| Rozkradzione bogactwo
Motto:
"Pan sam powiedz po
co im te fabryki?! Nie mogą oni siedzieć na wsi, trzymać wyścigowe konie,
jeździć za granicę, polować, romansować z cudzymi żonami, robić politykę
i wielki szyk w świecie! Im się zachciało fabryk..."
Wł. Reymont, "Ziemia
Obiecana" - bankier Grosglik o Polakach w Łodzi.
Andrzej Kumor: Panie profesorze, można
pana określić mianem "antybalcerowicza", człowieka, który ma alternatywną
wizję ekonomicznego rozwoju Polski, czy też tego rozwoju, który powinien
był zaistnieć w momencie likwidacji komunizmu. Co, według pana, Polska
powinna zrobić ze swoją gospodarką w 1989 roku, w sytuacji, w której mieliśmy
do czynienia z hiperinflacją, niezadowoleniem społecznym, strajkami? Czy
dla programu Balcerowicza była alternatywa, bo wiele osób uważa, że innej
drogi nie było?
Kazimierz Z. Poznański: Ja nie jestem anty-Balcerowiczem,
tylko jego krytykiem. Sytuacja rzeczywiście była wtedy dosyć dramatyczna,
gospodarka była rozchwiana i oczywiście, pewne rzeczy musiały być zrobione.
Nie można było dalej żyć z taką wysoką inflacją. Występowało też spowolnienie
gospodarcze.
To, co zostało zrobione, jeśli chodzi o
walkę z inflacją, było potrzebne, ale środki były zbyt ostre. Więc
zamiast ożywienia przyszło w 1990-1992 załamanie gospodarki.
Ale to nie był największy błąd Balcerowicza, za który zapłaciło społeczeństwo.
Główny błąd Balcerowicza wziął się z innych
elementów całego programu, który przyszedł razem z tą stabilizacyjną operacją,
w szczególności kwestia radykalnej prywatyzacji.
I to był ten największy błąd, polegający
na tym, że Polska była nieprzygotowana do prywatyzowania na wielką skalę.
Powód tego nieprzygotowania jest taki, że majątek państwa prywatyzować
może tylko państwo. Po to więc, żeby powierzyć państwu dorobek kilku pokoleń,
od którego zależy los następnych kilku pokoleń, należało uzdrowić aparat
państwa, gdyż państwo właśnie weszło w fazę rozkładu.
Tego nie zrobiono, choć były tam jakieś
zmiany w konstytucji, ale nie o to chodziło, gdyż problem polegał na szerzącej
się korupcji urzędników. Chodziło więc o szybkie zbudowanie aparatu państwa
odpowiedzialnego za swoje decyzje, gdzie urzędnik nie może bezkarnie działać
na szkodę społeczeństwa. Tego nie zrobiono, natomiast rozpoczęto program
prywatyzacji, który tylko pogłębił już niepokojącą demoralizację
aparatu państwa.
Rozpoczęcie prywatyzacji stworzyło okazję
do wielkich nadużyć; do rozdawania majątku, albo też sprzedawania go za
bezcen, i związanych z tym korzyści osobistych. To była wyjątkowa okoliczność,
ponieważ w grę wchodził kapitał stworzony przez kilka pokoleń, głównie
zresztą tych z okresu komunizmu. Pokusa była tak wielka, że praktycznie
nie dało się tego zatrzymać. I zamiast naprawy państwa nastąpiła jego przyspieszona,
właściwie nieodwracalna zagłada.
Konsekwencją tego prywatyzowania na ogromną
skalę przez skorumpowany aparat państwa jest wszystko, co dziś widzimy,
to że na przykład polski kapitał, banki i przemysł, został oddany w ręce
zagraniczne praktycznie za nic. I, że już bez własnego kapitału, gospodarka
wpadła w 1999 roku w drugi, po tym z 1990-1992, kryzys w ciągu
jednej dekady. To się mogło stać tylko i wyłącznie w warunkach kompletnie
zdemoralizowanego państwa, dla którego liczy się nawet marna łapówka, a
nie społeczny dobrobyt.
I to jest ten najgorszy błąd, za który
historia w końcu osądzi Balcerowicza jako jedną z najbardziej zgubnych
dla kraju postaci, i do którego to błędu Balcerowicz nigdy do tej pory
się nie przyznał.
Nigdy nie powiedział, że to jest ze szkodą
dla społeczeństwa, gdy majątek wychodzi wyłącznie w ręce zagraniczne, tak
że tworzy się nieznaną nigdzie na świecie gospodarkę.
On też nigdy nie zakwestionował wyceny
tego majątku w ostatniej dekadzie, co najwyżej jakiś przypadek jeden czy
drugi, gdy ktoś inny był przy władzy.
A.K.: Dlaczego twierdzi pan, że jest
to nieznana na świecie gospodarka? Czy nie można jej porównać do jakiegoś
modelu - nie wiem - może do gospodarek Ameryki Łacińskiej?
K.P.: Chwileczkę, w Ameryce Łacińskiej
nie mamy normalnych gospodarek, więc to nie jest dobry punkt odniesienia.
Mówiąc, że model jest nieznany, miałem na myśli jakieś normalne kraje,
gdzie nie rządzi korupcja. Ze względu na chroniczną korupcję te latynoskie
gospodarki to gospodarki wiecznych kryzysów produkcji i krachów finansowych.
Tam też, w ramach ich prywatyzacji, oddano
kapitał, głównie w ręce zagraniczne, tyle że nie za takie marne grosze,
gdyż tam widocznie jest mniej korupcji. Oddali znaczną część kapitału,
a kryzys produkcji czy załamania walutowe ciągle mają miejsce, gdyż widocznie
taki model, gdzie rządzi obcy kapitał, to ciągle anomalia.
A.K.: Dlaczego zatem polska gospodarka
jest kuriozalna?
K.P.: Jest kuriozalna, ponieważ do tej
pory nigdzie na świecie nie istniała gospodarka narodowa, w której kapitał
nie jest narodowy; w której 80 proc. banków - tak jak teraz w Polsce -
jest w rękach zagranicznych, zaś 55 proc. (a już niedługo 75 proc.)
przemysłu jest w rękach zagranicznych.
Nigdzie na świecie, tym normalnym, coś
takiego nie istnieje, poza tym wspomnianym właśnie marginesem. Owszem,
czasami się mówi, że taki model nie jest kuriozalny, gdyż przecież
w Kanadzie połowa przemysłu jest w rękach zagranicznych, a gospodarka radzi
sobie dobrze.
A.K.: Ale banki nie są.
K.P.: Banki nie są, bo w bankach kapitału
zagranicznego jest 5 proc. i jest przepis zapisany w konstytucji, że nie
może być więcej niż 5 proc. A 5 proc. to znaczy, że się nie ma żadnego
wpływu. A system bankowy jest sercem każdej gospodarki, nie tylko dlatego,
że dostarcza kredytu, ale dlatego, że tutaj koncentrują się zyski.
A.K.: To samo dotyczy linii lotniczych...
K.P.: No i energetyka też jest w rękach
kanadyjskich, a Miller właśnie szykuje sprzedaż elektrowni w obce ręce.
Zresztą nawet z tymi zagranicznym udziałami Kanada ma swój własny kapitał,
a Polska go nie ma, bo go sprzedała. W tym sensie to jest absolutne kuriozum,
a już o tym, żeby ktoś sprzedał majątek narodowy za nic, to nie wiem, gdzie
takiego przykładu szukać. Na pewno nie w Kanadzie, gdzie przecież też miała
miejsce, choć na inną skalę, prywatyzacja.
Mnie to się kojarzy tylko z tym, jak powstała
Rodezja. Wie pan jak? Był wtedy taki ciemny kacyk, który tam rządził w
tej Rodezji, pod inną jeszcze nazwą, a była to niezwykle zasobna część
Afryki.
Słynny Rhodes, który był takim trochę awanturnikiem,
w stylu Sachsa, przyjechał do tego kraju, gdzie wszyscy byli niepiśmienni
i temu kacykowi przedłożył kawałek papieru do podpisania w zamian za to,
że on pozna go z królową Anglii.
To, co ów kacyk podpisał, to było zrzeczenie
się wszystkich praw do bogactw, czyli dokładnie to, co stało się w Polsce,
gdzie posłuchano Sachsa bez żadnego zastanowienia, czyli w ciemno.
A.K.: Pan twierdzi, że Polska straciła
historyczną szansę, że jak u Wyspiańskiego, zginął nam ten złoty róg. Nie
sądzi pan, że to jest dziwne, iż w Polsce mało ludzi, a na początku lat
90. prawie nikt, nie zauważał tego manewru?
K.P.: A to dlatego, że został uruchomiony
gigantyczny aparat propagandowy...
A.K.: Mówi
pan, "został uruchomiony", kto go uruchomił, jakim siłom politycznym na
tym zależało?
K.P.: W momencie, gdy pojawiły się możliwości
nadużyć związanych z prywatyzacją, pojawiły się ludzkie interesy. Jak ludzie
mają interesy, to je propagują, i we współczesnym świecie to się zwykle
robi przez środki medialne, zwłaszcza gdy dany człowiek jest przy władzy.
Społeczeństwo przyglądało się temu spokojnie,
nie wiedząc, co się dzieje.
No bo, jak by się pan czuł, mieszkając
w Polsce; pracuje pan w fabryce, boi się, że ją zaraz zamkną, ma pan trójkę
dzieci, żonę, żadnej pomocy itd. I teraz otwiera pan gazetę - powiedzmy
- "Gazetę Wyborczą", najbardziej dostępną, a tam bez przerwy ktoś panu
mówi, że ten majątek to stworzyli komuniści, a komuniści nie wiedzieli,
co robili, i on jest nic niewart. I taki człowiek myśli sobie, "no dobra,
jak to jest nic niewarte, to niech ktoś przynajmniej to, nawet za darmo,
weźmie, ktoś kto będzie wiedział, co z tym zrobić".
A potem idzie, w tej samej "Gazecie Wyborczej",
flagowym piśmie inteligentów, następny cykl artykułów, że ten polski drobny
kapitalista to jest złodziej, który nie płaci podatków... I jak ten człowiek
dojeżdża do swej ciężkiej pracy, to myśli sobie: no tak, nic niewarte,
to trzeba oddać za nic, a skoro w Polsce nie ma komu tego wziąć, to trzeba
oddać komuś innemu, czyli w obce ręce. I koniec!
A.K.: Jest to pogląd popularny w Polsce.
K.P.: Tak, bo inny pogląd, że to było bogactwo,
tylko je rozkradziono w imię obcych inwestorów, nie przebija się. A ludzie
nie myślą, tylko słuchają tych mediów. Mówi się, że nic to jest niewarte.
Ale wystarczy chwilę się samemu zastanowić. Jak to jest możliwe, że jak
na coś, co jest nic niewarte, to rozeszło się tak błyskawicznie. Gdyby
to niby był taki szajs, to dlaczego po tych paru latach tylko niewiele
zostało na sprzedaż.
Idzie wszystko, i to nader szybko, nie
dlatego, że nie jest nic warte, tylko dlatego, że jest oferowane za bezcen.
Fabryki poszły prawie wszystkie, i to te najlepsze, zwłaszcza ze zdolnościami
eksportowymi. Zostało tylko górnictwo i hutnictwo, ale pada, bo ich państwo
nie chroni cłami, jak to robi się na świecie, tylko przygotowuje na wykup.
Wiadomo już, że lada moment Niemcy zabiorą węgiel, a Brytyjczycy przejmą
stal. No i w tej chwili została jeszcze ziemia. A jak już ktoś sprzeda
ziemię, to tak jakby sprzedał swoją matkę, właściwie to jeszcze gorzej,
to tak, jakby zgwałcił swoją matkę. To jest najbardziej ohydny akt z możliwych.
Wprost niewyobrażalny, tak że aż trudno wymawiać te słowa. Ale jeśli dojdzie
do tej wyprzedaży ziemi na taką skalę, jak z fabrykami i bankami, to jak
się ludzie ockną, dokładnie takie porównanie przyjdzie im do głowy.
To jest dlatego tak ohydne, gdyż ziemia
to nie jest tylko warsztat pracy, dodam dla jednej czwartej ludzi w Polsce.
Ale to jest baza suwerenności, bardziej niż te biedne banki czy fabryki,
co poszły w obce ręce. Bez ziemi to już pozostaje tylko niewola, w sensie
niemożności kształtowania własnego bytu po swojemu, zgodnie z wiekową tradycją.
Zagrożenie, że rozmyje się czy upadnie
naród, jako odrębność, jest realne. Właśnie obecne władze, czyli rząd,
z prezydentem, który zresztą ma więcej władzy niż rząd, postanowiły, że
jak Polska wejdzie do Unii, to będzie można kupować ziemię bez ograniczeń.
A dzisiaj, z tymi ograniczeniami, może już jedna trzecia tzw. ziem zachodnich,
niegdyś niemieckich, już jest w obcych rękach.
A.K.: Czyli mamy do czynienia z utratą
suwerenności?
K.P.: To jest ewidentne! Trzeba być kompletnie
ociemniałym, żeby nie rozumieć jednej rzeczy: że naród pozbawiony swoich
zasobów nie ma zdolności samodzielnego przetrwania. To jest tak, jak człowiek
bez środków do życia. Człowiek taki może tylko iść na zapomogę, czyli ktoś
inny będzie kierował jego życiem. Do przytułku albo na śmietnik!
A.K.: Ale ludzie, którzy robili tę "rewolucję"
w 89 roku...
K.P.: To nie była rewolucja.
A.K.: Mówię "rewolucja" w cudzysłowie,
"okrągły stół" itd. Jak pan sądzi, jakie mechanizmy polityczne zadecydowały
o tym, co się stało? Chodzi mi o ten okres końca 80. i początku 90. lat,
kiedy komuniści podają rękę opozycji i montują nowy system?
K.P.: Pan chce, żebym wskazał palcem na
jakąś grupę?
A.K.: No właśnie, kto winien?
K.P.: Ja nie używam nazwisk, gdyż mówimy
o masowych zjawiskach, przecież narody nie padają, bo znalazł się jeden
ciemniak czy ich grupa.
Jeśli używam nazwiska Balcerowicza, jak
w naszej rozmowie, to tylko jako pewien skrót myślowy, bo to nazwisko jest
używane w Polsce jako skrót w propagowaniu krytykowanego przeze mnie kursu
zmian po 1989 roku: "reformy Balcerowicza", "cud Balcerowicza" itd.
A.K.: Ale mówimy o grupach interesów.
K.P.: Trzeba powiedzieć tak: to, że ten
komunizm został w końcu obalony, to jest w dużym stopniu zasługa inteligencji
polskiej.
Nie było wówczas mechanizmów demokratycznych.
Były tylko ośrodki opiniotwórcze, czyli właśnie inteligencja, i to one,
w momencie jak się odsunęły od komunizmu - bo kiedyś sympatyzowały z nim
- podcięły ten komunizm. Gdy inteligencja się odwróciła od komunizmu, to
i naród się odwrócił, bo naród idzie za inteligencją.
To, co się stało w ostatnich latach, jest
też konsekwencją tego, co zrobiła z Polską inteligencja. Ona nie straciła
wpływu na Polskę po 1989 roku.
Niech pan popatrzy na "okrągły stół", przecież
co drugi był tam profesorem filozofii czy jakimś autorem kupletów. To był
zalążek nowej elity.
Niestety, okazało się, że ta inteligencja
nie umie myśleć kategoriami narodowymi, że to są ludzie z kompleksami,
którym imponuje Zachód, którego na dodatek w ogóle nie rozumieją. Nie rozumieją,
że Zachód to jest ostra walka, w której interes narodowy liczy się bardziej
niż jakikolwiek inny. Do tej inteligencji to nie dotarło!
A.K.: Ale to zakompleksienie inteligencji
to jeden z efektów komunizmu...
K.P.: Ja wolę, żebyśmy raczej obarczyli
inteligencję za to, co się stało za postkomunizmu, niż żebyśmy obarczali
komunizm. Bo jak zaczniemy obarczać komunizm, to wtedy nagle się okaże,
że to Rakowski, który odszedł od władzy w 1989 roku, jest odpowiedzialny
np. za kryzys gospodarki od 1999 roku, a nie, powiedzmy, Balcerowicz. Albo
że Jaruzelski ponosi winę, że niedługo będą w Polsce tylko dwa wielkie
niemieckie banki czy jeden niemiecki ubezpieczyciel.
Zaraz wpadniemy w pułapkę, którą na Polaków
zastawił sam Balcerowicz. To on mówi cały czas, że jak coś się źle dzieje,
to komunizm jest winny.
Wie pan, jak powstało w Polsce bezrobocie,
tak że co trzeci Polak jest bez pracy, taki jeden człowiek, były minister
z tej paczki Balcerowicza, powiedział: "przecież to jest dziedzictwo po
komunizmie"! Za komunizmu było ukryte bezrobocie, a teraz jest jawne, czyli
nie jest gorzej. A prawda jest taka, że to bezrobocie, parę milionów, to
ich robota, którą starają się ukryć tymi nonsensami.
A.K.: Czy pan nie przecenia roli inteligencji,
czy nie jest czasem tak, że komunizm się wyczerpał, ponieważ nie mógł konkurować?
K.P.: Ale to przecież nie dlatego sprzedano
kapitał za grosze, jak policzyłem, za dziesięć procent wartości, że komunizm
zostawił mało konkurencyjną gospodarkę. Tu nie ma absolutnie żadnego
związku, podobnie jak nie jest tak, że musiano oddać obcym, bo gospodarka
nie była konkurencyjna. Jaka by nie była gospodarka, silna czy słaba, powinna
być przecież sprzedana uczciwie i Polakom, żeby nie byli niczym u siebie.
Żeby to zrozumieć, nie trzeba ekonomii, wystarczy przyzwoitość.
Tu nie chodzi o to, żeby byli u siebie
w sensie samopoczucia, tylko żeby mieli korzyści dla siebie. Inteligencki
program wywłaszczenia wszystkich ze wszystkiego, z całego majątku za nic,
pozbawił jednak społeczeństwo jakichkolwiek korzyści z gospodarki. To
nie żadne fatum, tylko wybór, właśnie tej inteligencji, że najpierw odarto
świadomie ludzi z ich majątku, a teraz tylko obcy kapitał ma korzyści
z gospodarki.
Bo tak, teraz, jak kapitał jest obcy, to
zyski z niego, które stanowią do 20 proc. dochodu narodowego, nie są zużywane
w Polsce, przez Polaków, tylko są transferowane za granicę. Na dodatek,
transferowane są też prywatne oszczędności, bo banki czy ubezpieczyciele
mogą inwestować wkłady za granicą. Więcej, ponieważ obce firmy, jako część
składowa olbrzymich tzw. firm-matek, są potęgą, a związki zawodowe
są słabe, możliwy jest dyktat płacowy, no i kolejny drenaż za granicę.
Komunizm bez wątpienia miał swoje wielkie
winy, polityczny ucisk i gospodarcze marnotrawstwo, ale postkomunizm
nie jest bez winy, jest winny za siebie. A niespożyta siła tego złowieszczego
programu wywłaszczenia, jego trwałość bierze się stąd, że nawet przez chwilę
ta inteligencja nie odwróciła się od niego. Inteligencja realizuje ten
program z całą premedytacją i wspiera go każdym możliwym argumentem, bez
żenady, tak że nie wstydzi się nawet jawnych nonsensów.
Oczywiście, jest pewna ciągłość z okresem
komunizmu, gdyż dzisiaj po stronie tego programu wyniszczającego polską
gospodarkę i wyniszczającego polskie społeczeństwo są bardzo często te
same wielkie autorytety, które kiedyś były przeciwne komunizmowi. Nie chcę
wymieniać nazwisk, ale jeśli spojrzy pan na tę nową komisję, która została
teraz powołana.
A.K.: Mówi pan o Komisji ds. Integracji
Europejskiej?
K.P.: Tak, ale jak pan spojrzy na
jakieś tam inne komisje, np. specjalną komisję ds. edukacji narodowej,
spojrzy na te nazwiska, ludzi, którzy są prominentni, którzy mają dostęp
do telewizji, to zauważy pan, że znowu ciągle są to te same osoby, osoby,
które ciągle są na świeczniku jako inteligenckie autorytety.
W Polsce nie ma jeszcze demokracji, nie
ma systemu, w którym społeczeństwo bierze udział w życiu politycznym. Ludzie
w Polsce patrzą na autorytety. Tyle że politycy w Polsce nie są autorytetami,
autorytetami są ludzie, którzy stoją przy politykach, jak taki np.
nagrodzony w Ameryce filmowiec, bez przerwy wypowiada się w sposób bezmyślny,
nie zdając sobie chyba sprawy z tego, jak strasznie zgubne są te idee wcielane
w życie od kilkunastu lat. Mimo to jest znacznie bardziej słuchany niż
ktokolwiek inny, z głową.
Zbiór tych ludzi, tych bezgłowych, jest
prawie nieskończony, tak że po stronie inteligencji polskiej nie ma w tej
chwili nikogo, kto miałby odwagę publicznie powiedzieć prawdę o tym, co
się dzieje z polską gospodarką, jak ona pada, czy padła. Albo co się dzieje
z pozbawioną środków kulturą, bo nie ma z czego łożyć, bo gospodarka, ledwo
żywa, haruje na obcych. Gdzie są ci ludzie? Proszę mi pokazać! W środowisku
ekonomicznym nie ma ani jednego człowieka, poza emerytowanym...
A.K.: Kurowskim?
K.P.: Tak, który jest też bez przer-wy
ośmieszany, który w ogóle nie ma już dostępu do prasy, a którego jeszcze
trzy lata temu można było gdzieś usłyszeć. To jest niesamowite! A w tym
wieku, w którym jest ten człowiek, ma on więcej rozsądnych rzeczy do powiedzenia
niż całe fakultety, całe wydziały, a z pewnością mój dawny wydział na Uniwersytecie
Warszawskim.
A.K.: Inteligencja była zbyt głupia,
czy świadomie zdradziła naród?
K.P.: Myślę, że najpierw była to po prostu
nieświadomość pewnych rzeczy, potem jak się pojawiły te pokusy, to okazało
się, że ludzie, którzy walczyli z komunizmem w imieniu tego narodu, to
chyba nawet wtedy nie myśleli naprawdę o narodzie.
Z całą jednak pewnością nie w imieniu narodu,
tylko we własnym imieniu zniszczyli postkomunizm. Swoją agitacją, czy nawet
czynnie, przyłożyli rękę do tych wszystkich bezwstydnych prywatyzacyjnych
transakcji.
Inteligencja, która kiedyś mówiła: "pielęgniarki
nie mają środków", "nauczyciele nie mają środków", "robotnicy...",
dzisiaj jest w pierwszym szeregu tych, którzy mówią: "za dużo mają pielęgniarki",
"za dużo mają nauczyciele". Dzisiaj po prostu ci ludzie walczą z narodem!
Chodzi im o to, żeby ludzie przy władzy mogli zatrzymać dla siebie jak
najwięcej ze środków budżetowych. Zwłaszcza że budżet się kurczy, gdyż
jednocześnie dbają o to, żeby obcy kapitał nie musiał płacić podatków czy
składek na ubezpieczenia ludzi.
Wie pan, jak ten słynny polski filmowiec,
o którym już wspomniałem, jak ktoś mu powiedział w wywiadzie, że Miller,
jeszcze przed tymi wyborami, wypowiedział się, że gdy dojdzie do władzy,
to ludzie nie będą zjadali ze śmietników, to wie pan, co ten reżyser powiedział
na to? Że za komunizmu nie było po co chodzić na śmietnik, bo nic tam nie
było. Niby że taka była ogólna nędza, choć wtedy, jak wiadomo, nie było
może najlepiej, ale nie było nędzy tak jak dzisiaj.
Tak jakby nie zauważał, że dzisiaj rzeczywiście
ludzie jedzą ze śmietników, i to jaka liczba ludzi. Chwycił się tego samego
numeru - zwalić na komunizm i ośmieszyć krytyka postkomunizmu. Może, jak
on jest w tym swoim samochodzie z ciemnymi szybami, to nie widzi, jak Polska
wygląda, jak jedzie odbierać nagrody jakieś.
To była jego reakcja. Zanegował tę wstrętną
- wykreowaną między innymi przez niego - rzeczywistość. Uważał, że
ma prawo powiedzieć kłamliwą rzecz, robiąc taką woltę. On może nawet uważał,
że to jest dowcipne?!
I to są ludzie namaszczeni przez społeczeństwo!
Ci ludzie są namaszczeni przez społeczeństwo, aby mu służyli, a to jest
rola społeczna.
Społeczeństwo wyznacza takie role, po to
by mieć kogoś, kto powie: "tak jest dobrze, a tak jest źle", "zaufajcie
nam, zrobimy to i to". Oni, ci różni inteligenci, powiedzieli do narodu:
"zaufajcie nam", ale zrobili źle i do dzisiaj nie mają nawet odwagi przyznać
się do tego. Tylko błaznują pewni siebie, swej wartości, no bo ich chce
drukować prasa czy pokazać telewizja.
A.K.: Pana ocena jest bardzo przygnębiająca.
Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia, ludzie żyć muszą, a życie ma swoje
prawa, toczy się dalej. Jaki program polityczny, ekonomiczny jest możliwy
w tej chwili? Czy pan widzi kogoś, kto mógłby taki program w Polsce realizować?
K.P.: Ten program jest wyjątkowo trudny.
Gdyby zaczęto go realizować 10 lat temu, to dzisiaj Polska byłaby i bardziej
dostatnia, i bardziej normalna. To jest program polegający na stworzeniu
warunków dla polskiego kapitału. Teraz jest już tylko ten mały i średni
sektor. On jest jeszcze w rękach krajowych. Muszę panu powiedzieć, że jest
to jedyny sektor, który w tej chwili tworzy w Polsce miejsca pracy.
W sektorze zagranicznym wygląda to tak,
że sprzedaje się fabrykę i połowa ludzi od razu wypada, idzie od razu na
ulicę. Czyli źródłem polskiego bezrobocia, tych 3 - 4 mln ludzi, którzy
są bez pracy w ramach eksperymentu przeprowadzonego na społeczeństwie przez
Balcerowicza, jest oczywiście sektor zagraniczny.
Czyli powinno się stworzyć warunki dla
krajowego sektora. Są dwa takie podstawowe warunki. Pierwszy, to że sektor
ten musi mieć ochronę przed importem. On sam w sobie nie jest w stanie
konkurować z resztą świata. Nie może konkurować z wyrobami, które są subsydiowane
i napływają z zagranicy bez cła, a taka jest niestety dzisiaj w Polsce
sytuacja prawie w każdym dziale gospodarki.
Takim sektorem, który w Polsce miał wielką
przyszłość po 1989 roku było rolnictwo i związane z tym przetwórstwo. To
była najbardziej przyszłościowa gałąź polskiej gospodarki, przynajmniej
na jakieś pierwsze 15 - 20 lat tego budowania kapitalizmu. A proszę teraz
popatrzeć, przecież z rolnictwa nikt nie jest w stanie wyżyć - cła są zbyt
niskie, albo ich nie ma, albo też nielegalnie wwozi się towar bez inspekcji.
Pan wie, że połowa dochodu rolnika niemieckiego
to są subsydia? A w Polsce nie tylko, że nie ma subsydiów, ale są obciążenia.
Państwo wyciąga z tego rolnika. Jak w takich warunkach ten polski chłop
może sobie poradzić?!
To samo dotyczy wszystkich innych dziedzin,
czyli należałoby wszędzie stworzyć ochronę przed konkurencją zagraniczną.
Oczywiście, dzisiaj jest to o tyle bardziej
skomplikowane, że konkurencja zagraniczna występuje również pod postacią
sektora zagranicznego, który jest w Polsce, który importuje na wielką skalę,
a potem to przetwarza i sprzedaje w kraju.
Druga rzecz, z którą należałoby coś zrobić,
to kredyt. Znowu wrócę do rolnictwa. Polski chłop po prostu nie ma pieniędzy,
by zainwestować. Nie można żyć bez kredytu.
A.K.: Nie boi się pan, że uwolnienie
kredytu, czyli obniżenie stopy kredytowej, natychmiast doprowadzi do wzrostu
inflacji, ponieważ...
K.P.: Proszę mi dać skończyć. W Polsce
nie ma problemu z inflacją, tylko z recesją. Ten sektor rolniczy został
pozbawiony kredytu, dlatego że - również za Balcerowicza - zaczęto likwidację
spółdzielczości bankowej, która jest najlepszym sposobem finansowania rolnictwa.
Czyli trzeba by szybko odtworzyć ten system, który zresztą działa wszędzie
w Europie Zachodniej, w tym w Niemczech, gdzie banki spółdzielcze, nie
tylko rolnicze, dają połowę całego kredytu.
Tani kredyt należy dostarczyć nie tylko
dla rolników, ale też w innych dziedzinach, łącznie z budownictwem mieszkaniowym.
To też jest dziedzina pozbawiona dostępu do kredytu, więc tak jak leży
rolnictwo, tak, tyle że jeszcze gorzej, leży budownictwo, które jest filarem
każdej gospodarki. Musi ono konkurować z firmami z zagranicy, tymi budowlanymi,
które mają łatwy dostęp do kredytu, u siebie.
Tylko, aby kredyt uruchomić, nie można
tego kredytu wprowadzać do gospodarki w sytuacji, kiedy banki są w 80 proc.
zagraniczne i gdy te banki nie reagują na politykę państwa. A taka jest
teraz sytuacja, choć od pół roku następuje w Polsce obniżanie stopy procentowej.
Jest to redukcja wymuszona przez nową ekipę Millera na Banku Narodowym,
gdzie zasiada Balcerowicz. Obniżyli stopę o kilka punktów, ale równocześnie
inflacja spadła o kilka punktów, więc kredyt jest ciągle tak drogi, jak
był.
Dla wyjaśnienia, gdy jest drogi kredyt,
to gospodarka zwalnia, są trudności zbytu, producenci obniżają ceny, wobec
czego inflacja też się obniża. Wobec tego w realnym wymiarze ten kredyt
jest tak samo drogi, jak był.
Stopa procentowa jest nadal trzy razy wyższa
niż w Europie Zachodniej. Korzystają na tym jedynie banki, przypomnę zagraniczne,
dzięki wysokiej marży, więc nie zależy im na dużym wolumenie kredytu.
Warunkiem ożywienia jest więc nie tylko
ochrona zewnętrzna, ale także ułatwienie dostępu do kredytu, a po to, by
to zrobić, trzeba zmienić stosunki własnościowe w bankach.
A.K.: Czyli rewolucja.
K.P.: Dlaczego rewolucja? To nie jest aż
takie skomplikowane. Mamy przecież w Polsce surowy wymiar sprawiedliwości
i przynajmniej jedną partię - Prawa - pragnącą, żeby był jeszcze ostrzejszy.
Przecież dostaje się cztery lata za podrobienie przepustki, żeby zobaczyć
syna w więzieniu. A gdy się powie, że sądy to mafia, gdy wyrokują w tajemnicy,
to grożą cztery lata. Może nawet dożywocie, jak się wspomni, że prywatyzacja
to kradzież.
Gdyby tylko ten najsurowszy chyba w Europie
system wykorzystać do ścigania ludzi, którzy są odpowiedzialni za wielkie
nadużycia, a nie tych, co to zrobili błahostkę, powiedzmy, że powiedzieli
kilka dosadnych słów, choćby w sprawie przebiegu prywatyzacji, że poczuł
się ktoś obrażony. A ludzie są bardzo wrażliwi, jak się, na przykład, powie,
że ktoś jest nierób, bo nie robi nic, by uzdrowić prywatyzację, to zaraz
prokuratura leci za człowiekiem, wysyła siły specjalne z jakiegoś pałacu
czy gmaszyska.
Chodzi mi o to, że po prostu niektóre banki
zostały kupione na warunkach niezgodnych z prawem, więc sprawa musi trafić
do sądu. Gdyż transakcje te można zakwestionować i przywrócić państwową
własność, czasowo, aż się znajdzie inny, uczciwy nabywca. Nie chodzi o
to, żeby wrócić do komunizmu, tylko żeby ratować to, co on zostawił - wielki
majątek Polaków.
Można też, co jest mniej drastycznym środkiem,
zastosować przymus odsprzedaży części akcji. Obniżenie udziałów zagranicznych
do takiego poziomu, że państwo albo jakaś krajowa grupa inwestorów przejmie
główną kontrolę. Można to zrobić również przez zmiany w zarządach - zmienić
układ kierowniczy, w ten sposób uzyskać wpływ, aby te banki zostały włączone
w obieg gospodarki, a nie jak dziś, kiedy banki służą głównie do tego,
by wywozić polski dochód za granicę.
A.K.: Aby cokolwiek robić, musi
pan mieć do dyspozycji sprawnie funkcjonujący aparat państwa.
K.P.: Ma pan rację. To jest punkt wyjścia,
tak jak powiedziałem, polska transformacja powinna się zacząć od uzdrowienia
państwa. Również teraz, po dziesięciu latach niszczenia wszystkiego, co
dobre, punktem wyjścia musi być odbudowa aparatu państwa. Jest to w Polsce
skomplikowane, bo Polacy z założenia nie mają zaufania do państwa.
Nie rozumieją faktu, że tak naprawdę to
kapitalizm powstał w tym momencie - i nie jest to żadna marksistowska teza
- kiedy powstało państwo narodowe. I, kiedy państwo włączyło się w obieg
gospodarczy i stworzyło oprawę prawną dla rynku, dając gwarancje kontraktu
handlowego oraz własności prywatnej.
Dopiero, jak będzie zdrowe państwo, będzie
można skutecznie ratować gospodarkę, uruchamiając tani kredyt oraz uszczelniając
granicę, ale umówmy się, że chodzi o przejściowe rozluźnienie kredytu i
przejściową ochronę celną, tak aby ten czy inny sektor na tyle się wzmocnił,
by mógł sobie dać radę w sytuacji pełnego otwarcia, jak już Polska
będzie w Unii. Bo ja nie jestem za sterowaniem kredytem czy wysokimi barierami
handlowymi; nie jestem ani interwencjonistą, ani protekcjonistą, ale taktycznie,
to jest teraz konieczne.
I musi to Polska zrobić teraz, przed wejściem
do Unii, aby takie wejście było w ogóle możliwe, albo żeby dało coś korzystnego
dla ludzi. Dlatego, że jak już Polska wejdzie do Unii, to żadne preferencje
dla jakiegoś sektora nie będą możliwe. Niemożliwe też będą chyba zmiany
własnościowe, w każdym razie będzie trudniejsze odbudowanie polskiego kapitału,
bo będą obowiązywały zupełnie inne przepisy. W ramach przepisów UE polski
rząd będzie miał jeszcze mniejszą możliwość działania, niż ma dzisiaj.
Wniosek z tego jest tylko jeden, że Polska
musi wstrzymać się z wejściem do Unii Europejskiej. Polska powinna wejść
do Unii, ale może to dopiero zrobić, gdy uporządkuje własne państwo - bo
Unia tego nie zrobi za Polskę - i gdy to bardziej uporządkowane państwo
wykona manewr, który sprawi, że trzon gospodarki polskiej będzie w rękach
krajowych i ten trzon będzie pracował dla przyszłości gospodarki, wtedy
można by pomyśleć o wejściu do Unii.
A.K.: Od 1989 roku wszystkie polskie
rządy realizowały podobną politykę - również obecny, komunistyczny rząd
ją realizuje. Czy pan widzi jakąś szansę, by przerwać ten kierunek? Czy
ktokolwiek jest w stanie myśleć w kategoriach interesu narodowego?
K.P.: Są grupy w parlamencie, które w sposób
otwarty stawiają kwestie ekonomicznej suwerenności, czy też bezpieczeństwa
ekonomicznego, ale są one na marginesie, poddawane nieustannej presji czy
represjom. Nie sądzę, by miały szansę przebicia się, chyba że społeczeństwo
będzie w stanie wymóc na elitach jakiś sensowny ruch. O ile w społeczeństwie
nastąpi zmiana sposobu myślenia, to taka szansa jest realna.
Po to, by zaistniała taka zmiana, musi
się dokonać przewartościowanie myślenia polskiej inteligencji. Dalej wracam
do tej tezy, że jest to najbardziej kluczowa rzecz.
A.K.: Chodzi panu o to, że nie ma dziś
prawdziwych przywódców, że nie ma "głowy"?
K.P.: Myślę, że dokonuje się pewne
"przesunięcie" świadomości tej grupy, tym bardziej że inteligencja nie
wyszła wcale tak dobrze na reformach. Nastąpił proces o-gromnego
zniszczenia polskiej kultury, czego dowodem jest, że dokonują się historyczne
zmiany, tyle że w złym sensie, a kultura milczy. Filmowcy kręcą filmy o
potopie, ale tym szwedzkim, o zaborach, ale tych rosyjskich, a tu być może,
jak to się wydaje wielu Polakom, jest też potop, niszczenie, tylko
inny, jest też rozbiór, ale inny, no i, naturalnie, nie rosyjski. Ja nie
używam takiego języka, ale coraz częściej słyszy się taki język desperacji
w Polsce. Zmienia się też świadomość nie tylko wśród zwykłych ludzi, ale
i wśród inteligencji, choćby dlatego, że na jej oczach dokonuje się rozpad
polskiej nauki oraz szkolnictwa, a to są, jak kultura, typowo inteligenckie
sektory. Miał się dokonać przewrót techniczny, istna rewolucja, po przejęciu
majątku trwałego - fabryk i banków - przez obcych. Ale nic z tego, bo jakby
się dokonał ten przewrót, to polscy inżynierowie nie pętaliby się po studiach
bez pracy, jak te 70 procent corocznych absolwentów.
Nie uciekaliby ci absolwenci za granicę,
już nie przed komunizmem, tak jak ja, ale przed postkomunizmem, bo w Polsce
obcy kapitał zostawia tylko proste prace. Takie, do których niepotrzebna
jest książka, ale wystarczy lektura "Gazety Wyborczej". Takie, gdzie nie
jest nawet potrzebna silna motywacja, czy tym bardziej wiara w siebie,
więc znowu w sam raz jest "Gazeta Wyborcza", gdzie Polak to leń, nieuk,
zakała - wstyd dla Europy, tej Zachodniej.
A.K.: Ale tym ludziom tłumaczy się,
że to są "koszty transformacji", i oni w to wierzą.
K.P.: Często to są ludzie dobrej woli,
którym wydaje się, że rzeczywiście nie można przejść z komunizmu w kapitalizm
i od razu odnieść sukcesu, że trzeba ponieść jakieś koszty tego i im się
wydaje, że oni ponoszą "koszty". Ale to wszystko to fikcja, na to nie ma
żadnej teorii ekonomii, bo jak jest źle - jak za komunizmu - to jak się
działa z głową, już bez komunizmu, to powinno być dobrze, od zaraz.
To nie są żadne koszty sukcesu, bo jest
zagłada, kurczenie przemysłu oraz odwrót techniczny, no i utrata samodzielności,
suwerenności, jako skutki fatalnych błędów czy świadomych uderzeń w byt
gospodarki, w jej bazę. Jak ktoś wierzy w tę bujdę o "kosztach", to tak,
jakby ktoś myślał, że zanim ozdrowieje z choroby, to musi najpierw umrzeć.
A to dlatego, że te negatywne procesy są
trwałe i być może nieodwracalne. Możliwe, że na przykład wspomniane
zniszczenie polskiej nauki, bez której nie jest możliwy postęp gospodarczy
czy narodowa niezależność, jest nieodwracalne!
Gdy mamy jedno pokolenie, które nie ma
ambicji, aby zostawać na uczelni, gdzie są nędzne środki i upolitycznienie,
tym razem w duchu wspierania jedynej słusznej drogi, jaką jest "program
Balcerowicza", odarcia Polaków z kapitału, czy odgałęzienia tej jedynie
słusznej drogi, która jest "koniecznością historyczną" Millera - mam na
myśli natychmiastowe "wchodzenie" do Unii, czyli usankcjonowanie tego porządku.
Wracając do tej dzisiejszej elity, tej
z ostatniego dziesięciolecia - być może najbardziej tragicznego w tym stuleciu,
jeśli - oczywiście - wyłączyć ostatnią wojnę.
Oni jeszcze nie czują presji, gdyż społeczeństwo,
w swej masie, ciągle jest jeszcze spokojne, ciągle się temu przygląda,
żyje jakąś wiarą. Najpierw żyło wiarą, że zbawi je kapitalizm, ale ograbiono
je z kapitału, a teraz, gdy nie ma już kapitału, ograbia się z owoców
pracy. Obecnie żyje inną wiarą, mianowicie, że - nawet jeśli kapitalizm
nie wypalił - to zbawi je wejście do Unii, bo tam jest prawdziwy kapitalizm.
To dzięki tym resztkom wiary ludzie ciągle
głosują, chodzą na wybory. Dzięki temu byli komuniści zostali ostatnio
wybrani do Sejmu, bo przecież ich poprzednicy się skompromitowali. Zesztą
niech pan popatrzy, jak to jest. Unia Wolności tak się skompromitowała,
że nie istnieje. To była pierwsza ekipa Balcerowicza - miał wolną rękę.
Potem przyszła "Solidarność", tyle że z
dodatkiem Unii, nie byle jakim, bo z Balcerowiczem. Dzisiaj ta grupa nie
istnieje, został z niej Balcerowicz. Bo to społeczeństwo wie, że coś się
źle dzieje, ale ma nadzieję, że to nie jest koniec świata, więc wybiera
kolejnych i teraz wybrało tę ekipę.
A.K.: Naród do tej pory nie wybrał polityków
z siebie. Raz opowiada się za jedną grupą, raz za drugą, nie ma trybunów
ludowych.
K.P.: Może są, ale jak po raz pierwszy
wychodzi trybun ludowy w polskim Sejmie i mówi być może coś do rzeczy,
załóżmy, że to co mówi być może jest do rzeczy, to inteligencja - w tym
ten mój wybitny filmowiec, symboliczny inteligencki pochlebca - mówi, że
to obraza, żeby taki prostak w ogóle miał prawo przemawiać gdziekolwiek,
tym bardziej w Sejmie.
Bo Sejm jest dla zidiociałego inteligenta,
który ma prawo mówić, gdzie chce i co mu przyjdzie do głowy, albo co mu
podsuną jacyś ludzie, którzy czują się "Europą".
Więc jak taki trybun - należy rozumieć
Lepper - mówi o tej tragicznej prywatyzacji i rzuca jakieś tam fakty do
rozważenia, to z tego całego Sejmu wychodzą posłowie. Wie pan, to jest
niesamowite! Ja nie robię sobie wycinków z prasy, bo nawet jak zrobię,
to zaraz to się gdzieś zawieruszy. Ale to zdjęcie, jak Lepper przemawia
na temat prywatyzacji, czyli wywłaszczenia narodu, do prawie pustej sali,
to sobie zachowałem. To jest historyczne zdjęcie z lat upadku, ten wyobcowany,
całkiem obcy Sejm - to symbol tegoż upadku.
A.K.: Gdzie zatem są ci ludzie, którzy
mieliby dźwignąć Polskę i wyrwać ją z tej ścieżki, która prowadzi do upadku
suwerenności?
K.P.: Ja już powiedziałem, że widać już
w Polsce silniejsze odruchy niezadowolenia z tego kursu na likwidację kraju,
jako historycznie odrębnego bytu. One mogą razić swoją skrajnością, ale
takie być może są prawa protestu, no i mogą się wydać takie nieinteligenckie,
ale co zrobić, jak inteligencja zawodzi.
Jest jednak jeszcze
jedna siła społeczna, o której nie wspomniałem, ale w której jest jakaś
nadzieja, chodzi mi o emigrację. Jak na razie żywi się ona tymi samymi
mitami co ludzie w kraju - obaliliśmy komunizm, zmieniliśmy cały świat
na lepsze, teraz przyjdzie nagroda. Ciągle bohaterami są ci ludzie z byłej
opozycji, nawet jak ich naród już odrzucił - w sercach, albo w wyborach.
Emigracja ratowała Polskę nieraz z opresji,
ale wtedy jak zachowała własne myślenie, własną ocenę sytuacji. Taką rolę
mogła ona odegrać w 1989 roku, ale do tego nie doszło, bo nowe elity nie
chciały się dzielić władzą. Albo powiem inaczej, nie chciały, żeby im ktoś,
myślący kategoriami ogólnymi, społecznego interesu, przeszkadzał w dziele
wywłaszczenia za darmo na rzecz obcych.
Dla ścisłości, nie było jednak tak, że
emigracja stała zupełnie z boku, no bo mamy tzw. fenomen Tymińskiego, czyli
jego wspartą głosami czterech milionów wyborców, ale nieudaną próbę zdobycia
prezydentury w 1990 roku. On został zmiażdżony przez media, głównie jako
ktoś obcy, nie nasz człowiek. Wtedy to wydawało się ludziom, że jak ktoś
żył poza Polską, gdy walczyła z komunizmem, to się nie kwalifikuje do tego,
żeby być dyrektorem fabryki, a co dopiero prezydentem.
Ale prawda była inna, gdyż on odebrany
został przez media oraz ludzi wpływowych jako obcy, bo się nie nadawał
do tych procederów, które już ci walczący z komunizmem zaplanowali na postkomunizm.
On, jak myślę, by do tego ręki nie przyłożył, nie po to chyba wyłożył
tę fortunę na swoje wybory. Nie po to, żeby zrobić tym razem fortunę w
kraju, wpędzając kapitał obcym, a swoich w nędzę.
----------
|