Innej
drogi nie ma...
Andrzej
Kumor: Panie Profesorze, jest Pan jednym z założycieli Stowarzyszenia na
rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze" i wielokrotnie
stwierdzał Pan, że zmiana taka ma zasadnicze znaczenie dla rozwiązania
polskich problemów.
Czy
nie obawia się Pan, że w obecnej sytuacji ordynacja jednomandatowa doprowadzi
do całkowitej dominacji postkomunistów w Sejmie i wyeliminuje z polskiego
parlamentu raczkujące ugrupowania niekomunistyczne?
Prof. Jerzy Przystawa: Przeciwnie. Jednomandatowe
Okręgi Wyborcze (JOW) spowodują rozpad SLD i pojawienie się w jego miejsce
zupełnie innej partii. Podobny los, oczywiście, spotka i wszystkie inne
obecne twory partyjne i będą one musiały zejść ze sceny politycznej.
W tym drugim przypadku żadnej szkody dla nikogo nie będzie, bo te, jak
Pan mówi, "raczkujące ugrupowania partyjne" są typowymi efemerydami wyborczymi
i nie mają szans dłuższego istnienia również w obecnym, partyjnym systemie
wyborczym.
Aby zdać sobie z tego sprawę, wystarczy
przyjrzeć się i porównać składy kolejnych sejmów, od I do IV kadencji.
Z tego porównania zauważymy, że jedynymi partiami, które w tym systemie
mają zagwarantowany byt polityczny, są formacje postkomunistyczne,
SLD i PSL. Wszystkie inne, łącznie z Unią Wolności i Akcją Wyborczą "Solidarność",
po krótkim brylowaniu na scenie politycznej odeszły do lamusa i nawet pamięć
o nich zaginęła lub niebawem zaginie.
To, co powiedziałem, to nie jest żadne
wishful thinking ani wróżenie z fusów. Na poparcie tych tez mamy argumenty
zarówno doświadczalne, jak i teoretyczne.
Dowodem doświadczalnym jest to, co się
stało 8 lat temu we Włoszech. W wyniku zmiany systemu wyborczego i wprowadzenia
JOW, nawet w ułomnej formie, WSZYSTKIE do tej pory istniejące partie polityczne
się rozpadły i zniknąły ze sceny politycznej.
W szczególności przestała istnieć Włoska
Partia Komunistyczna - Partito Comunista Italiana - która w
każdych kolejnych wyborach od II wojny światowej uzyskiwała około 30% mandatów
w parlamencie. Ten sam los spotkał i Chrześcijańską Demokrację. I to samo
się stanie, jeśli w Polsce wprowadzimy JOW. Powody tego łatwo zrozumieć.
W wyborach tzw. proporcjonalnych funkcjonować mogą tylko scentralizowane,
zbiurokratyzowane partie polityczne typu wodzowskiego.
To biuro polityczne partii wyznacza kandydatów
na posłów i radnych i ludzie swój wybór zawdzięczają przede wszystkim partyjnej
centrali. Jasne jest więc, że są tej centrali podporządkowani. W małych
JOW kandydatów już nie przywozi się w teczkach, muszą oni autentycznie
zapracować na swój wybór i muszą zdobyć co najmniej kilkanaście tysięcy,
a nawet kilkadziesiąt tysięcy głosów poparcia. W ten sposób pojawiają się
nowi ludzie, niewygodni dla partyjnej centrali, którzy już nie są tak bardzo
skłonni słuchać poleceń góry. Powstaje konflikt strukturalny i dotychczasowa
struktura partii nie daje się już utrzymać. Partia musi zmienić swoją strukturę
i - co za tym idzie - zmienić przywództwo i wymienić elitę.
Nie podzielam obaw o zwycięstwo komunistów
w systemie JOW z jeszcze innego powodu. W wyborach w JOW, aby wygrać, trzeba
zdobyć poparcie co najmniej 30 procent głosów wyborców. Tak pokazują statystyki
wyborcze w krajach, w których takie wybory mają miejsce. W Polsce bardzo
trudno znaleźć takie okręgi wyborcze, gdzie 30 proc. wyborców popierałoby
postkomunistów. W ostatnich wyborach, które wygrała SLD z ok. 40 proc.
poparciem, w wyborach wzięła udział mniej niż połowa uprawnionych do głosowania.
Jeśli policzyć wszystkie głosy, to okaże się, że na wszystkich obecnych
posłów razem wziętych głosowało ok. 20 proc. wszystkich wyborców.
Wynika z tego, że zaledwie jeden Polak
na pięciu ma swojego przedstawiciela w Sejmie. Mniej niż połowa tych głosów
padła na SLD. To oznacza, że postkomunistyczni posłowie reprezentują zaledwie
ok. 10 proc. wszystkich wyborców. Jak wiemy, w wyborach bezpośrednich,
w JOW, frekwencja wyborcza jest znacznie wyższa, ponieważ wyborcy po prostu
mają większe zaufanie do tego rodzaju wyborów.
Nie ma żadnego racjonalnego powodu, żeby
uważać, że ci wyborcy, którzy teraz wolą zostać w domach, gdyby dano im
szansę uczciwego wyboru, będą głosowali na postkomunistów. Absolutnie żadnego
powodu.
To, co tutaj powiedziałem, będziemy mogli
niebawem przetestować w praktyce. Za miesiąc odbędą się pierwsze bezpośrednie
wybory wojtów, burmistrzów i prezydentów miast. Będziemy więc mieli okazję
zobaczyć naocznie, ilu reprezentatów SLD wygra te wybory. Idę o zakład,
że wynik tych wyborów będzie dużym rozczarowaniem dla tych, którzy uważają,
że JOW to pewne zwycięstwo byłych komunistów. I to pomimo tego, że obecna
ordynacja wyborcza, która w ogromnym stopniu uprzywilejowuje partie polityczne,
jest daleka od tej, jaką proponujemy na wzór Kanady czy Wielkiej Brytanii.
A.K.: Ruch JOW zrzesza
coraz więcej osób, które łączy coś więcej niż tylko sama idea zmiany ordynacji
wyborczej. Czy nie sądzi Pan, że ruch może przekształcić się w organizację
polityczną o cechach partii? Czy byłby Pan zainteresowany takim przekształceniem?
J.P.: Nie sądzę i nie przypuszczam, żeby
tak się miało stać. Takie próby przekształcenia Ruchu na rzecz JOW w partię
polityczną są ponawiane i proponowane. Przeciwstawiamy się temu z powodów
zasadniczych. Gdybyśmy skorzystali z takich propozycji, wówczas przekształcilibyśmy
się w partię polityczną na wzór obecnie istniejących, a więc w coś, z czym
walczymy i czemu się przeciwstawiamy. Byłby to koniec naszego Ruchu.
Scentralizowana, biurokratyczna partyjna
struktura wynika z logiki systemu wyborczego, a nie z życzeń ludzi, którzy,
z najszlachetniejszych nawet pobudek, te partie tworzą. My domagamy się
innego systemu, o innej logice wewnętrznej, który prowadzi do powstania
partii politycznych zupełnie innego typu.
Przekształcenie się naszego Ruchu w partię
to pułapka. Jak do tej pory skutecznie udaje nam się tej pułapki unikać,
ponieważ nasi zwolennicy zdają sobie sprawę, o co nam chodzi i że byłby
to błąd i sprzeniewierzenie się celom Ruchu na rzecz JOW.
A.K.: Z drugiej jednak
strony, mamy przykład Kanady, gdzie trzecią kadencję rządzą liberałowie,
ponieważ prawica podzieliła się na dwie partie i nie jest w stanie przeforsować
swoich kandydatów. Mieliśmy taką sytuację, w której partia konserwatywna
otrzymała 2 miliony głosów (Kanada ma 30 mln mieszkańców), a mimo to zdołała
uzyskać jedynie 2 mandaty w Izbie Gmin.
Czy nie uważa
Pan, że postkomuniści, którzy, jak uczy historia, głosują blokiem, będą
w stanie przeforsować kandydatów w okręgach, a ci kandydaci będą miejscowymi
konformistami? Rozdrobnienie polskiej sceny politycznej jest bardzo duże.
J.P.: Nie bardzo rozumiem, co Pan ma na
myśli, mówiąc "z drugiej strony" i podając przykład Kanady, w której trzecią
kadencję rządzą liberałowie.
Proszę przyjrzeć się przykładom krajów,
w których funkcjonują tzw. ordynacje proporcjonalne.
W Niemczech, od wojny, wyborcy dopiero
w roku 1998 pierwszy raz byli w stanie, na drodze wyborów, odsunąć od władzy
rządzącą koalicję. Rządy Schroedera to pierwszy wypadek od wojny, kiedy
w wyniku wyborów pojawiła się u władzy nowa koalicja. Podobnie przedstawia
się sytuacja we wszystkich krajach, w których są takie ordynacje.
W Szwajcarii, od wojny, ani razu w drodze
wyborów nie odsunięto rządzącej koalicji od władzy. Podobnie było we Włoszech,
dopóki tam nie zmieniono systemu wyborczego. Podobnie jest w Szwecji, Belgii,
Holandii. Wyborcy idą tam do wyborów na próżno, bo i tak nie mają wpływu
na to, kto będzie rządził.
Proszę przyjrzeć się wynikom wyborów, w
tym samym okresie, w Kanadzie i odpowiedzieć sobie na pytanie, jak często
wyborcy odsuwają rządzącą partię od władzy?
Średnio, patrząc na wieloletnie statystyki
w krajach, w których wybory odbywają się w jednomandatowych okręgach wyborczych,
dzieje się to co drugi raz. Średnio, a więc zdarza się, że jakaś partia
wygra i trzy razy pod rząd, jak np. Margaret Thatcher w Wielkiej
Brytanii, ale statystyki są tu jednoznaczne. Dlatego np. bez ryzyka i bez
zaglądania w szczegóły polityki niemieckiej mogłem się zakładać, że
w wyborach, które się wczoraj (22 września) odbyły w Niemczech, przy władzy
pozostanie koalicja SPD i Zielonych.
Nie dlatego, że Schroeder jest lepszym
politykiem od Stoibera, tylko dlatego, że taka jest logika wyborów proporcjonalnych.
Stoi-ber zapowiedział, że rząd Schroe-dera nie przetrwa roku. I chętnie
w to uwierzę, że za rok koalicję SPD - Zieloni zastąpi inna koalicja. Ale
to nie będzie w wyniku woli wyborców, tylko w wyniku zakulisowych intryg
i kombinacji partyjnych, poza udziałem społeczeństwa i jego wpływem.
Na tym polega różnica. W JOW wyborcy idą
do wyborów i jeśli facet w minionej kadencji zraził ich do siebie, to przegrywa
i werdykt jest nieodwołalny.
W ordynacji takiej jak w Niemczech czy
w Polsce, facet może mieć w nosie, co o nim myślą wyborcy, może być
oskarżany o złodziejstwa i malwersacje, może stać pod zarzutem szpiegostwa,
a i tak, jeśli taka jest wola partyjnej "góry", wejdzie do parlamentu.
Próbowałem wyjaśnić, że "głosowanie blokiem"
ze strony postkomunistów niewiele tu da, ponieważ ten "blok" doskonale
działa w warunkach ordynacji proporcjonalnej, w której można mieć 20 proc.
głosów poparcia i wziąć nawet 100 proc. miejsc w parlamencie. Natomiast
do wygrania wyborów w JOW potrzeba co najmniej 30 proc., a najczęściej
więcej, a takich ludzi postkomuniści w Polsce nie mają.
Pan mówi wciąż o "rozdrobnieniu polskiej
sceny politycznej", nie przyjmując do wiadomości tego, co ja mówię, a mianowicie,
że to rozdrobnienie wynika z logiki tej ordynacji. Wprowadzenie JOW to
rozdrobnienie zlikwiduje, ponieważ JOW, jak to wiemy z praktyki i teorii
- istnieje tzw. prawo Duvergera - że JOW prowadzą do dwubiegunowej
sceny politycznej. Postkomuniści, którzy są najsilniejsi w dużych miastach,
jak Warszawa, Wrocław itp., w nadchodzących wyborach burmistrzów i prezydentów
nie mają kogo wystawić i dlatego np. we Wrocławiu wysuwają Lidię Geringer
d'Odenberg, podkreślając, że jest to osoba bezpartyjna, a nie wysuwają
na urząd prezydenta żadnego z lokalnych liderów SLD, brylujących we władzach
miejskich i wojewódzkich od lat.
Jerzy Urban już dawno wyłożył postkomunistom,
jaką taktykę powinni przyjąć w Warszawie: ponieważ nie mają żadnych szans
na zwycięstwo w pierwszej turze (uwaga: w Polsce głosi się wyższość dwuturowej
ordynacji, jak we Francji, nad systemem brytyjskim!), a jeśli ich kandydat
wejdzie do drugiej tury, to na sto procent przegra. Więc Urban im podpowiada,
że szansą SLD jest zajęcie trzeciego miejsca, bo wtedy otwiera się droga
do partyjnej manipulacji i przerzucając głosy swoich zwolenników na tego
kandydata, który im bardziej odpowiada, będą mieli wpływ na to, kto
będzie rządził Warszawą.
Taką samą taktykę, jak na to wskazują wszystkie
oznaki, zastosują i w innych miejscach. A zatem, jak Pan widzi, postkomuniści,
którzy lepiej rozumieją się na polityce od swoich amatorskich "prawicowych"
konkurentów, dobrze rozumieją, że w wyborach bezpośrednich nie mają czego
szukać. Pomimo kompletnej prawie kompromitacji i autodestrukcji tzw. prawicy.
Gdyby AWS nie sprzeniewierzyła się swojemu programowi wyborczemu i w czasie
swoich rządów doprowadziła do wprowadzenia JOW w wyborach parlamentarnych,
to na pewno, pomimo wszystkich idiotyzmów, jakie popełniła, pozostałaby
w parlamencie. Więc ta formacja okazała się nie tylko skorumpowana i sprzedajna,
ale również, a może przede wszystkim, pozbawiona kompetencji i dlatego
pozostaje po niej tylko "śmiech pusty".
A.K.: Byłoby dużym nadużyciem
sprowadzić ruch JOW jedynie do żądania zmiany ordynacji wyborczej. Jak
by Pan scharakteryzował główne punkty analizy obecnej sytuacji politycznej,
pod którymi podpisują się ludzie skupieni wokół JOW?
J.P.: Nie bardzo rozumiem, dlaczego ograniczenie
się do postulatu JOW miałoby być nadużyciem.
Przeciwnie, gdybyśmy próbowali pod szyldem
JOW przemycać inne postulaty, to to właśnie byłoby nadużycie. Na tym polega
atrakcyjność i siła naszego Ruchu, że mówimy uczciwie: proponujemy sojusz
wszystkich Polaków, którzy rozumieją, że Polska dzisiaj wymaga jak najszybszej
zmiany systemu wyborczego i wprowadzenia JOW.
Wszystkie inne sprawy, nawet te najważniejsze,
uważamy za drugorzędne, które będziemy rozwiązywali wtedy, kiedy odzyskamy
nasze państwo i wpływ na to, kto w nim rządzi. Bez takiego wpływu możemy
się tylko modlić i pisać petycje, do ludzi, którzy mają w nosie nasze interesy.
I znowu odwołujemy się do doświadczenia
Republiki Włoskiej, w której odzew na postulat zmiany systemu wyborczego
przeszedł najśmielsze oczekiwania i referendum w tej sprawie w kwietniu
1993 roku było bez precedensu w historii Italii. Do urn poszło przeszło
80 proc. Włochów, z których ok. 80 proc. opowiedziało się za zmianą. Przeszło
60 proc. całej populacji opowiedziało się za JOW!
Takiego wyniku nie uzyskano nigdy, ani
przedtem, ani potem. Ani kwestia rozwodów, ani aborcji, ani tego czy we
Włoszech ma być monarchia czy republika, nie zmobilizowała takiej masy
ludzi, jak ta, z pozoru abstrakcyjna kwestia, czy głosować na partie polityczne
czy na konkretnych ludzi w JOW?
My, w naszym Ruchu, zrozumieliśmy tę lekcję
włoską i dlatego nie mamy zamiaru popełnić błędu polegającego na tym, że
do naszego postulatu JOW, który jest do przyjęcia DLA WSZYSTKICH POLAKÓW,
dodamy jeszcze jakiś postulat, który ich podzieli.
A.K.: Mówiąc "z drugiej
strony", chciałem pokazać, że w sytuacji gdy jedna strona politycznego
spektrum jest rozczłonkowana, ordynacja jednomandatowa utrudnia zmianę
władzy. Mówiąc "byłoby dużym nadużyciem sprowadzić ruch JOW jedynie do
żądania zmiany ordynacji wyborczej", chodzi mi o to, że JOW skupia ludzi,
których łączy również ocena tego, co w Polsce się stało po roku 1989.
Pan sam w tekście
zatytułowanym "Ordynacja ze strachu" pisze: "w ciągu 10 lat stało się wiele
i dzisiaj kto wie, czy Polacy nie braliby raczej odwetu na Lechu Wałęsie
i jego ?drużynie=, niż na wczorajszych czy przedwczorajszych komunistach".
Jak Pan zatem
ocenia dzisiejszą sytuację?
J.P.: Nic podobnego. Zmiana ordynacji wyborczej
i wprowadzenie JOW na wzór brytyjsko-kanadyjski jest jedynym cywilizowanym
sposobem na niepozorowaną zmianę władzy, a więc nie polegającą tylko na
tym, że pierwszy "garnitur" obecnego układu zostanie zastąpiony przez drugi
albo trzeci.
Obecną sytuację Polski oceniam jako katastrofalną,
a rozmiary katastrofy, przed którą stoimy, są nieporównywalne z żadnymi
innymi katastrofami, jakie dotknęły Polskę.
Niepodległość Polski jest czystą fikcją
i Polska już dawno utraciła jakiekolwiek elementy suwerenności politycznej
i gospodarczej.
Teraz czeka nas trzeci etap kolonizacji:
przejęcie resztek własności, przede wszystkim odebranie nam tzw. Ziem Odzyskanych.
W Europie, a zwłaszcza w Niemczech, już głośno się mówi o tym, że ziemie
te, jeśli Polska wejdzie do UE, powinny zostać wydzielone jako specjalny
protektorat pod zarządem UE, gdzie będzie się rozwiązywać skomplikowane
problemy własności.
Nie zapominajmy, że w Konstytucji Republiki
Federalnej nadal utrzymuje się klauzulę, że własnością niemiecką pozostają
wszystkie ziemie w granicach z roku 1937. Ponieważ z Polską już dzisiaj
nikt na świecie w ogóle się nie liczy i nie mamy wpływu na nic, więc sprawa
ta zostanie rozwiązana tak, jak tego będą sobie życzyli ci, którzy wpływ
mają. Polska nie ma jak się temu przeciwstawić, gdyż nie posiada
ani pieniędzy, ani majątku, ani wojska, które zostało rozbrojone i zredukowane
do liczby bez militarnego znaczenia. Ale przede wszystkim nie posiada w
strukturach władzy ludzi, którzy reprezentowaliby interesy Polski i Polaków,
a nie byli najemnikami interesów obcych. Jednakże ta wasalizacja i kolonizacja
Polski, nie posiadająca precedensu w dziejach, toczy się pod hasłami i
szyldami demokracji, dlatego jedyną drogą, jaka nam pozostała, jest wykorzystanie
tych szyldów i haseł i domaganie się demokracji na wzór brytyjsko-amerykański.
Takiemu żądaniu nasi kolonizatorzy nie
bardzo mają jak się przeciwstawić, ponieważ nie mogą twierdzić, że system
demokratyczny w Wielkiej Brytanii czy Kanadzie jest głupi i niedemokratyczny,
a dopiero nasze postkomunistyczne elity wynalazły kamień filozoficzny i
odkryły, na czym polega demokracja i demokratyczna ordynacja wyborcza.
Wiemy, chociażby z doświadczenia Włochów,
że jest to droga skuteczna. Innej drogi nie ma. Nie da się wymienić tej
elity na drodze wyborów parlamentarnych w kluczu partyjnych ordynacji,
a na gwałtowne manifestacje uliczne "Europa" nie pozwoli. Jeśli nie potrafimy
z tej szansy skorzystać, to marny nasz los.
A.K.: Nie sądzi Pan,
że obecne elity, które rozkradły Polskę i zaprzedały się obcym interesom,
będą wszelkimi możliwymi sposobami dążyć do utrzymania obecnego systemu
wyborczego, odrzucając JOW np. pod pretekstem ochrony praw mniejszości
narodowych i etnicznych? Skoro Polacy utracili możliwość decydowania o
własnych sprawach, jaką szansę ma ruch JOW? Jak Pan sądzi, dlaczego tak
mało ludzi w Polsce dostrzega rozmiary obecnej katastrofy?
J.P.: Bez wątpienia. Przypominam jednak
Panu, że 15 lat temu nikt nie wierzył, że podziemny ruch w Polsce ma jakiekolwiek
szanse. Sądzono, że Związek Sowiecki jest wieczny, a na przeszkodzie polskim
aspiracjom stoi 5 milionów żołnierzy Armii Czerwonej.
Jakież to porównanie do tego obecnego,
postkomunistycznego establishmentu politycznego, którego broni tylko nasza
głupota, niezrozumienie sytuacji i nieumiejętność zorganizowania wokół
tego, co jest nam potrzebne? Gdyby ludzie, którzy w 1989 roku siadali do
"okrągłego stołu", rozumieli, jakie znaczenie ma ordynacja wyborcza i co
to są jednomandatowe okręgi wyborcze, to po komunistach nie pozostałaby
nawet mokra plama!
W Radzie Miejskiej Wrocławia, do której
mandat zdobyłem w 1990 roku na ulicy i bez poparcia kogokolwiek, na 70
radnych znalazł się tylko 1, słownie jeden, przedstawiciel pezetpeerii,
a i to tylko dlatego, że kandydował z okręgu zamieszkanego przez rodziny
wojskowe i był to nic nieznaczący w partyjnych strukturach oficer - społecznik.
Może jeszcze lepszym przykładem są pierwsze wybory do Senatu, gdzie wszedł
tylko 1 na 100 przedstawiciel pezetpeerii.
Jak pokazały badania przeprowadzone w Polsce
przez politologów irlandzkich, dr. Kennetha Benoita i dr Jaquelin Hayden,
przedstawiciele tzw. opozycji solidarnościowej ani nie mieli pojęcia, jakie
znaczenie ma ordynacja wyborcza, ani w ogóle się tym problemem nie interesowali.
Sytuacja w Polsce zaszła już tak daleko,
że tutaj wszystko może się zdarzyć. Bezrobocie rośnie w zastraszającym
tempie, przede wszystkim w szeregach młodzieży kończącej szkoły i studia,
bez żadnych perspektyw pracy. Ta młodzież chce uciekać z kraju, łudzi się,
że przyjmie ją Unia Europejska, że czeka ona tylko na szeregi wykształconych
młodych Polaków. Na Uniwersytecie Wrocławskim studiuje aktualnie 19 tysięcy
studentów prawa: kto, jaka Unia Europejska na nich czeka? Coraz większe
są brygady szperające po śmietnikach, coraz więcej młodych ludzi, coraz
więcej dzieci żebrze przed supermarketami.
Jakie perspektywy mają dla nich Miller
z Kołodką i Kwaśniewskim? Do łez mnie rozśmieszył dzisiaj Kołodko, wykonując
przed kamerami telewizyjnymi pajacowaty popis z ogromnym bochenkiem chleba
i jego kabotyńskim dzieleniem, dla ilustracji swoich pomysłów! Oni
nie mają żadnego pomysłu na Polskę, liczą tylko na to, że przyjmie ich
Unia Europejska i weźmie na garnuszek w strukturach europejskiej biurokracji.
Ale na tym mogą się przejechać, bo niby po co Unia Europejska miałaby ich
wziąć na garnuszek? Chyba tylko po to, żeby pomogli w rewindykacji niemieckich
terytoriów, bo jeśli nie po to, to po co?
Oferta JOW, podobnie jak oferta "okrągłego
stołu", to lepsze niż rozruchy uliczne, które mogą się skończyć całkiem
nieprzyjemnie. Oferta JOW daje szansę, ulica może takich szans nie dać.
Rozmiary obecnej katastrofy są na razie
ukryte, bo na usługach elity politycznej stoją szeregi inteligenckich najemników
z tytułami profesorskimi, których nikt nie podjął się weryfikować, ludzi,
którzy przez całe swoje życie w swoich pracach naukowych z dziedziny ekonomii,
politologii, socjologii itp. kłamali i oszukiwali. Oni pozostali na stanowiskach,
a nawet uzyskali promocje, i nadal kłamią i oszukują, piszą ekspertyzy
na zamówienie swoich sponsorów. Ale to się udaje tylko do czasu, tak jak
sławna "propaganda sukcesu" z ballady Rosiewicza. Opanowali media, więc
manipulują świadomością obywateli. To jest skuteczne, ale tylko do czasu.
Głodu nie da się oszukać filmami pornograficznymi, dla bezrobotnego to
mała pociecha, że może gapić się w ekran telewizora.
Widzieliśmy rozruchy w Argentynie, w Urugwaju.
Do tego może dojść i w Polsce. Wtedy może się okazać, że nasz postulat,
JOW, będzie liną ratunkową, której nawet komuniści będą mogli się uchwycić.
Zresztą, jeszcze raz wracam do rewolucji we Włoszech: tam też klasa polityczna
broniła się rękami i nogami przed zmianą.
Jest taka propozycja, która otwiera przed
Polską szansę na wyjście z zapaści: jednomandatowe okręgi wyborcze! Prosty,
jasny, czytelny system wyborczy, jaki od wieków stosują u siebie kraje
stanowiące czołówkę państw demokratycznych: USA, Kanada, Wielka Brytania,
Australia, Francja.Czy jest jakaś lepsza propozycja? A nawet czy jest jakaś
inna, niekoniecznie nawet lepsza, ale konkretna i zrozumiała propozycja?
A.K.: Bardzo dziękuję za rozmowę.
|