Default
Google

Pogadanki telewizyjne




 

 Dzień Dobry Panstwu
Dwa tygodnie temu pewien francuski reporter opublikował książkę, która ujawniała nieznane do tej pory szczegóły młodzieńczego życia prezydenta Francji pana Mitterranda. Otóż, okazało się, że podczas wojny  mlody Mitterrand kolaborował z władzami Francji Vichy - marionetkowego panstewka stworzonego przez marszałka Patteina pod protektoratem i za zgodą Niemiec.
 Książka dała wielu okazję, by powiedzieć och i ach, posypały się wyrazy oburzenia - jak to możliwe, by obecny mąż stanu i głowa Francji był w przeszłości do usług Pettaina, pachołka Hitlera. Te ochy i achy pojawiły się też w Polsce, gdzie tropicieli niemieckich kolaborantów jest dużo i gdzie są oni bardzo wyczuleni. Czy jednak Polacy powinni się w tym wypadku czemukolwiek dziwić? Chyba nie.
 Tak się bowiem składa że peerel do złudzenia przypominała   państwo Vichy. W peerelu nie było niezależnej polityki wewnętrznej, zagranicznej, nie było demokracji, a Polaków zmuszano do służby wojskowej  na rzecz obcego państwa. No bo jakiż to interesów chronili dzielni polscy junacy wjeżdzając na tankach do Czechosłowacji - proszę mi łaskawie przypomnieć. Słowem peerel to taka nasza polska kolaboracja, polskie Vichy.
 Niestety w przeciwieństwie do francuskiej pozostaje ona nie rozliczona i nie potępiona moralnie. Francuzi skazali Pettaina, utarli nosa wszystkim, którzy z nim pracowali, dokonali symbolicznego samooczyszczenia. Trzeba pamiętać, że kolaboracja Francuzów z Niemcami była tak samo szeroka jak Polaków z Sowietami. Dopiero pod koniec wojny okazywało się, że prawie wszyscy byli w Resisstance, a tylko nieliczni wierzyli w Vichy.   Nie przeszkodziło to jednak generałowi de Gaulle rozprawić się z tą niechlubną kartą francuskiej historii. 
 Niestety polski prezydent Wałęsa, którego kilka dni temu gościliśmy w Toronto, jakoś w przypadku rozliczeń z przeszłością dziwnie stroni   od nazywania rzeczy po imieniu. Nie ma się co dziwić, bo w nowej III Rzeczypospolitej co krok spotyka się ludzi tamtej kolaboracji. Nie, mnie nie przeszkadza, by wykorzystywać fachową wiedzę byłych kolaborantów, trochę mi jednak niesmacznie, gdy widzę ich buzie na narodowych świecznikach. 
 Po co zatem  oburzać się na Francois Mitterranda skoro mamy tylu rodzimych, bardziej bezczelnych sprzedawczyków pod bokiem?
Mówił Andrzej Kumor
Mimo wysiłków podejmowanych przez władze prowincjii miasta coraz częściej dostrzegam wokół siebie przypadki rasizmu. Rasizm czai się w zaułkach, wyziera zza węgła,spotyka nas na każdym kroku. Oto czarna kobieta wpycha się bez kolejki do tramwaju, gdy ktoś jej nie wpuszcza krzyczy: rasizm!. Policja strzela do uciekającego czarnego bandyty, na drugi dzień organizacje murzyńskie krzyczą rasizm, Policjanci chcą uspokoić Murzynów rzucających do nich butelkami po piwie - rasizm. Gdy  oskarża się czarnego adwokata o przestępstwa imigracyjne - rasizm. 
 Jak to jest, że tyle pieniędzy wydaje się na walkę z rasizmem, tylu mamy antyrasistowskich apostołów, tyle  pogadanek w szkołach, a gdzie człowiek nie spojrzy od razu widzi czerwone, wilcze oczy rasizmu? No cóż, proszę państwa jest to zagadka przyrodnicza.  

mówił Andrzej Kumor

 
 
 

***









Tydzień temu obchodziliśmy Święto Niepodlegości, dlatego dziś chciałbym przypomnieć człowieka, który o niepodległość walczył i oddał za nią życie.
 Nazywał się Lech Zondek. W latach 70. wyemigrował do Australii. Tam też zastała go sowiecka interwencja w Afganistanie. Sowieci, którzy swoje rządy od kilkudziesięciu lat mieli zainstalowane w Polsce, sięgali po kolejny nabytek. 
 Lech Zondek w Australii nauczył się strzelać z AK-47. Do Afganistanu przeszedł z Pakistanu z bronią i w mocnych skórzanych butach. Walczył w oddziale legendarnego Massouda. Zginął na polu chwały. 
 Klęska w Afganistanie wbiła gwóźdź do trumny sowieckiego imperium. Gdy większość polskiej emigracji dekowała się po kątach, Lech Zondek dołożył do tej klęski trochę ołowiu. Cześć jego pamięci!

Mówił Andrzej Kumor
Dzień dobry Państwu
 Pani Gardner, radna torontońskiej metropolii dostała kilka tygodni temu bombę w przesyłce pocztowej. Ponieważ zamachowiec zrobił błąd w konstrukcji zapalnika, radna ocalała a sprawą zajęła się policja.
 Przy okazji uwaga pani Gardner skierowana została na jakże egzotyczny temat bomb. Ze zgrozą radna stwierdziła, że informacje o tym jak skonstruować bombę znaleźć można w każdej bibliotece, że można kupić w księgarni książki, które pomogą nam w zostać terrorystą. W związku z tym pani Gardner apeluje do władz federalnych, by tego rodzaju materiały zakazać i zdelegalizować. Zaiste światła to idea,  problem w tym, że zrobić prostą bombę potrafi adept początkowego kursu fizyki czy chemii.  Spalmy zatem podręczniki do nauki tych przedmiotów, zakażmy emisji programów popularnonaukowych i technicznych - ja sam robienia zapalników nauczyłem się z programu "Zrób to sam" Adama Słodowego emitowanego - o zgrozo - w peerelowskiej TV. W ogóle postuluję, by z nauk ścisłych uczynić wiedzę tajemną. W końcu najlepszą metodą zapobiegania gwałtom jest kastracja, wykastrujmy się zatem intelektualnie, byśmy byli jak te dynie - całe życie uśmiechnięte i szczęśliwe. Zostań durniem a osiągniesz szczęście! Czyż to nie jest piękny slogan wyborczy?  

Mówił Andrzej Kumor
Dzień dobry
Śmierć jest wszechobecna, bezustannie towarzyszy naszemu życiu. Wystarczy poczytać gazety, czy  obejrzeć telewizję, by zabrakło palców do liczenia trupów. Mimo to większość ludzi żyje jakby obok umierania, uważa, że  jakimś cudownym sposobem ten problem  ich nie dotyczy. Dziwne, bo w ten sposób odbierają własnemu życiu jeden z jego podstawowych dramatów. 
 Cóż bowiem byłoby warte życie bez śmierci? Bez przeświadczenia, że jest krótkie, że  trzeba się spieszyć, aby coś w nim zrobić, że dziś jeszcze możemy je poprawiać i zmieniać, a już jutro może być zamkniętą kartą. Ileż siły zyskuje życie, jeśli na nie patrzymy z perspektywy umierania. Dlatego właśnie z tą perspektywą powinniśmy budzić się co rano. To spojrzenie pozwoli nam sobie uświadomić, że fizyczne trwanie kupymięsa, jaką jesteśmy to jeszcze nie jest życie, że jeszcze przed śmiercią temu trwaniu musimy zdążyć nadać sens. A śmierć spotkać nas może nawet dziś.
Mówił Andrzej Kumor


Torontońska policja wymienia swoje pistolety na lepsze. Nic też dziwnego, że policjanci postanowili sprzedać starą broń, by dopomóc w sfinansowaniu zakupów nowej. Niestety rządzący tą prowincją doktrynerzy traktują broń jako zło samo w sobie. Policji nakazano zezłomowanie starych rewolwerów. Jest to taki nasz torontoński przyczynek do układu o rozbrojeniu konwencjonalnym. Na nic się zdały zapewnienia policjantów, że broń nie trafi do przestępców, że zostanie sprzedana poza kontynent amerykański. Rewolwer jest złem i należy go niszczyć  - twierdzą nasi rodzimi kabotyni. Policja nie ma pieniędzy, kasy prowincji puste, a środki na sfinansowanie ideologicznych fanaberii socjalistów zostaną po raz kolejny wyciągnięte z naszych kieszeni. W tym wypadku głupota innych ma wymierny, finansowy aspekt.
Mówił Andrzej Kumor
Dzień dobry Państwu,
 Inaugurując miesiąc walki z prześladowaniem żon przez mężów prokurator generalny tej prowincji pani Marion Boyd ujawniła, że na zapobieganie wymierzonej w kobiety przemocy prowincja wydaje 100 milionów dolarów rocznie - o 50@ więcej niż dwa, czy trzy lata temu. Na co idą te pieniądze? Na finansowanie różnego rodzaju kobiecych organizacji, na drukowanie pouczających ulotek, na reklamy w telewizji i radiu, na kręcenie odpowiednich filmów oświatowych. Wszystko to po to, by ulepszyć nasze społeczeństwo, by uświadomić nam wszystkim jak ważną sprawą jest walka z biciem  pań.
 Tymczasem w Toronto brakuje 800 policjantów, ponieważ nie ma pieniędzy na ich  pensje. By zapełnić wakaty trzeba 40 milionów dolarów rocznie.  Nie ma skąd wziąć tych pieniędzy. Może zatem, zamiast robić spektakularne imprezy i ogłaszać "miesiące walki z..." pani Boyd przekazałaby policji trochę środków z kobiecego funduszu. Czyż my wszyscy - kobiety i mężczyźni - nie poczulibyśmy się przez to bezpieczniej? Jak widać pieniądze są, tylko nie tam, gdzie trzeba. 

Mówił Andrzej Kumor
Dzień dobry,
 O tej porze w przyszłym roku będziemy mogli wyjechać na rowerowy spacer jedynie wówczas, gdy na głowę nałożymy styropianowo-plastikowy, lśniący kask. Jeśli ktoś kasku nie założy zapłaci kilkadziesiąt dolarów kary.  Cóż, kaski to bardzo pożyteczna rzecz i do nich nic nie mam, natomiast włosy podnoszą mi się ze wściekłości na samą myśl o obowiązku ich noszenia. Oto po raz kolejny potraktowano mnie w tym kraju jak niedorozwiniętego smarkacza, który nie potrafi zadbać o bezpieczeństwo własnej czaszki. Smarkacza, na którego działają jedynie proste bodźce w postaci mandatów. Przyznać się muszę, że kasku nie mam, ale też nie jeżdżę rowerem po ulicach, a jedynie po parkowych alejkach. W mojej ocenie jest to rozsądne zachowanie. Niestety władze odmawiają mi prawa do tej oceny. Władze traktują mnie jak despotyczna  i zidiociała matka. Ma być w kasku i już! Teraz czekam tylko na ustawę, która pozwoli karać mandatami za wychodzenie bez czapki na mróz. W końcu rząd musi dbać o nasze zdrowie, prawda?  

Mówił Andrzej Kumor


Acquiring image from ProHosting Banner Exchange