Default
Google
 
.
Obrazki polskie

Kraków, wiosna, rok 1999
 Na krakowskim rynku mimo późnej pory (bądź co bądź jest poniedziałek) rojno i gwarno. trochę pijaczków, trochę turystów, Trochę "klubowych" nastolatek. Jestem umówiony w kawiarni "Pod Orłem", tuż pod remontowaną wieżą kościoła Mariackiego. O tej porze piwo należy do podstawowych kawiarnianych napojów, zresztą tak było zawsze.
 Są też jednak innowacje. Porządku w ogródkach pod parasolami pilnują przechadzający się wolnym krokiem ochroniarze z "Justusa". Ubrani na czarno w polskomodne "bejsbolówki". Jednemu, dość "wymokniętemu", spod czapki wypełzają tłuste kędziory. Obydwaj wyglądają na niezłych meneli.
 Piwo ma swoje prawa, odwiedzam ubikację. Tu dwie niespodzianki:
 a) wbrew dotychczasowym praktykom, datującym się chyba jeszcze sprzed drugiej wojny światowej, ubikacja jest darmowa,
 b) druga niespodzianka zakrawa na "opad szczęki"  wchodząc do WC, zostaję dosłownie obsikany   po szyi przez zamontowany na drzwiach automat dezynfekcyjno-zapachowy. Smród leci z niego ponoć europejski, ale po wyjściu rozsiewam wokół coś na kształt znanej sowieckiej perfumy "Oddech Stalina".
 Od tej pory przy wejściu do WC, najpierw bacznie obcinam co wisi na drzwiach, a następnie robię zręczny "rzut na kafelki", pozwalający uniknąć dezynfekującego natrysku.
 Cokolwiek by jednak mówić, ubikacje są bardziej czyste, a "wyposażenie sanitarne" importowane, słowem, kultura i wielki świat.

•••

Kiosk
 W kiosku ruchu kupuję kartę telefoniczną, bilety MPK, "Dziennik Polski" i dziesięć zapalniczek jednorazowych. Te zapalniczki to prośba znajomych. W przeciwieństwie do tutejszych, nie są "dziecioodporne" i może ich używać również człowiek dorosły. (Jak wiadomo, zapalniczkę zabezpieczoną na wypadek niepowołanego użycia przez rozkosznego trzyletniego piromana, po pięciu minutach obsługuje bez problemu każdy szkrab, za to dorosłego krew frustracji zalewa, gdy takim wynalazkiem chce zapalić na wietrze).
 Kioski ruchu mają w Polsce to do siebie, że sprzedają pornografię. Polski "Hustler" leży wyłożony na półce przed okienkiem. Każde dziecko wysłane przez tatusia (mamusię?) po gazetę czy papierosy (mimo podążania ku Europie, zwyczaj ten jeszcze nie zaginął), ma okładkę od sztandarowego periodyku koncernu Larry'ego Flynta na wysokości oczek lub buzi (o ile małolat dorasta do okienka), jeśli dopisze mu trochę szczęścia, powiew wiatru odsłoni również kilka stroniczek,  bo "Hustler" leży sobie ot, tak bez żadnego plastikowego owinięcia.
 W innym kiosku ten sam numer "Hustlera" gustownie towarzyszy w witrynie specjalnemu wydaniu jakiegoś pisma, poświęconemu VI pielgrzymce Ojca Świętego do Polski, z wielkim zdjęciem Jana Pawła II na okładce.
 Naród kocha papieża, ale - wiadomo - życie ma swoje prawa. Co zaś najdziwniejsze, to fakt, że pani kioskarka nie widzi w tym nic niestosownego... Na pocieszenie wypada mi wspomnieć, że znajomy zapewniał, iż polska edycja "Hustlera" jest o niebo słabsza od swej amerykańskiej koleżanki.

•••

Zasłyszane
 W miejscowym parku "Zieleń miejska" sadzi drzewka i krzewy. Roślinki wbija w ziemię specjalnie do tego wynajęta firma prywatna. W trzy dni później pod wieczór samochód tej samej firmy stoi  zaparkowany na ulicy, a grupka pracowników cichcem wyrywa dopiero co wsadzone okazy flory...
 "Panie, administracja któryś raz z rzędu próbuje coś w tym parku posadzić i za każdym razem kradną. Oni to tak sadzą, żeby zaraz można było lekko wyjąć, potem jadą na plac i sprzedają drugi raz! Bo skąd by na wódkę mieli?".

•••

Taksówki
 Głównie mercedesy, ople, coraz częściej z automatyczną skrzynią biegów ("Wie pan co, teraz, jak mam tego automatika, to gdy wracam do domu, lewa noga mnie przynajmniej nie boli").
 Taksówkarze narzekają  - zwykła sprawa. Nie ma się zresztą co dziwić; benzyna droga jak fiks (2,30 zł za litr. 1 CAD ­ 2,7 zł:, a mimo wszystko taksometr liczy taniej niż tu.
 Na skrzyżowaniu o mały włos nie zmiata nas ze świata rozpędzony TIR, przejechał czerwone światło.
 "No widzi pan, jak jeżdżą! Gdybym ja nie był ostrożny, nie rozglądał się na boki, a słowo panu daję, że teraz to już zielone, nie zielone, zawsze patrzę dookoła. Widzi pan  chwila, a byłoby po nas. Bo proszę pana, taki traker, to on ledwo na oczy widzi. Jemu każą jeździć non stop i on gna przez te światła, pewnie nawet nie widział, że czerwone było! Tak to się, proszę pana, porobiło, tylko kasa i kasa! (...) Ja panu powiem, co oni tam wszyscy robią w tym rządzie, tylko pod siebie biorą, bo to jest, proszę pana, komuna, tylko że numer dwa".
 Taksówki to jeden z udanych eksperymentów  działają bez zarzutu  taksówka wezwana przez telefon zjawia się za trzy minuty, wszyscy są podłączeni do któregoś "radia".
 Idę wzdłuż wianuszka TAXI stojących na postoju, nagle olśnienie, oto w kolejce mercedesów, polonezów i BMW stoi sobie, jak królewna pod latarnią, szara, smutna warszawa.
 Jego Amerykanie wciąż wynajmują, nic tylko pod hotelem stoi  prawie taka sama atrakcja jak kiedyś omnibus - twierdzi kolega. Musi mieć powodzenie, skoro ktoś turla się po mieście dolnozaworową warszawą, co swoje potrafi przepalić. No, ale to kawał peerelowskiej historii...

•••

Języki
 Postój na Grzegórzeckiej, przed Halą Targową. Grzecznie idę do pierwszego samochodu - stara skoda. Przed autem tłumek kierowców. Ostro gestykulują. Starszy pan i starsza pani pokazują im plan miasta, usiłują z taksówkarzy wydobyć jakąś pomoc. "Pan wolny?" - pytam długowłosego czterdziestolatka. "Pewnie, pewnie, pan wsiada".
 "No i widzi pan, przyjeżdżają tu do nas - wyjaśnia podczas jazdy zbiegowisko na postoju - myślą, że jak jesteśmy w NATO, to wszyscy tu po angielsku umieją. Szukają jakiejś bożnicy czy czegoś. Nawet nazwy ulicy nie potrafią wymówić. A Grzegórzecka, jak śmiesznie mówią, język im się na tym zatyka.
 To bezczelność jest, proszę pana, niech pan sobie wyobrazi, że pojadę do Londynu i będę po polsku mówił i jeszcze dziwił się, że nikt polskiego nie zna. A oni?!  Jadą tu do nas i nawet - panie szanowny - rozmówek nie wezmą, tylko tak na bezczelnego: Du ju spik inglisz? No i co, akurat żaden z chłopaków nie mówi...".

•••

Pogotowie ratunkowe
 Czekam na wejście do chirurga, kilka osób, jednemu wyskoczył obojczyk, przede mną dwaj uprzejmi dresiarze z nocy. Jeden pobity straszliwie pojękuje, drugi opiekuje się kolegą, załatwia formalności i za niego mówi. "Będziesz musiał iść do szpitala - tłumaczy - wszystko ci przywieziemy".
 Wchodzę do gabinetu. Uderza po nosie woń przetrawionego alkoholu. Pan doktor najwyraźniej nocy nie spędzał w łóżku. "Gdzie boli, co było? Zrobimy rentgena i jutro do kontroli. Dowód osobisty proszę".
 Zaczynają się schody. Nie mam numeru PESEL, nie płacę na ZUS, nie jestem zapisany do kasy chorych. Słowem, ciężki przypadek. "To co robimy, panie doktorze?"  pyta pielęgniarka.  "Cegiełki? No niech będą cegiełki" - zgadza się lekarz. "Pan sobie wykupi cegiełki na służbę zdrowia" (????!!!!!).
 "Za pięćdziesiąt złotych. Nie, nie dostanie pan rachunku, dostanie pan cegiełki, na rachunki nie mamy jeszcze blankietów".
 Znajoma uważa, że i tak powinienem się cieszyć, bo pogotowie nic mi nie zrobiło. Opowiada, jak w październiku spadła ze schodów w mieszkaniu na czwartym piętrze, w starej kamienicy. Przyjechała karetka i sanitariusze nie mogli się zmieścić z noszami w przejściu, więc ją posadzili. Przyjeżdżają do szpitala, gdzie ma miejsce następujący dialog:
 "O Jezu, a czemużeście ją posadzili?! Może mieć złamany kręgosłup, sparaliżuje ją!"
 "A co mieliśmy robić?! Przecież nie dało się z noszami wejść; co, mieliśmy ją przez okno spuszczać?"
 Na szczęście kręgosłup, był cały.

•••

Policja
 Telefonicznie zapraszają mnie do Komendy Głównej w sprawie wypadku drogowego. Nie odmawiam, bo od kilkunastu lat nie miałem okazji odwiedzić "starych kątów" "wyrżniętych na życiorysie".
 Ulica Mogilska. Za dużym budynkiem przesłonięty od ulicy mały, czteropiętrowy - to wydział ruchu drogowego, jeszcze dalej za nim taki sam, biały.
 Patrzę z sentymentem. Już nie pamiętam, jak to szło, ale chyba na drugim piętrze były "przestępstwa gospodarcze", na trzecim "walka z Kościołem", a na czwartym "organizacje antypaństwowe". Jeszcze dalej, z tyłu, jest dwupoziomowy "dołek". Niemiły, bo ciemny i fazy nie można było od żarówki pociągnąć - lampa cała zakratowana. Za każdym razem o wrzątek trzeba się było prosić i "siadać na klapę"...
 Wchodzę do "pokoju przesłuchań". Komisarz wciąga do maszyny trzy kopie z kalką. Tym razem jestem jednak w charakterze "poszkodowanego".

•••

Kino
 Właściwie filmów jest mało, a kina otwarte w powszedni dzień można policzyć na palcach jednej ręki. Oczywiście, w głównym kinoteatrze leci "Ogniem i mieczem", postanawiam więc nie mieszać się z tłumkiem wycieczek szkolnych i idę na "Biały kot, czarny kot" (albo Czarny kot, biały kot) - nową produkcję Kusturicy.
 Słoneczne popołudnie, sala napełnia się powoli, w sumie siedzi nas razem jakieś 12 osób. Film nie o Polsce, więc nie będą streszczał.
 Za chwilę odbieram z zakładu fotograficznego odbitki  36 zdjęć po jednej sztuce z każdego ujęcia płacę 26 zł, czyli około 10 CAD. Trochę drogo...

•••

Wreszcie Warszawa
 Jak zwykle, jakaś taka pozabliźniana i mało kameralna. Ekspres Intercity wjeżdża na Centralny z piętnastominutowym opóźnieniem.
 W pociągu rozmowa się nie klei. Może dlatego, że jadę pierwszą klasą; większość pasażerów elegancko ubrana, garnitury, raz po raz komuś dzwoni komórka, czyta się "Wyborczą" i "spożywa" kolejowy poczęstunek - serwują kanapkę, ciastko i kawę.
 Hotel Metropol - na tyle mnie stać w stolycy. Wynająłem pojedynkę i, jako podróżujący solo samiec, jestem na celowniku... Przez dwa dni ktoś wrzuca mi pod drzwiami ulotki rozgłaszające walory pięknych pań. Jedna z kolorowych karteczek zapewnia: "najszybsza realizacja zlecenia,  do 10 minut". To znaczy - zastanawiam się - ZA dziesięć minut, czy PRZEZ dziesięć minut.  Język potrafi płatać figle...
 Wesoły taksówkarz wiezie mnie na lotnisko. "Może jeszcze nie zabrali, to panu pokażę mercedesa. Rozbił się dzisiaj o piątej rano, taryfiarz spod Victorii, jechał z lotniska. (...) Musiał zginąć, tam nie miał prawa nikt przeżyć. A niby  mówi się,  mercedes - mocne auto. Niech pan popatrzy, drzewo mu weszło do pół kabiny. Musiał mieć z 200 na godzinę, pewnie mu ktoś wyskoczył z przecznicy".

•••

 Uff. Za chwilę mam już 870 na godzinę. Niebo dzielimy dziś z tankowcami i innym sprzętem NATO. Lecimy przez to nieco wyżej...

Andrzej Kumor


Acquiring image from ProHosting Banner Exchange