| Żydzi i Polacy
Z profesorem Markiem
Janem Chodakiewiczem rozmawia Andrzej Kumor
Andrzej
Kumor: Panie Profesorze, zajmuje się Pan białymi plamami polskiej
historii, bada Pan losy NSZ, jest Pan ekspertem w dziedzinie XX-wiecznych
stosunków polsko-żydowskich. W Pana monumentalnej książce "Żydzi i Polacy
1918-1955" odnalazłem wiele fragmentów, które przeczą stereotypom. Tym
lansowanym na Zachodzie, zwłaszcza w Ameryce, ale również tym, które stanowią
obiegowe opinie w Polsce. Czy nie uważa Pan, że - tak na dobrą sprawą -
prawda nikogo dziś już nie interesuje, a historia, zwłaszcza historia polskich
Żydów, uległa ideologizacji i mitologizacji?
Marek Jan Chodakiewicz: Prawda interesuje
mnie osobiście. A oprócz tego znam jeszcze kilka osób, które myślą podobnie.
Zresztą ponieważ intelektualna wyprawa
po prawdę jest zajęciem indywidualnym, to nie ma najmniejszego znaczenia,
czy prawda kogoś jeszcze interesuje oprócz tego, który jej poszukuje.
Poza tym każda historia ulega ideologizacji
i mitologizacji. Przecież zbiorowości zwykle orientują się w życiu w oparciu
o stereotypy i mity. Ważne jest, aby przynajmniej elita miała wiedzę, znała
fakty i potrafiła się przebić przez gąszcz dezinformacji. A w tej chwili
elita polska nie jest w stanie tego zrobić.
I nie dotyczy to li tylko historii Żydów
polskich, ale większości spraw związanych z historią Polski w XX wieku.
Nie można się temu dziwić. Przecież przez prawie 50 lat (od 1939 r.) nie
było w Polsce wolności słowa ani wolności badań naukowych. Historią najnowszą
do dużego stopnia zajmowali się albo partyjniaccy propagandziści, albo
spoległe im miernoty.
AK: Czy dialog polsko-żydowski
na temat tamtych czasów ma sens? Czy jest on w ogóle możliwy, czy jest
potrzebny? Może po prostu powinniśmy "dać sobie spokój"?
MJCh: Dialog zawsze ma sens. Ale na początku
trzeba wiedzieć, o czym się dialoguje. To jest, trzeba poznać fakty, a
dopiero na ich podstawie można przedstawić swoją opinię i skonfrontować
ją z przekonaniami drugiej strony w dialogu.
AK: W Pana pracy w wielu miejscach pisze
Pan, że poszczególne wypadki czy epizody wymagają dalszych badań. Czy te
badania są prowadzone, czy polskie placówki historyczne zajmują się dziś
tą tematyką? Czy nie zauważa Pan pewnej stronniczości w podejściu do tematyki
polsko-żydowskiej w takich instytucjach, jak Instytut Pamięci Narodowej?
MJCh: Od 1989 białe plamy w historii Polski
bada środowisko Niezależnego Zespołu Badawczego. Jest to prywatna fundacja
z siedzibą w Warszawie; jej współpracownicy operują w całym kraju, mimo
nieznacznych środków.
Ponadto w tym samym czasie oczywiście inne
polskie placówki naukowe do pewnego stopnia zaczęły się zajmować sprawami
kontrowersyjnymi. Ale pamiętajmy, że w Polsce nie zawsze wiedzą, czym powinni
się zająć.
Na przykład, jeszcze w 1998 roku sprawa
Jedwabnego była dla wszystkich "zamknieta". A potem okazało się inaczej.
Wszyscy byli zdumieni i zaskoczeni. Czasami trzeba instytucje naukowe i
badawcze w Polsce nakierować na właściwe tory. Na przykład, Kongres Polonii
Kanadyjskiej swoją wiedzą i uporem spowodował, że Instytut Pamięci Narodowej
w końcu zajął się masakrą ludności polskiej w Nalibokach (maj 1943) i Koniuchach
(luty 1944) przez sowieckich i żydowskich partyzantów.
Jeśli chodzi o IPN, to wypełnia swoje funkcje.
Oczywiście mógłby lepiej, ale zawsze dochodzi element polityki. Obecnie
- zgodnie z liberalnym duchem czasów - kierownictwo IPN stara się swymi
werdyktami godzić wszystkich. A przecież to nie jest zawsze możliwe, a
już na pewno nie jest zawsze zgodne z prawdą historyczną.
AK: Bardzo jednoznacznie formułuje Pan
opinie dotyczące powojennej okupacji Polski przez Sowietów. Czy sądzi Pan,
że można uznać, iż okupacja ta trwała wyłącznie do 1956 roku, czy też okres
ten zamknęło dopiero wycofanie wojsk sowieckich z Polski?
W kontekście tej okupacji, należy jasno
określić obszar zdrady narodowej, czy uważa Pan, że - na przykład - polskie
oddziały walczące w tzw. Armii Polskiej gen. Berlinga to swego rodzaju
"własowcy"?
MJCh: Sowiecka okupacja bezpośrednia trwała
do chwili wyprowadzenia Armii Czerwonej z Polski w 1991 roku.
Naturalnie przechodziła ona przez fazy;
od 1956 roku nasilenie kontroli bezpośredniej przez okupanta łagodniało.
Jednocześnie od 1944 do 1990 roku mieliśmy też do czynienia z okupacją
przez przedstawiciela (occupation by proxy), czyli rodzimych komunistów,
którzy pełnili funkcje kierownicze w państwie z nadania i pod protekcją
Kremla.
Zgadzam się też, że trzeba jasno określić
obszar zdrady. Dlatego wojsko Berlinga - jako formację - rzeczywiście można
przyrównać do jednostek kolaboracyjnych walczących u boku III Rzeszy, szczególnie
do ROA. Ale większość żołnierzy, którzy znaleźli się u Berlinga, zdrajcami
nie była. To był sposób na ratowanie życia z Gułagu.
Czyli zdrajcami było kierownictwo tej formacji,
a szczególnie komunistyczni przywódcy Związku Patriotów Polskich, z Wandą
Wasilewską, ale nie poszczególni żołnierze, chyba że byli komunistami i
służyli Sowietom, a nie RP.
AK: Dzisiejszą Polską rządzą ludzie,
których dziadkowie czy rodzice byli bezpośrednimi wykonawcami sowieckich
rozkazów, byli zdrajcami. Czy sądzi Pan, że osoby takie mogą odrzucić ten
bagaż i działać w interesie Polski?
Czy dostrzega Pan politykę racjonalizacji
i usprawiedliwiania tamtej zdrady prowadzoną przez to środowisko?
MJCh: Nigdy nie można wykluczyć cudu moralnej
odnowy. Na początku lat 90. byłem w Polsce na stypendium. Obserwowałem
środowisko wojskowych. Wśród niektórych byłych partyjnych z WP, niezdegenerowanych
moralnie, można było zaobserwować powrót do tradycji oręża polskiego. Ale
najbardziej do tego parli bezpartyjni oficerowie młodsi, którzy cieszyli
się najbardziej z odzyskania niepodległości.
Opowiem historyjkę. Pytałem się, co się
dzieje w pewnym garnizonie na północy kraju. Odpowiedziano mi, że pułkownik
(w pełnej współpracy ze swymi oficerami) nielegalnie wprowadził przedwojenne
patki ułańskie, odznaki pułkowe oraz kazał zatykać lance na czołgi, a także
przed namiot na poligonie. Zdumiony tym wszy-stkim generał, politruk komuny,
podczas inspekcji rozkazał czołgistom zameldować się. Młody oficer wyskoczył
z wozu i wykrzyknął: "Panie generale, rotmistrz K. melduje się na rozkaz.
Szwadron w gotowości bojowej". Generałowi szczęka opadła. Przebolał "pana
generała" (zamiast "obywatela generała"), ale warknął na nielegalną nomenklaturę:
"jaki rotmistrz? Jaki szwadron?". "Polski, melduję posłusznie panie generale,
a Pan?" - odparł rotmistrz K.
Działo się to w 1990 roku. Wtedy można
było wiele. Teraz system post-PRL okrzepł i takich zawadiaków jak ten pułkownik
i rotmistrz już dawno wywalono z wojska. Euforia minęła. A środowiska polityczne
wywodzące się od komunistów oczywiście racjonalizują i usprawiedliwiają
zdradę.
I tak będzie do następnego przełomu politycznego.
Proszę zauważyć, że w Polsce walka trwa o to, aby odwrócić skutki 1944
roku. Każdy wstrząs przybliża nas do celu: od 1956, przez 1968, 1970, 1976,
1980-81, aż do 1989. Oczywiście należy żałować, że w 1989-90 nie załatwiono
sprawy do końca, ale to już inna sprawa.
AK: W Pana książce da się zauważyć bezustanną
dyskusję z obiegowymi stereotypami historii Polski obecnymi w większości
amerykańskich publikacji na ten temat.
Historia ta postrzegana jest przede
wszystkim przez pryzmat stosunków polsko-żydowskich i oskarżenia większości
Polaków o współudział w zagładzie Żydów. Czy widzi Pan możliwość przełamania
tych stereotypów i zmiany wizerunku Polski?
MJCh: Oczywiście, że tak. Potrzeba jedynie
na to funduszy. Ludzie już są. Najpierw przeprowadza się badania; potem
publikuje się książki; następnie wiedzę tę popularyzuje się. To bardzo
proste.
Z powodu niewielkich środków prowadzimy
badania w takim zakresie, w jakim możemy. A większość tajemnic historii
XX wieku jest w archiwach w kraju i w państwach postsowieckich.
AK: Pana praca w sposób wyważony opisuje
coś, co stanowi dziś białe plamy polskiej tożsamości i polskiej historii.
Czy miał Pan jakieś sygnały, że książka Pana trafiła do spisu lektur szkolnych?
Z jakim oddźwiękiem spotkała się jej publikacja w Polsce?
MJCh: Nie wiem, czy moi "Żydzi
i Polacy, 1918-1955: Współistnienie, Zagłada, Komunizm" trafią
do lektur szkolnych.
Najpierw muszą to przetrawić specjaliści.
A reakcje w Polsce były różne, od bardzo entuzjastycznych, aż do skrajnie
niechętnych. Ale ogólnie nad tą pracą nie zerwał się aż taki sztorm medialny,
jaki miał miejsce nad moją "Zagrabiona pamięć: Wojna w Hiszpanii, 1936-39".
"Żydzi i Polacy" to praca zbyt obszerna i trudna, aby podniecili się nią
w takim samym stopniu publicyści.
AK: Zajmuje się Pan historią polskich
narodowców, polskiego podziemia niepodległościowego. Skąd te zainteresowania?
Jaka była Pana droga do tej tematyki? Jaka była Pana droga z Warszawy do
profesury na Uniwersytecie Wirginia?
MJCh: Były dwie drogi do historii narodowców
i niepodległościowców.
Po pierwsze, tradycja rodzinna. U mnie
w rodzinie od ponad 200 lat mężczyźni (i niektóre kobiety) brali udział
w powstaniach i wojnach.
Po stronie mojej mamy dziadkowie byli w
ZWZ i w BCh na północnym Mazowszu, a potem w PSL u Mikołajczyka. Rodzice
mego ojca byli w wileńskiej AK, w tym po 1945.
Wysiedzieli się dziadkowie i babcie w więzieniach
Gestapo, NKWD (a w tym w Gułagu) oraz UB. Gdy wychowywałem się w Polsce,
chodziliśmy na cmentarze na Wszystkich Świętych, m.in. na Palmiry. Tam
stawialiśmy świeczkę jednemu krewnemu, który był oficerem policji i piłsudczykiem,
oraz innemu powinowatemu, mec. Tadeuszowi Fabianiemu, który był jednym
z czołowych młodych przywódców endeckich, m.in. współzakładał Związek Jaszczurczy,
który potem stanowił część składową Narodowych Sił Zbrojnych. Obu Niemcy
rozstrzelali w 1940 r.
Dziwiło mnie bardzo, gdy w szkole i w telewizji
komuniści szkalowali narodowców, a szczególnie NSZ, jako kolaborantów "hitlerowskich".
Śmiałem się, że Tadeusz Fabiani kolaborował z Niemcami, bowiem, gdy go
przywiązali do drzewa przed egzekucją, to nie wyrwał tego drzewa z korzeniami
i nie uciekł do Moskwy zdradzać Polskę z komunistami.
No i to była ta druga droga do studiów
nad narodowcami i niepodległościowcami. Ciekawość i chęć zweryfikowania
stereotypów propagandy komunistycznej oraz braku informacji na Zachodzie.
Poza tym, gdy dorastałem, otoczony byłem wspaniałymi ludźmi, przyjaciółmi
mojej rodziny, takimi jak pan Janek Rossman z Szarych Szeregów czy mjr
Mieczysław Potocki ("Węgielny") z wileńskiej AK. No i była literatura i
bibuła w domu mych rodziców zarówno z przemytu z Zachodu, jak i z przedwojennej
biblioteki oraz z wyrobu opozycji niepodległościowej w Polsce w latach
70.
A już najlepszą lekcję otrzymałem po przyjeździe
z Warszawy do Kalifornii we wrześniu 1982. Moi wicerodzice, czyli opiekunowie,
to lwowianie; poznałem wielu przyjaciół mojej rodziny sprzed wojny, e.g.
śp. Wojciecha Wasiutyńskiego, prof. Jerzego Lenczowskiego czy prof. Andrzeja
Ruszkowskiego, oraz wielu, wielu innych, którym świat się skończył w 1939
czy w 1945. Ci opowiadali mi w najmniejszych szczegółach, jak na przykład
było w domu u mego pradziadka w Wilnie. To była najlepsza lekcja historii.
Zresztą od razu po przyjeździe podjąłem
studia w College of San Mateo. Byłem wolnym słuchaczem w University of
California, Berkeley i w Stanford University, gdzie stykałem się z prof.
Robertem Conquestem (Hoover) czy z prof. Normanem Daviesem. Potem ukończyłem
San Francisco State University i przeprowadziłem się do Columbia University,
gdzie uzyskałem doktorat w maju 2001. W międzyczasie uczyłem w kilku college'ach
w Kalifornii, a od maja 2001 jestem profesorem asystującym (assistant professor)
przy Kosciuszko Chair in Polish Studies, Miller Center of Public Affairs,
University of Virginia.
AK.: Serdecznie dziękuję za rozmowę.
|