| Pogarda zabija
Za sprawą doświadczeń historii tkankę polskiego społeczeństwa niczym tłuszcz mięso przerastała niechęć i pogarda; pogarda inteligencji do chłopstwa, ziemiaństwa do ludzi pieniądza, chłopów do "miastowych". Złożył się na to specyficzny rys polskiego losu - obecność potężnej warstwy zdeklasowanej szlachty, która ową pogardą do innych warstw walczyła o utrzymanie własnej tożsamości w czasach, gdy po dawnej świetności pozostało jej jedynie "ski" w nazwisku. To właśnie przez tę przywarę polska myśl narodowa dość powoli rozszerzała się na "dolne stany". Prawdziwa zmiana przyszła dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym, m.in. za sprawą endecji. To ideolodzy tego obozu jako pierwsi wyartykułowali ideę narodowej solidarności. Solidarności, która w latach wojny bolszewickiej wystawiona na ciężką próbę, zdała swój pierwszy historyczny egzamin. Właśnie wtedy polscy chłopi, do niedawna poddani obcych cesarstw i żołnierze wrogich sobie armii, ruszyli bić bolszewika w obronie nowej Polski. Endecja była największym ugrupowaniem politycznym przedwojennej Rzeczpospolitej i to m.in. jej wielką zasługą jest to, że w latach okupacyjnej próby polska młodzież zdała na piątkę egzamin z patriotyzmu. To dzięki Dmowskiemu i jego kolegom idea narodowa zapalała ludzi do dojrzałego myślenia o polskich interesach. To właśnie endecy uświadamiać poczęli ludziom szkodliwość owej międzystanowej pogardy. Naród jest jeden, dlatego każdej osobie należny jest w nim szacunek. Tylko razem naród może stanowić polityczną siłę, zdolną przeciwstawić się zagrożeniom zewnętrznym. Pogarda i rozwarstwienie wróciły po wojnie do pobitego i upokorzonego społeczeństwa. Na dodatek, elity, którym przypadła rola zarządzania ówczesną Polską, były w dużej części przywiezione z zewnątrz i nie miały "umocowania" w narodzie. Znów więc szczuto wieś na miasto, robotników na "kułaków", inteligencję na robotników itd. Bo tak było łatwiej rządzić. W wielu środowiskach pokutuje durna pogarda dla tych "gorszych" Polaków; tych, którzy nie potrafią się poprawnie wysławiać (lepiej przecież wyśmiać kogoś, niż poprawić i pomóc), nie mówią w obcych językach, nie podróżują po świecie, tych mniej obrotnych i bez pieniędzy, bez samochodu czy wyższego wykształcenia... Gdy większość z nas nie chciała skakać w rytm przytupywania rzeczonej "elyty", wówczas okazywało się, żeśmy są... durniami, którym "słoma z butów wychodzi", zaś w najlepszym wypadku "homosovieticusami"... Dziś widać, że naród musi dorobić się nowych przywódców, musi się ich dopracować, musi ich wychować. Mimo tragicznego położenia dzisiejszej Polski, ograbionego kraju zaprzepaszczonych szans, "ziemia wciąż rodzi". Jest nadzieja, że polska spuścizna historyczna, polska tradycja zdoła wskrzesić nowe pokolenie narodowej elity. Kończy się okres ludzi wychowanych w PRL-u. Jeszcze dekada i odejdą. Ważne jest więc, aby pracować nad polskim odrodzeniem. Jednym z frontów tej pracy jest wykorzenienie pogardliwego spojrzenia "z góry" i pozszywanie rozdartej narodowej tkanki. Wszyscy jesteśmy myślącymi ludźmi, może czasem ktoś nie jest w stanie zgrabnie się wysłowić, brakuje mu oczytania czy zwykłej wiedzy; może piszemy z błędami, nie jest to jednak powód, by ci oczytani i elokwentni mieli patrzeć na kogoś takiego z wyższością. Nierzadko prości ludzie mają w sobie więcej uczciwości i serca niż ci wywyższający się uzurpatorzy ze świeczników. Polskie społeczeństwo zostało rozszarpane, w rezultacie wojny straciliśmy wspaniałych ludzi. Naród podzielił się na "my" i "oni". "Nas", czyli rządzonych, i "ich", czyli zdrajców i zarządców z ościennego mocarstwa. Polacy przestali myśleć o władzy jako o czymś, co wyrasta z narodu i jest przed narodem odpowiedzialne. Lata czerwonych rządów spowodowały, że do dzisiaj w - teoretycznie - niepodległym państwie ludzie nie czują, iż to oni rządzą i są siłą sprawczą, która powinna kształtować los kraju. Pozaszywanie tego rozdarcia jest pracą na pokolenia. Uświadomienie sobie, że stanowisko w administracji czy rola polityka polega na reprezentacji, na służbie innym, że wywodzić się musi z narodu, powoli kiełkuje w polskim społeczeństwie. Jest to trudna droga, podszyte strachem "elity" są silnie okopane i reagują odruchowo na wszelkie przejawy oddolnej organizacji - natychmiast idą w ruch oskarżenia o populizm, szowinizm itp. Są to również "elity", które doskonale znają mechanizmy manipulacji, w końcu uczyły się ich przez lata. Wykorzystują więc prowokację i starają się kanalizować oddolne niezadowolenie. Czas , aby ta sytuacja uległa zmianie. Wielkim orężem tej walki jest słowo. Dlatego właśnie tak niewiele w Polsce niezależnych mediów. Wielkim orężem jest również wiedza o tym, jak się organizować i jak działać. Tę wiedzę trzeba szerzyć wszędzie, gdzie tylko można, poczynając od rozmów prywatnych. Polskie społeczeństwo przez lata komunizmu było zorganizowane na zasadzie kastowej; kasta przywódców i rządzona masa. Od czasu do czasu do kasty rządzącej dopuszczano odpowiednio spreparowaną świeżą krew, zazwyczaj inteligentnych konformistów. Przy pomocy "porozumienia okrągłego stołu" ten chory układ został przeniesiony do dzisiejszej Polski. Zmieniła się tylko jego fasada. Uczmy się więc widzieć w drugim Polaku brata, uczmy się definiować narodowy interes. Ten interes nie jest wydumaną abstrakcją, to jest proste przełożenie, dobrze pojętego interesu nas samych, naszych rodzin i dzieci. Aby go dostrzec trzeba tylko patrzeć dalej niż na wyciągnięcie ręki, trzeba myśleć w perspektywie długofalowej. Po nas przyjdą kolejne pokolenia. Chodzi o to, aby mogły żyć w dobrze urządzonym, praworządnym państwie, będącym szanowanym członkiem wspólnoty innych narodów; chodzi o to, by nie dały sobie w kaszę dmuchać i nie wisiały u klamki innych dobrze zorganizowanych państw. Do tego wszystkiego potrzebne jest wyzbycie się owego płytkiego egoizmu, wyzbycie się pogardy do innych, tych "z magla", tej "baby" z kiosku, tych z przystanku autobusowego, tych bez pieniędzy czy wykształcenia. Zobaczmy, że ich interes jest naszym interesem, zobaczmy, na jak wiele sposobów jesteśmy współzależni. Ktoś kiedyś powiedział, że my, Polacy, nie lubimy się nawzajem. To "nielubienie się" to rezultat zaszłości. Nie mamy tego w genach i nie wysysamy z mlekiem matki. Weźmy więc przyszłość we własne ręce, poczujmy siłę, która tkwi w nas samych, nie pogardzajmy drugim Polakiem, bo w ten sposób gardzimy samymi sobą, a ta pogarda nas zabija. Krzyczmy i my
Móc liczyć na Polaka Filantropia to słowo wyśmiane i staromodne. W potocznej świadomości wepchnięto filantropów do worka nieprzyjemnych i zakłamanych darmozjadów, którzy wywołane nienależnym bogactwem wyrzuty sumienia usiłują zagłuszyć przy pomocy rozdawania darmowych zupek i kaftaników. W czasach niesławnej pamięci peerelu filantropia istniała tylko w fabule filmów historycznych o "strasznych" latach prekomunizmu. Państwo socjalistyczne było tak "doskonale" zorganizowane, że nikomu indywidualnie nie trzeba było pomagać - co najwyżej w czasie oficjalnych spędów "pomagało się" partii w realizacji planu czy wykopkach w państwowych zakładach rolnych. Ludzie żałośnie biedni, według oficjalnej propagandy, musieli być bumelantami o dwóch lewych rękach... Zresztą teoretycznie ich nie było, bo ustrój nie przewidywał dla nich miejsca, praktycznie zaś zajmowały się nimi jedynie organizacje kościelne. Dziś w Polsce jest nawet gorzej. Stare przyzwyczajenia pozostały. (Niewielu Polaków decyduje się na systematyczne wspieranie organizacji charytatywnych. Rzadko też poświęcamy czas, by pracować jako wolontariusze - pisała niedawno "Rzeczpospolita".) Tych zaś, którym od czasu do czasu coś piknie w serduszku, aby pomóc bliźniemu, od razu zniechęca otoczenie. Czasem zniechęcają nawet najbliżsi. Powszechne przekonanie, że pomoc jest źle wykorzystywana, rozkradana, czy przeznaczana dla "krewnych i znajomych królika", każe zawahać się nad portmonetką. Morze polskiej biedy rozlewa się szeroko. Być może szerzej niż kiedykolwiek przedtem (nie licząc katastrofalnych czasów wojennego tumultu). By się o tym przekonać wystarczy pojechać w Polskę, w rejony objęte 40-procentowym bezrobociem, pochodzić po wielkopłytowych osiedlach w miastach, gdzie zamknięto jedyne zakłady, popytać na wsi... Dlaczego jest bieda to osobny temat. Jego zajawieniem niech będzie fragment listu z Polski: "Oczywiście, za komuny była niszczona prywatna przedsiębiorczość, np. poprzez sławne domiary, lecz gdy kilka lat temu uruchomiłem własną firmę, to zbankrutowałem dzięki działaniom rządu "Solidarności". (...) za czasów AWS-u wszyscy prywatni przedsiębiorcy musieli zaakceptować wprowadzenie przez rząd "epokowej" reformy ZUS-u i wielu nowych obciążeń. Dzięki tej reformie zostałem rozwalony przez ZUS. Tak samo wiele spółdzielni zostało zlikwidowanych za czasów tzw. prawicy. Kto wie, może to było spowodowane tym, że do dnia dzisiejszego nie było lustracji, lecz nie tej lustracji, jakiej domaga się część prawicy, lecz tej lustracji, o jakiej można było wnioskować po przeczytaniu kazania Księdza Bartnika ?Solidarność, tryumf czy klęska?=. Tam była prawda o kulisach powstania ?Solidarności=". Niezależnie od tego, kto winien i dlaczego, pomoc jest konieczna. Trudno jest "dobrze" pomóc. Nie chodzi wszak o tworzenie "kultury cargo" i uzależnianie od paczek, chodzi o okazanie narodowej solidarności na wszelkie możliwe sposoby i wobec konkretnych osób. Może to być dofinansowanie polskich "biduli", ufundowanie stypendium, a może wysłanie czasopism i książek. Idzie o to, aby dzisiejsza polska bieda, w jak najmniejszym stopniu ograniczyła szanse przyszłych pokoleń, aby pomimo niej coraz więcej Polaków wyrastało na światłych i "pozbieranych do kupy ludzi". W pewnych religiach istnieje nakaz przekazywania 10 procent dochodów na zbożne cele. Spróbujmy zastosować to u siebie, spróbujmy namówić innych. I nie wstydźmy się pomagać, nie patrzmy na to, że znajomi pukają się po czole, albo sentencjonalnie stwierdzają, "no, tym to musi się powodzić, skoro pieniądze rozdają". Nie muszą to być pieniądze, może zdobędziemy się aby zafundowanie komuś z rodziny w Polsce kurs językowy, może postanowimy wysłać do sierocińca ze trzy komputery, może opłacimy wycieczkę dzieciom z wielodzietnej rodziny zastępczej. Każdy z nas ociera się w życiu o różne polskie potrzeby, słyszy o nich z drugich czy trzecich ust, tu w Kanadzie i w Polsce. Każdy z nas może pomóc na swoją miarę. Jeśli zaś naprawdę nie wiemy komu, to pozostają organizacje charytatywne, fundacje i społeczne zbiórki. Zgoda, większość z nich wygląda dość rachitycznie, i na dobrą sprawę, oprócz Fundacji Charytatywnej KPK, nie mamy tu polskich organizacji o podobnym statusie, uprawnionych do wydawania zaświadczenia do podatków (A czemu nie? W ostatecznym popodatkowym rozrachunku mniej nas taka pomoc kosztuje, czyli możemy dać więcej), ale lepszy rydz niż nic. Samopomoc to krok na drodze do zabliźniania rozerwanej polskiej tkanki, do odnowienia poczucia narodowej wspólnoty, przełamania zgorzknienia. Jest to jeden z wymiarów aspektów odrodzenia. W dawnych czasach solidarność narodowa była naturalnym przedłużeniem rodziny, ziomkostwa (Państwo wybaczą słowo). Rzeczą normalną było to, że krajanie sobie pomagają. Gdy budowało się dom, przychodzili pracować sąsiedzi, kuzyni, daleka rodzina. Potem przyszła wojna, migracja, wymieszanie ludzi, terror, donoszenie i wzajemna podejrzliwość. Porozbijane pokomunistyczne i postkomunistyczne społeczeństwo trzeba pozbierać do kupy. I to niezależnie od tego czy w Kanadzie, czy w Polsce czy gdziekolwiek na świecie. Polak na Polaka powinien móc liczyć. Nie jest to łatwe, bo po rozmrożeniu z komunizmu, jako naród doświadczyliśmy kolejnego bezhołowia i kolejnej zdrady - tym razem własnych elit. W Polsce lat 90. przekonywano, że "w kapitalizmie" obowiązuje zasada kiwania wszystkich i wszystkiego - zaś przedsiębiorczość tożsama jest z gangsteryzmem i złodziejstwem. Tłumaczono, że człowiek człowiekowi wilkiem, a gdy dziś ktoś ciebie wykiwał, to jeśli masz głowę na karku, jutro ty go wykiwasz. Takie było polskie wyobrażenie o kapitalizmie. Znajomy przedsiębiorca, który w latach 90. pojechał z sentymentu do Polski, bo od 46 roku nie mógł, opowiadał, że przez kilkadziesiąt lat prowadzenia firmy i zawierania kontraktów "na twarz", nikt go nie oszukał. W Polsce stało się to "na dzień dobry". Pomóc potrzebującym to nie tylko dać pieniądze, gdy trzeba, ale również "pokazać drogę", czyli udzielić informacji, poradzić, podać rękę młodym ludziom, pomóc w karierze. Od pomocy nikogo jeszcze "nie ubyło", przeciwnie, ona owocuje również w nas samych, tych pomagających, ona buduje więź, dając poczucie bezpieczeństwa. Pomyślmy, o ile więcej, byśmy mieli gdyby każda polska firma, i każdy z nas, 10 proc. przeznaczali na pomoc dla innych Polaków. Nie, nie pod przymusem, nie w postaci podatku, nie na żaden z góry wskazany i zaklepany cel, nie na zbiurokratyzowaną nikomu nieprzydatną organizację, lecz z serca, na cel, w którym sami widzimy głęboki sens. Być może każdy z nas dawałby na co innego, ale razem budowalibyśmy jedną siłę. Polską siłę.
Ależ to był rok! - Chciałoby się wykrzyknąć. Zmienił się premier federalny, zmienił się premier Ontario, ba, nawet burmistrz Toronto pożegnał się ze stanowiskiem. W gabinety kanadyjskiej polityki wdarli się nowi ludzie. Zresztą mocno szarpnęło nie tylko polityką. SARS, choroba szalonych krów, niespotykane od dziesięcioleci pożary lasów w Kolumbii Brytyjskiej, sierpniowy blackout w Ontario. Słowem, "jak nie urok, to sraczka"... Gdy wydawało się, że nic nie jest nas w stanie zaskoczyć i wyczerpaliśmy już przydział klęsk żywiołowych i ciosów losu, wówczas, to - na przykład - gasło światło. Mimo tych wszystkich "patyków" wkładanych w szprychy kanadyjskiego roweru, wyszliśmy obronną ręką. Kołysało, kołysało, ale nas nie pozrzucało. Idzie więc nowe, nowy rok, na który, jak na każdy, patrzymy z nadzieją. Czy będzie lepiej, czas pokaże, pewne jest natomiast to, że świat zmienia nam się w ekspresowym tempie, na naszych oczach następują przekształcenia, o których później uczyć będą na lekcjach historii. Jednym z takich podstawowych procesów jest przepoczwarzenie się Stanów Zjednoczonych w imperium usiłujące rozstawiać innych po kątach we wszystkich zakątkach globu. Od nowego premiera Kanady będzie to wymagało zręcznego lawirowania dla zachowania (przynajmniej pozorów) niezależności. Nie jest to jedyne wyzwanie nowego rządu federalnego. Kolejne wiążą się ze sprawami gospodarczymi, z faktem, że coraz mniej produkujemy a coraz bardziej konsumujemy na kredyt. Rok 2004 to czas kolejnych wyborów federalnych. Jeśli przez kilka najbliższych miesięcy nowa Konserwatywna Partia Kanady nie pozbiera się do kupy i nie wyda charyzmatycznego lidera, liberałowie nie mają się czego obawiać. Na razie tarcia wewnętrzne - rzecz normalna - po scaleniu w jedno dwóch zgoła różnych partii, uniemożliwiają wypracowanie atrakcyjnego programu politycznego. Administracja federalna usiłuje, odebrać wiatr z żagli nowej partii, forsując program reform parlamentarnych, od dawna postulowanych przez prawą stronę kanadyjskiej sceny politycznej. Aby konserwatyści mieli jakąś szansę, szeregowy wyborca musi odczuwać potrzebę zmian i reform. Na razie potrzeba ta nie jest zbyt rozbudowana i w zupełności zaspokoi ją nowa liberalna ekipa federalna. Czego w 2004 roku można się spodziewać po nowym premierze Ontario Daltonie McGuintym? Z pewnością podwyżki podatków. Przygotowaniu gruntu służyć ma już dziś straszenie deficytem i czarnowidztwo nowego ministra finansów. Nawet jeśli nie będzie się to nazywało "podwyżką podatków", będzie to oznaczało zwiększenie daniny na państwo ("od drugiej strony" poprzez podnoszenie opłat za usługi państwa, lub wprowadzenie opłat za rzeczy do tej pory "darmowe"). Niestety, nowa ontaryjska ekipa wywodzi się ze szkoły traktującej gospodarkę, jak grę zero-sumową, czyli, aby jednym dać więcej, innym trzeba więcej zabrać. W rzeczywistości - jak udowodniło to życie na licznych przykładach - zmniejszenie opodatkowania poprawia opłacalność i zachęca do przedsiębiorczości, paradoksalnie, nie trzeba wówczas więcej zabierać, aby w koszyku było więcej do rozdawania. Ot, po prostu inna filozofia... Czy zatem będzie lepiej? Wiara w lepsze jutro nikomu jeszcze nie zaszkodziła... Rok 2003 upłynął w Polsce pod znakiem afer. Nie byle jakich. Nawet słowo "afera" nie opisuje dokładnie rozkładu samego jądra państwa, który ujawnił się w minionych miesiącach. Wygląda na to, że złodzieje nie bardzo mają już co kraść i zaczynają skakać sobie do oczu. W środowisku rządzącej sitwy następuje mniej lub bardziej sterowane pranie brudów. Konkurencyjne obozy sięgają po "kwity", albo dają do zrozumienia, że je mają. środowisko byłego wywiadu i polskie chłopaki z KGB szczerzą dziś kły nawet na byłych kolegów z pezetpeerowskiego "cywila". Sukna do rwania coraz mniej, więc i rośnie nerwowość. U boku afery Rywina, pod koniec roku wypłynęła sprawa Wiesława Huszczy, skarbnika komunistów, człowieka związanego z "wojskówką", czyli Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, umoczonego w niejeden czerwony przekręt, a ostatnio w aferę jednorękich bandytów. O tym, że polskie interesy polityczne od zarania III RP związane były z gospodarczymi przekrętami, wiadomo było od dawna. Od samego początku ugody komunistów z tzw. opozycją, działalność polityczną oraz codzienne wydatki polityków finansowano z gangsterskich ruchów. Ponieważ w Polsce po 1989 roku rządził jeden układ - ten pookrągłostołowy - jedna i druga strona "po dżentelmeńsku" przymykała oczy na działania drugiej, w myśl zasady "kradnij i pozwól kraść innym". Nie było opozycji, więc nie było komu szachować układu. Jak to wdzięcznie określił kiedyś Bronisław Wildstein, potraktowano państwo, jako łup. Dzisiaj nikt nie chce być rzuconym na pożarcie, dlatego Huszcza publicznie puszcza oko, że ma kwity na Kwaśniewską i Kwaśniewskiego, zaś drugi obóz otwarcie mówi o czekistowskim rodowodzie skarbnika, wskazując, jak jego interesy wiją się obok posowieckiej grupy biznesowej. Bardzo pouczająca jest tu lektura tekstu, który 27 grudnia ukazał się w "Rzeczpospolitej", a oparty został na obserwacji gości wchodzących i wychodzących z imienin Wiesława Huszczy, które we wtorek, 9 grudnia odbyły się w siedzibie jego firmy na Szucha 8 w Warszawie (w eleganckiej kamienicy będącej własnością Federacji Rosyjskiej). Wszak "Czerwona pajęczyna" musi gdzieś czasem wspólnie się napić, a nie ma lepszej okazji, niż imieniny jej byłego skarbnika, trzymającego dziś w ręce informacje zdolne zniszczyć najważniejszych ludzi w państwie. Nowa Polska od zarania istnienia jest piaskownicą, zabaw wywiadów rozgrywających interesy swych central przy użyciu rodzimych "volksdeutschów". Podobnie, jak w czasach PRL-u, owi renegaci zabezpieczają wyłącznie własne interesy grupowe. Innych nie znają. Dla nich "Polska", "niepodległość", "naród", podobnie jak kiedyś "komunizm", "partia", "socjalizm" to propagandowe slogany. Czysta abstrakcja i fasada, pod którą pulsuje prawdziwa czerwona gęba byłych towarzyszy. Siła nacisku Ile mamy tu w Kanadzie polskich organizacji charytatywnych? Ile mamy polskich fundacji? Ile organizacji finansowych i zapomogowych? Ile stowarzyszeń i grup lobbyingowych? Ilu polityków na szczeblu municypalnym, prowincyjnym i federalnym? W Mississaudze, gdzie język polski jest na trzecim miejscu pod względem upowszechnienia, nie ma ani jednego radnego polskiego pochodzenia. O szczeblu prowincyjnym czy federalnym lepiej nie wspominać. Słabość organizacyjna polskiego środowiska, wewnętrzne skłócenie, podziały, pieniactwo, rozkradanie wspólnego majątku - wszystko to składa się na porażająco smutny obraz polonijnej rzeczywistości. Ludzie uczciwi, nieprzekupni u-ciekają od tego "bagienka", ostrzegani, że "to wciąga". Nasza "stajnia Augiasza" czeka wciąż na Herkulesa, czeka na ludzi, którzy uczciwością nie będą wycierać portmonetki. Po co się tym zajmować? Po co w ogóle zaprzątać sobie głowę sprawami "polonijnymi"? Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy organizacyjna siła środowiska narodowego (czy etnicznego) jest potrzebna i przekłada się na indywidualny sukces czy karierę, proszę popatrzeć na przykład na środowisko żydowskie. Proszę wziąć pierwszy lepszy informator i policzyć, ile jest żydowskich fundacji, jak zgrabnie działają one na pograniczu własnej grupy i społeczeństwa kanadyjskiego, jak zręcznych metod używają do finansowania działalności. Siła danego środowiska etnicznego to możliwość nacisku na politykę kanadyjskiego państwa, możliwość wpływu na jego politykę zagraniczną (proszę łaskawie zerknąć na Stany Zjednoczone), na promowanie grupowego interesu. Ten interes to nie żadna abstrakcja, tylko - w naszym przypadku - dobrobyt konkretnych Polaków, ich rodzin i dzieci. Aby skutecznie działać, trzeba sobie uświadomić, gdzie się znajdujemy w tej chwili, z jakich pozycji startujemy. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że kwicząc leżymy na obu łopatkach. Polacy nie działają w partiach politycznych, nie angażują się w pracę kanadyjskich organizacji społecznych i nie tworzą własnych. Nasze wewnętrzne sprawy sprowadzają się w zasadzie do kłótni o pieniądze, spadki i prowadzenie spraw sądowych. Po prostu zgroza. Żrąc się "wylewamy dziecko z kąpielą", bo nie jesteśmy w stanie wystąpić na zewnątrz jednym frontem. Oczywiście, można podać długą litanię "obiektywnych czynników", przez które tak właśnie jest. Główny to brak tradycji społecznikowskiej, przerwanej przez komunistów. Lata dwudziestolecia międzywojennego pokazały, że jako naród jesteśmy w stanie się zorganizować, że "żywioł polski" w niczym nie ustępuje innym. Kilka dekad komunizmu, skutecznie i systematycznie zabiło wszelką oddolną organizację narodu. Była to działalność celowa, prowadzona z całą bezwzględnością przez komunistycznego okupanta. Większość z nas wychowała się w społeczeństwie nakazowo-feudalnym, w którym instrukcje płyną z góry, a nasza reakcja sprowadza się okazyjnie do wyrażania niezadowolenia, bądź zadowolenia. Jak to się ładnie mówi, społeczeństwo polskie utraciło wówczas "podmiotowość". Ludzie przestali sobie zdawać spra-wę, że sami są "czynnikiem sprawczym", że to oni własnymi rękami i głową tworzą, budują i organizują. Apatia, przerywana spazmami pracowniczych protestów, była polską cechą narodową. Przerywali ją chwilami nieliczni prywaciarze, zmuszeni do funkcjonowania w chorej strukturze. Życie społeczne sprowadzało się do udziału w oficjalnie organizowanych i kontrolowanych spędach typu "wybory", pochody itp. Nawet wiele lat po odzyskaniu niepodległości, ludzie w Polsce nadal mówili o "Onych", tych w władzy, tych "na górze". Z mentalności pańszczyźnianej trudno jest się wyzwolić, zwłaszcza, gdy przez lata było się politycznym mięsem armatnim. Tradycja działalności publicznej, obywatelskiej, działalności narodowej dopiero się rodzi. Dopiero powoli kiełkuje u nas myśl, że do aktywnej roli mamy przygotowywać nowe pokolenie. Nasze ambicje muszą być wielkie. Naszym marzeniem nie powinno być to, abyśmy mieli dobrą pracę w fabryce, samochód i dom za miastem, lecz abyśmy sami mieli fabryki, abyśmy kierowali kanadyjskimi instytucjami finansowymi, kształtowali politykę. Nie ograniczajmy myślenia staropolskim "a, po co to robić, przecież i tak się nie uda", zaszczepmy u naszych dzieci przekonanie, że mogą i powinny iść na sam szczyt, że nie ma dla nich granic. I wreszcie zacznijmy sami działać. Wiele osób nie wyobraża sobie, że "coś można robić z niczego", że największym kapitałem nie są pieniądze, lecz ludzie - ich inicjatywa, przedsiębiorczość i ciężka praca. Entuzjazm i wiara, góry przenoszą. Dosłownie! Wystarczy tylko trochę zaryzykować, wystarczy przestać się bać. Ilu z nas ma marzenia, chciałoby coś zrobić, założyć własną firmę czy podjąć jakiś śmiały krok, ale boi się przyszłości. Boi się, że nie będzie miało z czego zapłacić rachunków, że straci wygodę, do której się przyzwyczaiło. Tymczasem nic w tym życiu nie jest trwałe i zamiast czekać w strachu co nam przyszłość przyniesie, lepiej ją samemu kształtować i tworzyć. To przekonanie musi w nas tkwić, to przekonanie powinniśmy zaszczepiać rodakom. Kilka dni temu miałem przyjemność rozmawiać z właścicielem restauracji "Arkady" w Mississaudze, 32-letnim Adamem Kusznirewiczem, opowiadał o początkach biznesu, o tym, jak marzenie przekształcił w rzeczywistość - prosperujący znakomicie polski lokal, mówił: "Zawsze myślałem, że chciałbym mieć coś swojego. Ale wtedy od razu pojawiały się przeciwności - brak pieniędzy, brak dobrego miejsca, a to ciągle jakieś powstrzymywania. Gdy ja zarażałem różnych ludzi pomysłami, to ci się mnie pytali: ?to ty myślisz, że to tak łatwo? Tyle jest Polaków naokoło w Mississaudze i nikt takiego nie otwiera!=". Pomagajmy sobie wzajemnie - również w tej niematerialnej sferze - zachęcajmy jedni drugich, promujmy się, czasem wręcz pocieszajmy. Na tym polega narodowa solidarność, bez tego nie zbudujemy siły naszego środowiska, bez tego nie będziemy się potrafili zorganizować. A to zorganizowanie jest konieczne! Idą Święta Bożego Narodzenia - ten szczególny czas ludzkiego ciepła, przebaczania i otwarcia na bliźnich. Wielu z nas, Polaków, będzie je obchodzić bardzo skromnie, być może w chorobie czy przeżywając osobistą tragedię, bez pieniędzy, z dala od bliskich. NIE ZAPOMINAJMY O NICH! Otwórzmy dla nich domy i serca. Tu na emigracji, wszyscy jesteśmy jedną wielką polską rodziną. Wesołych Świąt! Zimowy Festiwal Serdeczności Mieszkając na tym kontynencie trudno nie odnieść wrażenia, że z roku na rok Chrystus coraz bardziej przeszkadza w świętach Bożego Narodzenia. Kampania rugowania wszystkiego co chrześcijańskie ze świątecznej symboliki prowadzona jest systematycznie i z pełną determinacją. Jej inicjatorami jest mniejszość, jej skuteczność wynika z bierności większości. Jak już kilkakrotnie pisałem, nie mam nic przeciwko innym kulturom. Niech każdy sobie obchodzi własne święta. Sam z miłą chęcią głowę pochylę, winszując zdrowia i pomyślności. Dlaczego jednak (rzekomo w imię tolerancji), nie toleruje się naszych, chrześcijańskich Świąt i naszej symboliki? Komu w Święta przeszkadza narodzony Chrystus?Komu przeszkadzają żłóbek i stajenka? "Merry Christmas" zastąpiło politycznie poprawne "Season's Greetings", choinkę odarto ze wszelkich ozdób mogących naprowadzić na religijny trop skojarzeń, głęboką, uczłowieczającą treść Bożego Narodzenia zamieniono nam na Zimowy Festiwal Serdeczności, którego głównymi atrybutami są leczące zimową depresję kolorowe światełka i podkręcające obroty gospodarki zakupowe szaleństwo. A my wszyscy pozwoliliśmy to sobie to zrobić, biorąc za dobrą monetę tłumaczenia, że "religia to jest prywatna sprawa" i nie przystoi się z nią obnosić. Biernie patrzyliśmy nie tylko na usuwanie chrześcijańskich symboli, ale również na ich profanowanie. Mamy więc oficjalnie Boże Narodzenie bez Pana Boga. Od czasu do czasu, kogoś to jeszcze zaboli, od czasu do czasu, ktoś krzyknie, że przecież to nasza wiara, i wielowiekowa tradycja, że te święta mówią o czymś co legło u duchowych fundamentów obecnej cywilizacji. W Palm Beach na Florydzie dwie kobiety skarżą władze miasta, które odmówiły ustawienia w miejscowym parku tradycyjnej szopki. W parku stoi odarta z religijnej symboliki choinka i menora. Panie Maureen Donnel i Fern deNervaez stwierdzają w pozwie, że wprowadzony przez miasto zakaz eksponowania symboliki chrześcijańskiej narusza zapisy konstytucji oraz wolność słowa. Trudno odmówić im racji. Prawo do swobodnej ekspresji religijnej zapisane jest w konstytucji. Również tu w Kanadzie. Chrześcijaństwo stworzyło instytucjonalne podwaliny naszej cywilizacji. Nie pozwólmy, aby je w tak nachalny sposób deptano. Bądźmy świadkami własnej wiary, bądźmy świadkami naszej cywilizacji. Tak się złożyło, że w polskiej historii najnowszej grudzień jest miesiącem dramatów. Rocznica wprowadzenia stanu wojennego, rocznica masakry górników w kopalni "Wujek", rocznica masakry robotników z 1970 roku. Wydarzenia te do tej pory nie zostały w nowej Polsce jednoznacznie ocenione; nadal nie zostały osądzone. Grudniowi zbrodniarze dożywają dni w pluszu nomenklaturowych emerytur. Tymczasem, ocena ta jest konieczna dla odbudowy narodowej tożsamości Polaków. Dziś pogrobowcy PRL-u usiłują lansować tezę, że "obie strony miały rację"; że interes narodowy stał w równym stopniu za decyzją Jaruzelskiego, co internowanych ludzi "Solidarności"; że Kiszczak wydając rozkaz zezwalający do użycia broni palnej przy pacyfikacji kopalni Wujek miał taką samą rację, co strajkujący górnicy. Nie ma już w Polsce komunizmu, jednak pozostali po nim spadkobiercy, ludzie, którzy usiłują zracjonalizować szubrawe decyzje, rozwodnić winę i zatrzeć ślady zdrady. Chodzi w końcu nie o tych wymierających post pezetpeerowych emerytów, lecz o głowy przyszłych pokoleń Polaków. Doszło więc w tym roku do kontrdemonstracji młodych "zwolenników stanu wojennego", rzeczy jeszcze kilka lat temu nie do wymyślenia. Mój kolega Janek Kowalski na pytanie, czy mogło być inaczej, czy historia mogła się potoczyć jakimś alternatywnym torem wobec "okrągłego stołu" i "grubej kreski", odparł: "przecież ONI mieli telewizję i agentów.". Niestety ONI nadal mają "telewizję i agentów"... Saddam Husajn pojmany! Nie mam krzty sympatii dla tego byłego genseka Arabów, a mimo to zniesmaczył mnie teatrzyk, jaki nasze mocarstwo imperialne uczyniło z całego incydentu. Brudnego, zarośniętego i zdezorientowanego Saddama przytroczono do rydwanu CNN i pociągnięto na powrozie po telewizorach całego świata. Był to mniej więcej odpowiednik zatknięcia głowy wrogiego wodza na pretoriańskiej włóczni. Tymczasem fakt, że zaszczuty Husajn ukrywał się w błotnistej norze, niczym lis przed posokowcami, świadczy jedynie o tym, iż bzdurą były wcześniejsze wymysły, jakoby jego ręka kierowała zbrojnym oporem w Iraku. Wychodzi na to, że opór ten ma o wiele głębsze podłoże, niż gdyby - jak chcą tego oficjalni amerykańscy komentatorzy - był tylko formą irackiego "wehrwolfu". Kilka dni po incydencie prezydent USA stwierdził sentencjonalnie, że jego zdaniem, były kacyk "zasługuje na śmierć, za krzywdy jakie wyrządził swemu narodowi". Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie rażąca niekonsekwencja. Stany Zjednoczone utrzymują bowiem nader poprawne stosunki z wieloma rzeźnikami, których "królestwa zbrodni" są o wiele bardziej wymyślne i rozbudowane niż husajnowa dyktatura. Patrząc na zapis filmowy spotkania Rumsfelda z Husajnem w latach 80., trudno mi też uwierzyć, że, kiedy USA dawały Irakowi wolną rękę i pomoc w wojnie z Iranem, Waszyngton nie wiedział o zbrodniach satrapy wobec własnego społeczeństwa... Od czasu do czasu w telewizji bierze kogoś na szczerość. Po złapaniu Husajna BBC pokazała wiwatujących irakijskich emigrantów, a następnie reakcje w różnych zakątkach globu. Gdy doszło do Izraela, pewien przedstawiciel tamtejszej administracji powiedział wprost, że ujęcie treflowego asa to nauczka dla lidera Syrii, Asada - niech sobie chłopak zobaczy co go czeka, jeśli będzie się przeciwstawiał Izraelowi... I po co tyle mówić o zbrodniach przeciwko ludzkości? Uczmy się walczyć o swoje Laureat Nagrody im. Józefa Mackiewicza, współpracownik "Gońca", prof. Marek Jan Chodakiewicz stwierdził niedawno w rozmowie z "Rzeczpospolitą", że zdaje sobie spra-wę, iż pracując na amerykańskim uniwersytecie, "pasożytuje" na przedsiębiorcach, którzy łożą na uniwersytety i fundacje, z drugiej strony - tłumaczy - poprzez własną pracę, on sam broni sfery wolności myśli i działania, bez czego aktywność gospodarcza nie mogłaby istnieć. W ten właśnie sposób obie sfery wolności, ta intelektualna i ta gospodarcza, uzupełniają się wzajemnie. Dlatego - jego zdaniem - w interesie przedsiębiorców leży obrona wolności słowa. Jest to piękna teoria. Praktyka ją nieco komplikuje. Poszczególne lobby i grupy nacisku finansują działalność intelektualną i medialną, "sugerując" takie czy inne podejście, czy też prowadząc stosowną "politykę" kadrową. Tam, gdzie są pieniądze, garną się różnego rodzaju "usługowcy", którzy - jak to pięknie ujął kiedyś jeden z bohaterów komedii "Miś" Stanisława Barei - "gotowi są wszystko wyśpiewać". Ksiądz Waldemar Chrostowski, były wiceprzewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem, powiedział kiedyś, że w sytuacji, gdy jedna strona ma dużo środków finansowych, a druga niewiele do zaoferowania, to często wyważenie dialogu jest trudne. Ta biedniejsza strona ma małe możliwości prowadzenia skutecznej obrony własnego stanowiska. Dobrym przykładem tego, jak odbywa się kształtowanie opinii, jest niedawna publikacja Sergiusza Kowalskiego i Magdaleny Tulli pt. "Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści", wydana z inicjatywy Stowarzyszenia przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii "Otwarta Rzeczypospolita" (proszę się domyślić, kto to finansuje). Praca ta o "język nienawiści" oskarża wszystkie polskie publikacje patriotyczne, a także duchowieństwo (m.in. prymasa Glempa oraz wspomnianego już ks. Chrostowskiego), polityków prawej strony i wszystkich ludzi, którzy tylko ośmielają się przeciwstawiać intelektualnej kastracji prowadzonej przy pomocy skalpela politycznej poprawności. Autorzy, w imię "obrony tolerancji", usiłują wszystkim opornym zamknąć usta. W nowym modelu świata tolerancja i wolność wypowiedzi dotyczą bowiem tylko ściśle określonych poglądów. Przypomina to znaną z komunistycznego zamordyzmu "demokrację socjalistyczną", czyli system "równych i równiejszych". Piszę o tym z goryczą zgryzoty w ustach, ponieważ my wszyscy, ci "równi", nie jesteśmy w stanie przeciwstawić "równiejszym" skutecznego oręża; nie jesteśmy w stanie sami stworzyć instytucji, które prowadziłyby walkę o dusze i głowy przyszłych pokoleń; nie jesteśmy w stanie się zorganizować. Dlaczego? Każda próba takiej organizacji i tworzenia niezależności jest dostrzegana i torpedowana przez przeciwnika. Proszę wybaczyć stosowanie paramilitarnych określeń, ale to jest walka! I to na noże! Chodzi w niej o to, co ludzie są w stanie wyartykułować, jak będą myśleć i kogo będą słuchać. Dlatego właśnie w miarę niezależne instytucje "równych" padają ofiarą wojen podjazdowych, są przejmowane przez skoordynowane grupy albo rozbijane od wewnątrz. Proszę mnie tylko nie posądzać o myślenie spiskowe, tu nie o spisek chodzi, tylko o jak najbardziej realną bezpardonową walkę interesów, prowadzoną z wykorzystaniem wszelkich metod. W dzisiejszej Polsce działa szereg fundacji zagranicznych (chociażby założona za pieniądze George'a Sorosa Fundacja Batorego), które finansują i wspierają liberalny i poprawny politycznie model. Drugą stronę z powodu endemicznego u-bóstwa stać jedynie na niegroźne podrygi. Jak to zmienić? Trzeba znaleźć pieniądze! Na państwo nie ma co liczyć. Są jednak w kraju i na emigracji przedsiębiorcy, którzy dorobili się uczciwie, zdrowo myślą i są w stanie przeznaczyć część zarabianych pieniędzy na poparcie działalności politycznej i społecznej. Idzie jedynie o to, aby wiedzieli oni, że środki te nie są marnowane, że nie są rozdrapywane przez towarzystwa wzajemnej adoracji i w perspektywie długofalowej służą ich dobrze pojętemu interesowi. Na razie mamy paragraf 22. Ludzie nie chcą dawać pieniędzy na polskie instytucje, bo instytucje te nie są skuteczne i wiarygodne. Z drugiej strony, nie mogą być skuteczne, bo nie mają za co - proszę wybaczyć zwrot - lobbować. Marzy mi się, że w końcu jakiś zacny Polak porozgląda się uważnie dookoła i zrobi coś na kształt mini-fundacji Batorego, coś co prowadziłoby zdecydowaną obronę naszych narodowych interesów w kraju i za granicą (dziś bowiem to bez różnicy, państwo polskie jest do tego stopnia skorumpowane, że nie jest w stanie bronić nawet Polaków w Kraju). Być może znajdą się polscy milionerzy, którzy - jak pokazał to na własnym przykładzie Roman Kluska - gotowi będą za zarobione miliony coś sensownego uczynić i coś trwałego po sobie pozostawić. Być może, m.in. dzięki działalności takich "pasożytów", jak Chodakiewicz, ten czy ów bogaty człowiek, zamiast myśleć o tym, co by tu jeszcze kupić, co zobaczyć i gdzie pojechać, zrozumie, że najlepszym sposobem pozostawienia po sobie trwałego śladu jest zbudowanie służącej narodowi instytucji. Taką właśnie "instytucją" popierającą polski interes jest wspomniana Nagroda im. Józefa Mackiewicza - jednego z największych polskich pisarzy, zdecydowanego antykomunisty. Ufundowali ją panowie Jan M. Małek z Kalifornii i Zbigniew Zarywski z Tarnowa. Jest to 7 tys. dolarów oraz złoty medal z podobizną pisarza i jego mottem: "Tylko prawda jest ciekawa". Dziś na polskim "bezrybiu" jest to jedna z iskierek nadziei. Miejmy nadzieję, że śladami fundatorów pójdą inni Polacy. Tu nie chodzi o miliony dolarów, chodzi przede wszystkim o zaczyn, o to, by zachęcić, aby wyrobić odruch płacenia na narodową sprawę. Paradoksalnie, tegoroczny laureat wspomnianej nagrody działa w szeroko pojętym interesie fundatorów. Marek Chodakiewicz (nagrodzony za książkę "Ejszyszki. Kulisy zajść w Ejszyszkach: epilog stosunków polsko-żydowskich na Kresach 1944-45") broni bowiem prawdy o Polsce i jej historii przed obcym, antypolskim mitem. Ten mit już dziś w wielu okolicznościach podcina Polakom skrzydła i utrudnia życie - w tym prowadzenie interesów. Jest to więc dobrze pojęty własny interes. Po prostu, dwóch facetów usiadło razem, pogadało i zrobiło wspaniałą rzecz. Ilu znajdą naśladowców? Mam dużą nadzieję, że idą nowe czasy, że nasz naród, mimo wszystkich przeciwności, powoli odzyskuje wzrok i wiarę w siebie. Bogaćmy się więc i uczmy walczyć o swoje. Polskość musi się opłacać Mój znajomy pracuje w dużym kanadyjskim banku. Połowa jego departamentu to Kanadyjczycy pochodzenia włoskiego. Gdy tylko zwalnia się jakieś stanowisko lub potrzeba nowych ludzi, Włosi sięgają po słuchawki telefonów... Włochem warto być również, gdy myśli się o karierze i akurat jest okres promocji. Nie, nie jest tak, że inni nie mają szansy - nie żyjemy wszak w jakimś strasznym nazikraju - ale Italia w pochodzeniu zauważalnie pomaga. Do jakiego stopnia? No, właśnie do takiego, że połowa pracowników w departamencie to Włosi... Działa la familia. Przełóżmy tę sytuację na nasz zakątek. Wyobraźmy sobie, że w chwili, gdy zwalnia się jakieś stanowisko w firmie, w której pracujemy, sięgamy po telefon i obdzwaniamy wszystkich znajomych. Nawet gdy wiemy, że żaden z nich nie nadaje się do tej pracy, nie jest przecież wykluczone, że znają oni kogoś akurat w sam raz, kto chętnie zająłby oferowane miejsce. Ile razy tak zrobiliśmy w życiu? No właśnie. Wielu polskich intelektualistów z naszej "yntelygencji" przekonuje, że z polskością nie powinniśmy się obnosić. Tłumaczą, że to nie wiek XIX, kiedy naród stawialiśmy na piedestale, dziś w dobie globalizmu, mówi się "społeczeństwo" i często dodaje "wielokulturowe". Gdy ktoś zaczyna przebąkiwać o potrzebie narodowej solidarności, narodowej myśli społecznej, czy chociażby o narodowej dumie, patrzy się na niego, jak na raroga i wrzuca do jednej szuflady z szowinizmem, faszyzmem, skinami, bojówkami tępych młodzian flekujących za odmienny kolor skóry. Apologeci globalizmu, "europejskości" i podobnych uniwersalizmów tłumaczą nam, że naród, to przeżytek; anachronizm z innej epoki, który zniknie pod strzechami wielkiej globalnej wioski. Ich zdaniem, w obliczu narodowej tradycji, symboli i mitów powinniśmy się wyluzować i zmienić optykę. Przecież niebawem narody przejdą do historii, a my wszyscy staniemy się jedną wielką wielokolorową gromadą. Klituś-bajduś. Akurat! Być może, rzeczywiście, narody małe i pozbawione wewnętrznej sprężyny rozpłyną się w ludzkim oceanie, a ich kultura doszczętnie się sfolkloryzuje, jednak duże społeczności etniczne pozostaną i kształtować będą przyszłość świata według własnej perspektywy. Przytoczony na wstępie przykład Włochów, to jeden z wielu. Popatrzmy wokół siebie, jak popierają się Chińczycy, Koreańczycy, ba nawet Tamilowie czy Sikhowie; o Żydach nie wspomnę, ponieważ ci, nauczeni wielowiekowym doświadczeniem solidarność etniczną doprowadzili do perfekcji, a ich przykład tylko mógłby nas sfrustrować. Bez nowoczesnego polskiego myślenia narodowego, nie tylko, że nie będziemy się liczyć, ale przestaniemy istnieć! Aby przyszłe pokolenia chciały odnajdywać polską tożsamość, polskość musi być atrakcyjna. Powiem przekornie, że polskość musi się opłacać! I będzie się opłacać, jeśli nasze pokolenie przeprowadzi narodową odnowę. Dzisiejsza Polska to smutny kraj, który dostaliśmy w spadku po latach zniewolenia. Polska przegrała z kretesem II wojnę światową. Pod peerelowską okupacją zamarło polskie życie polityczne i zniknęły cnoty obywatelskie. Polska elita została albo wybita, albo zdemoralizowana. Lata 90. pokazały, że w Polsce nadal rządzą ludzie z przetrąconym grzbietem; ludzie ci, choć pełnią funkcję elity politycznej czy społecznej, to jednak są ślepi i nie potrafią dostrzec polskiego interesu narodowego. Odnowienie polskości musi dotyczyć narodowych instytucji w Polsce. Po to, by tak się stało, musimy się zmienić; musimy podjąć wielką pracę. I to nie tylko w Polsce. Tutaj, na emigracji, również jesteśmy w stanie stworzyć polską siłę. Pojedynczo odnosimy wiele sukcesów. Jesteśmy cenionymi profesjonalistami, przedsiębiorcami, dajemy sobie radę. Większość z nas dostatnio żyje. Mimo to nie stanowimy żadnej liczącej się siły politycznej, nie potrafimy wybudować liczących się instytucji, a nasze dzieci często uważają polskość za niepotrzebny bagaż. Czegoś nam brakuje, coś niedobrego tkwi w naszej mentalności. Profesor Florian Śmieja opowiadał mi niedawno anegdotkę z czasów polskiego wychodźstwa w Anglii. Dwóch mężczyzn wsiada do metra w Londynie. Jeden nastąpił drugiemu na nogę. "Ofiara" została grzecznie przeproszona po angielsku i równie grzecznie przyjęła przeprosiny, gdy jednak chwilę potem poznała, że to rodak nastąpił na odcisk, kwaśno dodała po polsku: "a swoją drogą to mógłby pan uważać, jak chodzi." Czyli rodakowi można dociąć czy dokopać, obcemu nie wypada. Nie lubimy się wzajemnie, gotowiśmy z lubością wytykać krajanom wszelkie "usterki", wyśmiewać się ze "słomy w butach", chichotać z językowej nieporadności, podłożyć no-gę, gdy trochę zaczną wychylać się z szarości szeregu. Wszystko to tworzy nasze polskie piekiełko i polski grajdołek. I wszystko to może się zmienić, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko naprawimy ten jeden feler. Dlatego zanim rodaka kopniemy, zanim podłożymy nogę, zanim obmówimy, zanim zniechęcimy i bezmyślnie skrytykujemy, zanim złośliwie wytkniemy błędy, zastanówmy się najpierw - tak przez ułamek sekundy - co nam z tego przyjdzie, jaki w tym nasz długofalowy interes. Z polskiej historii wynika, że wrogowie zawsze nas skłócali i dzielili, rozbijali i przekupywali. Za tę lekcję słono już zapłaciliśmy, pora z niej skorzystać. Mądry nacjonalizm nie polega na tym, byśmy patrzyli sobie w metryki do 5-tego pokolenia i dywagowali czy aby na pewno jesteśmy czystej polskiej krwi; mądry nacjonalizm, to właściwe zdefiniowanie narodowego interesu i identyfikacja wszystkich tych, którzy w ten interes godzą. A interes ten to bogacenie się Polaków, tworzenie silnych polskich instytucji i grup nacisku, to obrona dobrego imienia Polski i polskiej historii. Kto tego nie widzi, kto przedkłada własną prywatę ponad polski interes, ten nasz wróg, kto wspiera nas, ten przyjaciel. Jeśli polski Żyd czy Ukrainiec broni dobrego imienia Polski, prostuje antypolskie mity, to ja mu mówię: "bracie Polaku", jeśli Polak chodzi na pasku cudzych pieniędzy i interesów, to ja mu mówię: "fora ze dwora". Wspierajmy się wzajemnie, sukces rodzi sukces, niech jeden polski sukces owocuje pasmem innych. Nie bądźmy szowinistami, bądźmy mądrymi Polakami, którzy wiedzą, w jaki sposób zadbać o wspólne dobro. Nauczmy się spierać, a nie zwalczać, dyskutować, a nie obrzucać błotem, promować, a nie ściągać do dołu. Tylko w ten sposób stworzymy siłę naszej społeczności, a ta siła w bezpośredni sposób przełoży się na dobrobyt i sukces przyszłych pokoleń. Polskość może być atrakcyjna, polskość może nam pomóc.
Ubeckie podchody Sprawę Romana Kluski polskie media traktują na dystans. Tymczasem afera ta warta jest sensacyjnego filmu. Nikt go jednak nie nakręci, bo musiałby puknąć w interesy najbardziej rozpanoszonej kasty postpeerelowskich włodarzy, czyli tzw. wojskówki - byłego peerelowskiego wywiadu wojskowego. Ludzi ci od czasu rozpadu PRL-u zamieszani się w większość afer - od FOZZ-u poczynając - z usługowych psów KGB przeistoczyli się w szarociemnych oligarchów polskiego podwórka. Roman Kluska, legendarny milioner, założyciel Optimusa - Onet.pl i jeden bogatszych Polaków, nie chciał panom w ciemnych okularach jeść z ręki i odmawiał odpalenia procentu zarobionej mamony. Wieść gminna niesie, że p. Roman K. został zmuszony do wyzbycia się akcji firmy. Zrobił to w dobrym momencie i zgromadził kopę gotówki. Roman Kluska jednocześnie dostrzegł egzystencjalny wymiar losu człowieka i zaczął rozdawać zarobione pieniądze. Nie na byle co! Na kościoły, pomoc ubogim, dystrybucję dobrej darmowej książki. Nie dawał na politykę stąd też i złość oligarchii. Aresztowano go, wsadzono do więzienia i zwolniono dopiero po wpłaceniu 8 mln zł. kaucji i 30 mln zł. poręczenia majątkowego. Kwoty te nie zostały oprocentowane! Tuż po aresztowaniu wojsko skonfiskowało mu dwa samochody terenowe "na potrzeby obronności kraju" - to nawet jest dowcipne. W górach, z których pochodzi Kluska, mówi się, że milioner nie chciał "rozliczać się" z nowymi panami III RP, że ubzdurał sobie, iż jest obywatelem wolnego i demokratycznego kraju. Kilka dni temu Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że to, co robił Roman Kluska nie było żadnym przestępstwem. Mimo to, sprawa trwa nadal. Gdy chodzi o wojskówkę, można walić głową w mur. Ta mafia ma dwa atuty sprawowania realnej władzy - zagarnięte miliardy i trefne informacje, którymi można wykończyć niejedną osobę ze świecznika. Sprawa Romana K. pokazuje, że dopóki w Polsce nie dokona się obywatelska rewolucja, nikt nie odbierze władzy sitwie. Miller, Kwaśniewski, Kwaśniewska - to wszystko pionki - realnie rządzą panowie z informacji. Oni nadal mogą z każdym pobawić się w ubeckie podchody, nawet z milionerami. Niech sobie jeden z drugim nie myśli... Perpetuum mobile Premier Izraela Ariel Szaron oskarżył Europę o "zbiorowy antysemityzm" i ostrzegł przed rosnącą "arabizacją" Kontynentu. Była to ponoć reakcja szefa izraelskiego państwa na sondaż, z którego wynikało, iż większość Europejczyków uważa Izrael za największe zagrożenie dla światowego pokoju. Być może też było to odreagowanie decyzji niemieckiego rządu o wstrzymaniu eksportu do Izraela kolejnych okrętów podwodnych klasy "Delfin". RFN prawie darmo przekazała już Izraelowi trzy takie U-Booty, teraz jednak Berlin stał się oporny, gdy okazało się, że Izraelczycy prawdopodobnie wyposażają otrzymane łodzie w pociski balistyczne typu Harpoon z głowicami nuklearnymi. Trudno dyskutować ze stwierdzeniem, że Europejczycy to antysemici, jest to bowiem taka sama stereotypowa generalizacja, jak powiedzenie, że Francuzki to ladacznice, a Żydzi - oszuści. Gdy sprowadzimy dyskusję polityczną do parteru, pozostaje wzajemne obszczekiwanie się. Tymczasem dzisiejszy europejski "antysemityzm", to w dużej mierze nie tyle uprzedzenie wobec Żydów, lecz krytyka agresywnej polityki Tel Awiwu. Jeśli więc Izrael ma swoje racje, to dobrze byłoby, aby je przedstawił, a nie odparowywał na zarzuty rakietką z napisem "antysemityzm". Dobrze byłoby, aby Izrael wytłumaczył, dlaczego domagając się - na przykład - od takiego Iranu pełnej "przejrzystości" w dziedzinie programów atomowych, sam nie podpisuje układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej i nie zezwala na międzynarodowe inspekcje swych obiektów nuklearnych? Można całkowicie zrozumieć potrzebę zapewnienia izraelskim Żydom bezpieczeństwa i konieczność obrony przed terroryzmem, trudno jednak skojarzyć z praworządnym i demokratycznym państwem mordowanie bez wyroku osób podejrzanych o związki z nielegalnymi organizacjami przy pomocy wystrzeliwanych z helikoptera pocisków antyczołgowych, czy też budowanie muru sankcjonującego swoisty apartheid państwa żydowskiego. W wypowiedziach izraelskich polityków coraz częściej słychać antyeuropejską nutę, coraz częściej wydaje się, że osłabienie tradycyjnych transatlantyckich więzi Ameryki z Europą jest im na rękę; że pozwala na lansowanie większej obecności amerykańskiej na Bliskim Wschodzie. Antysemici, są w Europie, bo są wszędzie na świecie - podobnie też na wielu kontynentach znaleźć można żydowskich szowinistów. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy dyskutować na slogany. Szowinizm nie może być odpowiedzią na antysemityzm, bo jeśli będzie, to całe "urządzenie" stanie się jednym wielkim samonapędzającym się mechanizmem. Grunt się usuwa Na pozór wszystko jest cacy. Kanadyjskie miasta rosną, jak na drożdżach, pną się ku niebu szklane ściany betonowych drapaczy, stopa bezrobocia utrzymuje się na przyzwoitym poziomie, statystyki każą nam spokojnie spać, koszt kredytu nadal jest bardzo niski, inflacja zdycha opanowana i pod kontrolą... Jednak, gdzieś tam w głębi czerepu odbieramy pierwsze sygnały destabilizacji; zwiastuny nadchodzącego dołka - cyklicznego elementu życia gospodarczego. Tu się słyszy, że produkcja stoi, bo brak zamówień, gdzie indziej mówi się znowu o zwolnieniach, spada rentowność w dużych zakładach, coraz więcej osób dostaje kopa na zieloną trawkę. Chybotanie gospodarczego podłoża odczuwa się najbardziej w sferze produkcji. Nagły wzrost wartości kanadyjskiego dolara wobec amerykańskiego doprowadził do podniesienia kosztów i poważnie zmniejszył opłacalność kanadyjskich przedsięwzięć. Wbrew przed-NAFT-owym obawom, miejsca pracy nie uciekają dziś do Meksyku, lecz przeważnie do Azji. Dzieje się tak za sprawą eksportowej agresji mocarstwowych Chin. To właśnie Chiny wystrychnęły Amerykanów na dutka uzależniając wartość juana od wartości dolara amerykańskiego. Żadne monetarne machinacje wuja Sama nie są w stanie zmienić struktury opłacalności chińskiego eksportu do USA, a właśnie mechanizmy monetarne, wedle pomysłu nekonserwatywnych globalistów miały być kierownicą do sterowania światem. Chińscy komuniści, wykształceni na amerykańskich uniwersytetach, dostrzegli ten fakt bardzo dawno temu. W Kanadzie chińską presję czujemy poprzez wzmacniacz własnego rynku walutowego. W sytuacji, gdy za sprawą wzrostu wartości naszego dolara pogarsza się opłacalność kanadyjskiego eksportu do USA, rośnie również opłacalność chińskiego eksportu do Kanady - wraz ze wzrostem wartości kanadyjskiego dolara wobec amerykańskiego kuzyna następuje zmniejszenie wartości juana w relacji do waluty kraju klonowego liścia. Zależność ta jest prosta i zrozumiała dla każdej baby z targu (z pełnym poważaniem dla tego zajęcia). Proces to wyjątkowo niebezpieczny ponieważ podcina fundamenty kanadyjskiej gospodarki, w tym także - ostatnią deskę ratunku - eksport surowcowy. Gdy siądzie produkcja, zwiększy się bezrobocie, wzrost bezrobocia, zmniejszy popyt na rynku wewnętrznym, w tym zwłaszcza na nowe domy, podtrzymywany dziś za sprawą taniego kredytu, to z kolei pociągnie za sobą nadprodukcję nowych domów i mieszkań i zwiększenie podaży starych, (za które bezrobotni właściciele nie będą mieli czym płacić). W kraju, w którym większość obywateli żyje na kredyt - jak to ktoś kiedyś ujął, "trzy czeki od zapomogi" - doprowadzi to do pęknięcia balona i solidnego kryzysu. Niektórzy kraczą, że głębokość tego nowego dołu będzie porównywalna z tym Wielkim Kryzysem z lat 30., a Ameryka, jako kontynent nie podniesie się już po nim do dawnej świetności - gospodarczy pępek świata przesunie się do Azji. Oczywiście, tak radykalne zmiany nie odbywają się bez wojennych szarpnięć, więc z pewnością nie będziemy mieli nudnego życia.
Manekinka Polityczna gwiazda postkomunistów etapami zamienia się w czerwonego karła, jedną, z faz nowego życia działaczy ma być prezydentura Kwaśniewskiej. Była zetemesowa "groupie" wykreowana dziś jest na symbol nowej Polski. Co by nie mówić, prezydentowa do dzisiejszej (nie mówiąc o przyszłej) Polski pasuje jak ulał. Skołowany Polak, na widok Kwaśniewskiej rozdziawia szczękę i przyczesuje zatłuszczone kędziory, by na koniec głęboko politycznie westchnąć; zadbana, modnie ubrana, europejska, opalona, bogata, biznesłumen, wciąż niczego sobie, otrzaskana w zagranicznej mowie, nowocześnie religijna, płacząca przed Papieżem, zatroskana o sieroty i ludzi ulicy, filantropka, mecenas sztuki... Po prostu, gwiazda "soap-opery", której na imię Polska. To nic, że czczo gada; że jej program polityczno-gospodarczy dopasowany zostanie do kroju sukienki, że kiedyś stwierdziła w telewizorze, iż jej mąż to "pomazaniec Boży", ważne, że ma imażżż światowej pani i to się ludziom podoba. "Ona panie, jest jak modelka" - mówił pewien "politycznie" pobudzony pięćdziesięciolatek. "Tak, dokładnie tak - przytaknąłem - to po czesku będzie manekinka..." Prezydentowa zadziera dziś głowę ponad polską polityką, unika bieżących tematów, chce być poza hałastrą, zgiełkiem i chłamem polskiego bagienka, jednocześnie nie prezentuje żadnej wizji państwowej czy politycznej; Kwaśniewska zamiast poglądów, woli prezentować na sobie sukienki. Bo bardziej się jej to opłaca! Taka ma być przyszła Polska - trochę folkloru, szczypta łzawego sentymentalizmu w ramach UE, górnolotne puste słowa... i niech zanadto na eurorubieżach nie podnoszą głowy. Granice cesarstwa zawsze miały złą sławę, już pułkownik Redl narzekał na delegację na austriacko-węgierskie pogranicze, gdzie tylko "prostytutki, przemytnicy i Polacy"... Prezydentowa uosabia nową elitę; "jednoczy wszystkich Polaków" w jednym, miłym dla oka marketingowym wizerunku, politycznej "manekinki" na wybiegu. A nam pozostaje się jedynie domyślać, kto jest w tym pokazie projektantem mody... Potrzeba sanacji Znakomity polski felietonista Stanisław Michalkiewicz, odlicza dziś tygodnie jakie zostały do utraty przez Polskę niepodległości w rezultacie aneksji przez UE. Po referendum temperatura debaty siadła, bo i nie ma o czym już dyskutować, skoro wszystko jest przesądzone Pozostaje zatem zastanowić się, w jaki sposób w obecnej sytuacji odratować Polskę, i jak realnie działać, aby szansa na obronę polskiego interesu narodowego nie zginęła. Kluczem jest oczywiście gospodarka - stworzenie Polakom możliwości bogacenia się. Drugi aspekt to budowa polskich instytucji zdolnych chronić polską tożsamość. Co robić, skoro państwo polskie jest w rozsypce? Pozostają metody wypracowane przez narody, które od setek lat żyły w rozproszeniu; pozostaje idea narodowego solidaryzmu - uznania wzajemnego wspierania się, za pierwszorzędny obowiązek. A kto jest Polakiem? Otóż, to widać. Nie patrzmy na metryki, patrzmy na czyny. Paradoksalnie czasem polski Ukrainiec, czy polski Żyd bardziej dba o dobre imię Polski i prędzej pomoże od "etnicznego" rodaka. Do narodowej sanacji konieczne jest odnowienie narodowej dumy, postawienie polskiej tradycji i historii na piedestale, wychowanie w tym duchu przyszłego pokolenia. Na czym polega dziś polski patriotyzm? Zacznijmy od siebie, bo to najłatwiej. Bądźmy porządnymi ludźmi, walczmy z własnym lenistwem, oportunizmem, ze zwykłymi przywarami. Po drugie, jak to już było powiedziane; samopomoc - nauczmy się dostrzegać wspólny interes dalej niż konto bankowe czy kieszeń, nie szabrujmy wspólnego majątku. Po trzecie, wyznaczmy sobie stały procent dochodu przekazywanego na cele charytatywne służące rodakom. Po czwarte, obnażajmy publicznie prywatny interes kryjący się za rzekomo altruistycznym działaniem. Po piąte... Litanię tę można jeszcze długo ciągnąć. Do odrodzenia naszego narodu najbardziej potrzebne jest zaś to, by ludzie wykształceni - polska elita - nie odwracała się, zrażona, od reszty, lecz by jej służyła. Po II wojnie światowej okupant dokonał drastycznej operacji "przeszczepienia" polskiej głowy. W tytularnej roli narodowych przywódców znalazł się cały garnitur polskich i niepolskich gnid. Ci ludzie, podszyci pogardą i strachem przed naszym narodem, nadal rozdają w Polsce karty, ich dzieci tej pogardy nie zatraciły. I po tej pogardzie łatwo je zidentyfikować... Matrix W związku z pojawieniem się na ekranach kolejnej wersji produkcji braci Wachowskich - kultowego filmu "Matrix" - odgrzana została w mediach starożytna dyskusja o realności rzeczywistości - czy to, co widzimy, czujemy, słyszymy etc., jest do końca prawdziwe. Jak to kiedyś ujęli jacyś polscy "trubadurzy" chodzi o to, "czy świat realny jest poznawalny". Czy nie jest tak, że jakiś złośliwy eksperymentator trzyma nas cały czas w kontrolowanej halucynacji, gdzie nasze losy kreowane są przez podrażnienia receptorów, gdy tymczasem sami znajdujemy się w jednym pudełku, czy mazi (co kto woli), albo co gorsze, w ogóle nas nie ma w materialnej formie. Pytanie to dręczyło ludzi od dawien dawna. Co jest rzeczywiste, a co złudzeniem i marą? Gdzie jest to prawdziwe istnienie? Dziś przeżarci na wskroś przez kulturę pełnego brzucha i "sukcesu" stajemy coraz bardziej zadziwieni w obliczu "niedomknięcia" znanego nam świata. Przyzwyczajeni do prostych wyjaśnień, rzadko zastanawiamy się skąd i dokąd wędrujemy. Nie zawsze tak było. Wszak zachodnioeuropejska, chrześcijańska kultura wyrosła na kultywowanym od wieków przekonaniu, że prawdziwe życie, to które naprawdę się liczy, jest poza obrębem doczesności. Nasza cywilizacja ufundowana została na przekonaniu o nieśmiertelności duszy i zmartwychwstaniu. Gdyby nie to przekonanie, cały świat wartości nie miał by sensu. Gdyby nie ta prawdziwa realność spoza granic namacalności, trwanie naszej skorupki musiałoby mieć wartość najwyższą i powinniśmy je chronić za wszelką cenę - również kosztem zabijania innych, być może nawet własnych dzieci. Przeświadczenie o istnieniu "królestwa nie z tego świata" ukształtowało człowieka. Fakt, że dzisiaj coraz częściej zapomina on o tym wymiarze powoduje, że zaczyna podważać sens zastanych wartości i instytucji. Profanacja i ateizacja codzienności, kult elastycznej skóry i młodości doprowadziły do odrzucenia idei życia, jako przebywanej etapami drogi przez świat, który tak naprawdę jest pochodny i zależny od tej prawdziwej rzeczywistości, świat, który został wykreowany specjalnie dla nas. Ta świadomość towarzyszyła pokoleniom naszych przodków. To tylko dzięki niej byli oni w stanie podnieść wzrok od koryta i kopulacji, aby tworzyć państwa, budować katedry i oddawać życie za wartości i ideały. W nasz "matrix" weszliśmy i z niego wyjdziemy, niezależnie od tego czy to nam się podoba, czy też nie. Jak to mówią, każdy potrafi umrzeć... Problem polega jednak na tym, że aby właściwie żyć, aby dostrzec najbardziej zasadnicze elementy naszego przebywania w doczesności, musimy zdawać sobie sprawę z istnienia tego prawdziwego królestwa. Bez tego przekonania możemy być jedynie barbarzyńcami. Nowe wojny? Amerykańscy żołnierze w Iraku mają schizofrenię. Z jednej strony, rozdają dzieciom ołówki w szkołach, rzucają cukierki i odbudowują domostwa, z drugiej, pacyfikują wioski i strzelają do każdego podejrzanego cienia. Muszą więc być zarazem "dobrym" i "złym" okupantem, a to nie jest proste. Niedawna akcja w Tikricie, gdzie po raz pierwszy od czasu ogłoszenia końca wojny Amerykanie użyli ciężkiego sprzętu i lotnictwa znaczy początek nowej strategii. Widząc, że nie ma co liczyć na "wdzięczność" Irakijczyków, armia USA postanowiła zastosować sprawdzone metody terroryzowania populacji, by pozbawić powstańców wsparcia. Jest to metoda skuteczna, ale tylko do pewnego stopnia. Represje radykalizują bowiem tubylców, a pozbawieni środków do życia czy dachu nad głową, zasilają szeregi irredenty. Wygląda więc na to, że Waszyngton zastosuje w Iraku tradycyjny melanż marchewki i pały. Problem w tym, że aby obrachować reakcję na te "bodźce stymulujące" w krajach takich, jak Irak trzeba uwzględnić czynniki gdzie indziej nieobecne - jak na przykład, honor rodowy. Tymczasem architekci obecnego tumultu - doradcy prezydenta z grona tzw. neokonserwy - postulują nowe "zdecydowane działania". Sam Bush stwierdził, że na Bliskim Wschodzie miliony złaknionych demokracji ludzi czeka, aby Ameryka pomogła im zrzucić pęta niewoli... Oznacza to ni mniej , ni więcej, tylko nową wojnę. Argument doradców Busha jest taki, że nie da się doprowadzić do pokoju w Iraku bez "regionalnego rozwiązania problemu" - czytaj zaatakowania Iranu i Syrii. Jedynie "wyzwolenie" tamtych społeczeństw sprawi, że państwa te przestaną ingerować w sprawy irackie i w całym regionie zapanuje powszechna szczęśliwość. Amerykański atak na Syrię i Iran leży wyłącznie w wąsko pojmowanym interesie izraelskich syjonistów. Z punktu widzenia amerykańskiego konsumenta, krwawe rozbabranie całego regionu przełoży się po prostu na wyższe ceny ropy naftowej i nową falę antyamerykanizmu w Trzecim Świecie. Aby rozszerzyć konflikt, konieczne byłoby też ponowne zmobilizowanie amerykańskiego społeczeństwa - jakiś zamach terrorystyczny przeprowadzony na tutejszym kontynencie. Mamy więc do czynienia z ciekawym paradoksem, że oto interes muzułmańskich fanatyków, chcących "dokopać" Ameryce, pokrywa się z interesem izraelskich syjonistów, usiłujących wplątać Waszyngton w dużą wojnę regionalną i spacyfikować cały bliskowschodni zaścianek. Nie jest więc wykluczone, że Bush zdecyduje się rozszerzyć wojnę jeszcze przed wyborami prezydenckimi 2004 roku. Nawet, jeśli nie będzie rządził przez II kadencję, jego następca zostanie zmuszony do "dokończenia dzieła", gdyż porażka oznaczać będzie utratę twarzy przez Amerykę i ośmielenie nowych legionów terroru. Oczywiście, rozszerzenie wojny wywoła również nowe napięcia na linii USA - Europa, ale kogo to w Izraelu obchodzi? Polska krew Ilu jeszcze polskich żołnierzy zginie w Iraku? Bóg raczy wiedzieć. Jako naród zaczynamy płacić cenę najwyższą. Należałoby więc zapytać po raz kolejny, co z tego ma Polska? Konkretnie. Co to za polski interes narodowy, za który oddajemy własną krew i przelewamy cudzą? Tylko proszę bez frazesów, żadnego "za waszą i naszą", czy "konieczności wywiązywania się z sojuszniczych obowiązków". W świecie polityki liczy się gra interesów, a nie chwytające za serce slogany. Za co więc oddał życie major Hieronim Kupczyk? Co Polska i Polacy zyskują trzymając kilka tysięcy swych żołnierzy w Iraku? Mieliśmy ponoć zyskać tanią ropę i kontrakty przy odbudowie tego kraju - tak przynajmniej zapewniał kiedyś buńczucznie szef polskiego emeszetu. Kontrakty okazały się mrzonką, a o ropie lepiej nie wspominać. Z konkretnych dobrodziejstw irackiej eskapady wyliczyć można kilkadziesiąt dobrze opłacanych synekur dla przedstawicieli polskiej "kasty rządzącej" - no i wysoki (jak na warunki polskie) żołd członków korpusu ekspedycyjnego. A przepraszam, jest jeszcze jedno - ponoć usprawnione zostaną odprawy przy odlotach do USA - Amerykanie kontrolować będą już w Warszawie, uniknie się przez to nieprzyjemnych "odrzutów" po drugiej stronie Atlantyku. A poza tym... Poza tym obecna elita polityczna pławić się może w odbitym blasku waszyngtońskiej mocy. Amerykanie używają zaś Warszawy do osłabiania europejsko-imperialnego lepiszcza i chłodzenia zapędów Niemiec czy Francji. Może i byłoby z tym Polsce po drodze, gdyby nie fakt, że rządząca nią grupa w pierwszym rzędzie troszczy się o własny zadek, a dopiero później o żołądki swych - nominalnych - pobratymców. Postkomuniści wykazują wobec Amerykanów tę samą giętkość, która kiedyś tak dobrze służyła im w zetknięciu z Dużym Bratnim Krajem. Trudno jednak wymagać, by ludzie o przetrąconych grzbietach, na waszyngtońskim dworze zachowywali się inaczej. Gdyby Amerykanie rzeczywiście (jak to niegdyś solennie deklarowali) dbali o interes Polaków, to: a) nie dopuściliby do postkolonialnego złupienia przywiślańskiego kraju, b) pomogliby wybić stołki spod komunistów i przeprowadzić dekomunizację, c) pomogliby podźwignąć się polskiej gospodarce otwierając rynek na polską produkcję przemysłową czy żywność. Oczywiście, byłoby co najmniej dziwne, gdyby ktoś obcy dbał o nasz interes swoim kosztem. Postkomuniści są więc dla Waszyngtonu wygodni, jak stara skarpetka, czego najlepszym przykładem iracka eskapada Polaków. Żaden narodowy rząd Polski nie zgodziłby się na nią na obecnych warunkach. W Polskiej historii mamy wiele przykładów prywaty i warcholstwa. Dawni magnaci Rzeczpospolitej utrzymywali własne wojska zaciężne i nieraz wypożyczali je sobie wzajemnie. Dzisiejszy rząd Warszawie zachowuje się jak "pan na latyfundiach", z tą tylko różnicą, że prezentuje gorszą klasę. Walka trwa Wielu z nas wydaje się, że Internet pozostaje ostatnim wolnym środkiem przekazu. W sieci "każdy może", wystarczy, zarejestrować się, przeczytać prostą instrukcję a już możemy zakładać stronę www czy czatować w "podgrupach". Możemy wypisywać, co nam tylko ślina na opuszki palców przyniesienie. Teoretycznie tak jest. Jednak manipulatorzy i grupy interesów, nie odpuszczają sobie sieci. Wiedzą, jak wielkie znaczenie dla kształtowania umysłów młodych ludzi mają przekazywane tam treści. Z powodów technicznych Internet można cenzurować jedynie w ograniczonym zakresie. Nawet materiały jawnie sprzeczne z prawem znajdują dla siebie miejsce na tajemniczych serwerach w dziwnych krajach. Jak więc kontrolować wirtualną nibyrzeczywistość Internetu? Metoda jest prosta. Kiedyś miałem okazję zobaczyć centrum internetowe pewnej etnicznej organizacji, gdzie etatowi "ochotnicy" żeglowali po otchłaniach Internetu szukając stron www, które przedstawiały tę grupę w złym świetle. W przypadku znalezienia takiego portalu uruchamiano procedurę nacisków, od listu do administratora poczynając... Inni "ochotnicy" czatowali na forach i grupach dyskusyjnych, gdzie reagowali na niewygodne wypowiedzi, lub metodami pozamerytorycznymi podcinali debatę - chociażby poprzez zalewanie danego forum najeżonymi inwektywami epistołami. Internet kształtuje dziś pole myślenia młodych ludzi. Zaczopowanie swobodnej niegdyś kanału wymiany (w pionierskich czasach praktycznie można było wszystko) służy modelowaniu komunikacji i formowaniu jej na modłę tradycyjnych "jednostronnych" transmisji informacyjnych, które poza medialnymi efemerydami, zostały już dziś całkowicie zdominowane przez interesy ich właścicieli. Jeśli nie można "zaczopować", to posuwa się do "dekonstrukcji" intelektualnej czy etycznej autora kwestionowanej wypowiedzi, mówiąc jak najwięcej rzeczy bez sensu i zniechęcając innych do zabierania głosu Są też i inne metody; od starej i wypróbowanej prowokacji, po nielegalne bomby e-mailowe, czy wirusy. Walka trwa. Idą na to pokaźne środki, czasem - na dodatek - państwowe. Jak więc się rozeznać w tym elektronicznym labiryncie prowokacji? Trzeba wyrabiać sobie zdanie w oparciu o jak najszerszą gamę opinii i... patrzeć uważnie ludziom na słowa. c Andrzej Kumor
Ostatni tekst Szanowni Państwo, tydzień temu zakomunikowano mi, że po czternastu latach pracy "Gazeta" postanowiła z końcem października rozwiązać ze mną kontrakt. Dzisiejszy "Notatnik kanadyjski" jest więc ostatni. Rozstajemy się w ciekawym momencie kanadyjskiej polityki, kiedy to nowy premier Ontario zaczyna rozstawiać figury na szachownicy, wewnątrzpartyjna fronda federalnych liberałów przygotowuje się do przejęcia władzy w Ottawie, zaś prawa strona polityki bliska jest scalenia. Na wierzch skorupy wydobywać się poczynają nowe siły. Zacznijmy od Daltona McGuinty'ego. Program liberałów nie obiecywał wielu konkretnych rzeczy, a ustalenia byłego kontrolera prowincyjnego Erika Petersa sprawiają, że nawet i te obietnice mogą sobie poczekać. Peters ustalił, że deficyt budżetowy przekracza obecnie 5 miliardów. Jest to suma, która nawet u najbardziej zawziętych krytyków ontaryjskiej Partii Liberalnej wywołuje odruch rozgrzeszenia nowego rządu w przypadku utrzymania deficytu w najbliższym budżecie. McGuinty może mieć więc łatwiej, niż się spodziewał - łatwiej uzasadnić fakt niedotrzymania słowa. Już dziś wije się z powodu danej przed wyborami obietnicy zamknięcia elektrowni węglowych. Ich wyłączenie z sieci kosztowałoby nas wszystkich niemało, a liberałów prawdopodobnie pozbawiło szansy na reelekcję. Nikt nie lubi przepłacać za prąd, zwłaszcza jeśli pochodzi z elektrowni, których na oczy nie widzi. Poza tym część ontaryjskiego smogu produkowana jest za granicą przez elektrownie węglowe sąsiednich stanów USA. Na mojego nosa McGuinty będzie rządził bez polotu, wizji i bez radykalnych zmian. Oczywiście, musi wykonać jakieś ruchy dla zrównoważenia budżetu, ale będą to zapewne proste posunięcia drenażowe, typu zwiększenie opłat za jakieś usługi państwa, czy też dodanie gdzieś niewidzialnych podatków (najlepiej w benzynie). Powiedzmy sobie szczerze, że liberałowie wygrali w Ontario nie dlatego, że mieli wspaniały program, lecz z powodu materiałowego zmęczenia i opatrzenia konserwatystów. Wystarczyło spojrzeć na rześkiego "młodego" McGuinty'ego i zestawić go z coraz bardziej sfrustrowanym świecącym z zapocenia premierem, aby nabrać ochoty do głosowania na nową buzię. Niestety, polityka to po części wielki show, dlatego nie należy się dziwić ontaryjskiemu wynikowi. Co tam jednak interes kraju, "ważne to je, co je moje". Chretien okazywał to podejście od początku, kiedy np. anulował kontrakt na zakup śmigłowców warty ponad 2 miliardy dolarów i obejmujący znaczny offset kanadyjski, płacąc 800 mln dol. kar umownych. Dziś mielibyśmy śmigłowce i miejsca pracy przy ich produkcji. Wówczas jednak liczył się doraźny interes polityczny. Kanadyjska prawica wciąż szuka tożsamości. Nie jest to proste. Grupuje ona konserwatystów ekonomicznych i obyczajowych, twardych "kowbojów" z zachodu i ideowych frankofonów. Zgoda ich wszystkich na wspólną platformę to duże osiągnięcie. Kłopoty jednak dopiero się zaczną. Przypomnijmy bowiem, że różnice dotyczą nawet tak bardzo oczywistych spraw, jak małżeństwa homoseksualistów i aborcja. Jak zatem wszystkich pomieścić w jednej partii? Z drugiej jednak strony, wiadomo, że bez scalenia prawicy szanse tej formacji na rządzenie są nikłe. Ktoś powiedział kiedyś, że największym problemem Polaków jest to, że sami siebie nie lubią, że wzajemnie sobą pogardzają i ośmieszają się, że nie potrafią dostrzec interesu, który ich łączy. Wspólnota narodowa stanowi naturalne rozszerzenie wspólnoty rodzinnej. Dlatego popierajmy się ponad podziałami. Nieszczęściem Polski jest skarlenie elit wyniszczonych przez narodowych wrogów. "Ziemia jednak wciąż rodzi", pojawiają się ludzie nowi, ważne tylko, abyśmy nie zatracili ochoty na polskość, abyśmy w naszej tradycji, wierze i historii zobaczyli źródło zdolne ugasić pragnienie przyszłych pokoleń. Żegnam się z Państwem tym "nacjonalistycznym" przesłaniem, bo jest ono dzisiaj najważniejsze. Patrząc od końca... ... mógłbym Państwu zaśpiewać (niestety mojego śpiewu nie znosi nawet żona) "no, rien de rien, je ne regrette rien", nie żałuję ani jednego tekstu "Prawym okiem", który napisałem, i mam wielką nadzieję, że Państwo nie żałujecie, że je przeczytaliście. Jest więc z czego się cieszyć. Niniejszy felieton kończy rzecz zaczętą kilkanaście lat temu. W tym okresie zmieniały się moje poglądy i styl pisania; od doktrynerskiego neoliberalizmu, po nacjonalizm gospodarczy, od traktowania prawa do wolności jako dowolności, po dostrzeganie w wolności powołania do odpowiedzialności i obowiązku, od antyinstytucjonalnej religii osobistej, po bliską więź z Kościołem, od podziwu dla Ameryki, po rozczarowanie tym państwem... Można tę litanię długo ciągnąć. Droga nie zawsze była prosta, zataczałem się na niej, upadałem, zderzałem z innymi i każdy taki wypadek wpływał na moje pisanie. Razem z Państwem zestarzałem się i dojrzałem, razem z Państwem przekraczałem kolejne etapy emigracyjnego życia, rozpoczętego w 1988 roku przy bramie obozu w Treiskirchen, od kaskaderskiego wyjazdu z Polski po czwartym roku nieskończonych studiów, z plecakiem, 300 dolarami w kieszeni i paszportem z prawem do jednokrotnego przekroczenia granicy, ważnym "na wszystkie kraje Europy". Razem przeżyłem z Państwem tysiące nadziei oraz rozczarowań i patrząc dziś "od końca", mogę tylko dziękować. Mój Anioł Stróż to kawał chłopa - podparł i powstrzymał, gdzie trzeba było. Mogę dziś popatrzeć wstecz i zadeklarować: "było wspaniale"! Życie jest piękne, a najlepsze rzeczy są w nim za darmo. To banalne motto zabieram ze sobą na drogę, jak mandżur. Od tego, jacy sami jesteśmy, zależy nasz świat. Życie jest pełne zasłon i miraży, truchło zła kusi w nim wielokolorową mozaiką, a dobro wydaje się być nudne, szare i bez polotu. Aby wgryźć się w krwiste trzewia życia, trzeba się przełamać, pozbyć strachu i zaufać. Wówczas to zobaczymy truchło za zasłoną i kryształ pod szarzyzną piachu. Po to, aby zobaczyć drugiego człowieka, trzeba nauczyć się odrywać wzrok od siebie. Trzeba zobaczyć siebie, "po drugiej stronie", w bliźnim. Skończmy jednak z tymi banałami. Nie mam już tutaj nic do dodania, przyszedł czas na... K.O.N.I.E.C. Nieznajomość przyszłości Szanowni Państwo, w związku z decyzją Wydawcy "Gazety", od najbliższego czwartku przestaję pracować w tym piśmie. Mamy zatem jeszcze tylko trzy okazje, by się spotkać na łamach. Dzisiejszy tekst "Prawym okiem" jest przedostatnim z tego wieloletniego cyklu. Z głębi serca dziękuję Państwu za dyskusję, za uwagi i polemiki, za - jakże cenne - słowa krytyki, a czasem uznania. Składało się to na nasze wspólne myślenie o życiu, wydarzeniach światowych i sprawach polskich. Tworzyło to w jakimś małym zakresie przestrzeń polskiej debaty na obczyźnie, czasem przykrej i bolesnej, ale zawsze szczerej. Wszystko w życiu ma początek i kres, przyszedł więc też i kres mojej wspólnej drogi z "Gazetą". Co przyniesie przyszłość, czas pokaże. W arcyciekawym tekście "Powrót do wolności" Filip Memches pisze w 29 numerze "Frondy", że "nieznajomość przyszłości obdarza nas czymś bezcennym - wolnością.(...) Jest Ktoś, kto chroni naszą wolność, mimo że my sami chcemy złożyć ją na ołtarzu totalnego zabezpieczenia (...) Nieustannie zaprasza do podejmowania ryzyka i zaufania Tajemnicy". Memches przytacza słowa Denisa de Rougemont: "Trwogę, jaką odczuwa nowożytny człowiek wobec własnej wolności, da się zmierzyć liczbą wróżek i ich klientów spragnionych moralnego znieczulenia" i dodaje od siebie: "Totalne zabezpieczenie to jedna z najstarszych potrzeb człowieka. Dzisiaj jest ona niejako znakiem czasu. Od państwowych osłon socjalnych (środek integrujący biurokrację i wszelkich nierobów) po prezerwatywy i inne metody ?regulacji poczęć=, obsesja zapewnienia sobie ?świętego= spokoju wkrada się wszędzie. Jej przejawem jest również nieodparte pragnienie poznawania przyszłych wydarzeń". "Czy znasz swoje przeznaczenie?" - pytała mnie kiedyś pewna rozczytana w horoskopach pani. "A po co?" - odparłem. Do tego, jak żyć, nie trzeba szukać wskazówek w przyszłości. Nieznajomość przyszłości to wolność. Gdybyśmy wiedzieli, co będzie jutro, wypadałoby podciąć sobie żyły - bo po co żyć, skoro każdy nasz ruch podlega automatycznej determinacji wszechpotężnego fatum? Po co być marionetką? Wolność to oś człowieczeństwa, to podstawowa cecha, dzięki której jesteśmy "na obraz i podobieństwo", to obmacywanie tajemnicy stworzenia. Zamiast pytać, co będzie, zastanówmy się, co chcemy, aby było, zamiast martwić się o to, gdzie dojdziemy, zastanówmy się, jak idziemy i co robimy dzisiaj. Nie jutra trzeba się bać, lecz własnej słabości, bo nasza przyszłość rozgrywa się w każdej chwili w nas samych. I tylko ta ręka... Jean Chretien idzie na emeryturę, więc może już mieć w nosie to, co o nim piszą gazety. Te zaś podniosły larum, ponieważ ktoś życzliwy zauważył, jak to Chretien nie pominął przy ściskaniu rąk na szczycie APEC, premiera Malezji, Mahathira Mohamada. Mahathir niedawno stał się pariasem, gdyż otwierając szczyt Konferencji Państw Islamskich, powiedział nieopatrznie, że największym mocarstwem tego świata majta żydowskie lobby i to ono rozdaje karty. Spadły za to na niego gromy potępienia. Tym silniejsze, że podobną opinię wyznają też inni politycy, ale boją się o tym głośno mówić - jedynie od czasu do czasu coś tam im się wypsnie. Aby było weselej, zakwestionowane przemówienie malezyjskiego premiera dotyczyło konieczności odrodzenia islamu i wyzbycia się ekstremizmu, sekciarstwa oraz przemocy. Jak to zgodnie zauważali komentatorzy, gdyby nie te kilka zdań o Żydach, to Mahathira można by było puszczać na okrągło w CNN jako przykład "dobrego" muzułmanina. Fragment o Żydach przeważył jednak i zrobiło się wielkie halo. Mahathir Mohamad jest w tym samym szczęśliwym położeniu co Chretien - również odchodzi na emeryturę - może lekce sobie ważyć utyskiwania światowych tuzów. Zresztą wcześniej też im się nie poddawał. Szef malezyjskiego rządu podpadł jeszcze za administracji Clintona, kiedy to obarczył Żydów, a zwłaszcza Sorosa, winą za azjatycki kryzys walutowy z końca lat 90. Malezja odrzuciła wówczas wszystkie "porady" Międzynarodowego Funduszu Walutowego i doskonale na tym wyszła, szybko dźwigając gospodarkę. Otóż podczas szczytu państw APEC chyba w 1998 czy 1999 roku wiceprezydent Al Gore zachęcił Malezyjczyków, aby obalili legalny, demokratyczny rząd Mahathira, mówiąc: "Z narodów ogarniętych kryzysem gospodarczym cały czas dobiega do nas głos ludzi wołających o demokrację. Dzisiaj słyszymy ten głos również i tutaj. Słyszymy wołanie bohaterskiego narodu malezyjskiego". Zabrzmiało to jak przemówienie Breżniewa przed inwazją na Czechosłowację. Była to bezpośrednia ingerencja - oficjalne błogosławieństwo największego światowego mocarstwa dla politycznych przeciwników Mahathira. Na szczęście, "bohaterski naród malezyjski" okazał się za mądry na takie manipulacyjne podniety, a nacjonalizm gospodarczy Mahathira zbyt pociągający, by Amerykanom udał się manewr. Mahathir oskarżał wówczas żydowską finansjerę o atak ekonomiczny na Azję w celu odebrania tamtejszym narodom owoców ekonomicznych wypracowanych przez dwa pokolenia. Piszę o tym z upodobaniem, ponieważ przykład ten stanowi pouczającą lekcję dla nas, Polaków, obudzonych niedawno z ręką w dziejowym nocniku. Mahathir Mohamad postrzegał ówczesny manewr "żydowskiej finansjery" następująco: Etap pierwszy: międzynarodowi spekulanci atakują waluty krajów azjatyckich, skupując i sprzedając wielkie kwoty. Etap drugi: następuje krach. Etap trzeci: te same kręgi, które wyhuśtały wcześniej waluty, usiłują "ratować" gospodarki poszczególnych państw, oferując miliardowe kredyty i gwarancje za cenę otwarcia tamtejszych gospodarek na wykup przez międzynarodowy kapitał. Mahathir dostrzegł w tym mechanizm nowego podboju i kolonizacji gospodarczej. O tym, że ma rację, najdobitniej świadczy przykład sukcesu jego własnego kraju oraz Chin. W tym ostatnim przypadku spekulanci nie mają szans, bo kurs juana ustalany jest przez chińskie KC w relacji do dolara amerykańskiego i szlus. Do Chin nie jeździ się więc obrażać miejscowych polityków, lecz grzecznie prosić, aby może rozważyli możliwość umocnienia własnej waluty i zmniejszenia olbrzymiej nadwyżki eksportowej. Oceniając Mahathira, trzeba stwierdzić, że: a) facet zrobił wiele dobrego dla własnego narodu, b) nie jest skorumpowany i w przeciwieństwie do ludzi pokroju Suharto, nie zagarniał nigdy pod siebie, c) mówi to, co myśli. Nie wiem jak Państwu, ale mnie ten człowiek się podoba i nie mam krzty żalu do Chretiena, że ścisnął mu prawicę. Tym bardziej, że gdybyśmy tak dokładnie popatrzyli, jakie to ręce Chretien ściskał w przeszłości, to okazałoby się, że na niejednych było czerwono od krwi i lepko od brudnych dolarów. W świecie dyplomacji obowiązują podwójne standardy i nie ma co liczyć na jakieś moralne uzasadnienie. Weźmy takiego premiera Izraela Ariela Szarona - facet jest odpowiedzialny - co wykazało wewnętrzne śledztwo izraelskie za dopuszczenie do masakry ludności cywilnej libańskiej wioski. Gdyby Szaron nie był tym kim jest, lecz - powiedzmy - serbskim dowódcą wojskowym, działającym na terenie Kosowa w trakcie niedawnej wojny, to pewnie dziś stałby przed Trybunałem w Hadze. A tak... A tak, Chretien może mu rączkę ściskać i nikomu do głowy nie przyjdzie, że jest w tym coś niestosownego. Nad tym bowiem, co komu przez głowę ma przejść, czuwają odpowiednie sterowniki - telewizja, gazety, radio.Tłoczą nam politycznie poprawne stereotypy i biją po łapach za każde ich kwestionowanie. Tymczasem, jak to niedawno mądrze zauważył laureat Nagrody im. Józefa Mackiewicza p. Marek Jan Chodakiewicz: "Większość z nas, a już na pewno każdy przeciętny człowiek, stara się zrozumieć świat w oparciu o rozmaite stereotypy. W pewnym sensie pomagają nam one funkcjonować, szczególnie na wstępnym etapie życia, który u człowieka inteligentnego i ciekawego nie trwa zbyt długo". Uczmy się więc kwestionować stereotypy i nicować oficjalną propagandę. Paradoksalnie, my, ludzie pochodzący z kraju, w którym byle smarkacz wiedział, że "telewizja kłamie", mamy do tego lepsze przygotowanie. Może jednak się mylę. W każdym razie, Drogi Czytelniku, póki jeszcze można, staraj się samodzielnie używać szarych komórek. ...und morgen die ganze Welt śpiewali brunatni chłopcy malowani, w takt buciorów stukających po bruku europejskich miast. Dwie wielkie zarazy XX wieku, komunizm i faszyzm, oparte były na idei bezbożnego posłannictwa - gwałtownej przebudowy świata na lepsze, wyzwolenia człowieka i narodów - stworzenia raju na ziemi. Pierwsi przekonywali, że dokona się to przez likwidację starego porządku klasowego, drudzy uważali, że - niczym w dobrym stadzie zarodowym - idzie o czystą krew i trzeba wybić skundlonych mieszańców. Jedni i drudzy tłumaczyli, że do osiągnięcia przyszłego szczęścia, dziś konieczne są ofiary, a tortury, mordy i zgrzytanie zębów przybliżają przyszłe szczęście. Idee te zapłodniły miliony umysłów. Większość hitlerowców i bolszewików to byli zwykli ludzie przekonani o słuszności swej sprawy, o konieczności wyrzeczeń. To byli wyznawcy religii bez Boga, skłonni w imię lepszej przyszłości zamordować dziś sąsiada. Znaczna część mojego życia upłynęła w imperium, które niosło innym "demokrację" na czołgach. Jednym z takich czołgowo "wyzwolonych i zdemokratyzowanych" (czytaj skolonizowanych) krajów była PRL. Jak przebiegało wyzwolenie, a obecnie demokratyzowanie Iraku, każdy może sobie zobaczyć na załączonym obrazku. Nie, nie zrównuję amerykańskiego imperium z sowieckim więzieniem narodów, porównuję jedynie bardzo czytelną w obecnych działaniach Amerykanów chęć dojścia na skróty do stanu powszechnego szczęścia - świata bez nędzy, terroryzmu i wyzysku. Myśmy to wszystko przerabiali i dlatego, gdy ktoś przedstawia program obalenia wszystkich dyktatur (ciekawe, wedle jakiego klucza będzie się oceniać, czy coś jest dyktaturą) do roku 2025, to mnie przechodzą ciarki po plecach, a w głowie rozlega się tętent jeźdźców Apokalipsy. Obawiam się również, że ta definicja będzie odzwierciedleniem bieżących interesów wpływowego amerykańskiego lobby. A Lew Trocki, autor koncepcji permanentnej rewolucji światowej, którego w Meksyku zarąbała siekierą przedłużona ręka Stalina, chichocze dziś sobie zza grobu.. |