Kurs 220
Andrzej Kumor: Panie Krzysztofie,
ludzie uciekali z PRL-u na wiele różnych sposobów. Jedni pontonem na Bornholm,
inni w czasach, kiedy jeszcze nie było Muru próbowali przejść
do Berlina Zachodniego, pana ucieczka należy do równie dramatycznych. Jak
się to stało, jakie były jej okoliczności? Co sprawiło, że zdecydował się
pan siąść za sterami samolotu i dosłownie wylecieć z Polski?
Krzysztof Wasielewski: Przede wszystkim
sytuacja, jaka wtedy panowała w kraju. Wiele osób było bardzo oddanych
myśli pod nazwą "Solidarność".
A.K.: Pan był wtedy w wojsku?
K.W.: Byłem, tak. Od 1973 roku, najpierw
w szkole lotniczej w Dęblinie, a później od 1976 roku, w Krakowie w jednostce
w Balicach, jako żołnierz zawodowy, pilot 13 pułku transportowego. Jak
wielu innych pilotów byłem sympatykiem "Solidarności". Wtedy właśnie w
naszych sercach rosła ta myśl o innej Polsce. I troszeczkę poszerzyły
się nasze horyzonty.
Był wówczas taki moment, że miało nastąpić
porozumienie narodowe, doszło wówczas do spotkania kardynała Glempa, Jaruzelskiego
i Lecha Wałęsy to było chyba w listopadzie a już w grudniu
mieliśmy stan wojenny. Wprowadzenie stanu wojennego było tą bezpośrednią
przyczyną...
A.K.: Jak długo pan planował to wszystko?
Jak pan to chciał przeprowadzić?
K.W.: Najpierw chciałem uciec sam
dosłownie w kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego. Była straszna śnieżyca
i Bogu dziękuję, że do tej próby nie doszło, powstrzymałem się w odpowiednim
momencie. Uciekałbym wtedy samotnie z córką. Nie sprzyjałaby temu pogoda
nie wiadomo jak by było z nawigacją nawet gdyby nie doszło do oblodzenia,
czy jakichś nieprzewidzianych sytuacji nie wiadomo, jakby to było
w górach nad Czechosłowacją.
Pan wspomniał, że ktoś tam uciekał pontonem
na Bornholm. Brałem również pod uwagę taką właśnie trasę przelotu nad stosunkowo
płaską Polską i nad morzem na Bornholm.
A.K.: Nie bał się pan zestrzelenia;
w końcu leciał pan samolotem wojskowym?
K.W.: To właśnie była ta przewaga, że będąc
w wojsku znaliśmy wszystkie charakterystyki broni przeciwlotniczej i jednocześnie
wojsk, które dysponowały bronią zdolną zagrozić nisko lecącemu celowi.
Więc raczej było to wykalkulowane. Możliwość taka w dalszym ciągu istniała,
ale była minimalna.
A.K.: Rozumiem.Leciał pan samolotem
AN-2...
K.W.: Tak. zdecydowaliśmy się lecieć samolotem
AN-2. To był samolot na wyposażeniu drugiej eskadry naszego pułku i
o ile wiem do dzisiaj jest na wyposażeniu tego pułku. Trzeba go tu
pochwalić.
Ostatnio nawet widziałem w pewnym
magazynie zdjęcia AN-a drugiego. Używany jest przez wojska specjalne w
Ameryce, do symulowania ataku przeciwnika. Wiele krajów zostało zaopatrzonych
w te samoloty w dawnych czasach przez Związek Radziecki i one nadal mogą
stwarzać pewne zagrożenia jedną z form takich zagrożeń są grupy terrorystyczne.
A.K.: Wróćmy jednak do samej ucieczki.
Kiedy to było, pamięta pan ten dzień?
K.W.: Bardzo dobrze pamiętam. Nie trudno
zapamiętać, bo to był Prima Aprilis 1 kwietnia 1982 roku w samo południe.
Nie zapomina się takich dni..
A.K. : Mówił pan, że leciał z córką...
K.W.: Tak. Moja żona była już wówczas w
Stanach Zjednoczonych. Wyjechała 29 listopada i miała wrócić/ na Gwiazdkę
czyli wypadło to już po wprowadzeniu stanu wojennego... Żona została tutaj.
Później dowiedziała się ode mnie przez
takiego jednego znajomego, żeby czekała. Oczywiście żona była przerażona
nie znała szczegółów ale podejrzewała co się stanie. A to długo trwało,
bo ona otrzymała tę informację już w styczniu, a do ucieczki doszło 1 kwietnia.
Na pewno było jej ciężko...
A.K.: Wróćmy znów do ucieczki. Jak
to było, jak pan wziął ten samolot?
K.W.: Na początku chciałem uciekać sam,
następnie pomyślałem o tym, że powinienem mieć kogoś, kto by ze mną współpracował
dlatego, że jest łatwiej uprowadzić samolot jako załoga dwóch pilotów.
W skład załogi wchodził również mechanik pokładowy i brałem pod uwagę,
że trzeba będzie nakłonić również któregoś z mechaników. Nakłonienie kolegi
nie nastręczało wielkich trudności, ponieważ znaliśmy się ze szkoły, znaliśmy
się jak to można powiedzieć jak stare konie. Bez większych
kłopotów można było wyczuć czy można na ten temat mówić.
Zaprezentowałem to od tej strony, że żona
jest w Stanach Zjednoczonych... Zainteresowanie wzrastało i następnie...
Bo nikt nie wiedział, że ona jest w USA. To była też ucieczka w pewnym
sensie. Zainteresowanie wzrastało i jak już zainteresowanie było wystarczające,
wtedy mówię: "słuchaj, może byśmy tam polecieli..."
No i wtedy to już jedynie wyobraźnia nas
ograniczała.
Jak przekonałem pierwszego kolegę, wówczas
nastąpiła inna kwestia, mianowicie, że nie da się nakłonić mechanika, ponieważ
nie mieliśmy specjalnie dostępu do tych mechaników pokładowych. To była
inna generacja. My byliśmy młodzi, oni byli starsi wszyscy w partii.
Było to dosyć trudne.
Wchodził w grę jeden człowiek, który niestety
miał w tym czasie jakieś problemy, nie mógł latać, więc postanowiliśmy
uprowadzić samolot bez mechanika.
W ostateczności samolot został uprowadzony
razem z mechanikiem, co stało się powodem wielu dramatycznych sytuacji
w czasie lotu i już po wylądowaniu.
A.K.: Czy samolot uprowadzili panowie
z lotniska, czy podczas jakiejś akcji? Jak to dokładnie wyglądało?
K.W.: Tu muszę dodać, że po namowie
pierwszego kolegi, we dwóch postanowiliśmy, że potrzebna będzie jeszcze
trzecia osoba, ponieważ w grę wchodziła sprawa mechanika i należało mieć
ewentualnie trzecią osobę na pokładzie. To wszystko się cały czas tworzyło
ten cały scenariusz ucieczki.
Organizowałem ją przy współpracy z kolegami,
ale jednocześnie jak już później były pewne nieścisłości w tym całym planie
no to, jako organizator zostałem obwiniony, że te nieścisłości zaistniały.
A nieścisłości wypływały raczej z naszych cech charakteru, niż z
charakteru samej ucieczki. Doszło niepotrzebnie zresztą do
nieporozumień.
A.K.: Na pokładzie, już podczas ucieczki?
K.W.: Tak, podczas ucieczki. To było związane
z osobą tego mechanika. On chciał wracać. W sumie, jego obecność była niezbędna
w samolocie, bo to pan się pytał jak uprowadziliśmy samolot. Tu musimy
się trochę cofnąć w czasie...
Byliśmy już wszyscy przygotowani, był to
mniej więcej początek stycznia 82 roku, czekaliśmy tylko na lepszą pogodę.
Pogoda była fatalna na taką ucieczkę szczególnie ANem drugim. Oczywiście
chcieliśmy od razu zabrać rodziny. Ja córkę i obydwaj koledzy żony i dzieci.
Było nas trzech trzech pilotów z
tej samej promocji z Dęblina. Znaliśmy się przez całą szkołę i przez wszystkie
te lata i do momentu ucieczki byliśmy wzorowymi kolegami...
W momencie, gdy już trzeci pilot został
namówiony, wówczas zaistniał taki problem, że on podejrzewał, iż ja mogę
być obserwowany przez służby specjalne, bo moja żona jest w Ameryce. Ja
mu mówię: "przecież oni o tym nie wiedzą!" On na to: "Stary, jak oni mogą
nie wiedzieć?"
Wtedy się okazało, że mój kolega wiele
wiedział o tym, jak oni pracują... Więc, można było zacząć się też bać,
że on tak wszystko dobrze zna. Później się dowiedziałem skąd znał, ale
nie chciałbym tego poruszać w wywiadzie.
I teraz oni mi mówią: "słuchaj, ty musisz
wziąć sprawę w swoje ręce, musisz pójść do ?gumowego ucha? po prostu
zaskoczyć ich! Jeżeli nie wiedzą, to trudno, a jeśli wiedzą, to wtedy przerwiesz
tę pępowinę."
A.K.: Samemu powiedzieć, że żona
jest w Stanach?
K.W.: Tak jest samemu się podkablować!
No i ja tak zrobiłem. Nie wiedząc o tym, że to właśnie spowoduje
represje z ich strony, bo jednak nie wiedzieli i ich duma wykonywania zawodu
została w pewien sposób nadszarpnięta.
Po prostu trochę ucierpiałem z tego powodu
fizycznie, no i również psychicznie, bo wywierali na mnie presję, żebym
podpisał list, w którym oskarżali osoby z Kościoła. Wymyślili sobie taką
sytuację, że żonie dopomógł taki znajomy ksiądz z rodziny, gdzie
trwała budowa kościoła, więc pewnie chcieli tę budowę przerwać...
Od razu spisali mnie z latania i orzenieśli
do co ciekawe tajnej kancelarii, miejsca, gdzie się trzyma
najtajniejsze dokumenty jednostki to jeszcze bardziej powodowało
podejrzenia, że być może mnie obserwują, ponieważ, dlaczego dali mnie do
miejsca, gdzie są tajne dokumenty?
Znalazłem się w tej kancelarii co
było ewenementem bo miało to być karą dla mnie, a to sprawiło, że
znalazłem się blisko wszystkich dokumentów, potrzebnych na użytek ucieczki
dotyczących m.in. rozlokowania lotnisk, radarów. Czerpałem te informacje
bezpośrednio z biura, gdzie pracowałem przy kasowaniu starych dokumentów
odpisywało się je z rejestru i jeździło do pieca palić. Trzeba było
cały czas rozliczać się z dokumentów, które zostały zniszczone. Poznałem
wiele rzeczy, które były dostępne tylko dla oficeraspecjalisty od armii
obcych, od taktyki, dla szefa sztabu... Było to bardzo ciekawe posunięcie
ze strony polskich służb specjalnych. Sprawili mi dużą niespodziankę i
prezent. W tej kancelarii spędziłem z przerwami wszystkie dni aż do ucieczki.
A.K.: Jak doszło do samego zajęcia
samolotu, jak pan zabrał rodzinę? Skąd panowie wiedzieli którędy należy
polecieć?
K.W.: Co do trasy przez Czechosłowację
to nie było żadnych wątpliwości, wszyscy się zgadzaliśmy. Problem był z
dolotem do tego miejsca przez Polskę.
Mieliśmy dwie koncepcje, z tym, że moja
została zaakceptowana. Mieliśmy lecieć z Krakowa, spod Czernichowa w kierunku
na poniżej Bielska Białej, na rzekę, wzdłuż niej nad jezioro koło Żywca,
nad Żywcem, praktycznie po zachodniej stronie Żywca po obrzeżu miasta,
następnie przez góry, przez granicę i nad rzekę Wag...
Kolega sugerował trasę z Czernichowa wprost
do granicy.
A.K.: Tak na azymut?
K.W.: Tak, z kursem 220 stopni, natomiast
moja trasa była najpierw 245, potem tam 180, potem 220... To w końcu jest
220 przez Czechosłowację większość czasu uciekaliśmy takim właśnie
kursem 222.
A.K.: A skąd samolot się wziął w
Czernichowie?
K.W.: Ja pracując w tajnej kancelarii nie
miałem żadnego problemu z zaplanowaniem moich kolegów na różnego
rodzaju loty. Oni mogli się zgłaszać na ochotnika, ale nieraz taka możliwość
nie wchodziła w grę. Nieraz zmieniano pilotów, potwierdzenie zawsze jednak
przechodziło przez tajną kancelarię i ja mogłem to korygować.
Mieliśmy dwie próby które nie wyszły i
to była trzecia próba. Oni latali z wojskami desantowymi, ze spadochroniarzami...
Zrzucili spadochroniarzy i wylądowali na
lotnisku. Następnym spadochroniarzom powiedzieli, że lecą teraz na własny
lot, natomiast wieży powiedzieli, że lecą ze skoczkami.
Innymi słowy, wieża myślała, że oni będą
się wznosić. Z reguły wznoszenie się do wysokości 2,2 2,5 kilometra
z grupą 10 12 skoczków trwa około 30 minut. Kontroler lotu dopytywał
się cały czas z wieży o pozycję, gdzie się wznoszą.
To trwało raptem cztery pięć minut i już lądowali przy Wiśle zaraz
za Czernichowem. To była łąka za wałem przeciwpowodziowym. Start trzeba
było wykonać w tym samym kierunku, nie można było zawracać. Byliśmy w dwóch
samochodach, ja w jednym, a żona kolegi w drugim, dosłownie ścigaliśmy
ten lądujący samolot, jeszcze zanim się zatrzymał. Załadowaliśmy się, ja
wskakiwałem na prawy fotel i przejmowałem rolę nawigatora, natomiast Jędrek
był pilotem.
A.K.: Jędrek, czyli kto?
K.W.: Jędrek, czyli Andrzej Malec, pana
imiennik, wspaniały pilot, uznany kiedyś, chyba w 1978 roku za pilota roku
w jednostce. On jeszcze przed pójściem do wojska był posiadaczem trzech
diamentów no, wspaniały szybownik. Wybraliśmy najlepszego na taką
misję.
Ja z kolei miałem się popisać zdolnościami
nawigacyjnymi.
Od pierwszego momentu, zaraz po wystartowaniu,
zamiast do moich 245 stopni, Jędrek uparł się przy swoich 220 i poszliśmy
prosto w góry...
...po kilku minutach byliśmy już po czołowym
zderzeniu z wierzchołkiem, samolot był kompletnie uszkodzony, najbardziej
skrzydła, śmigło, zbiorniki, paliwo ciekło...
A.K.: Na jakiej wysokości panowie
lecieli?
K.W.: Bardzo nisko i w związku z jak wpadliśmy
w taki wąwóz, który zakończony był wierzchołkiem góry...
A.K.: Nie dało się już podnieść?
K.W.: No nie dało się już przeskoczyć tej
góry... Natomiast niezrozumiałe były dla mnie... Na pewno zdenerwowanie
i może jakaś taka ludzka pycha nie wiem jakieś cechy ludzkie
które nie są do końca zrozumiałe... Bo był taki moment, że można było prawdopodobnie
wykręcić się jeszcze z tego, ale ta chęć przelotu przez górę, żeby pokonać...
I pokonaliśmy!
To był cud! To był prawdziwy cud Maryjny!
Ja myślę, że tylko dzięki temu żyjemy. AN-2 ma jeden silnik, śmigło z przodu,
przed kabiną. Takie śmigło natrafiając na pień drzewa a my uderzyliśmy
w drzewa, ścięliśmy wszystko skrzydłami i śmigłem...
A.K.: Gdzie to było?
K.W.: Lecieliśmy od Czernichowa z kursem
220 stopni, koło Suchej Beskidzkiej jest góra Madagora się chyba nazywa
i taka dłuższa wioska, chyba Jaszczurowa. Musiałbym to na mapie sprawdzić,
bo nie chciałbym strzelić błędu. Jest to góra, z której najłatwiej było
później, już po tym uderzeniu, z której poprzez różne takie wąwoziki najłatwiej
było dojść do tego jeziora koło Żywca. Musiałbym na mapę spojrzeć, to jest
to jezioro, patrząc od Bielska-Białej w dół, tam gdzie jest góra Żar. Zakładaliśmy,
że wylądujemy na Żarze i wysadzimy mechanika.
A.K.: No właśnie, co z tym mechanikiem?
K.W.: Po wypadku nie było już możliwości
lądowania z uszkodzonym podwoziem i ponownego startu. To, że te skrzydła
nas podtrzymywały to był prawdziwy cud. Nie wiadomo było na jak długo wystarczy
paliwa...
A.K.: Paliwo ciekło, a AN-2 nie ma
samozalepiających się zbiorników?
K.W.: No więc prawdopodobnie ma! Ma dużo
rzeczy, o których my nie wiedzieliśmy. Ma samozalepiające się zbiorniki
i to pomogło, ponieważ ten upływ paliwa zmalał błyskawicznie.
AN-2 jest też pokryty farbą, która w pewien
sposób absorbuje i rozprasza sygnały radarowe i to chyba nam najbardziej
pomogło, bo my później musieliśmy lecieć troszeczkę wyżej. Jak wlatywaliśmy
w dolinę poniżej Bielska-Białej to, według naszej wiedzy, byliśmy już widoczni
na radarach.
A.K.: Jaka to była wysokość? 50 metrów?
K.W.: Wtedy to już lecieliśmy na 50-70
metrach. Nie można było lecieć niżej tym uszkodzonym samolotem. Całą Czechosłowację,
którą zamierzaliśmy przelecieć bardzo, bardzo nisko musieliśmy przelecieć
troszeczkę wyżej. Już manewrowość samolotu nie pozwalała...
A.K.: Pan uważa, że przez tę farbę
samolotu nie wykryto na radarze?
K.W.: Ta farba odegrała dużą rolę i dowodem
na to jest również to, że jak dolecieliśmy do Wiednia , to oni również
nie mogli nas znaleźć na radarach.
Co ciekawsze my, jako piloci podejrzewaliśmy,
że coś takiego jest, bo często w rejonie lotniska, jak nie mieliśmy włączonego
SPU7, to nie byliśmy widoczni dla radarów. Samoloty były malowane tą farbą
w Powidzu. Wszystkie były brane z jednostek wojskowych do Powidza. Tam
malowano również Su7. Chyba panu jakieś tajemnice wojskowe teraz zdradzam...
Ciekawe, że nie zdawaliśmy sobie sprawy
z tego, jakie to było skuteczne...
Ja bym tu w dalszym ciągu podkreślał, że
przeskoczenie przez tę górę było dla mnie cudownym wydarzeniem. Do tej
pory czuję tę siłę nadprzyrodzoną, która nas podniosła powyżej drzew.
Jeśli jeździ pan do myjni samochodowej
to widzi pan tam jak takie wały się toczą. To jest najbliż sze porównanie
z tym jak to wyglądało przechodząc przez te drzewa. Dosłownie, jak w takiej
myjni samochodów. I nagle jakaś niezwykła siła nas z tego wyciągnęła i
wystarczyło wysokości i tej minimalnej prędkości, którą mieliśmy, by przejść
i kontynuować lot.
Nie będę tutaj mówił o dramatycznych sprawach
psychicznych, bo to nie jest miejsce, ale chyba wszyscy się bardziej w
tym momencie poznaliśmy.
Koledzy tłumaczą ten fakt, że samolot tak
"wypuchł", że...
Bo obydwaj mieliśmy w tym momencie ręce
na manetce gazu i tam się okazuje... że zostały wypuszczone klapy, dlatego
aerodynamicznie samolot "wypuchł"... Ale przy tej minimalnej
prędkości którą mieliśmy takie wypuszczenie klap to by spowodowało odwrotną
reakcję samolot by wszedł w nurkowanie...
A.K.: Nie potrafi pan tego wytłumaczyć?
K.W.: To jest niewytłumaczalna sprawa.
Można tylko i wyłącznie powiedzieć, że to była interwencja z Nieba.
A.K.: Czy pan był człowiekiem religijnym?
K.W.: Miałem przy sobie obraz Matki Boskiej
Częstochowskiej namalowany specjalnie na ten przelot. To było takie typowo
polskie, wyrastające z tej chrześcijańskiej tradycji. My po prostu powierzamy
wiele rzeczy opiece Matki Boskiej. To jest typowe dla nas Polaków, że uciekamy
się w dramatycznych chwilach do tej matczynej opieki. Ja święcie wierzę,
że tylko za sprawą tej interwencji lot się powiódł.
Pozytywny aspekt tego wypadku mógą być
też taki, że zmniejszyliśmy prędkość. W związku z tym mając w skrzydłach
gałęzie i różnego rodzaju liście i pnie drzew, lecąc z mniejszą prędkością
wzbudzaliśmy chyba niebywały zachwyt na ziemi. To było uszkodzone, miało
mniej aerodynamiczne kształty, wyglądało, jak taka wielka szafa z gałęziami.
Ludzie mówili sobie pewnie wojskowi również że samolot z polskimi
znakami z gałęziami, z czymś co wygląda, jak skrzydła leci na południe.
Wtedy ktoś mówił: "Prima Aprilis" i na tym się kończyła dalsza interwencja.
Być może tak było. Tak to sobie w każdym razie tłumaczę.
Przez góry lecieliśmy z rezerwą, już trochę
wyżej dolinkami; tam jest wysokie to przejście, więc chodziło o to, by
wystarczało prędkości na wznoszenie, a jednocześnie, żeby to było w bardziej
racjonalnym układzie, w stosunku do topografii; do tego, co dzieje się
wokół. Nie chcieliśmy znów gdzieś utkwić w jakimś wąwozie bez wyjścia.
Następnie przeskoczyliśmy do tej rzeki
Wag. Wzdłuż niej lecieliśmy bardzo nisko. I dolecieliśmy do Nowego Miasta
nad Wagiem. Stamtąd zrobiliśmy taki taktyczny przelot przez małe Karpaty.
One się chyba nazywają Białe Karpaty. Przeskoczyliśmy przez górki i znaleźliśmy
się po ich zachodniej stronie. To przejście robiliśmy dosyć nisko, w wąwozie
ale tam już wiedzieliśmy, że potem jest już tylko bardzo równinny
teren, który się ciągnie aż do samej granicy austriackiej, i przylegliśmy
sobie do tego terenu...
A.K.: Na jakiej wysokości?
K.W.: Tam już mogło być najwyżej kilkanaście
metrów, momentami kilka metrów. Przelatując nad jednostką wojskową, lecieliśmy
tuż nad jakimś opancerzonym transporterem, to było dosłownie kilka metrów.
A.K.: Nad jednostką wojskową?!
K.W.: Inaczej się nie dało, te jednostki
były po drodze.
I dostaliśmy się w końcu do Austrii.
A.K.: Co pan czuł jak pan przelatywał
przez ten pas zaoranej ziemi?
K.W.: Tam jest pierwsza linia wież strażniczych
i za tą linią nie było rzeki, której się spodziewaliśmy. Okazuje się że
tam jest pas... Przeskakujemy nad tym pierwszym płotem, następnie jest
zaaorana ziemia i za kilkanaście sekund widać drugi płot z wieżami. To
było dla nas zaskoczenie, mierzyliśmy początkowo pomiędzy te wieże.
A.K.: Lecieli panowie na wysokości
tych wież...
K.W.: Ale w tym momencie Jędrek zdecydował
się lecieć wprost na wieżę!
A.K.: Tam były karabiny maszynowe?
K.W.: No właśnie! I to było jedyne, co
przekonywało tego człowieka żeby nie strzelał, że mamy równe szanse.
Czy strzelał czy nie strzelał to nie wiem...
Jędrek... Nie mam słów uznania dla niego
i dla jego sztuki latania. Samolot był zdecydowanie mało aerodynamiczny,
a wyciągnął z niego co się jeszcze dało. I gdy zobaczył ten ostatni element
żelaznej kurtyny, to potrafił jeszcze tak powiedziałbym
jak spod Samosierry, jak spod Monte Cassino... Szarża była ułańsko-wojskowo-lotnicza.
Widziałem oczy tego człowieka na tej wieży!
A.K.: Stał tam za karabinem maszynowym?
K.W.: No tak! Przelecieliśmy wreszcie tę
rzeczkę, taka była niepozorna na mapie, ale wówczas bardzo rozlała i tam
gdzieś stała budka austriacka i żołnierz trochę szwejkowaty przy niej.
Tu zaczyna się nasza przygoda na Zachodzie.
Były różne głosy... My nie wspomnieliśmy jeszcze Jurka Czerwińskiego. Jurek
Czerwiński był tym pilotem, który był z tyłu, z mechanikiem. Tu trzeba
uczciwie powiedzieć, nie było żadnej przemocy.
A.K.: W stosunku do mechanika?
K.W.: Absolutnie żadnej!
Między innymi, Jurek nalegał na to, aby
lecieć do Niemiec. Ja również byłem nastawiony, aby dolecieć do Bad Tolz,
do takiej amerykańskiej bazy pod Monachium, ale Jędrek chciał wylądować
jak najszybciej.
A.K.: Ze względu na samolot?
K.W.: Ze względu na samolot. Poza tym wchodziła
w grę kwestia propagandowopolityczna: lecąc do amerykańskiej bazy NATO
wzbudzimy zbyt wielką sensację polityczną, natomiast gdy wylądujemy w Wiedniu,
to będzie takie "neutralne". I jego teoria wzięła górę.
Oczywiście nas na radarach nie byli w stanie
zobaczyć...
A.K.: Czy panowie się nie bali, że
oni podejmą jakąś akcję?
K.W.: Propagandowo oni następnego dnia
w gazetach taką akcję podjęli; że tam ich helikoptery nas przechwyciły,
ale to w ogóle tak nie było. Wręcz odwrotnie - Nie mogli nas znaleźć
na radarach. Byliśmy już wtedy na wysokości jakichś 300 metrów. Wzywałem
ich na częstotliwości 118,1 MHz, to była częstotliwość wieży w Wiedniu.
To była druga próba nawiązania łączności, bo najpierw próbowaliśmy nawiązać
łączność z wojskowym lotniskiem, co w ogóle nie wyszło. I od tego wojskowego
lotniska zaczęliśmy odlatywać, żeby w jakieś kłopoty czasem nie wpaść.
Bałem się, że będą nas po wylądowaniu nękać.
W końcu to Austriacy. Naczytało się różnych książek o Austriakach...
Następnie polecieliśmy do Wiednia, nad
samo centrum Wiednia i zaczęliśmy krążyć nad OperaRing, nad operą. Uwielbiam
operę i dlatego postanowiłem jako punkt orientacyjny wybrać ten gmach.
Mówię do faceta z tej wieży, że jesteśmy nad operą... Bo on pytał mnie
o położenie. Potem miałem stamtąd kurs do lądowania 120 stopni - to pamiętam.
Były wtedy czynne na międzynarodowym lotnisku
Schwechat dwa pasy. Ja mówię do niego, że nie chcemy lądować dopóki nie
będzie przedstawicieli amerykańskiej ambasady na lotnisku, bo my jedziemy
do Ameryki, a tu tylko lądujemy, gdyż nam paliwa nie starcza na dalszy
lot... Oni wtedy zaczęli się zachowywać bardziej brutalnie. Ja im mówię,
że mamy dzieci i żony na pokładzie, że to jest wojskowy samolot. Zaczęli
wówczas oszukiwać, że już mają tych Amerykanów. To ja mówię, że my będziemy
musieli na razie zamknąć im jeden pas, ten 120 stopni, że będziemy krążyć
przy początku, nie przekraczając połowy tego pasa, żeby mogli sobie
ten drugi spokojnie trzymać w użyciu, ale oni w ogóle przerwali loty,
trzymali wszystkie samoloty w holdingach, potem je zaczęli sprowadzać do
lądowania na ten drugi pas.
Mówię im, że jeżeli nie będzie przedstawicieli
amerykańskiej ambasady to my zamkniemy im całe lotnisko. I wtedy zaczyna
się dyskusja z Jędrkiem, Jędrek już chce lądować... No i lądujemy...
Oczywiście to było przepiękne lądowanie.
Ostatni raz na AN-ie drugim. Do dzisiaj to pamiętam!
Wylądowaliśmy i zakołowaliśmy za takim
samochodem; przyjechał jakiś taki "follow me". Było widać od samego początku,
że ludzie, którzy się nami interesują, w tych kombinezonach mechaników
to jest jednostka specjalna. Od razu, gdy tylko otworzyliśmy drzwi wpadli
do samolotu obezwładnili nas wszystkich zabrali broń...
Tak się złożyło, że ja byłem po cywilnemu,
a mechanik i dwaj piloci byli w mundurach. Oni zostali odseparowani
od nas - jako od cywilów. Później wyszło, że to ja byłem organizatorem
całego lotu, że na mapie było moje pismo. Byli bardzo źli na mnie...
A.K.: Czyli oni zaczęli normalne
śledztwo, jak przy uprowadzeniu samolotu.
K.W.: Śledztwo trwało wiele godzin, bo
my tam zalecieliśmy chyba o drugiej po południu.
A.K.: Czyli o dwunastej w Krakowie,
a o drugiej już w Wiedniu?
K.W.: Tak, ale tam jeszcze jest różnica
czasu. Nad Czechosłowacją lecieliśmy chyba 49 minut. Ten dolot do granicy
polskiej to było może 25 minut i w Austrii lataliśmy może z pół godziny.
Dwie godziny ten lot trwał, na pewno.
Mniej więcej już w godzinach wieczornych
oni byli bardzo wściekli, że ja nie przyznałem się od samego początku...
Tam była kwestia zeznań, bo mechanik od
razu chciał wracać do Polski. Przyjechali z ambasady polskiej i chcieli
go zabrać. Mechanik był doskonałym znajomym Jędrka Malca, więc Jędrek i
Jurek czuli się zobowiązani w pewnym stopniu, aby on bez kłopotów wrócił,
więc zeznawali przeciwko sobie; zeznawali, że uprowadzili go z bronią w
ręku. Jurek zeznawał nawet, że przykładał mu pistolet do głowy, czego ja
nigdy nie widziałem.
A.K.: Po to, żeby on nie miał kłopotów
w jednostce?
K.W.: Tak, natomiast takie zeznanie było
automatycznym przyznaniem się do winy i groził za to wyrok minimum cztery
lata więzienia! Za terroryzm z użyciem broni.
Miałem takiego znajomego, który jeszcze
tego samego wieczoru przyjechał tam i chciał nas wszystkich powyciągać,
ale już się nie dało, ponieważ moi koledzy podpisali zresztą za namową
takiej tłumaczki polskiej, chyba jakiejś esbeczki...
A.K.: O, w Austrii było bardzo dużo
takich wtyk.
K.W.: Coś strasznego, w każdym razie ona
namówiła ich, aby zrezygnowali z występowania z wolnej stopy i oni podpisali
to! Natomiast w mojej sprawie zastosowano coś, jak areszt domowy. Wyznaczono
mi miejsce. Oni zresztą sami mnie trzymali w tych miejscach najpierw,
pierwszą noc w Treiskirchen, a później wysłali mnie do miejscowości, chyba
to się nazywało Kirchof i tam mieszkałem przez dwa tygodnie... Do czasu
aż przy pomocy Amerykanów uciekłem z Austrii.
A.K.: W jaki sposób uciekł pan z
Austrii?!
K.W.: Samolotem!
A.K.: ????
K.W.: Okazało się, że ten mój znajomy,
z którym spotkałem się na lotnisku...
A.K.: To byli tam w końcu ci przedstawiciele
ambasady czy nie?
K.W.: No nie było! Ten znajomy to był taki
biznesmen, no powiedzmy austriackoaustriacki. Przez niego m.in. podałem
informację do mojej żony. Na lotnisku nie chcieliśmy zeznawać na tematy
wojskowe i słuch o nas zaginął przestali się nami interesować...
A.K.: To jak pana Amerykanie wyrwali
od Austriaków, dlaczego nie poszedł pan siedzieć?
K.W.: Tutaj cały czas jest ten aspekt uwięzienia
kolegów. W pierwszym i drugim dniu bardzo się łudziliśmy ja i obydwie
żony że oni mimo wszystko zostaną zwolnieni. Jakąś mieliśmy taką
dużą wiarę, że ten system zachodni dla stworzenia pozorów to robi, a tak
naprawdę, to jest taki ludzki system, więc oni wyjdą z tego więzienia i
będą z nami.
Minęły dwa dni i nic się nie działo. Moją
pierwszą reakcją było załatwienie przez tego znajomego wywiadu w "Głosie
Ameryki", żeby poruszyć polską opinię publiczą, Polonię na Zachodzie. Niewiele
wiedziałem o tym, jak to robić i pomyślałem, że to jest najlepszy sposób.
To się okazało dobrym posunięciem. Po tym wywiadzie dla "Głosu Ameryki",
po rozmowach z moim znajomym, stwierdziłem, że jedyną możliwością pomocy
kolegom jest po prostu zrobić jak to się mówi po angielsku deal, czyli
zrobić małą wymianę. Ja wreszcie coś tam im powiem, co oni będą chcieli
usłyszeć; a dzień bez uszczerbku dla Układu Warszawskiego był i tak dniem
straconym... Byłem jednym z tych, którzy w tamtym czasie przekazali informacje...
Chodzi o to, że ja bym chętnie mówił, gdybym wiedział, że to jest przydatne.
Nie miałem żadnych skrupułów, nigdy nie myślałem, że Polska jest krajem
niezależnym. Zdradzanie tajemnic wojskowych kraju, który jest uwikłany
w tak poważny wschodni układ, który nam odbiera tę wolność... Po prostu,
że jedyną drogą do wolności jest zniszczenie tego systemu. Myślałem, że
moje wiadomości są tak znikome, że nikomu na tym nie zależy.
A.K.: Ale Amerykanie byli zainteresowani?
K.W.: Okazało się, że ich to bardzo interesuje,
tym bardziej, że wiedziałem dużo w sprawie dywersji i umiejscowienia
grup specjalnych do działania dywersyjnego.
Jeszcze w 1982 roku trzeba to sobie
powiedzieć istniało niebezpieczeństwo wojny Wschodu z Zachodem i
wszystkie plany Moskwy jak wiemy dziś oficjalnie były planami
agresywnymi. Układ Warszawski uchodził za obronny, ale to był układ o bardzo
wielkich ambicjach agresora. Oni mieli w planach m.in. wejście do Paryża
w ciągu 48 godzin. Mieli takie różne tam dziwactwa, łącznie z bronią nuklearną.
Sprawa tych tzw. grup specjalnych była
dla Amerykanów bardzo interesująca, ponieważ te grupy miały zapoczątkować
uderzenie w wypadku takiej wojny. Miało się to odbywać na wielu płaszczyznach.
M.in. część miała się udać normalną lokomocją, mieli to być "turyści",
ale byli też i tacy, którzy mieli przelecieć samolotami m.in. ANami...
A.K.: I pan pokazał, że da się tak
przelecieć będąc niezauważonym.
K.W.: No właśnie. Ci dywersanci mieli się
przedostać w bardziej strategiczne miejsca. Tam, gdzie turysta przedostać
się już nie mógł. To oni kierowaliby ogniem rakiet taktycznych.
Oni również mogliby prowadzić własną dywersję
i siać zamęt. Tu wchodziło w grę użycie broni biologicznej i chemicznej.
Chodziło o to, do jakiego stopnia posunęliby się Rosjanie w wypadku agresji.
Stany Zjednoczone wiedząc o możliwości
agresji i znając te plany nie od kogo innego, lecz od samego płk
Kuklińskiego potrzebowały tylko pewnych weryfikacji, może dodatkowych
danych.
A.K.: A pan był w jednostce desantowej,
czyli też dywersyjnej?
K.W.: Między innymi wylatywaliśmy na takie
działania na ćwiczenia z grupą z Darłówka stuprocentowo dywersyjną.
Nie pamiętam, czy oni byli w Darłówku, ale wiem, że to było na północy
Polski. Ja tam nigdy nie byłem, ale był tam kilka razy Jurek Czerwiński.
Wobec tego ja używałem tego jako atutu. Mówię: "słuchajcie, ja tylko mogę
wam tutaj powiedzieć, że taka grupa istnieje, że oni tam są, że to robią,
ale ON jest w więzieniu u Austriaków, gdyby wyszedł, wówczas mielibyście
informacje z pierwszej ręki".
Ja zostałem, odebrany przez kolegów, którzy
nie mieli żadnego kontaktu ze mną, w ten sposób, że no... zwiałem i mnie
nie ma. Nie siedzę z nimi, to znaczy, że nie jestem kolegą, bo koledzy
powinni być razem! Z tym, że wtedy byśmy siedzieli cztery lata i
byłoby nam fajnie bardzo...
Pewnie teraz bylibyśmy nadal bardzo wielkimi
kolegami i mieszkalibyśmy obok siebie...
A.K.: Czyli to panów bardzo poróżniło?
K.W.: No tak, gdybyśmy byli wszyscy skazani,
to...
Zresztą Stany Zjednoczone nie przyjmują
do siebie terrorystów; nie przyjmują ludzi, którzy zostali oskarżeni o
piractwo powietrzne. A prawdą jest, że i oni i ja bez problemu zostaliśmy
tutaj przyjęci. Nie doszłoby do tego, gdyby nie mój wkład początkowy, a
później już ich własny. Bo oni również przez te same miejsca się przesunęli...
Nie byłoby tego, gdyby nie moja pierwsza
inicjatywa i ten pierwszy krok. W każdym razie, jesteśmy poróżnieni. Bić
się nie bijemy, ale mieszkamy z dala od siebie.
A.K.: Po prostu oni uciekli w mundurach,
a pan był po cywilnemu...
K.W.: To właśnie była ta różnica
na początku...
To się szczęśliwie złożyło, bo gdyby nie
ten fakt, że ja byłem po cywilnemu, to byśmy siedzieli od samego początku
razem. Na pewno też bym się nie wykazał wielką inteligencją i też bym podpisał
ten dokument, że rezygnuję z występowania z wolnej stopy... Siedziałbym
tam z polskimi złodziejaszkami w Wiedniu i obwiniał wszystkich dookoła.
A.K.: I jak długo oni zostali w tej
Austrii?
K.W.: Moja sprawa była prosta ponieważ
ja uciekłem z Austrii...
A.K.: Uciekł pan z pomocą Amerykanów
przetransportowali pana gdzie indziej?
K.W.: Tak, ale o szczegółach nie chciałbym
tutaj mówić.
Przy pomocy Amerykanów znalazłem się najpierw
w Londynie, później we Frankfurcie i na końcu w Monachium, gdzie mieszkałem
dwa miesiące do momentu wyjazdu do USA.
A.K.: Cały czas będąc z córką?
K.W.: Tak, miałem doskonałe mieszkanie.
Już teraz to nie istnieje więc można o tym spokojnie mówić. Na obrzeżach
miasta jest NegrowKasser baza wojskowa całe centrum dowodzenia
lotnictwem. To było zaraz obok Maryland University uczelni dla dzieci
dyplomatów i pracowników amerykańskich. Oni są w kilku miastach w Europie
to jest filia tego uniwersytetu na zachodzie Europy.
Mieszkałem na obrzeżach tej uczelni w ostatnim
budynku, na pierwszym piętrze, na drugim piętrze były te różne służby.
Więc chodziłem o jedno piętro wyżej i po prostu zmieniałem tylko
pokoje. Ci panowie przez dwa miesiące ze mną rozmawiali. Wykonałem też
dla nich pewien lot.
W ogóle uważałem się za bardzo pomocnego,
przez co nabrałem przekonania, że w bardzo krótkim czasie koledzy wyjdą.
Ale do mojego przylotu do USA 9 czerwca nie wyszli z więzienia. Wtedy tutaj
zacząłem działać przez prasę polonijną i Polish American Congress, przez
osobę pana Bolesława Wierzbiańskiego, który jest właścicielem gazety "Nowy
dziennik".
Tak się złożyło, że Ed Koch, który był
wtedy burmistrzem miasta, jechał do Wiednia. Prawdopodobnie Koch
załatwił tę sprawę, tak po koleżeńsku, z Bruno Kreisky*m. Czy to się tak
złożyło, czy to się tak tylko zbiegło razem trudno powiedzieć.
Moi koledzy rozmawiałem z nimi tu
już po ich przyjeździe czuli się tam szalenie opuszczeni, nie widzieli
żadnej pomocy, sądzili że wszyscy ich zostawili...
Że, przede wszystkim ja ich zostawiłem
to jest pierwsza sprawa... Że konsulat polski strasznie im dokuczał, że
zrobili pokazową sprawę sądową. Było to dosyć przykre.
Ja nie mogłem wrócić do Austrii, bo musiałbym
z nimi usiąść na ławie oskarżonych. To jest nieporozumienie, bo oni myślą,
że mógłbym być tylko świadkiem.
Oskarżenie mnie jako organizatora
lotu było proste: byłem tym, który naruszył przestrzeń powietrzną bez zezwolenia,
więc "naraziłem życie i zdrowie wszystkich tych, którzy latali wtedy nad
tym lotniskiem".
Przy końcu wakacji oni już wyszli z więzienia,
mieli wyroki w zawieszeniu.
A.K.: I to zakończyło całą eskapadę,
a pan rozpoczął normalne życie imigranta. Czy przestał pan latać?
K.W.: Właśnie nie przestałem i to był mój
problem. To były najbardziej wariackie czasy. Chciałem koniecznie
latać, ale na początku nie zauważyłem, że to jest, jak z nieudanym małżeństwem,
że ktoś chce za wszelką cenę być w małżeństwie, a miłości nie ma. To było
coś takiego, bo ja za wszelką cenę chciałem latać i chciałem się tutaj
wykazywać moimi "szalonymi zdolnościami lotniczymi". Od razu, w tym samym
roku zrobiłem licencję. Latałem w Mississipi jako Crop Duster Pilot
to jest opylanie "bronią chemiczną", ale owadów. Zacząłem wtedy czuć,
że nie chcę do końca tego robić; że te odległości, tęsknota za rodziną
wtedy mieszkaliśmy w Jersey City, żona była na północy, ja na południu.
Bardzo szybko wróciłem z powrotem.
Wszyscy patrzą na aspekty finansowe, ja
patrzyłem na zupełnie inny aspekt życia rodzinnego; córka miała wtedy
cztery lata. Po prostu nie pasowało to wszystko jedno do drugiego.
Później próbowałem różnych rzeczy w lotnictwie.
Od holowania reklamówek do commuter airliner. Z tego ostatniego jeszcze
szybciej zrezygnowałem. Ze względu na odległości. To jest dla osoby przynajmniej
o 10 lat młodszej ode mnie. Ja czułem się najlepiej z rodziną.
Rzeczą, do której chciałbym tu wrócić jest
ten wypadek. Absolutnie jestem przekonany, że mając Matkę Boską Częstochowską
przy sobie na pokładzie, jakoś wyraźnie odegrało to rolę.
Jest coś takiego jak magia latania. Myślę
że to właśnie zostało tam zatracone, że ja zatraciłem kompletnie ten urok,
ten romantyzm latania. To, co na początku spowodowało, że chciałem latać,
to co mnie ciągnęło przez te wszystkie pola aeroklubów, przez te wysokie
trawy... Przecież w Polsce było trudno latać.
A.K.: Latał pan tylko transportowymi
samolotami, czy również szybszymi?
K.W.: Szybszymi nigdy nie latałem, po prostu
mnie to nie interesowało. Idąc do szkoły lotniczej w Dęblinie byłem zaakceptowany
do szkoły oficerskiej bo miałem zdrowie na tzw. "rury" (odrzutowce).
Ale wtedy powiedziałem, że chcę iść na transportowe, a oni mówią, że nie
ma pilotów transportowych w szkole oficerskiej, to ja na to, że idę do
szkoły chorążych.
Szkoła chorążych w Polsce to był efekt
amerykańskich doświadczeń z Wietnamu. Przy końcu lat 60. Polacy zrozumieli,
że muszą szybko szkolić pilotów bez większej wiedzy inżynieryjnej.
Po szkole oficerskiej otrzymywało się tytuł
inżyniera, my natomiast byliśmy technikami, ale byliśmy ekspertami w dziedzinie
latania samolotami transportowymi. Mnie to pasjonowało, ponieważ wojska
nie cierpiałem. Do wojska nie przyszedłem dla kariery. Nigdy nie
mogłem się zgodzić z tą polityczną strukturą wojska, bo wojsko miało niesamowity
udział w walce politycznej w Polsce. W końcu stan wojenny to było wszystko
wojsko.
Nigdy nie lubiłem tego, no i chyba wojsko
mnie też nie lubiło, bo jak już uciekłem to mnie skazali na wysoki wymiar
kary. Tutaj ciekawa sprawa: nie odebrali mi stopnia. Mój "zaszczytny" stopień
chorążego odebrano mi dopiero w 1994 roku.
Zaraz po przewrocie w Polsce w 1989 roku,
postanowiłem być tym probierzem przemian politycznych i od razu wystąpiłem
przez konsulat o uniewinnienie. Były różne problemy z rozpatrzeniem tego
podania i trwało to kilka lat. W tym czasie zmieniło się chyba dwóch ministrów
sprawiedliwości. Prokuratura wojskowa ciągle nie chcieła uznać mnie za
niewinnego, raz mi zmniejszono wyrok. W końcu doszło to do prezydenta Wałęsy
i Wałęsa podpisał moje uniewinnienie, ale w tym samym czasie wojskowa prokuratura
zabrała mi stopień.
I teraz nagle zaczynam do tego przywiązywać;
wagę, bo dlaczego mi zabrali stopień?
A.K.: Dlaczego Jaruzelski nadal jest
generałem, a pan nie ma chorążego?
K.W.: Ja mogę być nawet na tym stosie ofiarnym
jeżeli Jaruzelskiemu odbiorą generała, to ja wtedy rezygnuję z mojego chorążego!
Podjąłem tutaj starania o odzyskanie stopnia,
bo dlaczego zostałem go pozbawiony?
A.K.: W dzisiejszej Polsce.
K.W.: No właśnie, w dzisiejszej to
jest wręcz nie do wytłumaczenia! To znaczy, dla mnie jest to bardzo prosto
wytłumaczyć, ale niech oni się tłumaczą!
A.K.: Pan wspomniał w rozmowie ze
mną, że jest członkiem Rodziny Radia "Maryja", czy to przez ten wypadek
pana religijność tak się właśnie pogłębiła? Czy to przez to, że przekroczył
pan jakąś granicę?
K.W.: W tym roku byłem na pielgrzymce z
Radiem "Maryja" u Ojca Świętego, na 19. rocznicę jego pontyfikatu.
To było niesamowite przeżycie dwa razy rozmawiałem z Ojcem Świętym.
To mogło się tylko odbyć dzięki Radiu "Maryja". Zostałem szalenie wyróżniony
przez ojca Rydzyka czytałem na Mszy św. na Placu św. Piotra.
To było czytanie Pierwszego Listu św. Piotra Apostoła, o tym, że każdy
jest żywym kamieniem, który tworzy Kościół Chrystusowy. To zdecydowanie
jest tekst, który pasuje dla słuchaczy Radia "Maryja", ludzi o bardzo tradycyjnym,
polskim podejściu do naszej wiary. Ja tu jestem w parafii amerykańskiej
i mi wcale nie przeszkadza wręcz odwrotnie pomaga, że mam takie korzenie,
że wywodzę się z tej właśnie polskiej, tradycyjnej religijności.
Wie pan, z religijnością, to jest niewytłumaczona
rzecz. Bo na przykład jednym to się bierze od urodzenia, że są bardzo religijni.
U mnie to jest na pewno związane z tamtym wypadkiem. Zdecydowanie widzę
w tym nadprzyrodzoną siłę, zbyt wiele rzeczy się wtedy jednocześnie zdarzyło.
Ja to może zbagatelizowałem w pierwszym
momencie, bo wtedy sądziłem nie wiem, czy pan pamięta słowa polskiego
hymnu lotników że "pilot jest ponad wszystko", a jednak nie jest.
A.K.: Dziękuję bardzo za rozmowę.
Wywiad przeprowadzono w 1998 roku
|