Parizeau-Bouchard-Landry
Jeszcze
w latach 70. separatyści mieli łatwe zadanie. Ich argumentacja była dla
wszystkich oczywista. Rozumowanie to szło mniej więcej tak: Jesteśmy potomkami
kilkunastu tysięcy francuskich osadników. Mamy odrębną kulturę, język,
poczucie narodowej tożsamości i odrębności zarazem. W rzeczy samej jesteśmy
oddzielnym narodem i jako taki mamy prawo do samostanowienia. Jeśli prawo
do własnego państwa mają ludy Afryki czy Azji, to my tym bardziej. Oczywiście,
chodziło o państwo jednolite pod względem etnicznym. Wówczas to linia podziału
była jasna - z jednej strony była "brytyjska" Kanada z drugiej, "francuski"
Quebec.
Stało się tak nie bez kozery. W 1760 roku Nowa Francja w wyniku długoletniej wojny dostała się w ręce Brytyjczyków.W 1763 roku na mocy Proklamacji Królewskiej (Royal Proclamation), kolonia otrzymała pierwsze ramy instytucjonalne. Wspomniana proklamacja zmieniała nazwę Nowej Francji na "Prowincja Quebec". Brytyjczycy znieśli obowiązywanie prawa francuskiego i nie szanowali zwyczajów miejscowej francuskojęzycznej ludności. Aby uciszyć jej protesty, w 1774 r. wydano Akt Que-becki (Quebec Act), który przywracał francuskie prawo cywilne, gwarantował wolność religii (koloniści francuscy byli katolikami) i zezwalał katolikom na pełnienie urzędów publicznych. Ustawa ta wywołała żywą debatę w parlamencie brytyjskim, gdzie kwestionowano zwłaszcza pośrednie uznanie katolicyzmu. Sytuacja uległa radykalnej zmianie z chwilą napływu lojalistów, uciekających przed amerykańską rewolucją. Wielka liczba nowych anglojęzycznych mieszkańców tworzyła napięcia w kontaktach z miejscowymi frankofonami. Tak więc Ustawa Konstytucyjna z 1791 podzieliła Prowincję Quebec na Kanadę Górną i Kanadę Dolną. W Górnej przeważali koloniści brytyjscy, w Dolnej francuscy. W 1840 roku obie te części złączono ponownie w Prowincję Kanada (Province of Canada). Tak to się zaczęło... W 1956 roku raport królewskiej komisji ds. zagadnień konstytucyjnych stwierdzał jednoznacznie, że potomkowie 10 tys. francuskich kolonistów, którzy w wieku XVII i XVIII osiedlili się w Quebecu, stanowią "naród - jednorodną pod względem społecznym całość określoną przez swą kulturę". To właśnie chęć obrony tej kultury przed wszechogarniającym zalewem tego, co angielskie i amerykańskie, była jednym z głównych motorów napędowych ruchu separatystycznego. - Jeśli nie będziemy mieli własnego państwa, które ocali nasz język i obyczaje, za kilka pokoleń rozpłyniemy się w amerykańskim morzu - do dziś przekonują separatyści. Metodą obrony przed tym "pełzającym wynarodowieniem" miałoby być jednolite narodowo państwo quebeckie. Otwarte na świat, ale wymuszające od nowych osadników asymilację i przystosowanie do francuskojęzycznego kanonu. Imigracja zawsze była w Que-becu postrzegana jako zagrożenie, i to nawet przez tych polityków, którzy stoją na gruncie konfederacji z Kanadą - stąd m.in. przyznanie Quebecowi (w ramach kanadyjskiej konfederacji) prawa do prowadzenia własnej polityki imigracyjnej, niezależnej od polityki władz federalnych. Od rządów premiera Trudeau na początku lat 70. zmieniła się jednak koncepcja kanadyjskiej państwowości. Zasada równości kultur imigrantów - oficjalnie lansowana społeczna "wielokulturowość" - znalazła odbicie w idei państwa, w którym więzy narodowe nie odgrywają roli; w którym mozaika narodowych społeczności ma jeden wspólny mianownik: poszanowanie wartości liberalnych: wolności, tolerancji, bezpieczeństwa i swobody bogacenia się. Ta nowa koncepcja państwowości znalazła odzwierciedlenie w reformie konstytucyjnej, której zwieńczeniem było uchwalenie w 1982 roku Karty Praw i Swobód. Konstytucja ta podważała dotychczasową rolę frankofonów w kanadyjskim państwie i w rzeczy samej stawiała ich w tym samym szeregu co inne społeczności etniczne. Quebec do dziś jej nie podpisał. Kolejne próby nowelizacji ustawy zasadniczej podjęte na konferencji w Meech Lake, a następnie w Charlottetown zostały odrzucone (ta pierwsza głosem indiańskiego posła Elijaha Harpera). - Jeśli komuś należy się wyjątkowy status w kanadyjskiej polis, to w pierwszym rzędzie nam, Indianom - argumentował Elijah Harper. Dla radykalnych separatystów ostoją pozostało więc jednolite państwo narodowe - idea coraz mniej atrakcyjna w dobie globalizacji, inicjatyw federalistycznych i masowej migracji. Referendum przeprowadzone w Quebecu w 1995 roku o mały włos a przyniosłoby historyczne zwycięstwo separatystom. Kampania federalistów rozpoczęła się późno i była chaotyczna. Ponadto, co może bardziej istotne, zdając sobie sprawę z małego poparcia dla "całkowitej" niepodległości, separatyści rozmiękczyli nieco swą propozycję, zawierając w pytaniu plebiscytowym obietnicę ścisłych kontaktów politycznych i gospodarczych z resztą Kanady. Ówczesny premier Quebecu, lider Parti Quebecois, zdeklarowany niepodległościowiec Jacques Parizeau, opowiadał się za zachowaniem kanadyjskiego dolara jako waluty nowego państwa i utworzeniem "przyjaznego", wspólnego rynku z Kanadą. Mimo to separatyści podjęli ponoć pierwsze kroki do wyodrębnienia z kanadyjskiego wojska własnej armii... Ottawa do dziś zarzuca Parizeau "oszustwo" - to, że jego prawdziwym zamiarem była budowa niepodległego, jednolitego narodowo Quebecu, a dla zyskania szerszego poparcia, "taktycznie" mówił jedynie o "odrębności" i sojuszu z resztą Kanady. Zarzut, że Quebecy, głosując za separacją, nie wiedzieli w istocie, za czym się opowiadają, legł u podłoża przyjętej w 2000 roku przez parlament federalny ustawy próbującej jednoznacznie zdefiniować warunki uznania quebeckiego referendum za ważne i wiążące. Niejako potwierdzeniem prawdziwości obaw Ottawy było sławetne wystąpienie Parizeau, który przemawiając w 1995 roku tuż po ogłoszeniu wyników plebiscytu, uznając porażkę, powiedział jednocześnie: "przegraliśmy głosami wielkiego biznesu i mniejszości etnicznych". Fakt, że mieszkający w Quebecu Włosi, Haitańczycy, Żydzi, Polacy czy Rosjanie głosowali blokiem przeciwko separatystom, był oczywistym poparciem wyrażonym przez nich dla "nowej" Kanady. Parizeau nie dodał jednak tego, co wielu radykalnych separatystów mówiło prywatnie, zastępując "wielki biznes i mniejszości etniczne" jednym słowem - "Żydzi". To zdecydowana antyquebecka postawa wpływowej diaspory żydowskiej doprowadziła do przegranej - argumentowali. Mieli w tym wiele racji. Kanadyjscy Żydzi z oczywistych powodów odrzucają quebecką koncepcję państwa narodowego. Żydzi nieraz oskarżali separatystów o antysemityzm, ci zaś niejednokrotnie zarzucali Żydom antyquebecki spisek. Lucien Bouchard działał w Parti Quebecois od 1971 roku. Premier Kanady Brain Mulroney zrobił go pod koniec lat 80. ambasadorem we Francji, a następnie ministrem rządu federalnego. Bouchard był jednym z architektów układu z Meech Lake. Ponoć zdołał przekonać Mulroneya do większej decentralizacji państwa. Wedle ówczesnych poglądów Boucharda, w takim państwie, prawdziwej konfederacji, mogłyby pomieścić się separatystyczne ambicje Que-becu. Rozczarowany do federalizmu, po upadku porozumienia z Meech Lake, wycofał się z rządu i stworzył własną separatystyczną partię na szczeblu federalnym - Bloc Quebecois - pociągając za sobą wielu posłów konserwatywnych z Quebecu. Po ustąpieniu Parizeau w 1995 roku, Bouchard przeszedł z polityki federalnej do prowincyjnej, został liderem Parti Quebecois i objął stanowisko premiera. Dobry wynik separatystów w referendum 1995 roku wydawał się potwierdzać opinię, że oto przyszedł czas na nowoczesny "miękki" separatyzm - było jasne, że mieszkańcy prowincji chcą wiedzieć, jak będą wyglądały relacje niepodległego Que-becu z Kanadą i wcale nie zamierzają odwracać się do Ottawy plecami. Wkrótce jednak okazało się, że koncepcja Luciena Boucharda znalazła się na mieliźnie. Czekanie na "właściwe warunki" zapewniające zwycięstwo w kolejnym referendum zdawało się nie mieć końca. Starzy działacze wołali o bardziej energiczną politykę, o promowanie separacji - chcieli wykorzystać szansę, jaką daje pozostawanie u władzy. Nad Bouchardem zbierały się chmury, a kielich goryczy przepełniła drobna - zdawałoby się - kwestia, czyli spór, jaki za sprawą znanego i wiekowego działacza Parti Quebecois, Yvesa Michauda, rozgorzał w szeregach niepodległościowców. Było to tak: Michaud postanowił ubiegać się w wyborach uzupełniających o mandat poselski w montrealskim okręgu Mercier i poprosił o nominację swej partii. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, bo okręgowy komitet wyborczy Parti Quebecois nie widział przeciwwskazań, aby wystawić Michauda, gdyby nie pewien program radiowy, w którym stary pekista "zahaczył o Żydów". Dyskutowano w radiu o separatyzmie i niepodległym Quebecu i Michaud dla poparcia swego argumentu przytoczył pogawędkę ze znajomym Żydem, w której stwierdził, że członkowie Narodu Wybranego mają tendencję do zauważania wyłącznie własnego cierpienia - patrzą na historię tak, jakby to wyłącznie ich nację spotykały prześladowania. Wypowiedź ta uruchomiła reakcję łańcuchową. Jedna z dwóch największych organizacji Żydów w Kanadzie, B'nai Brith, zarzuciła Michaudowi, że trywializuje holokaust i zaapelowała do premiera o zablokowanie nominacji krewkiego działacza. Z kolei w rewanżu Michaud nazwał B'nai Brith "organizacją skrajną, radykalną i demagogiczną". Frankofon doprecyzował również swe stanowisko w sprawie holokaustu, tłumacząc, że nie jest "żadnym Zundelem", tylko usiłuje trzeźwo patrzeć na historię. Na to umiarkowani pekiści oraz Liberałowie wysmażyli w quebeckiej legislaturze rezolucję potępiającą Michauda. Krok ten poparł sam Bouchard, który stwierdził, że jeśli PQ chce budować niepodległość, to nie może sobie pozwalać na takie hopsztosy. To zaś włączyło dzwonki alarmowe u pekistów starej daty, którzy uznali całą sprawę za próbę zamykania ust koledze w imię politycznej poprawności. Podsumowaniem tego zamieszania była konferencja prasowa samego Michauda, który patetycznie stwierdził, że Bouchard usiłuje złamać mu kręgosłup moralny, zmuszając do przeproszenia za niepopełnione grzechy. Na tym tle rozgorzała debata nad "całokształtem" bouchardowego kierowania partią. Na tej fali wypłynął Bernard Landry, wieloletni "drugi oficer" w separatystycznych gabinetach, gwarantujący powrót do tradycyjnej, bardziej "nacjonalistycznej" koncepcji separatyzmu, człowiek do zaakceptowania przez umiarkowanych, ale też i bardziej radykalnych separatystów z otoczenia Parizeau. Polityka Landry, mimo składanych raz po raz buńczucznych deklaracji, nadal jednak musi lawirować między Scyllą twardogłowego nacjonalistycznej ideologii irredentyzmu a Charybdą politycznych realiów. Być może quebeccy separatyści mogli kiedyś myśleć o wywalczeniu oderwania na drodze militarnej, jednak dziś, gdy potrzebują poparcia większości społeczeństwa, nie mogą sobie pozwolić na alienowanie umiarkowanych wyborców radykalną retoryką. Mimo zmiany warty w Quebec City, rząd nadal nie jest w stanie obiecać konkretnej daty referendum, a w coraz bardziej zglobalizowanym świecie blednie gwiazda quebeckiego nacjonalizmu. Dziś można coraz śmielej przypuszczać, że kolejnego referendum po prostu nie będzie. |