| . | . |
Ci ludzie wysiadali boso...
"To nam się nie podoba! Ja dostaję na rękę 1200 zł, a jeden uchodźca kosztuje 1500... Nie lepiej to dać na dzieci? Mało to biedy mamy w Polsce? - to podsłuchany komentarz przed telewizorem.
Maj 1999 roku - do Polski przyjeżdża 1000-osobowa grupa uchodźców z obozów przejściowych w Macedonii. W woj. małopolskim znalazło schronienie 455 z nich. Rozlokowano ich w kilku ośrodkach i domach wczasowych. Jak informuje wydany na tę okazję okólnik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji: "Wybuch wojny w Jugosławii postawił Europę wobec problemu setek tysięcy ludzi poszukujących międzynarodowej ochrony. Groziło to przeciążeniem systemu azylowego w krajach Europy Zachodniej, głównie ze względu na niemożność integracji w krótkim czasie tak dużych grup osób. Pogarszająca się sytuacja na rynku pracy nie sprzyjała przyjmowaniu znaczącej liczby cudzoziemców...". Dlatego właśnie rząd Polski udzielił uchodźcom z Kosowa "tymczasowego schronienia", na zasadzie: przyjmujemy ich, utrzymujemy i... czekamy, aż ich ktoś z Polski zabierze. W tym samym okólniku czytamy również: "Pojęcia tymczasowego schronienia czy tymczasowej opieki nie są określone w prawie międzynarodowym. Nie jest zdefiniowane jakiekolwiek prawo do tymczasowego schronienia. Decyzja o udzieleniu tymczasowego schronienia jest aktem politycznym, decyzją podejmowaną autonomicznie przez władze państwa, które decydują się udzielić schronienia określonej grupie osób". I dalej: "Ustawa o cudzoziemcach nie przewiduje instytucji czasowego schronienia (...) Oprócz legalizacji pobytu, uregulowania wymaga zakres praw uciekinierów oraz przysługujących im świadczeń. (...) Uzasadnione jest korzystanie z pozabudżetowych źródeł finansowania, zarówno ze względu na konieczność pozytywnej reakcji na inicjatywy obywatelskie (samorządów, mediów, osób prywatnych etc.), jak i możliwość zmniejszenia w związku z tym wydatków Skarbu Państwa"... Jednym słowem, zamiast "statusu uchodźcy" wprowadzono "tymczasowe schronienie" - dzięki temu pominięto zapisy parafowanej w 1951 roku genewskiej konwencji o uchodźcach, która tym ostatnim przyznaje różnego rodzaju prawa. Uchodźców się przyjmuje, ale nie traktuje się ich jak uchodźców według obowiązujących zasad prawa międzynarodowego. Ot, taki prawny wytrych. Kraków, ul. Sebastania 9, Wydział Spraw Obywatelskich, woj. Małopolska. Rozmawiam z panią Urszulą Filipowicz, dyrektorką WSO. - W województwie małopolskim przebywa ich 455. To jest w zasadzie wypełniony program... - Czyli Pani nie spodziewa się, by ich mogło jeszcze przybyć; że rząd mógłby, na przykład, podnieść limit - powiedzmy - do 5 tys.? - Może podnieść, choć na dzisiaj limit jest wyczerpany. Jak pan zauważy, największą grupę uciekinierów mamy w Gołkowicach. Cały ośrodek jest tam wypełniony uciekinierami. Poza tym są to Mszana Dolna, Cieniawa i Rabka. - To są ośrodki wypoczynkowe? - Tak, bardzo dobre warunki są w Mszanie Dolnej i Gołkowicach. - Co to znaczy dobre warunki? Oni tu przecież nie są na urlopie? - No więc właśnie, oni mają tam bardzo dobre warunki, w takim sensie,
że mają mieszkania, mają węzły sanitarne i to jest wszystko na bardzo dobrym
poziomie; mają jedzenie, ładne otoczenie. To są bardzo dobre warunki wczasowe.
- Jaki jest status prawny tych ludzi? Są uchodźcami, czy tak? - Oni nie są ani uchodźcami, ani azylantami. - Czy mogą składać podania o azyl polityczny? - Powiedziałabym tak: oni mogliby się starać o status uchodźcy. Przy
czym proszę zwrócić uwagę, ilu ich do Polski przybywa. Procedura u-chodźcza
jest odpowiednio dłuższa. Jest to pewna sytuacja, która nam komplikuje
samo rozwiązanie sprawy i nie do końca prawnie jest tutaj możliwa.
- Przecież jest umowa o uchodźcach z 51 roku, która jasno stawia te sprawy i określa, kto jest uchodźcą, a kto nie. - Jest, ale w Polsce odeszło się od statusu uchodźcy - nazywa się to, że rząd Polski udziela tym osobom tymczasowego schronienia bądź opieki, gdyż uznało się, że one będą miały w niedługim czasie możliwość powrotu do domów. - Ale chyba właśnie na tym polega status uchodźcy w myśl konwencji z 51 roku; że właśnie dany kraj udziela tymczasowego schronienia, dopóki nie ustaną warunki, które zmusiły daną osobę do wyjazdu. - U nas w każdym razie odeszło się od procedury uchodźczej. - To jaki jest status prawny tych ludzi? Czy są to "goście" rządu polskiego? - Z chwilą przekroczenia granicy straż graniczna, zgodnie z ustawą o cudzoziemcach, wręczyła im tymczasowy dokument podróży ważny na siedem dni. W ciągu tych siedmiu dni wojewoda zobowiązany jest wydać im kartę czasowego pobytu. Ta karta udzielana jest na jeden rok. Ta karta uprawnia ich do tego, aby legalnie przebywać w Polsce. - A co z służbą zdrowia, opieką, szkołami dla dzieci? Skoro oni nie są uchodźcami, to nie obowiązują te wszystkie przepisy prawa mię-dzynarodowego, które regulują te kwestie. - No tak, bo tutaj stworzyła się nowa kategoria.
- Co ze szkołami? Są tam przecież dzieci, nie znają polskiego... Czy są jakieś koncepcje, co z tymi ludźmi robić? Na razie zakłada się, że woj-na potrwa krótko i powstaną wa-runki, które umożliwią im powrót. Jeśli takie warunki nie powstaną przez - powiedzmy - dwa lata, to co wtedy? - Nieznane mi są warianty rozwoju sytuacji powyżej roku. Wszyscy liczymy
na to, że ta wojna skończy się wcześniej. Zresztą, oni wszyscy - zobaczy
pan, gdy pan będzie z nimi rozmawiał - oni wszyscy chcą wrócić.
- Skoro mają rodziny w Niemczech, dlaczego nie przebywają w Niemczech u tychże rodzin? - Większość Albańczyków ma rodziny w Niemczech i część tam jedzie, natomiast
kwalifikacja osób do poszczególnych krajów dokonana została przez biuro
Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do Spraw Uchodźców. Dopiero jak
są na pokładzie polskiego samolotu, wiemy, kto tam jest.
••• Jadę do Mszany Dolnej. Małe miasteczko niedaleko Rabki, dosyć biednie
i sennie, jeszcze nie zaczął się sezon kolonijno-wczasowy. Dookoła piętrzą
się szczyty Beskidu Wyspowego. Stary dukt "Zakopianki" wije się doliną
Raby.
- Wie pan co, my z nimi mamy taki kontakt: "jeżeli czegoś potrzebujesz
i to jest w naszej mocy, no to nie ma sprawy". Bariera językowa jest dosyć
duża, choć są też i tacy, co to można się z nimi po angielsku trochę dogadać,
jest jeden, który mówi dobrze po rosyjsku. Jeśli więc coś tam potrzeba,
to jak człowiek popróbuje, to się jakoś dogada. Tłumaczy mamy na razie
tak na dojeżdżająco, ale mamy mieć na stałe, może dzisiaj przyjadą...
- Na razie nie wychodzą? - Nie wychodzą, bo nie mają dokumentów. Mają je dostać dzisiaj, jeśli
dojedzie pani z Krakowa.
- Czyli żadnych problemów nie ma? - No, problemy są czasem, ale się je rozwiązuje na bieżąco. - A jak to jest z finansowaniem, rząd płaci? - Na temat finansowania nic panu nie powiem, na razie wszystko po-krywamy
z naszych środków. Liczymy, że nam oddadzą. (...)
- Nie boi się Pan reakcji okolicznych mieszkańców? - Na razie nic nie było. Zresztą spotkaliśmy się z dużą życzliwością.
Na przykład organizowano zbiórki po szkołach, zabawek dla dzieci, środ-ków
czystości, ludzie dawali ubrania.
Kierownik przed jednym z nich przedstawia mi Nuredina Tahiri z Ferizaj oraz Arsima Ibrahimi z Prisztiny i znika. Nuredin Tahiri mówi nieco po angielsku. "Nie narzekamy, jedzenie dobre, w obozie mieliśmy same konserwy". Na razie nie bardzo wiedzą, co z nimi będzie. "W Kosowie wszystko spalone. My przeciwko Serbom nic nie mamy - to serbskie woj-sko i oddziały paramilitarne palą miasta". "Przez ostatnie dziesięć lat robiło się coraz gorzej, a ostatni rok to był wprost nie do wytrzymania". Z Kosowa wyjechali autobusem 4 kwietnia. Trzy dni czekali na granicy, aż wpuszczą ich do Macedonii. Inni czekali i siedem dni. "My byśmy wszędzie pojechali z tego obozu w Macedonii, nawet na księżyc" - Tahiri odpowiada na pytanie, czy podoba mu się w Polsce. Ożywiają się, gdy mówię, że mieszkam w Kanadzie. O, Kanada! - jeden z nich ma rodzinę w Montrealu. Pytają, ile mieszkańców ma Toronto i czy jest większe od Montrealu. Wszyscy woleliby tam właśnie jechać. Jakie warunki mają uchodźcy z Kosowa w Kanadzie, czy mogą pracować? I czy możliwe, aby jeszcze teraz, z Polski, mogli się starać o taki wyjazd? Zapraszają do domku. Przed progiem zdejmuje się buty. Momentalnie opadają mnie dzieci. Nuredin Tahiri ma ich czwórkę. Najstarsze skończyło dziesięć lat. "Na szczęście wszystkie zdrowe" - uprzedza moje pytanie. Tahiri mówi, że był w Kosowie architektem, Arsim Ibrahimi zna się na gotowaniu, pracował w dużej restauracji w Prisztinie. "No to masz dobry zawód - nigdzie nie zginiesz" - pocieszam. Kanada nie przestaje powracać w rozmowie. "To co, nie chcecie wracać do Kosowa?" - pytam. "Chcielibyśmy do Kanady, a tak po dziesięciu latach do Kosowa". Nad stołem nachyla się jedna z kobiet. "A ty nie możesz nam pomóc?" - pyta, poważniejąc nagle, i świdruje mnie wzrokiem. Przyszpilony odbąkuję, że raczej nie; żeby może napisali do konsulatu etc. "Co się dzieje w Kosowie, dlaczego jeszcze nie ma tam oddziałów lądowych? Tam ludzie nie mają co jeść, wszystko nieczynne". Dla nich wojna nadal pozostaje osią życia, tymczasem dookoła nas rozpościerają się majestatyczne pagóry Beskidów, gdzie echa wystrzałów zamilkły już ponad 50 lat temu. Dla większości okolicznych górali wojna na Bałkanach to jak wojna na Marsie - za daleko od miedzy, aby się przestraszyć. Wyjeżdżam z uczuciem kołka w gardle. No właśnie - są tacy jak my, tylko z wojny. Wyrwani z normalnego otoczenia, zdani na łaskę obcych ludzi, usiłujący prostymi codziennymi obowiązkami pozbierać do kupy rozbite życie. Ich los nadal pozostaje przedmiotem mię-dzynarodowych ustaleń i decyzji zbiurokratyzowanych agend ONZ-u. Po drodze mijam autobus z urzędnikami z Krakowa - będą wystawiać tymczasowe karty pobytu. Różne są reakcje na kosowskich uchodźców; ta przedstawiona na wstępie wcale nie jest wyjątkowa. - "Przecież wiadomo, dlaczego nikt ich nie chce brać - przekonuje mnie pewien jegomość przy stoliku - panie, przecież za nimi idzie albańska mafia, kto by chciał taki problem u siebie... Bo to jest tak: NATO walczy w obronie muzułmanów, gdyż złamanie Serbii jest kolejnym etapem na drodze międzynarodowej globalizacji i podboju międzynarodowych korporacji. Oni tam chcą zniszczyć chrześcijańskiego ducha. Poza tym popieranie muzułmanów w Kosowie daje Stanom Zjednoczonym argument w negocjacjach z Kaukazem, bo - wie pan - tam jest ropa, i to więcej niż w Arabii Saudyjskiej, jeśli więc Amerykanom uda się oderwać tamten rejon od Moskwy, będą mieli zabezpieczone tyły na wypadek, gdyby coś się stało u Arabów. To jest wszystko polityka i pieniądze!". - A co do tego mają uchodźcy? - pytam. "No to, że oni, proszę pana, że oni mają zdestabilizować i wepchnąć w ramiona Ameryki Czarnogórę oraz Macedonię. Wie pan przecież, że wyjeżdżają, bo ich tam w Kosowie straszą i bombardują. Wszyscy opowiadają, że im palą domy, wyrzucają i gwałcą, a tymczasem, jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że tylko o tym słyszeli, że ktoś mówił, jak to w sąsiedniej wsi się stało i tak dalej...". Tymczasem "uciekinierzy" - jak to się ich ładnie dziś określa - (termin "uchodźca" niesie bowiem ze sobą zobowiązania międzynarodowe: łakną normalnego życia jak dżdżu i gdyby tylko ktoś otworzył im furtkę, wparowaliby na kontynent amerykański setkami tysięcy. Coraz bardziej oczywisty staje się fakt, że Kosowianie są w obozach "zablokowani", że niewiele krajów decyduje się ich przyjąć - stąd m.in. desperackie ucieczki przez Adriatyk do Włoch. Na dodatek ci, którzy są przyjmowani przez poszczególne państwa, trafiają tam przypadkowo - i tak na przykład, mimo że mają rodziny i przyjaciół w Niemczech czy Kanadzie, lądują w Polsce, bo Bonn czy Ottawa boją się podać im rękę. Z polskich obozów coraz częściej ucieka się przez zieloną granicę do Niemiec. Nuredin Tahiri rozma-wiał z przedstawicielem Kanady, niestety, nie tam go zakwalifikowano. W końcu, uchodźcy to kłopot, to często transplantacja konfliktu w obozowej mikroskali; z Gołkowic trzeba było usunąć grupę kosowskich Cyganów, ponieważ pozostali pensjonariusze (w sumie było tam 111 osób) oskarżali ich o "kolaborację z Miloszeviciem". O mały włos, a doszłoby do rękoczynów. Obie grupy z miejsca odseparowały się od siebie, nie tylko jedząc osobno, ale nawet używając oddzielnych aparatów telefonicznych. Aby było jeszcze "śmieszniej", rumuńscy Cyganie, którzy w Polsce bywają na żebrach, zwietrzyli interes i zaczęli wysyłać dzieci "do pracy" do miejscowości, gdzie są uchodźcy, by wyciągały rękę "w charakterze ofiar wojny w Kosowie". Wracam do rozmowy z dyr. Urszulą Filipowicz. - Niech mi pani powie, jak to jest - uchodźcy wywołują często negatywne reakcje okolicznych mieszkańców, czy coś się robi, aby nawiązać kontakt między tymi biednymi ludźmi a ich obecnymi sąsiadami? - Są tym bezpośrednio zainteresowani gospodarze terenu, czyli w tym przypadku, wójtowie. - Czy, na przykład, Kościół włącza się w takie działania? - Nie wiem tego, natomiast włączają się burmistrzowie, wójtowie, gospodarze
terenu. Wiem, że robi się to poprzez szkoły, że rozmawiają z dziećmi, tłumaczą,
że tu są dzieci albańskie. Widzę, że jest dobry kontakt z miejscowymi ludźmi.
Nie wiem, jak długo to potrwa, co będzie za miesiąc, za dwa, ale te osoby
(uchodźcy) nie stanowią żadnego zagrożenia dla miejscowych.
Tysiąc ludzi dla czterdziesto-milionowego narodu to kropelka. Mimo to nie bardzo wiadomo, co z tą kropelką zrobić. Andrzej Kumor
|