prześladowanych, którym należy się więcej; o równych i równiejszych. Zdewaluowano amerykański sen o sukcesie, z ciężko pracujących uczyniono głupców. Opracowano cały system oświatowy, który ma produkować/ "nowego człowieka" niezdolnego do samodzielnego myślenia, mówiącego językiem telewizyjnym skłonnego bez żadnych oporów przyjmować papkę Liberałów; osobnika z wdrukowanymi blokadami) niezdolnego powiedzieć) "jesteś głupi, mylisz się, mówisz bzdury". Zrelatywizowano prawdę. Jest inna prawda Murzynów, inna białych, jeszcze inna Indian Inna prawda biednych, inna bezdomnych, inna wielkich korporacji, podzielono i zatomizowano społeczeństwo... Słowem marksizm na całego! Wykształcona w latach 60. kadra intelektualna próbowała i nadal usiłuje
przeprowadzić społeczną rewolucję, usiłuje w myśl podstawowych zasad inżynierii
społecznej przeprogramować człowieka, tak by bez oporów przyjmował ideały
tejże grupy.
*** Amerykańskie społeczeństwo jest nadal "otwarte", a nowoczesna technologia ostatnich lat umożliwia coraz to nowym zastępom, udział w bezpośredniej komunikacji globalnej. Już nie) "człowiek-redakcja telewizyjna - człowiek", lecz "człowiek- człowiek". Jest to m.in. możliwe dzięki sieciom komputerowym - zaanarchizowanym i niekontrolowanym, gdzie nikt słów nie filtruje. Sieć również kłuje Liberałów w oczy) od dawna dyskutują jak ją opanować/ i kontrolować,/ by nie dopuścić do "wybryków". Nowoczesna technologia (mimo, że na obecnym etapie rozwoju przykuwa człowieka do komputerowego monitora ), w efekcie wyzwala umysł, rozszerza krąg znajomych, daje dostęp do elektroniczego wszechświata zapełnionego ludźmi wszystkich ras wyznań i kontynentów. Takiego człowieka nie można kontrolować/ li tylko przez opanowanie miejscowej gazety, stacji, telewizyjnej czy radia. Liberałów - oczym świadczy artykuł w TIME - do szału doprowadza fakt, że amerykańska demokracja, jest obecnie bardziej bezpośrednia, że może korzystać/ z kanałów, pozostających poza ich kontrolą; poza wszelką kontrolą. Oni chcą tę bezpośredniość usunąć, chcą wyeliminować/ te "boczne" metody komunikacji i powołują się tu nawet - przewrotni - na Ojców Założycieli, akuszerów amerykańskiej demokracji przedstawicielskiej. Powołują się na te same pisma, które jeszcze kilka lat temu uważali za nieważne, bez znaczenia we współczesnym świecie, przestarzałe. Jak widać, nie o idee tu chodzi, lecz o skutek polityczny. Tymczasem nie ma nigdzie powiedziane, że demokracja przedstawicielska kłóci się z systemem referendalnym! W Szwajcarii, w kantonach co jakiś czas głosują nad tą czy tamtą kwestią lokalną i co? I nic! System jest sprawdzony; ludzie dobrze się czują, że ktoś pyta ich o zdanie, że mogą wyrazić opinię na temat budowy autostrady czy portu lotniczego. Demokracja działa doskonale na szczeblu lokalnym właśnie! Czy amerykańskiej demokracji zaszkodzi, jeśli proces legislacyjny będzie odbiciem poglądów obywateli? Aby taki system sprawnie funkcjonował wyborcy muszą jednak być mądrzy i odpowiedzialni, muszą wiedzieć kiedy zabierać/ głos, a kiedy milczeć, muszą być zaangażowani w rządzenie krajem. Z drugiej jednak strony to rządzenie ponad poziomem lokalnym, powinno się ograniczać do niewielkiej liczby spraw. Państwo ograniczone jest do ogarnięcia dla nawet dla umysłu średnio rozwiniętego obywatela... Państwo ograniczone nie nastaje na wolność swych obywateli. I takie właśnie państwo mieli na myśli, ci którzy wypisali słowa: We the People of the United States. in order to form a more perfect Union, establish Justice, ensure domestic Tranqulity, provide for common defence, promote the general Welfare, and secure the Blessings of Liberty to ourselves... To państwo wciąż pozostaje jeszcze najwspanialszym państwem tego świata. Czy długo jeszcze? |