| . |
Myślę, że wreszcie zaczyna się nowa Polska
•
Radek Sikorski, ur. w Bydgoszczy w 1963 roku. Był przewodniczącym Uczniowskiego
Komitetu Strajkowego w I Liceum im. L. Waryńskiego podczas wydarzeń bydgoskich
w marcu 1981 roku. W 1982 roku uzyskał azyl polityczny w Wielkiej Brytanii.
W 1986 roku skończył studia z zakresu filozofii i nauk politycznych na
Uniwersytecie Oksfordzkim. W latach 1986 - 1989 był korespondentem w Afganistanie,
Angoli i Jugosławii. W rządzie Jana Olszewskiego pełnił funkcję wiceministra
obrony narodowej. Pisarz i publicysta. Publikuje w "Rzeczpospolitej",
"National Review", "The Wall Street Journal", "The Spectator" i "The Economist".
(za notą w polskim wydaniu książki "Prochy
Świętych":
Andrzej Kumor: Panie ministrze, miał pan możliwość oglądania
Polski z pozycji fotela ministerialnego już wcześniej, jest pan i dziś
na wysokim stanowisku rządowym. Jak wygląda kraj w takim przedziale czasu,
obserwowany z tej właśnie pozycji, i czy nadzieje, które miał pan kilka
lat temu ziściły sięć A może uważa Pan, że jakieś szanse zostały zaprzepaszczone?
Radek Sikorski: Muszę powiedzieć, że ostatni tydzień jest jednym
z najszczęśliwszych w moim życiu, bo to, o czym marzyliśmy w 1992 roku,
w okresie burzy i naporu, kiedy mówienie o dążeniu Polski do NATO jeszcze
było rzeczą kontrowersyjną, dzisiaj staje się rzeczywistością.
Po decyzji Senatu Stanów Zjednoczonych o rozszerzeniu NATO jest
perspektywa, aby Polska była nie tylko coraz bardziej zamożna bo
to wszyscy widzimy ale także bezpieczna, aby wyłamała się z tego
przekleństwa geografii, które przez ostatnie 300 lat oznaczało dla nas
jedną okupację po drugiej.
Teraz będziemy sądzę, że po decyzji Stanów Zjednoczonych
sprawa jest na dobrej drodze członkiem najpotężniejszego, najbardziej
elitarnego klubu na świecie. Polska będzie reprezentowana przy stole, gdzie
zapadają decyzje o losach świata.
W tym sensie, to moje marzenie z czasów, gdy po raz pierwszy
oddawałem się do dyspozycji w służbie publicznej, właśnie się ziszcza.
Po drugie, jednocześnie był to tydzień, gdy powitaliśmy w Polsce
pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. I to też napawa mnie wielkim optymizmem.
Człowiek, którego jeszcze do niedawna odsądzano od czci i wiary, a o którym
im więcej wiem, tym bardziej go podziwiam, wrócił do kraju jako ostatni
emigrant polityczny i był tu tak ciepło i entuzjastycznie witany.
Mam nadzieję, że to jest zamknięcie okresu przejściowego między
komunizmem a wolną Rzeczpospolitą także w świadomości naszego społeczeństwa.
Tego okresu, gdy mącono ludziom w głowach, gdy wielu naszych rodaków nie
zdawało sobie sprawy z tego, czym była PRL i jakie zagrożenia nas tutaj
dotykały. Pułkownik Kukliński zmusił ich do zadania sobie tych pytań% i
myślę, że odpowiedzi na nie padły w milionach polskich głów. Miliony ludzi
zdały sobie wreszcie sprawę z tego, co pułkownik sobą reprezentował, i
myślę, że wreszcie zaczyna się nowa Polska: prozachodnia, atlantycka, coraz
bogatsza, w której prawda o przeszłości zaczyna być niekontrowersyjna i
jasna dla większości społeczeństwa.
A.K.: W tej nowej Polsce na wielu stanowiskach również
w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, czy w służbie dyplomatycznej pozostają
ludzie, którzy byli związani z poprzednim reżimem, pozostają tzw. postkomuniści,
czy nawet osoby, których życiorysy głęboko sięgają korzeniami w system
stalinowski. Czy pan uważa, że sytuacja dojrzała do jakiejś weryfikacji
kadrowej, chociażby w polskiej służbie dyplomatycznej?
R.S: Tym będzie się zajmowała najbliższa Komisja Spraw Zagranicznych
Sejmu Rzeczypospolitej.
Z tym że przestrzegałbym przed uproszczeniami. To nie jest tak,
że każdy, kto działał w dyplomacji przed 1989 rokiem, powinien być automatycznie
dyskwalifikowany. Żeby nie być gołosłownym: jednym z sukcesów resortu spraw
zagranicznych w tym roku było doprowadzenie do uwolnienia pięciu uprowadzonych
Polaków w Czeczenii, a autorem tego sukcesu, który tam na miejscu ryzykował
życie był pan Zenon Kuchciak, gwiazda naszej służby dyplomatycznej. Informuję
pana, że zaczął służbę w dyplomacji przed 89 rokiem, a jednocześnie
zapewniam pana, że jest bardzo cenionym pracownikiem.
A więc, nie żadne sztywne cezury, tylko obiektywne kryteria,
kto się do służby dyplomatycznej nadaje, a kto nie.
Oczywiście, będą przypadki, gdzie osobom, które zbyt mocno były
powiązane z reżimem komunistycznym, nie będzie można powierzyć tajemnic
Sojuszu Północnoatlantyckiego czy tajemnic państwowych w ogóle
to są rzeczy oczywiste. Wprowadzać będziemy zachodnie, natowskie procedury
i w miarę wprowadzania tych procedur postępować będzie weryfikacja kadry.
A.K.: Wróćmy może jeszcze do NATO. Czy nie sądzi pan, że przyjęcie
Polski do NATO, czy też w ogóle chęć wstąpienia do tej organizacji wiązała
się z postrzeganiem tej instytucji taką, jaka była pięć czy dziesięć lat
temuć NATO przeżywa okres reform, w Europie tworzą się nowe inicjatywy
dyplomatyczne i jedną z nich jest budowanie osi Moskwa Berlin
Paryż. Istnieje tendencja do odsunięcia Amerykanów z Europy. Jak pan to
widzi? Czy rzeczywiście przyjęcie Polski do NATO kończy okres energicznych
zabiegów o bezpieczeństwo narodowe?
R.S.: Oczywiście nie! Bezpieczeństwo nigdy nie jest dane raz
na zawsze. W naszej historii mamy z sojuszami różne doświadczenia. Niektórzy
sojusznicy dopisali w historii, inni nie. Oś Paryż Bonn
Moskwa, wiadomo, nie jest osią natowską, gdyż jeden z członków tej osi
nie należy do NATO, a jeszcze inny nie jest członkiem struktur militarnych
Paktu. Tak więc nie mylmy NATO z Zachodem jako takim, czy też z architekturą
bezpieczeństwa w Europie.
Oczywiście, w miarę wzmacniania integracji europejskiej może
dochodzić do procesu wypychania obecności Stanów Zjednoczonych w Europie,
ale członkostwo w NATO, Sojusz Północnoatlantycki, jest właśnie tą strukturą,
dzięki której na mocy traktatowej wojska amerykańskie mogą w Europie pozostać.
W interesie Polski jest, aby tę strukturę wzmocnić.
Myślę, że historia XX wieku dowiodła, że w kategoriach bezpieczeństwa
Stany Zjednoczone są po prostu mocarstwem europejskim. Cały obszar północnoatlantycki
jest po prostu jednym obszarem bezpieczeństwa i za każdym razem, gdy Stany
Zjednoczone traciły zainteresowanie bezpieczeństwem Europy, dochodziło
do poważnych kryzysów.
A.K.: Chciałem pana zapytać o opinię na temat bolesny, a dotyczący
przywracania obywatelstwa, mianowicie mocą decyzji prezydenta Polski ułatwienia
w przywracaniu obywatelstwa polskiego dotyczą wyłącznie ludzi pochodzenia
żydowskiego. Jest natomiast cała grupa osób, którym obywatelstwo odebrano
bez ich wniosku dotyczy to żołnierzy, którzy pozostali na Zachodzie.
Jest też cała grupa Polaków, którzy się obywatelstwa nigdy nie zrzekali,
a których obywatelstwa pozbawiono na mocy umów między PRL a Związkiem
Sowieckim.
Czy pan nie sądzi, że wolna Polska powinna tym osobom przywrócić
obywatelstwo ot tak, jak dzieje się to w przypadku osób pochodzenia żydowskiego,
które mogą pojechać do Izraela i zyskać tam obywatelstwo tego państwa,
czy też osób pochodzenia niemieckiego, Niemców etnicznych, którzy jadą
do Niemiec i mają tam zagwarantowane wszelkie prawa?
R.S: Naturalnie tak! Sądzę, że jak nikt w rządzie rozumiem ten
problem, bo sam byłem emigrantem politycznym i na mnie ambasada peerelowska
w Londynie wywierała nacisk, abym się zrzekł obywatelstwa polskiego. Kuszono,
mówiono: "jak pan się zrzeknie, to wtedy my panu damy wizę i będzie pan
mógł odwiedzić rodzinę w kraju, jeśli zaś pan się nie zrzeknie, to niech
się pan pożegna z możliwością przyjazdu do kraju". To był bardzo mocny
argument i ja bardzo dobrze rozumiem osoby, które wtedy w latach 60., 70.,
80., umówmy się, nikt z nas się nie spodziewał, że komunizm padnie
tak szybko jak padł na taki krok się zdecydowały.
Jest ileś tysięcy, czy może nawet milionów ludzi, których obywatelstwa
pozbawiono bezprawnie. Czy też są osoby, które co ciekawe są
obywatelami polskimi, ale nie mają na to odpowiednich dokumentów. Prawodawstwo
dotyczące obywatelstwa polskiego jest bardzo skomplikowane. Potrzebujemy
nowej ustawy o obywatelstwie, by to raz na zawsze wyprostować. Jest kilkanaście
kategorii Polaków naszych rodaków na Wschodzie i na Zachodzie, których
sytuacja jest zupełnie inna. Weźmy na przykład taki fakt, mamy kilkanaście
dekretów Rady Państwa, kilkanaście miejsc, w których to jest regulowane.
Mamy osoby, o których pan wspomniał, to znaczy obywateli II Rzeczpospolitej
i ich zstępnych, ich dzieci, którzy zostali pozbawieni obywatelstwa prawem
kaduka przez Sowietów, mamy także Polaków z Kazachstanu, którzy byli wysiedlani
z rejonów nadgranicznych, ze Zbrucza, z Ukrainy do Kazachstanu, którzy
obywatelami II Rzeczpospolitej nigdy nie byli, ale są Polakami!
Mamy tak jak pan powiedział oficerów Wojska Polskiego,
którym (obywatelstwo: odbierano, potem przywracano różne rzeczy tam
się działy mamy obywateli pochodzenia żydowskiego, którym Rada Państwa
PRL powiedziała, że pozbawieni są obywatelstwa, jeśli wyjadą do Izraela.
Nie wiem, czy pan wie my to tak szacujemy że około 70 proc.
tych ludzi do Izraela nigdy nie dojechało, czyli zgodnie z uchwałą Rady
Państwa nie stracili obywatelstwa, jest zatem tylko kwestia potwierdzenia,
że je mają.
Ja uważam, że Polska wychodzi po 300 latach bo tak naprawdę
przez 300 lat z małą przerwą mieliśmy obce wojska na swoim terytorium
z ciężkiej choroby i mamy wszyscy do czynienia z milionami ludzi
ze skomplikowanymi życiorysami.
Co powinno być zasadą naczelną, porządkującą te sprawyć To czy
ktoś był patriotą, czy się czuje Polakiem i czy chce dla dobra Ojczyzny
pracować!
I powinniśmy się cieszyć z tego, że paszport z orzełkiem w koronie
stał się nagle rzeczą pożądaną, że są miliony ludzi, którzy chcieliby ten
paszport uzyskać. Oczywiście, uwzględniając kryteria: przodkowie polscy,
przywiązanie do kultury polskiej, posługiwanie się językiem polskim, powinniśmy
wszędzie gdzie to możliwe obywatelstwo przywracać czy je potwierdzać.
Wrócę do tego, co powiedziałem na początku: myślę, że jestem
najbardziej na to uczulony, tylko że jako władza państwowa muszę stosować
przepisy takimi, jakimi one są. Prowadzi się intensywne prace, w Sejmie
i u nas w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, nad ustawą o obywatelstwie
polskim, która miejmy nadzieję raz na zawsze to uporządkuje.
Solidaryzuję się z uczuciem frustracji zawartym w pana pytaniu.
A.K.: Powiedział pan, panie ministrze, że Polska tworzy struktury
państwowe po 300 latach państwowego niebytu, kiedy naród funkcjonował jakby
równolegle obok obcego państwa, tymczasem być może w perspektywie najbliższej
dekady Polska znajdzie się w strukturach ogólnoeuropejskich. Czy pana zdaniem
nie jest to zagrożenie, że przy nie wykształconych instytucjach państwowych,
w nieustabilizowanej sytuacji Polska odda część swojej suwerenności w ręce
instytucji ogólnoeuropejskich?
R.S.: Rzeczywiście, naszym dramatem jest to, że wstępować do
Unii Europejskiej będziemy tak późno. Znacznie byłoby nam łatwiej, gdybyśmy
to robili 20 lat temu, 30 lat temu, 10 lat temu, gdy ta integracja była
luźniejsza. Wtedy łatwiej byłoby nam się dopasować, a po drugie, mielibyśmy
wówczas wpływ na kształt tej integracji.
Płacimy za komunizm! Płacimy za komunizm na wielu płaszczyznach,
m.in. gospodarczej. Jest statystyka, o której każdy powinien pamiętać:
jeszcze w 1950 roku dochód narodowy na mieszkańca Hiszpanii i Polski był
taki sam, dzisiaj w Hiszpanii jest cztery razy wyższy. To jest miara utraconych
możliwości, to jest cena za komunizm w sensie dobrobytu, a tu mówi pan
o cenie za komunizm w sensie instytucjonalnym, w sensie politycznym. I
nam będzie trudno, ale fakty są nieubłagane. Jest to klub bogatych demokracji,
do którego chcemy należeć. Można to porównać do spółki akcyjnej, która
ma zapisany statut, w której ci więksi akcjonariusze już zadecydowali
o strukturze zarządu... można by tę metaforę ciągnąć dalej.
A my przychodzimy późno. Możemy albo do tej spółki wejść i mieć nadzieję,
że będziemy czerpać zyski z dywidendy od momentu, gdy do niej wejdziemy,
albo próbować iść jakąś trzecią drogą. Ale ja bym się bał trzeciej drogi.
Myślę, że nie warto eksperymentować, nie warto odkrywać ponownie koła.
A.K.: Czy nie sądzi pan, że można byłoby opóźnić ten proces,
by dopracować się lepszego, bardziej stabilnego czy suwerennego państwa,
niż to ma miejsce w tej chwili...
R.S.: Rząd Jerzego Buzka, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, główny
negocjator, minister szef Urzędu Integracji Europejskiej wszyscy
są zgodni: jesteśmy eurorealistami, nie wchodzimy do Europy za każdą cenę.
Wejdziemy do niej, jeśli warunki naszego przyjęcia będą nam odpowiadały.
Przypomnę, że zanim wejdziemy, w tej sprawie odbędzie się narodowe referendum,
a więc naród będzie miał możliwość wypowiedzenia się, czy warunki, jakie
rząd wynegocjował z Unią Europejską, mu odpowiadają, czy też nie. I to
narzuca na nas obowiązek twardego wynegocjowania warunków. Cena ograniczenia
nie tyle suwerenności, bo suwerennym się albo jest, albo nie jest
natomiast cena ograniczenia pola manewru będzie usprawiedliwiona tymi korzyściami,
jakie uzyskamy.
Przyrównałbym to do kupowania samochodu. Są u nas euroentuzjaści,
którzy mówią: "to jest wspaniała limuzyna i my musimy ją mieć już jutro
niezależnie od ceny", i są z kolei eurosceptycy, którzy mówią "ta Europa
to jest kupa złomu, którego nie chcemy nawet za darmo".
A my jesteśmy eurorealistami, którzy mówią: "opukać trzeba podwozie,
przesłuchać silnik, sprawdzić tapicerkę, a potem się ostro potargować i
jeśli stan techniczny będzie dobry, warunki nam odpowiadające, no to wtedy
można zawrzeć korzystną transakcję!".
A.K.: Przez wiele lat Polacy mieszkający na Zachodzie uważali
siebie za ludzi, których zadaniem jest przechowanie myśli narodowej, kultury
narodowej...
R.S.: Nie tylko uważali, obiektywnie tę funkcję spełniali! Tradycja
i ciągłość niepodległego państwa polskiego została zachowana przez Rząd
Londyński. Społeczeństwo polskie było okłamywane, komunistyczna propaganda
to wyśmiewała, a ta idea została przechowana w Londynie i ja osobiście
boleję nad tym, że choć na jeden dzień nie wprowadzono z powrotem Konstytucji
Kwietniowej i nie wróciliśmy tak jak to zrobili Estończycy
do niepodległego państwa polskiego, które zachowało ciągłość.
A.K.: Przykrym faktem było również to, że formalnie ta ciągłość
nie została ustanowiona, że nawet insygnia władzy państwowej tak
"lekko" były przyjęte przez prezydenta Wałęsę...
R.S.: Osobiście nad tym boleję. Byłem przeciwnikiem konstytucji,
która teraz obowiązuje, bo uważałem, że Konstytucja Kwietniowa, mniej rozgadana,
bardziej konkretna, po wprowadzeniu kilku poprawek byłaby niezłym statutem
nowoczesnego państwa.
A.K.: Mówiłem o misji polskiej emigracji, następnie w okresie
tych kilku lat wymagano od nas głównie organizacji pomocy finansowej,
popierania polityki dążenia Polski do NATO...
R.S.: I tu Polonia w Stanach Zjednoczonych odegrała kapitalną
rolę!
A.K.: ...co teraz?
R.S.: A teraz zaczyna się normalność!
A.K.: Na czym ona polega?
R.S.: Normalność, to znaczy, że Polak za granicą nie uważa już
ambasady czy konsulatu za teren wrogi tak jak to było i sam to odczuwałem
za teren, gdzie się go inwigiluje, tylko uważa je za placówki swojego państwa.
Zapotrzebowanie na polskie lobby, nie tylko w Ameryce Północnej,
ale także w innych krajach nie kończy się z ratyfikacją NATO. Tutaj jest
pole do obopólnych korzyści: my potrzebujemy Polonii, by wspierać nasz
interes narodowy w tych krajach, a sądzę, że i Polonia w miarę wzrostu
gospodarczego, w miarę dobrobytu czerpie korzyści w kraju.
Ja bardzo się cieszę, gdy Polacy z Wielkiej Brytanii, z Kanady,
ze Stanów, z innych krajów przyjeżdżają tu, stają się przedstawicielami
zachodnich firm w Polsce i odczuwają praktyczne korzyści z tego, że są
Polakami, że noszą w sobie dwie kultury% kulturę swego kraju zamieszkania,
ale i również kraju zamieszkania rodziców, czy swojego czasowego zamieszkania.
Myślę, że jest to wielki kapitał, który powinniśmy w większym stopniu wykorzystywać.
My w Ministerstwie Spraw Zagranicznych pracujemy nad wydaniem
księgi, takiego "Who is Who Wychodźstwa Polskiego". Inicjatyw takich jest
kilka na świecie, ale my je chcemy skoordynować i przyspieszyć takiego
"Who is Who Polonii świata".
Wśród Polaków za granicą mamy wybitnych specjalistów w swoich
dziedzinach, wielkich biznesmenów, naukowców, artystów, tylko że czasami
rząd polski czy polskie firmy o nich nie wiedzą. I chodzi o stworzenie
księgi% z indeksem nazwisk, indeksem dziedzin, z indeksem terytorialnym,
do której będzie można zajrzeć, po to by w większym stopniu ten potencjał
polskiej diaspory wykorzystać.
Ja naprawdę mam głęboką świadomość, że Polska jest krajem diaspory,
sam do niedawna do niej się zaliczałem, że jedna czwarta Polaków mieszka
za granicą. Głupi byłby naród, który nie wykorzystuje jednej czwartej swego
potencjału.
A.K.: Mam jeszcze jedno pytanie, wiąże się ono bezpośrednio
z moimi doświadczeniami z pracy.
Otóż, Żydzi, którzy przeżyli holocaust, uczynili z tego okresu
przedmiot badań i analiz. Istnieje Muzeum Holocaustu, gdzie gromadzi się
opracowania, dokumenty tego okresu tragicznego dla narodu żydowskiego.
My przeżyliśmy okres drugiej wojny światowej, przeżyliśmy
również 50 lat komunizmu, natomiast nie ma żadnej instytucji, która zebrałaby
dokumenty, która prowadziłaby działalność oświatową. Nie ma instytucji,
która zamykałaby ten straszny czas w jakieś historyczno-archiwistyczne
ramy.
R.S.: Nie chcę zapeszyć, ale mamy powody do zadowolenia, bo mogę
panu niniejszym powiedzieć, że właśnie jest tworzony z inicjatywy
ministra Pałubickiego Instytut Pamięci Narodowej, któremu przekazane będą
archiwa służb specjalnych PRL, ale także i inne archiwa, który będzie właśnie
takim miejscem, gdzie cały haniebny okres komunizmu będzie można studiować,
gdzie każdy będzie mógł sprawdzić swoją teczkę personalną, sprawdzić, kto
na niego donosił i w jaki sposób go inwigilowano.
Sądzę, że będzie to coś fascynującego, coś, co właśnie urośnie
do rangi tego typu instytucji, o której pan wspomniał. Bo zgadzam się,
jest to absolutnie potrzebne!
A.K: Bardzo dziękuję za rozmowę.
R.S.: To ja dziękuję.
• Wywiad przeprowadzono w Warszawie 7.05.98
|