Default
Google
,
Żyć ze wszystkich sił!







Są wśród nas ludzie, których życie może być inspiracją dla innych i scenariuszem kilku filmów, nie wykluczając sensacyjnych.
 Rozmawiałem kiedyś z p. Bogdanem Prażmowskim o lataniu; rozmowa zeszła na niebezpieczeństwo bocznego wiatru przy lądowaniu... Prażmowski opowiadał, jak lądował w Ivanhoe na głównej ulicy, którą specjalnie w tym celu zamykała mu miejscowa policja, i że trzeba było uważać, gdy się schodziło poniżej okalających ulicę domów... "Koloryzuje" - pomyślałem. Była to jednak prawda - tak się latało w Australii.
 Gdy następnie usłyszałem, jak łódką własnej konstrukcji pływał przez kilka miesięcy po południowym Pacyfiku... A na dodatek, że zdezerterował od Berlinga i przedostał się do Andersa... Wiedziałem wówczas, że mam przed sobą człowieka z krwi i kości, którego przeżyciami można byłoby obdzielić kilka osób; człowieka, który, mimo podeszłego wieku i choroby, nadal ma zapał, którego pozazdrościć może niejeden dwudziestolatek. Prażmowscy herbu Belina to starożytny polski ród. Bogdan Donald Eugeniusz Prażmowski zapisał kolejną kartę jego dziejów.
 

Andrzej Kumor: Jak pan trafił do AK?

Bogdan Prażmowski: Wie pan, jak to jest, "Pan Bóg kule nosi". Los.
 Mieszkałem w Brześciu przez dłuższy czas, moja rodzina została kompletnie zlikwidowana, nikt nie ocalał. Ojciec zginął. Twierdza się biła w Brześciu jeszcze jakieś dwa tygodnie, jak się wojna skończyła w 1939 roku. Tam było jeszcze około 3 tys. żołnierzy. Ilu wyszło, nie pamiętam. W każdym razie niedużo ich wyszło...
 Brata bomba zabiła koło stacji kolejowej w Brześciu, upadła w parku, koło dworca.  Młodszy brat był harcerzem, nosił kanapki dla żołnierzy, którzy byli na pociągach...
 Mama widziała mordowanie i umarła jakiś czas potem na wsi. Gdy wróciłem do Brześcia, to mnie złapali i zamknęli bolszewicy, bo chodziłem wtedy w takim mundurze wojskowym. Wsadzili mnie do więzienia, siedziałem dziesięć dni, w końcu kopnęli i wyrzucili stamtąd...
 Później byłem bardzo chory, zajęli się mną znajomi, jeden polski oficer, przyjaciel kolegi.
 Rezultat był taki, że przez długi czas mieszkałem koło Brześcia u ludzi. Do nadejścia Niemców byłem w Brześciu. Potem pojechałem za Białą Podlaską - był tam folwark i, żeby nie wywieźli mnie do Niemiec, pracowałem jako pisarz. To były moje początki zapoznania się z AK.  Niemcy przychodzili tam po jaja i po wszystko, Węgrzy przychodzili. I od Węgrów się kupowało amunicję i broń..

A.K.: Jaką służbę pełnili?

B.P.: Pilnowali kolei. Z nimi się bardzo dobrze żyło, oni naprawdę nie byli wrogami Polaków.
 Tam siedziałem do1943 roku.
Dostawiałem konie dla partyzantów, miałem motocykl, to też jeździłem po okolicy... No, aż w 44 przyszli bolszewicy.
 Wtenczas stworzyła się w lesie grupa między Międzyrzeczem a Białą Podlaską. Ja i jeszcze jeden kolega poszliśmy do Ruskich i ukradli kuchnie ze świńską tuszonką. Konie stały zaprzężone, a ja powiedziałem bolszewikowi - oczywiście czystym polsko-ukraińsko-białoruskim językiem - że "tam mienja skazali, sztoby kuszat' zdjes' zdjełali, dawaj ja pajedu".
 No i pojechałem, nie zatrzymał mnie, a ja prosto przez kolej, koło stacji i do lasu, gdzie chłopacy czekali głodni.
 Tam się zebraliśmy i stamtąd pomaszerowaliśmy na Warszawę. Za jakieś dwa-trzy dni doszliśmy w pobliże.

A.K.: Jaka to była formacja?

B.P.: To byli prawdopodobnie żołnierze z 27. Dywizji; różne mieszanki to były. Różni się zebrali. Nas była grupa może 60 chłopaków. No, chłopaków, bo tam najstarszy może miał 20 lat. Był podporucznik, ale ja nie pamiętam jego nazwiska. Doszliśmy do Wielkich Dębów i na następny dzień bolszewicy nas rozbroili i dali jeść... swinskiej tuszonki.

A.K.: Ona na pewnie była amerykańska!

B.P.: Bez wątpliwości! Wsadzili nas na traki i zawieźli na Majdanek.

A.K.: Otoczyli, czyli wzięli z zaskoczenia?

B.P.: Rano przyszło i rano już bolszewicy byli, to wszystko było ukartowane. Takim półtrakiem czterech Ruskich przyjechało i mówili z naszymi oficerami, ci zaś mówili z nami, że nie pozwalają nam iść  do Warszawy i że niepotrzebnie byłaby rozlewana krew.
Jak myśmy maszerowali, wie pan, to nad nami kukuruźniki latały.

A.K.: Czyli bolszewicy mieli rozpoznanie.

B.P.: Myśmy wtenczas na to nie zwracali uwagi...
 Miałem taki stary karabin manlicher. Strzelał jeszcze, ale bezpiecznik nie pracował za dobrze.W każdym razie padł tam jeden strzał i to był mój, niechcący... Przyszedł jakiś podporucznik i od razu powiedział: "to na pewno było niechcący" - na co ja: "święta prawda, panie podporuczniku".
 W każdym razie, przyszedł Majdanek i tam zaczęły się długie dyskusje...

A.K.: Ile to było ludzi, 1000?

B.P.: O było, było, to były długie kolumny, setki ludzi, nie wiem, ile dokładnie. Gdyby udało się nam dojść do Warszawy, to nie wiem, czy miałoby to wielki wpływ na wynik - ale, wie pan, możliwe, że ta walka zajęłaby trochę dłużej.
 Mieliśmy mnóstwo broni - wszystką broń, jaką tylko sobie można wyobrazić: PIAT-y angielskie, pancerfausty, mieliśmy amerykańskie bazooki, thomsony, pistolety - jakie pan chciał rodzaje - ja miałem starego visa, co miał odbity kawał rękojeści. Pepesze były, tylko nie te z okrągłym magazynkiem, a te z wygiętym - to było kupione od Ruskich.
 I granaty także wszystkich możliwych "narodowości", to samo amunicja - dlatego trzeba było uważać, co się ładuje.
 Każdy swoje niósł na plecach.
 Tak więc, gdybyśmy doszli, to trochę więcej szumu by było. No, pewnie zginęlibyśmy, ale to jeszcze były czasy, kiedy można było "polec na polu chwały". Nie udało się.
 Tak więc, powsadzali nas Rosjanie na amerykańskie traki i przewieźli do obozu. Oczywiście rozbroili - to było ładnie zrobione: "tu rzucisz broń, a tu podchodzisz i dostajesz swinską tuszonkę".
 Na Majdanku na grandę zaczęli nas wciągać do berlingowego wojska. Dość duży ruch się od tego zrobił, tam Polacy pilnowali, na warcie stali. Sami mówili: "jak będziesz uciekał, to ja się w drugą stronę popatrzę". Nie było trudno uciec. Z tego co wiem, nikogo nie zraniono, nie zabito. Uciekłem do Lublina i z powrotem do Białej Podlaskiej, znowu na ten folwark, tam siedziałem jakiś czas. Raz pojechałem do Białej Podlaskiej i złapali mnie Ruscy. Trochę od nich oberwałem i zabrali mnie. Ruski czepiał się mojego motocykla, skąd mam. "Eto twoj? Kanieczno moj!" - odpowiadałem.
 Wsadzili mnie na pociąg, zawieźli do Lublina i z powrotem na Majdanek. I  znowu było to samo - znowu do Berlinga zapisywali. Już wtedy grozili jednak batalionami karnymi: "albo będziesz ochotnikiem, albo będziesz trupem - jak chcesz?".
 No to był taki wybór: jak będziesz ochotnikiem, będziesz trupem; jak pójdziesz do batalionów karnych, to też będziesz trupem, a jak uciekniesz - też możesz być trupem, ale przynajmniej masz jakąś szansę.
 Mówiłem dobrze po rosyjsku, zawołali mnie, abym zdawał egzamin. Jeden Ruski, taki Mongoł, bardzo przyjemny dla mnie był. Rezultat był w każdym razie taki, że zdałem egzamin i posłali mnie do szkoły podchorążych artylerii w Chełmie. Widzi pan, tu jest wyciąg z archiwum Wojska Polskiego i tu jest moje nazwisko.

A.K.: I tam pan nauczył się strzelać z haubicy?

B.P.: Bardzo dobrze się nauczyłem! Skończyłem z 26. lokatą!

A.K.: To trwało trzy miesiące?

B.P.: O nie, siedem miesięcy.

A.K.: Czyli został pan zawodowym żołnierzem?

B.P.: O tak, i w tyłek dali mi tam niewąsko. Uczyli strzelania, matematyki, mapy, triangulacji, obliczania dystansu. Nie było źle.

A.K.: Skończył pan komunistyczną szkołę podchorążych i co potem?

B.P.: Po skończeniu, dostałem na tydzień przepustkę. Zawieźli do Włoch pod Warszawą, proszę pana. Tam był taki duży budynek, przepustki się dostało. No i jak wziąłem przepustkę, to pojechałem pod wskazany  adres do Warszawy i już mnie więcej nie zobaczyli.

A.K.: Skąd miał pan ten adres?

B.P.: Adres dał mi jeden gość jeszcze w Majdanku. Mówił: gdybyś miał okazję, idź tam, może ci pomogą.

A.K.: Kolega ze zgrupowania AK?

B.P.: Tak. I ja tam poszedłem. Dużo czasu to wszystko zajęło, dużo wódki trzeba było wypić.
 Wtenczas zacząłem tę długą podróż na Zachód...
 Dostałem instrukcje. Dali mi taką kopertę ze sznurkiem, jak pociągnąć za sznurek, koperta się spali. Dostałem też pełno dyrektyw. Wszystko jednak pozostawiono mojej własnej decyzji - "rób, co możesz, tu cię nikt nie może kierować". Pieniędzy dostałem i spluwę - lugera.
 Potem popiłem z jednym ruskim żołnierzem samogonu i wódki. Ja piłem jeden, on trzy. Efekt był taki, że zostawiłem go, a sam wyszedłem już jako "ruskij sołdat".

A.K.: W jego mundurze?

B.P.: Wszy było od cholery, panie kochany, jak do Wiednia przyjechałem, to skóry między łopatkami nie było - tak mnie zgryzły.
 W tym mundurze pojechałem na południe, do Czech. Jeden chód był na Węgry, a drugi na Wiedeń. Trzeba było dokładnie pamiętać adres, gdzie się szło.

A.K.: Czyli skorzystano z pana usług; ktoś pana zatrudnił, aby przekazać na Zachód tajną kopertę?

B.P.: No, to nie było tak nagle, później się dowiedziałem w FSS...

A.K.: FSS?!

B.P.: "Frontier Secret Service", dowiedziałem się tam, że było wielu takich jak ja, którzy tę funkcję wypełniali.

A.K.: Komu miał pan przekazać tę kopertę w Wiedniu?

B.P.: Miałem oddać do Acht und Fuenfzieg Porzelangasse, Amerikanische Komendantur. Nie zapomnę tego adresu tak długo, jak żyję.
 W Czechach udało mi się dostać na pociąg do Wiednia. Siedziałem z tyłu na ostatnim wagonie - wtenczas miałem pepeszę...

A.K.: Jak pan się poruszał po okupowanym terenie?

B.P.: Wie pan, to by dużo mówić: "Ruskij idut, Ruskij paszoł, kakaja raznica?".
 Siedziałem na tym pociągu z tyłu i tam Czech jeden siedział. Mówił łamanym ruskim. I ja pytam: "I szto ty dumajesz o Poljakach?". A on: "Eto sukinsyny, eto znajete takije sukinsyny"... A tu mnie na kolanach pepesza leży, lufa w jego stronę. Wie pan, palec swędział... Ale myślę: co tam, już po wojnie... Dumny z tego dziś jestem!
 Dojechałem do Wiednia, zapycham na Porzelangasse i do wartownika mówię, a na ulicy po drugiej stronie dwóch ruskich oficerów stoi.
 Myślę, to teraz kaput; znaczy, ja ich wezmę, to bez wątpliwości, nie mieli szans ze mną, pepeszę miałem, spluwę, dwa granaty; zanim oni by wyciągnęli te swoje tokarewy, panie kochany, to by było "po wsjem".
 Ale chwała Bogu...
 Mówię do tego amerykańskiego żołnierza po niemiecku,  po polsku,  a on nic.  Szum się zrobił. I wyszedł oficer, kapitan amerykański, to mówię, że ja jestem Polakiem, nie jestem Ruskim, że tylko w ruskim mundurze, i mam tu materiały i chcę je wam oddać. No to on mówi: chodź do środka.
 Znowu mnie rozbroili. Wie pan, cały czas mnie ktoś rozbrajał. Dali się wykąpać i pielęgniarka mnie tam posmarowała maścią na plecach, to było coś strasznego! Ja byłem jak pałka, taki cienki jak gwóźdź. Nakarmili i może dwa-trzy dni długo  ze mną rozmawiali, i pod światłem i za jasnego dnia. Powiedziałem, co wiedziałem. Po dziesięciu dniach trochę się lepiej poczułem, to oni mówią: "teraz musisz jechać do Linzu przez ruską zonę".

AK: W Wiedniu był pan w rosyjskiej?

B.P.: W Wiedniu było tak samo jak w Berlinie; miasto było podzielone na rosyjską, francuską, amerykańską.
 W Wiedniu jest Arsenał. Masa czołgów tam stała w środku. Taki obóz zrobili z tego. Rosjanie odsyłali z powrotem do domu jeńców włoskich. I Amerykanie mówią: "my ci damy włoski mundur i będziesz się nazywał Castaldello Mario". A ja ani słowa po włosku... "Jak będziesz słyszał nazwisko, to krzycz: ?prezento= i do wagonu". Słuchałem uważnie, dwa razy chyba powtórzył, zanim dotarło do mnie.
 Wlazłem do wagonu, ale jeszcze przed odjazdem Włosi sobie zdali sprawę, że coś jest  nie w porządku.

A.K.: Jak pan się tam dostał, skoro to Rosjanie oddawali jeńców?

B.P.: Oni byli już pod amerykańską kontrolą w tym Arsenale.  Byli przekazani, i na pociąg byli ładowani przez Amerykanów, dopiero, Ruskich trzeba było przechodzić przed Linzem, przed mostem na Dunaju.
 No i ci Włosi zdali sobie sprawę, że ja nie jestem Castaldello Mario. Nigdy się nie dowiedziałem, kim on był. Czy zginął, czy coś, Pan Bóg jeden wie. Nie dali mi żadnych papierów.
 No i, proszę pana, przed Dunajem, ja siedziałem z jednej strony wagonu, a Włosi z drugiej. Zacząłem się bawić granatem...
 W każdym razie, Włosi stali się bardzo patriotyczni i jak otworzyli drzwi, wszyscy wałem stanęli i mnie zasłonili. Jak tamci zamknęli drzwi, to zrobili się wielcy przyjaciele.
 Przejechaliśmy Dunaj, pociąg stanął znowu, przyszli Amerykanie. Wyskoczyłem, poklepali po plecach, podszedłem do jeepa. Był tam jeden brytyjski policjant wojskowy, dwóch Amerykanów i przez Brenner Pass zawieźli mnie do Udine we Włoszech. Tam był obóz. I znowu przesłuchanie...

A.K.: Obóz dla kogo?

B.P.: No tacy właśnie jak ja tam byli, co szli stamtąd. Sortowali nas tam.
 Mówiłem nieźle po rosyjsku, dość dobrze po niemiecku. Przez kilka dni mnie przesłuchiwali, a  później zacząłem służyć u nich na granicy w Trieście.
 Masa zbrodniarzy z Jugosławii i Europy  próbowała się przesmyknąć i tam były trzy linie. Pierwsza sprawdzała dokumenty, druga troszkę głębiej zaglądała, rozmawiano z tymi ludźmi ich językiem. I tam pomagałem, w tej drugiej linii. Żarcie było doskonałe, papierosy za darmo i tak dalej. Dostałem skórzaną kurtkę...
 Tam może z trzy miesiące posiedziałem i przyszedł rozkaz, żeby jechać do Ancony we Włoszech, gdzie stałem się członkiem 2. Batalionu Saperów 2. Korpusu Wojska Polskiego, 8. Armii. W Anconie spędziłem resztę powojennych dni.

A.K.: Do którego roku?

B.P.: Byłem tam z sześć-osiem miesięcy.

A.K.: Na czym polegała służba?

B.P.: Między innymi - jak panu mówiłem już wcześniej - myśmy pilnowali, naprawiali drogi, mosty, pracowali na kolei, trzymali wartę nad sprzętem, nad transportem i... bili się z Włochami - od czasu do czasu. Oni byli wtedy bardzo czerwoni, komuniści.
 Zabili paru Polaków...
 Trzeba było strasznie uważać wieczorami, jak się było samemu. Nie wolno nam było nosić broni, a było niebezpiecznie.

A.K.: To były tragiczne czasy, polscy żołnierze nie mogli wrócić do kraju. Pamięta pan to, jaka była wówczas atmosfera?

B.P.: Wie pan, ja uciekłem (z Polski); nawet nie pamiętam, żebym dyskutował o tym. Nie miałem po co wracać. Na mnie tam jedna rzecz tylko czekała, jakbym wrócił, tak że mnie się wcale nie spieszyło...
 Oczywiście, ludzie mieli żony, dzieci, rodziny, martwili się...
 Włosi nas nazywali pesce, bo według Włochów  mężczyzn, Polacy byli zimni jak ryba, ale według Włoszek, wątpię, czy taka była opinia...

A.K.: Stamtąd dotarł pan do Wielkiej Brytanii?

B.P.: Do Liverpoolu. Pewnego dnia spakowaliśmy wszystko, pojechaliśmy trakami do Neapolu. Wsadzili nas na okręt - cały 2. Korpus -  na duży pasażerski statek "Princess of Atlantic" czy coś takiego. Duży taki troupship. I do Liverpoolu! Zostaliśmy bardzo ładnie przyjęci przez Anglików. Orkiestry grały, stoły uginały się, ciasta i herbata po angielsku, którą do dzisiaj piję.
 Tam przez jakiś czas byliśmy w rezerwie. Na warcie w wielu miejscach staliśmy, aż powstał  w końcu tzw. PRC, Polish Ressetlement Corps. To stworzono, aby pomóc żołnierzom wejść do życia cywilnego.
 Wie pan, ja nie jestem obywatelem kanadyjskim, jestem brytyjskim...

A.K.: Do tej pory?

B.P.: Absolutnie! I nigdy nie będę.

A.K.: Dlaczego?

B.P.: Dlatego, że raz w życiu dostałem szansę od bardzo dobrych ludzi. Ile razy można zmieniać obywatelstwo? Poza tym, tutaj służę Królowej i tam też służyłem Królowi.

A.K.: Podróżuje pan na paszporcie brytyjskim?

B.P.: Tak, teraz mam wygodę, bo latam na australijskim i brytyjskim.

A.K.: W Wielkiej Brytanii podjął pan studia? Dostał pan stypendium?

B.P.: Dopóki byłem w mundurze, wszystko mi płacono.

A.K.: Armia dawała całe utrzymanie?

B.P.: Tak i jeszcze udało się zrobić egzamin wstępny na studia.
 Zrobiłem maturę i szkołę techniczną i poszedłem na pierwszy rok na uniwersytet. To wszystko było, proszę pana, zapłacone przez angielski rząd.
 Ale ważniejsze, wiele ważniejsze jest to, że tylu ludzi spotkałem i z tyloma piwo piłem, a nigdy, jak byłem w Anglii,  nie wyczułem w jakikolwiek sposób, aby mnie traktowali inaczej, jak tego drugiego żołnierza brytyjskiego.
 W oczach Brytyjczyków byłem "one of the boys", "the boy back from war". Żadnego znaczenia nie miało to, że nie byłem stamtąd. Nie tylko zachwyciło mnie to ciepło, ale również chęć pomocy. Wie pan, jak pan jechał tramwajem, to zapraszali do pubu, proponowali "Can I buy you a beer?".
 Ja nic nie umiałem, byłem żołnierzem. Za wyjątkiem, że się nauczyłem, jak się strzela, jak się robi materiały wybuchowe i wysadza rzeczy w powietrze, nic innego nie wiedziałem.
 Gdy patrzę na to dziś z perspektywy tego, co stało się tutaj z żołnierzami powracającymi z Wietnamu...  Amerykańscy żołnierze wrócili z Wietnamu i byli odrzuceni!
 To tragedia, coś strasznego!

A.K.: W Wielkiej Brytanii zaczął pan studia?

B.P.: W Leeds, później na drugim roku, wojsko proponowało nam, abyśmy sobie pojechali. Gdziekolwiek, do Południowej Afryki, do Kanady, jak najdalej. Płaciliśmy za podróż tylko 10 funtów.
 Royal Dutch Shell zaproponował mi stypendium do końca nauki w Australii. A wtedy jeszcze potrzebowałem trzy lata z hakiem. Za to musiałem odpracować pięć lat. Miałem kontrakt, że przez pięć lat będę pracował, bez żadnej podwyżki i nie będą mógł się w tym czasie ożenić. Teraz to nielegalne by było.
 Więc myślę sobie, kurcze pieczone, w Australii mnie jeszcze nie było, więc czemu nie pojechać?
 Rafineria była w Cronolla. Wiedziałem, że jak skończę, to rok będę musiał spędzić w tej rafinerii. Holenderskie stypendia to nie żarty, proszę pana, trzeba było łapać ryby, żeby się dożywiać. Ale to hartowało. Zrobiłem to, odsłużyłem rok w rafinerii. I po tym roku zaczęli mnie wysyłać.
 Na początek, Hongkong i Kowloon. Budowałem  zbiorniki na ropę (tank farm). To skończyłem, pojechałem do Singapuru.
 W Singapurze robiłem takie jety, pompownie, później byłem na Filipinach...

A.K.: Wszystko dla Shella?

B.P.: Tak, tak, tylko jedna robota zrobiona i od razu następna. Później byłem w Nowej Zelandii, tam stawiałem zakłady produkcji smarów i oleju, podobne do tego, co budowałem tu, w Kanadzie, na Cherry St.
 Stamtąd posłali mnie do Nowej Gwinei. Tam byliśmy w Weewack, takie małe miasteczko, niedaleko od granicy z Indonezją. Fanatystyczne krajobrazy - morze i góry...

A.K.: To był początek lat sześćdziesiątych?

B.P.: To był 56-57 rok, coś koło tego...
 Stamtąd z powrotem do Australii i wtedy posłali mnie do rafinerii Paramatta.
 Tam pracowałem, aż moje pięć lat się skończyło.
 Stamtąd poleciałem na zachód, do Perth. Amerykańska marynarka wojenna budowała olbrzymią stację radarową w North West Cape, stanowiska dla łodzi podwodnych i duże miasteczko dla ok. 5 tys. ludzi. Posiedziałem tam półtora roku.
 W 1964 roku robota w tym North West Cape się skończyła i kolega skontaktował się z Durbanem w Natalu w Południowej Afryce, gdzie była budowa zakładu oleju roślinnego. Pojechałem tam, i dość długo posiedziałem. Z kolei stamtąd pojechałem do Zambii, ale tam się nie udało.  Polacy szukali tam inżyniera, który mówi po polsku, tam...

A.K.: Polacy z Polski?

B.P.: Tak. Tam chcieli postawić zakłady produkcji amoniaku. Polski był potrzebny, bo rysunki były po polsku. Niestety, zrobiłem wielką pomyłkę. Australia miała white only policy; tam czarnych nie wpuszczali, a ja poszedłem do hotelu w Lusace, położyłem na ladzie australijski paszport. I wie pan, pokoju mi nie dali. Musiałem wyjechać.
 Pojechałem do Rodezji. Tak kręciłem się trochę po okolicy. Byłem w Kongo, byłem w Mozambiku - tam nic z tego nie wyszło, już wtedy dużo białych uciekało.
 Do Anglii wróciłem w 65 roku. Popracowałem trochę. I znalazłem ogłoszenie z Kanady...

A.K.: Wróćmy może jeszcze na moment do Australii. Pan kupił samolot...

B.P: O, samolot to kupiłem, jak byłem na uniwersytecie. Żeby sobie poprawić z jedzeniem, włączyłem się w tzw. University Squadron. Nauczyłem się latać i można tam było bardzo dobrze zjeść.
 Jak skończył się kurs, zaczęli zmieniać deHavilland Tiger Moth na de Havilland Chipmunk. A więc, nagle  była fantastyczna okazja kupić troszkę używany samolot. Fenomenalnie tanio, a jeszcze dla byłych żołnierzy były zniżki!
 Wtedy - fantastyczny zbieg okoliczności - mogłem się nająć, aby pojechać do Ivanhoe, 350 mil. Więc to była wygoda, bo na weekendy tym samolotem dolatywałem do Paramatta, to jest zaraz koło Sydney, a w poniedziałek leciałem do roboty.
 Przez długi czas miałem ten samolot, jak pracowałem w okolicy, ale później zaczęła się zabawa z łódkami.

A.K.: Bardziej pan lubił żeglować niż latać?

B.P:  Nie można porównać jednego z drugim.
 Lubiłem łowić ryby, a koło Sydney są bardzo dobre warunki.
 Łódki budowałem sam -  poczynając od projektu - wspaniała zabawa.
 Tu, w Kanadzie, wybudowałem też dwie łódki.
 Jak spotkałem Helenę zbudowałem trzydziestostopową łódkę, która się nazywała "Helena". Wybudowałem ją w domu, w którym mieszkałem, rozwalając częściowo garaż.

A.K.: Wróćmy do pana losów. Popracował pan w Wielkiej Brytanii i pojechał na kontrakt do Kanady?

B.P.: Tak, z Atomic Energy of Canada, we współpracy z Lomas Company.
 Później też z Heleną i z dziećmi włóczyliśmy się.
 Dłuższy czas mieszkaliśmy w Bostonie - budowałem Baltimore Gas Plant. Tam szukali menedżera, to była inwestycja za 200 mln dol. Potem mieszkaliśmy w Sault Ste. Marie, tam budowałem rurociąg. Stamtąd wróciliśmy do Toronto,  następnie poszedłem na konkurs zorganizowany przez Procter and Gamble do Cincinatti w Ohio, wygrałem i dostałem realizację inwestycji na 20,7 mln dol. To był 1973 rok.
 Pomyślałem, że pracuję cały czas dla innych ludzi, sam znajduję roboty i sam wykonuję, a dzielę się pieniędzmi, czyli to jest niezbyt praktyczne, tym bardziej że lubię ryzykować.
 Założyłem Prażmowski and Associates. Dużo projektów żeśmy zrobili. Byłem później konsultantem w rafinerii w Sarni. Shell mi wybaczył, że od nich uciekłem w Australii. Bardzo dobrze współpracowało mi się z nimi, i to przez długi czas.
 Tymczasem stworzyłem firmę, co się nazywała Front Wave Inc. Szumu trochę narobiła. To były czasy, gdy tu ludzie uciekali z Polski, m.in. inżynierowie. Udało nam się wielu tych ludzi wciągnąć, dać możliwość pozyskania kanadyjskiego doświadczenia i - nie wiem - może ze stu udało się nam pomóc, aby pracowali w swoim zawodzie.

A.K.: A skąd pomysł na oczyszczalnie ścieków?

B.P.: Jak pan widzi, moje całe życie spędziłem przy rafineriach, a więc jak dostałem w 89 roku poważny atak serca, to potem nikt nie chciał ze mną pracować. Przez dwa lata po zawale byłem zresztą w bardzo złym stanie.

A.K.: A nie chciał sobie pan po tym wszystkim po prostu odpocząć, kupić dom na Florydzie i łowić ryby?

B.P.: Ci, co do końca życia łowią ryby, to już tylko czekają na śmierć. To jest dopiero emerytura! Nic się nie robi i czeka się na śmierć. Ja mam nadzieję, że jeszcze coś zrobię!
 Tuż przed samym zawałem wybudowałem oczyszczalnię dla King Cole Ducks.
 Więc jak już się lepiej poczułem, zacząłem projektować, zrobiłem patenty. Potem była kolej na Heinz Bakery.To był drugi krok i następna generacja mojej technologii.
 W końcu, ostatnia wersja tego, to jest to, co teraz robimy w mojej firmie DryBiofilter. Każdy może ten zestaw wypróbować - dajemy na trzy miesiące pełnowymiarową oczyszczalnię na próbę. My nie sprzedamy nic, póki nie jesteśmy zadowoleni, że to dobrze pracuje.
 System nadaje się łatwo do transportu, ma budowę modułową. W procesie oczyszczania wykorzystuje się bakterie, które do metabolizmu potrzebują tlenu. Jest 9-10 zmiennych, które mają wpływ, i to musi być dokładnie dobrane, bo nie będzie pracować.

A.K.: Wchodzi pan na rynek polski. Dlaczego?
 Ma pan kontrakty  w Teksasie, mówił pan, że po części czuje się Brytyjczykiem? Skąd zainteresowanie Polską?

B.P.: Zdaje się, że ćma do ognia leci...
 Jakiś czas temu byłem zaproszony przez konsulat polski w Montrealu. Oni się skontaktowali z kanadyjskim rządem i szukali firm w Kanadzie, które mogłyby pomóc w rozwiązaniu problemów ochrony środowiska w Polsce. Duża delegacja przyjechała z Polski. Przedstawili potrzeby, myśmy mówili, co mamy.
 Tutaj działa Poland-Canada New Technology Demonstration Fund i do pewnego stopnia rząd kanadyjski pomaga nam w kosztach.
 Zainteresował się Bank Ochrony Środowiska, zainteresowała się pewna firma z północy Polski, która ma bardzo poważny problem z oczyszczaniem ścieków. Tam możemy w pełni zademonstrować przewagę naszej technologii, bo ktoś im zepsuł już jedną robotę.

A.K.: Panie Bogdanie, co jest najważniejsze w życiu? Przeżył pan szmat czasu, był pan w wielu dramatycznych sytuacjach...

B.P.: Wie pan, miałem dużo szczęścia, bo Pan Bóg naprawdę kule nosi. Oczywiście, trochę doświadczenia też pomogło...
 Moja filozofia życiowa to znaleźć powód do życia. Ludzie szukają takiego powodu w religii, inni znajdują masę zadowolenia w pomocy innym ludziom. To jest piękne!
 Ja wykorzystuję własne doświadczenie, zdolności, żeby czyścić wodę - to mała rzecz, ale to mi daje powód do życia; to daje mojemu życiu znaczenie teraz i potem...

A.K.: Dziękuję za rozmowę.

 



Acquiring image from ProHosting Banner Exchange