Default
Google
 
Arizona - Utah - Kolorado w cztery dni
Przy kuchni Pana Boga
* więcej zdjęć oraz trochę muzyki z naszej podróży znaleźć można  tutaj


 

 Ponoć kto raz był na pustyni, zawsze będzie wracał. Urok pustkowia przybliża do tego co nieogarnięte i nieskończone. Monumentalne krajobrazy podkreślają marność naszego istnienia i przywodzą na myśl rzeczy ostateczne.
 Żadne cuda zielonobłękitnych lagun Karaibów nie są w stanie "przebić" pustynnego krajobrazu - przynajmniej dla mnie...
 Czterodniowy wypad na pustynie amerykańskiego zachodniego południa zaczął się z głupia frant - w Internecie. Okazało się, że przez sieć można dość tanio kupić bilet z Toronto do Phoenix, zrobiłem więc rezerwację, jeszcze tego samego wieczoru, również przez Internet zarezerwowałem samochód. Tym razem postanowiliśmy z żoną "zaszaleć" - na lotnisku w stolicy Arizony miał na nas czekać kabriolet Chrysler Sebring - kilometry, oczywiście, bez ograniczenia. Następnego dnia  okazało się, że naszych "Air Miles" starczy na jeden motel. Na chybił trafił padło na Blanding w pobliżu granicy Arizony i Utah - w naszej wyprawie pojawił się stały punkt...

Pierwszy dzień
 Boeing Air Canada w kilku zgrabnych manewrach nad miastem podchodzi do lądowania w Sky International Airport w środku miasta. Płaską jak stolnicę połać, na której leży stolica Arizony, otaczają wianuszkiem sprażone słońcem góry. Jesteśmy za wcześnie. Na zwolnienie rękawa czekamy ok. 15 minut...
 Plus 32 stopnie w cieniu, jest wiosna. Po kilku nerowowych spojrzeniach na mapę i nieprzepisowych zmianach pasów, wyrywamy się na autostradę nr 17 w kierunku Flagstaff. Okazuje się, że choć na kabriolet (i z niego) miło się patrzy, to jednak powyżej 100 km/h  wizg poważnie utrudnia życie. Na szczęście, przednia szyba ratuje przed syndromem motocyklistów - muchami w zębach. Już sto kilometrów za stolicą stajemy "na wiadomo co". Z  przyautostradowej "sikalni" roztacza się wspaniały widok i trochę zastanawia tabliczka ostrzegająca przed jadowitymi wężami i insektami.
 Droga wznosi się coraz bardziej wśród charakterystycznych pustynnych krzaczków. W odkrytym aucie, mimo słońca, zaczyna nam być zimno, krajobraz zmienia się na bardziej normalny i wkrótce jedziemy wśród wysokiego lasu. w Flagstaff jest typowo i po amerykańsku - wszystkie duże sieci, wszystkie znane nazwy sklepów. Wśród gór i lasów drogą 180 mijamy najwyższy szczyt Arizony Humphreys - 12 663 stopy nad poziomem morza. Jeszcze tego samego dnia chcemy dojechać do  Grand Canyon Village.
 Nie mamy rezerwacji, a w GCV nie ma noclegu. Dzień szybko gaśnie, trzeba się decydować... Robimy w tył zwrot i po ponad godzinie szybkiej jazdy jesteśmy w Williams na historycznej trasie 66 - drodze, która stworzyła Amerykę - starodawnej trasie pionierów, włóczęgów, kowbojów i awanturników.
 W desperacji zajeżdżamy do pierwszego motelu - wygląda ponuro, kilkanaście dyktowo-murowanych domków. W recepcji długowłosy i podpity właściciel w wielgachnych kowbojskich butach. Patrzy na nasze popielate twarze i rozbawiony pyta - "Co, nie macie już ochoty na następne 500 mil?".
 Właściciel, czyli Dave, ma grubą żonę stęsknioną za kanadyjskimi papierosami, które - jak wiadomo - smakują inaczej od amerykańskich. Niestety, nie mamy. Za noc ze śniadaniem płacimy 45 dol. Drogo. W naszej dwupokojowej budzie mieszkalnej za ścianą drą się jacyś narkomani. Drzwi na dole obite są blachą, by nic im nie było od kopania, a telewizor zawieszony jest na wysięgniku tuż nad sufitem. W ten sposób jak ktoś się pobije, to aparatu nie strąci... Pokój jest gatunku brudno-czystych - śmierdzi lizolem. Motel reklamuje się krytym basenem. Idziemy sprawdzić. Owszem, jest kryty - wygląda to tak, jakby nad zwykłym basenem ktoś postawił szopę z drewna i blachy. Woda biała od chloru...
 Dave wyjaśnia, że dawniej bywał za granicą - nie, nie turystycznie, z wojskiem. Chwali się, że w Korei był ochroniarzem "czterogwiazdkowego generała". Pokazuje tatuaże marines...

Dzień drugi
 Wczesnym rankiem, popijając lurą z naszego wliczonego "śniadania", "szybkim krokiem" wyjeżdżamy do Wielkiego Kanionu. Wjazd do parku, kilka zakrętów i zatrzymujemy się na pierwszym parkingu, zza drzew przeziera coś...

 Trzeba być bardzo zblazowanym, by nie poddać się gigantycznemu urokowi Wielkiego Kanionu, dziury w płaskowyżu wyżłobionej przez setki milionów lat erozji rzeki Kolorado. Jesteśmy na jego południowej krawędzi ponad 2 km nad poziomem morza, w dole widać zielone pasemko wody. W dole, czyli ponad półtora kilometra pod nogami.
 Robimy zdjęcia, choć i tak nie są w stanie oddać tej głębi i tych odległości. Po kilku pstryknięciach psuje się sterany "Olympus", trzeba poprzestać na jednorazówkach. 
 Kanion zachęca do wędrówek, kusi, aby zejść na sam dół. Bright Angel Trail należy do najbardziej uczęszczanych. Słabsi  fizycznie, ale za to mocniejsi w nerwach mogą spróbować zjechać po stromych ścieżkach w zorganizowanej wycieczce, na mule. Ponoć są miejsca, w których mdleje się ze strachu.  
 Ograniczamy się do przejażdżki specjalnym parkowym autobusem, do głównych punktów widokowych. Nie ma czasu. Stajemy na pół godziny i po prostu patrzymy w dal na pooraną twarz planety i ciągniemy w płuca ostre powietrze płaskowyżu. I w drogę!
 Jeszcze tylko krótki postój w ruinie wieży obserwacyjnej  tuż przed wschodnimi rogatkami parku, znowu zdjęcia... Tym razem szybko uciekamy, robi się tłoczno i gwarno, choć widoki zapierają dech. W końcu kanion to ulubione miejsce wycieczkowiczów nie tylko z nie tak bardzo odległego Las Vegas.
 Drogą 64, słuchając lokalnej rozgłośni indiańskiej, zjeżdżamy do Little Colorado River Gorge. 

Znów podchodzimy do krawędzi. Jest coś nienormalnie ponętnego w staniu na skraju własnej egzystencji. Jeden krok, jedno wahnięcie i... W dole koryto wyschniętej rzeki przypomina polną piaszczystą drogę. Krajobraz jak z "Winnetou". Punkt widokowy obrastają różnego rodzaju indiańskie stragany z mniejszą i większą tandetą. Aż się człowiek zastanawia, czy czasem tych paciorków nie produkują taśmowo na Tajwanie.
 W Cameron krótki postój. Miasteczko ma westernową aparycję, a kamienista pustynia podchodzi do tylnych drzwi domów. Usiłuję zadzwonić z automatu. Po wielu próbach - sukces. Chwilę później w kolejnym "punkcie handlowym" obwieszonym flagami ojczyzn większości bogatych turystów kupujemy narzutę i kasetę z muzyką Nawahów; w końcu jesteśmy na ich ziemi. Praży ostre słońce odbijane przez brązowe, rude i pomarańczowe skały, puszczamy Nawahów na cały regulator, monotonny śpiew przebija się przez szum drogi. Wkładamy wełniane czapki i otoczeni słonecznym surrealizmem, suniemy prostą pustą drogą nr 160 na północny wschód. Przeszkadza tylko pieczenie wysychających od wiatru oczu.
 Po lewej stronie niewielka tablica objaśnia, że tu właśnie są bardzo dobrze zachowane w skale ślady dinozaura. Gruba Indianka z plemienia Hopi za oprowadzanie bierze "co łaska", wokół pląta się trochę dzieci na rowerach. 

Nasza przewodniczka nic nie wie o dinozaurach i nie potrafi powiedzieć, ile mają lat ślady, ale zaprasza do wioski, pod zboczami pobliskich gór. Ponoć jest tam małe jeziorko, co patrząc na skalistą pustynię rozlewającą się dookoła, wydaje się całkowicie nieprawdopodobne. Odjeżdżamy trochę zażenowani, że nic nie kupiliśmy od dzieci na straganie.
 Kolejny przystanek - ruiny Betatakin, krótki skok w bok z drogi 160. Pochodzące sprzed tysiąca lat opuszczone miasto Indian Anasazi wlepione niczym jaskółcze gniazda w skalne zbocze kanionu de Chelly. Hopi uważają, że Anasazi byli ich przodkami. Patrzymy na ruiny z drugiej strony kanionu.
 Wczesnym popołudniem w rytmie bębnów Nawahów wyjeżdżamy do Kayenty, jeszcze tylko trzeba trochę przydusić gaz, by wepchnąć chryslera na przełęcz Marsh (6750 stóp) i już jesteśmy w Burger Kingu w Kayenta... 
 W środku siedzą prawie sami Indianie. Stare Indianki w płaszczach i przezroczystych  chustach tiulowych na głowie - pałaszują hamburgery. Wyglądają trochę jak polskie wiejskie babiny w przydworcowym barze, stare, poorane zmarszczkami twarze nie słyszały o kremach...
 Stojąc w kolejce po nasze "combo", nie mogę oderwać wzroku od indiańskiej pary, która właśnie weszła. Są żywcem wyjęci z książek Karola Maya. On ma zakrzywiony nos, białą koszulę wypuszczoną na spodnie i kruczoczarne proste włosy do połowy pleców; ona, włosy w tym samym kolorze, proste do ramion, i typową twarz indiańskiej squaw. Towarzyszy im może 3-letni chłopczyk, również w białej koszuli. Siadam przy stoliku i kopię Małgorzatę, żeby  popatrzyła. Gdyby ktoś chciał kiedyś sklonować czystych rasowo  Nawahów to ta rodzina doskonale się do tego nadaje  - kombinuję...
 Z pełnym brzuchem zawsze jest raźniej, więc radośnie i z popiskiwaniem opon ruszamy do krainy starych westernów - Monument Valley - posiadłości Indian Nawahów. Oni też biorą opłaty za wjazd do doliny; dostajemy mapkę i piaszczystą drogą wśród tumanów rdzawego kurzu jedziemy tam, gdzie jeszcze nie tak bardzo dawno temu ludzie umierali z pragnienia. 
 Dzień ma się ku końcowi rude monumentalne obeliski rzucają wielkie cienie. Tu i ówdzie indiańska osada - przyczepy kempingowe, blaszaki, stare cadillaki wywrócone do góry kołami. Wielka tablica zakazuje robienia zdjęć. Indian i ich dobytek można fotografować za opłatą - poucza broszura. 
 Pył wciska się w każdy szew tapicerki sebringa i skrzypi w zębach. Jest tak drobny, że nie do starcia. Objazd Monument Valley Nawajo Tribal Park to ok. 17 mil.
 Kamienie strzelają o podwozie... Kilka przystanków, kilka zdjęć. Nie trzeba nic mówić, wszystko wiadomo bez słów, jedziemy w ciszy zachodzącego słońca, jako jedni z ostatnich opuszczamy dolinę - na noc zostają tylko Indianie. Wcześniej oślepiony słońcem o mało nie wjeżdżam kołem w sporą przepaść... Szlaban przy wyjeździe zamknięty już na kłódkę, Indianin pokazuje, żeby na przełaj, przez pustynię, dojechać sobie do bitej drogi.
 Misterium krajobrazu wciąż w nas siedzi, niczym z rudego pyłu, nie możemy się otrzepać z czegoś, czego i tak nie da się opisać. Szybkim galopem (ok. 140 km/h) przekraczamy granicę Utah. W Blanding czeka na nas zarezerwowany Best Western. Nad pustynią szybko zapada zmrok, zostało jeszcze kilkaset kilometrów ciszy, rozmyślań w bezczasowej przestrzeni fantasmagorycznych kształtów...
 Gdy ostatnim rzutem na taśmę przed północą docieramy do recepcji motelu, mamy oczy wyblakłe i twarze popielate. Widocznie tak już musi być...

Dzień trzeci
 Przez moment robi się nieco mniej pustynnie, gdzieś tam wyzierają nawet dachy domów. Poranny chłód zmusza do zamknięcia budy na aucie. Kierunek: Moab - światowa stolica rowerów górskich. Być w Moab i nie pedałować po skalnych szlakach, to jak pojechać do Zakopanego bez nart.
 Pokazują się dziwne formy skalne. W pewnym momencie widać, że skała na prawo od drogi ma w środku dziurę, najzwyklejsze "okno" na drugą stronę - zaczyna się kraina łuków skalnych. Zatrzymuję auto i na wyścigi, tak jakbyśmy chcieli za wszelką cenę zobaczyć ziemię obiecaną po drugiej stronie, wbiegamy na skałę. Końcówka jest nieco alpinistyczna i jak Tygrys z "Kubusia Puchatka" zaczynam się zastanawiać, czy jednak będziemy z tego "kamyka" potrafili zejść...
 Gdy wchodzę na "parapet"  okna, nie mogę złapać oddechu, stoję nieruchomo w łopocie nogawek spodni - przez dziurę w skalnej ścianie, niczym przeciąg przez amfiladę pokoi, wieje huraganowy wicher. Ostrożnie, krok po kroku, wychodzę na środek. Widok jest nieziemski, tuż za progiem ucieka w dół może stumetrowa ściana pionowej skały. Stoję, patrzę, boję się i chłonę. 

 Małgorzata coś krzyczy, ale słowa zagłusza wiatr i furkot moich nogawek, ostrożnie przesuwam się w jej kierunku. Mówi, że jestem idiotą i że mogło mnie zdmuchnąć... Sto kilo żywej wagi zdmuchnąć nie tak łatwo - tłumaczę bez przekonania w głosie. Spokojniejsi, schodzimy ku drodze. Dopiero w aucie obydwoje czujemy pieczenie w gardle i ból w klatce piersiowej od sprintu pod górę.
 W Moab każdy chce się pokazać. Co drugi samochód na drodze to jeep renegat z wysokimi kołami, co druga kobieta ma 20 lat i długie nogi - taka nasza Wasaga Beach, tylko bez wody, za to z crossowym szaleństwem za pasem. Tu można się popisać i prężyć umięśnienie. Tłum jest duży, kolejki do restauracji, wreszcie znajdujmy jakiś mniej oblężony Burger King.
 Kawałek za Moab serpentyną wjeżdżamy na płaskowyż Arches National Park. Jest nieźle, westernowo. Po czterech godzinach "zwiedzania" w dość dużych tłumach, uciekamy na południe ku Arizonie. Pora zacząć myśleć o lotnisku w Phoenix...
 Jeszcze tego samego dnia zapuszczamy się w Canyonlands National Park. 
 Całkowity "odlot". Droga nr 211 wije się doliną, wśród pionowych ścian i osuwisk płaskowyżu. Wydaje się, że wjechaliśmy w prehistoryczne królestwo skalnych katedr, albo że za chwilę przed samochodem pokaże się cień pterodaktyla.
 Pozwalamy sobie na krótką, półtoragodzinną, wycieczkę korytem wyschniętej rzeki, w miejscu pod wodospadem (chwilowo nieczynny) zielenią się jakieś obeschłe drzewa, wychodzimy na wielkie głazy, na horyzoncie, niczym obrys zabudowań tajemniczego miasta, widać ostre, poszarpane ząbki małych gór - Needles. Idzie burza. Wydaje się, że zaraz lunie deszcz, bez jednej kropli spod granatowego nieba wyrywamy się na drogę 666 i wjeżdżamy do Kolorado. Trzeba szukać czegoś do spania... W radiu trzy stacje - jedna country i dwie religijne. Przed zmierzchem docieramy do Cortez w pobliżu parku Mesa Verde. Śpimy.

Dzień czwarty
 Droga prosta po horyzont. Minęliśmy obelisk czterech stanów - miejsce, gdzie spotykają się granice Arizony, Utah, Nowego Meksyku i Kolorado. Znów w rezerwacie Nawahów. Co jakiś czas gdzieś ,wśród pustynnych krzaczków, pojawia się indiańska szopa z nieodłącznymi rozkraczonymi krążownikami szos. 
 Zaraz za Mexican Water skręt w 191 - drogę asfaltową, choć pośledniej ważności. Na malownicze skały  Canyon de Chelly National Monument - brakuje czasu, jesteśmy nieco spóźnieni.  Za kilka godzin jazdy dociągamy do Skamieniałego Lasu. Dla Indian jest to miejsce święte. 
 Kawałków krzemowych "drzew" z triasu nie wolno wywozić, ponoć przyniosą nieszczęście. Wielkie kłody triasowego lasu zastygły w skale z powodu dziwnego zbiegu okoliczności. Powalone drzewa długo leżały w bagnach, woda wypełniła butwiejące komórki mułem, pozostawiając kształt drzewa. Później lawa i ciśnieniowe prasowanie górotworu zamieniły piasek w krzem, ale kształt pozostał.
Wcześniej  wdychamy gorące powietrze Malowanej Pustyni (Painted Desert), jedno z niewielu miejsc planety, gdzie nawet najbardziej mężne roślinki nie mogą pokonać skwierczącego słońca i niezbyt przyjaznego składu chemicznego gleby. 
 Przez godzinę obchodzimy skamieniałe drzewa, zastanawiając się nad sensem czasu, przemijania i marności własnej egzystencji. Pustynie uczą pokory, pokazują, jak wielkim "kosmicznym" skarbem jest życie.
 To właściwie jest koniec wycieczki. Pozostaje nam jedynie dotrzeć do Phoenix. Chrysler, jakby nigdy nic, wjeżdża w rezerwat Apaczów. Droga na mapie wygląda niczego sobie, tymczasem  raz po raz, to z lewej, to z prawej, odsłaniają się jakieś przepastne czeluści. Po dokładniejszym spojrzeniu na mapę okazuje się, że przed nami leżą Góry Apaczów.  Wąska szosa zaczyna coraz bardziej tulić się do skał. Ciasne zakręty sprawiają, że obiema rękami chwytam kierownicę. Nagle...
 Otwiera się przed nami kilometrowa przepaść Kanionu Słonej Rzeki. Znaki przy drodze ostrzegają, by hamować silnikiem i oszczędzać okładziny. Ciasnymi serpentynami godzinę zjeżdżamy na samo dno. Małgorzata boi się robić zdjęcia i stara się nie patrzeć w bok, z tyłu sunie za nami wielki motorowy dom kempingowy. Mam nadzieję, że facet zredukował biegi i nie trzyma cały czas nogi na hamulcu...
 W Górach Apaczów rozstajemy się z duchem tej ziemi. Przed nami już tylko bardziej cywilizowane regiony Arizony. Na drodze wianuszek samochodów - ludzie wracają z długiego weekendu.
 Zjeżdżamy z przełęczy w równinę, na której leży Phoenix. Temperatura podskakuje do 30 stopni Celsjusza. Kładące się na zachodzie słońce szpilami rwie oczy.
 Na przedmieściach rzucamy się na pierwszy z brzegu motel z rekomendacją AAA i idziemy na kolację. Oczywiście, steki! W końcu jesteśmy w ojczyźnie kowbojów. W "stekowni", której nazwy lokalu nie zapamiętałem, dbają o tradycję. Lokal wypełniają pamiątki pionierskich czasów, podłogę zaściełają drewniane wióry.
 Kelnerki ubrane nieco mniej tradycyjnie, w krótkie dżinsowe spodenki, noszą u pasa autentyczne sześciostrzałowce -  jesteśmy w wolnym kraju i każdy może mieć broń! Zżera mnie głupia zazdrość. W końcu colt to piękna rzecz!
 Nazajutrz autobus-airbus Air Canada zabiera nas  w czterogodzinną drogę do domu.
 Cztery dni na pustyniach kosztowały mniej więcej tyle, ile tygodniowe wakacje na Kubie (gdybyśmy mogli tam jeździć). Były to jedne z lepiej wydanych pieniędzy. 
Zafundowaliśmy duszom niezły relaks...
 



Acquiring image from ProHosting Banner Exchange