Default
Google
 
RAPORT  Z PODRÓŻY

 We flagowym kliperze LOT-u Toronto - Warszawa prawie wszyscy się znają, lub kogoś niespodziewanie w nim spotykają. Lecimy przez noc, czyli krócej, szybciej (z wiatrem w plecy) i  mniejszym "jet-legiem"...

***
Okęcie sprawia wrażenie normalnego lotniska, obsługa miła, pani celniczce nawet nie chce się dźwignąć oczu na moją twarz, omiata jedynie wzrokiem bagaże. Bez przeszkód przeskakuję wszystkie bramki i wchodzę w Polskę...
 Bilet na samolot do Krakowa okazuje się zbyt drogi - ponad 500 złotych. 
 Jadę ekspresem, co oznacza mielizny Dworca Centralnego - zogniskowanej rzeczywistości menelsko-knajackiej, raju złodziei i wszelkiego ludzkiego chłamu. Szczęśliwie mam tylko plecak i torbę. Macam się po kieszeniach - na razie wszystko w porządku.
 Ludzie uczulali, żeby uważać. Polskie złodziejstwo to nie przelewki, tym bardziej że jest ono wymieszane z zaimportowanym - ukraińsko-rosyjsko-białorusko-rumuńskim. Gangi śledzą ofiarę "od samego początku", gdy stawia pierwsze kroki na polskiej ziemi, albo gdy wyciąga portfel przy kasach biletowych.
 Atmosferę antyzłodziejskiej "baczności" potęguje żółta ulotka ostrzegawcza na dworcu. Mam unikać tłoku, nie zawierać przygodnych znajomości i niczym dobrze wyszkolony pies, nigdy nie jeść z cudzej ręki. Dlaczego? Mogą otruć lub uśpić, by potem okraść do suchej nitki. 
 Czym jechać z lotniska do centrum? 
 W internetowym poradniku podróżnika (concierge.com) piszą, że ponoć najlepiej zapłacić 22 zł za mikrobus Marriotta. 
 Podjeżdża duży biały mercedes-bus. - 22 zł to kosztuje bilet, no mogę wysadzić pana przy Centralnym - tu następuje znaczące zawieszenie głosu - szybko daję 30 zł. 
 Mój kierowca tłumaczy, że tutaj wszyscy czekają na "jelenia", a niektórzy taksówkarze, wyłuskujący pasażerów jeszcze w hallu, biorą po 100 zł za kurs do śródmieścia; O, widzi pan, już tu dwóch sobie prowadzi... 
 Najrozsądniejszą opcją jest zamówienie przez telefon radio-taxi.
 Czekamy chwilę na prawdziwych klientów hotelu i grzejemy przez warszawskie ulice... Jestem "łebkiem". Moje 30 złotych i fakt, że mieszkam poza Warszawą, rozwiązują język młodego kierowcy (pod 30-tkę). Mieszka 50 km od stolicy, codziennie dojeżdża do pracy. Narzekamy wspólnie na:
* korupcję (pan myśli, że ta firma to dostała kontrakt z Marriottem,  tak po prostu? Gdzie tam! Trzeba było nieźle główkować i posmarować; bez znajomości to dziś nie ma nic), 
* warszawiaków (oni mnie do dzisiaj gnębią, że nie jestem stąd, a jak jeżdżą, w życiu pana nikt nie przepuści), 
* drożyznę (w Warszawie, to nie idzie nic kupić, powiem panu szczerze, że wałówkę przywożę od siebie z domu, tutaj wszystko dwa razy drożej).
* policję (skorumpowana, ale gdyby był młodszy, toby się zapisał, "teraz policja to co innego" - dodaje").
* polityków (tylko zagarniają pod siebie. Panie, u mnie niedaleko mieszka brat Kalinowskiego. Bezrobotny był, a jak Kalinowski został szefem PSL-u, od razu robotę w Warszawie załatwił, samochód służbowy ma i - proszę pana - to auto cały czas u niego przed domem stoi. Kiedy on pracuje?! Nie- ważne, liczy się, że ma dojścia...).
* Amerykanów (a wie pan, który bogatszy to większa żyła, żadnego napiwku, i jeszcze dziwią się, że muszą płacić za przejazd - że to niby hotelowe autobusy wszędzie na świecie są darmowe...).
 Wyrzuca mnie na przejściu dla pieszych zaraz koło dworca.
 
 Warszawa Centralna to dziś pogierkowe straszydło; brudne i zaniedbane. Przygnębiają niemyte tafle szyb, rozlatują się niegdysiejsze symbole "dziesiątej gospodarczej potęgi świata". Jest to również niepisana ogólnokrajowa krynica meneli, bezdomnych, pijaków i złodziei. Widać jednak nowe; można płacić kartami kredytowymi. Skwapliwie korzystam z tej okazji.
 Na peronie pod główną płytą wymoczkowata, "biedna dziewczynka" żebrze - rzekomo na leczenie. W chwilę po niej podchodzą rumuńskie dzieci, głaszczą po rękach, ale nie są natarczywe. W ślad za nimi pojawia się powłóczący nogami staruszek (na oko jakieś 80 lat). Zadbany, w kaszkiecie i w jasnym flanelowym ubraniu, powtarza monotonnym głosem mantrę: "gazety, gazety niech pan wesprze inwalidę, może państwo kupią gazetę". Pod pachą: "Życie", "Wyborcza", "Rzeczpospolita"... Gdy robi kolejną rundę wśród pasażerów, nagle słychać donośny, góralski głos: a cóż to się z panem działo, nie widziałam pana chyba pół roku, chorował pan? - Moim "Heweliuszem" jedzie do Krakowa słynna Bigosowa. - Dawniej spotykałam pana co miesiąc! Gazetowy dziadek coś tam mamroce, zagłuszany przez Bigosową. - "Rzeczypospolitą" poproszę. Słyszał pan, że ma być dla nas amnestia? - dowcipkuje - mają nam zdjąć po 20 lat. No mnie, to by się bardzo przydało. Pięćdziesiątka była najszczęśliwsza u mnie, i to mimo że za komuny... Bigosowej nikt nie przegada, zagłusza ją dopiero pisk i chrzęst wtaczającego się "Heweliusza", ekspresu Intercity relacji Gdynia - Kraków.
***
 Na wsi, u rodziny, narzekanie stanowi główny temat. Trudno się  dziwić. Sprzedać coś dziś "do miasta" jest trudno. 
 Sytuację nieco ratuje uprawa tytoniu kontraktowana przez radomskie zakłady, sprywatyzowane i pozostające - jak się dowiaduję - w rękach "Francuza". Kontrakty są jednak gangsterskie - odbiorca przymusowo dostarcza rolnikom nawozy i środki ochrony roślin, każąc sobie za nie sowicie płacić - pieniądze potrącane są przy pierwszej dostawie. 
 Niczym dziewiętnastowieczny kapitalista rozdający kupony do przyfabrycznego sklepu, zakłady tytoniowe robią "dwa interesy w jednym". Oczywiście, "nie ma na to mocnych". 
 Na wsi bieda trochę popiskuje, bezrobocia nie widać, bo ukryte, ludzie zaś czekają, aby jakiś cud lepperowy wszystko zmienił.
***
 Kraków - supermarket Tesco - nowo otwarty. 
 Wielki świat. Wspaniała gama towarów, "po prostu - panie kochany - Ameryka!". Homary pływają w akwariach, na norweskie łososie właśnie jest przecena, dostać można praktycznie wszystko, co się zamani -  handlowa wyspa bogactwa w szarzyźnie (mimo wszystko) dnia codziennego. Enklaw takich jest coraz więcej - w moim przyszywanym do serca Krakowie wybudowano kilkanaście, mniej lub bardziej super, marketów. Planowana jest już budowa kolejnych. 
 W niektórych rejonach można się poczuć jak na przedmieściach Chicago czy Edmonton - IKEA, tuż obok wielki supermarket Macro, zaraz pod bokiem McDonald, a nieco z tyłu Office Depot. Człowiek jedzie i oczy przeciera, zastanawiając się, czy aby na pewno jest to ta szerokość geograficzna i ten sam grunt,  który umknął mu spod stóp kilkanaście lat temu.
 Nie do końca jest jednak bajkowo.
 We wspomnianym Tesco, panie przy mięsie mają tylko po jednej rękawiczce foliowej (jedna prawą, druga lewą) i macają (miejmy nadzieję, że domytymi) paluchami krwiste ochłapy. Kiedy chcę kupić polskie kleenexy, okazuje się, że w miejscu, gdzie jeszcze były w ubiegłym tygodniu, jest tabliczka "brak towaru". 
 Są to jednak drobiazgi, których nie warto się czepiać, dominuje wszak dookoła muzakowa kultura świątyni portmonetki; w kasie przyjmują karty kredytowe, w hallu stoi promowany samochód, budka telefoniczna wzorowana jest na londyńskiej, po prostu, serce rośnie patrząc...
 Rosłoby jeszcze bardziej, gdyby nie fakt, że  - podobno - coś wisi w powietrzu i lada moment może zlecieć.  
 W wielkich centrach handlowych, obleganych przez tłumy w pierwszych tygodniach po otwarciu, już jest nieco rzadziej... Polak coraz częściej robi zakupy tylko najpotrzebniejszych rzeczy.
 Znajoma, która niedawno zaczęła pracować w katowickiej IKEA-i (codziennie autostradą dojeżdża do pracy), mówi zresztą, że obroty nowo otwartego megasklepu są o ok. 20 proc. niższe od spodziewanych. - A przecież - tłumaczy - oni robili jakieś badania, jakieś sondowanie rynku, zanim wyłożyli te kilkadziesiąt milionów...
 Że nie jest lekko, widać też w banku - stopa procentowa kredytów oscyluje w granicach 20 proc. Mimo to coraz częściej jakość i koszt usług są na normalnym, "zachodnim" poziomie - telefon komórkowy dostać można darmo w ramach kontraktu z firmą telekomunikacyjną, leasing samochodu nęci nisko oprocentowaną alternatywą. Telefonia komórkowa całkowcie spowszedniała, poprawiło się też w zwykłych aparatach. System łączności tonowej zapewnia sprawne działanie wielu urządzeń sterowanych z telefonicznej słuchawki, bardziej opłaca się również tzw. call-back; wykręcając numer 00800111118, usłyszymy miły kobiecy głos: Welcome to Canada systemu telefonicznego Bella i możemy bez problemów skorzystać z połączenia na kartę telefoniczną tej firmy - o wiele taniej niż usługa Telekomunikacji Polskiej SA.
 Z usług TP warto zaś skorzystać przy łączach internetowych. Jeśli posiadamy modem i komputer - połączymy się z Internetem z każdego gniazdka telefonicznego w kraju, dzwoniąc pod numer: 0202122, login: "ppp", hasło: "ppp", koszt połączenia zostanie doliczony do rachunku telefonicznego opłacanego przez właściciela danego gniazdka i nie jest bardzo wysoki. Dzięki temu można sobie codziennie sprawdzać amerykańską czy kanadyjską skrzynkę pocztową...
***
Widać dużo nowych domów, jest to jednak kropla w morzu, zaś ceny mieszkań są dla przeciętnego człowieka raczej bajońskie, zwłaszcza w wielkich miastach i ich okolicach. Wysoka stopa procentowa nadal blokuje pożyczki hipoteczne i budownictwo. 
 Na tablicy ogłoszeniowej w gminie Zelków pod Krakowem, przypięta kartka maszynopisu informuje o przetargach na nowe działki budowalne. Cena wywoławcza działki o powierzchni 20 arów (0,2 hektara) - 80 tys. zł. Sprzedają się po  ok. 120 tys. zł (1CAD=3.00 zł). Do tego trzeba sobie dodać koszt domu - za stan surowy liczyć należy (przy dużej gimnastyce i zapobiegliwości inwestora) ok. 1000 zł/m2. Dla ułatwienia myślenia porównawczego dodać wypada, że kredyt hipoteczny nie kosztuje mniej niż 20 proc. Działka w Zelkowie to jednak piękna rzecz - na stoku, z panoramicznym widokiem; czasami nawet na Tatry...
 Notabene w Zelkowie istnieje wyraźny podział na miejscowych i "przesiedleńców", czyli byłych mieszkańców pobliskiego Krakowa, którzy w urokliwej okolicy Dolinki Kluczwody wybudowali wille i domy. "Przesiedleńcy" trzymają się osobno, nie posyłają dzieci do miejscowej szkoły (klasy piętnastoosobowe), wożą pociechy do "miastowych" szkół krakowskich, aby się z wsią za bardzo nie zbratały. 
 Kolejny to przyczynek do kuriozalności polskich stosunków społecznych.
***
 Restauracje i kawiarnie Krakowa to dobre jedzenie, miły nastrój i czyste ubikacje - wyraźny postęp. 
 W  WC Sfinxa przy Rynku Głównym, znajduję wywieszkę - "Ubikacja sprawdzana co 20 minut, proszę natychmiast zgłaszać wszelkie uwagi". Widać chęć przegonienia niegdysiejszej zmory... W mieście jest również bardziej czysto, zaś wcale nieprzepełnione kosze znaleźć można na każdym kroku.
***
 Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest źle? - chciałoby  się zapytać.
 Wysokie bezrobocie, zagrożenie budżetu, zbyt wolny wzrost eksportu, marazm w wielu regionach kraju, niska wydajność pracy (na proste upoważnienie notarialne czekam godzinę - tyle opryskliwej panience zajmują zmagania z komputerowym słowem pisanym), przerost liczby urzędników, przy jednoczesnej słabości i skorumpowaniu struktur państwa. 
 Reforma administracji miała przynieść ograniczenie liczby urzędników, tymczasem przybyło ich "lekko licząc" ok. 30 proc. - jak to mówią złośliwi, "każdy ma kolegów", zaś stanowiska urzędnicze to niezłe synekury i dziś nawet w urzędach wojewódzkich zdają sobie sprawę, że przegrana obecnej ekipy w Warszawie oznaczać będzie radykalną zmianę obsady w terenie. 
 Złodziejstwo, korupcja i powszechność "układów" stanowi  niepaństwowy podatek, tłamszący rodzimą inicjatywę gospodarczą (obcym, dużym firmom łatwiej ominąć polskie układy) i nicestwiący szanse budowy normalnego demokratycznego społeczeństwa "obywatelskiego".
*** 
 I znowu Warszawa... Krajobraz upstrzony wielkimi dźwigami. Buduje się szybko i nowocześnie, zwłaszcza biurowce i centra handlowe. 
 Warszawskie metro jest przestronne, właśnie wprowadzają nowy rodzaj biletów z paskiem magnetycznym. O ile dobrze kojarzę, podobny system jest w Paryżu.   W metrze, z głupia frant, kolejny raz uderza mnie jednakowy model butów. Wszyscy, kobiety i mężczyźni, mają prostokątne przody (no, może przesadzam, że wszyscy, ale 80 proc.). Ponoć moda na takie nosy butów panuje od dwóch lat.
 Jedziemy razem z trzema młodymi narkomankami. Jedna trzyma głowę między kolanami, druga usiłuje podpalić zapalniczką nalepkę na kasecie wideo. Nikt nie zwraca uwagi...
 Warszawa, miasto coraz bardziej eleganckie i europejskie, odkrywa swoje piwnice. W obrębie starszej zabudowy wiele lokali buzuje w suterenach, choć nie jest to jeszcze piwniczny bum na skalę Krakowa, gdzie w obrębie Plant prawie każde podpiwniczenie jest zajęte na restaurację lub kawiarnię. Nieopodal pomnika Kopernika zachodzę do właśnie takiej knajpy "piwnicznej", "Przy pomniku Kopernika"; jedzenie niedobre, głośno i pełno dymu. Drogo. Piwnica, w której dziś krzyczą podpici, jak prawie każdy warszawski loch, niewąsko zlana jest powstańczą krwią...
 Kilka przecznic dalej inna knajpa, tym razem w stylu techno i też w piwnicy...
 O godzinie 9.00 wieczorem 11 listopada ulice są opustoszałe, a po Nowym Świecie wałęsają się grupki młodych zbirów. Pod arkadami przy Świętokrzyskiej kilku młodzieńców rozpija z gwinta butelkę gorzały, w zasięgu wzroku na reprezentacyjnej promenadzie stolicy, w świąteczny wieczór nie ma ani jednego policjanta... 
 Kopernik na pomniku ma za to w wolnej ręce wetkniętą przybrudzoną papierową biało-czerwoną chorągiewkę. 
 Poza tym, nic nie wskazuje, aby  jeszcze ktoś inny świętował odzyskanie przez Polskę niepodległości. Kanadyjskie wojskowe buty głośno mi tupią po pustej nie udekorowanej ulicy...

PS Smakoszom alkoholi polecam "Siwuchę" - wódkę korkowaną i lakowaną w "historycznej" butelce, której kształt, mimo że prosty, wart jest estetyki Andy Warhola (projektował butelkę "Absolutu")  i na stałe wpisał się do społecznej świadomości pokoleń Polaków.



Acquiring image from ProHosting Banner Exchange