"Nie jestem trędowaty"
Andrzej Kumor: Czy
pan interesuje się jeszcze Polską, polskim życiem politycznym, czy też
ma pan odruch niechęci, po tym co się stało?
Stanisław Tymiński: No nie, niechęć to
mam tylko do mojej opozycji, ale do Polski nie.
Polska przechodzi przez bardzo trudny okres
i niestety, ale ludzie są trochę ogłupieni tym całym zamętem medialnym.
Mówię o takich mediach, jak telewizja, radio czy prasa, które - jak wiadomo
- są w rękach tej całej elity władzy.
A.K.: Na czym
to ogłupienie polega?
St.T.: Po prostu ludzie są manipulowani
i nawet o tym nie wiedzą. Większość ludzi - w mojej opinii - nie wie nawet,
że są manipulowani, głównie telewizją. W Polsce, jak się zaczyna dziennik,
to wszyscy rzucają wszystko...
A.K.: To pozostało
jeszcze z czasów komunistycznych, gdy były dwa programy.
St.T.: Teraz tych programów jest trochę
więcej, ale jednak, jak jest główny dziennik, to wszyscy rzucają wszystko,
łącznie z gośćmi, i patrzą się w telewizor.
A.K.: Nie żałuje
pan, że się w pewnym momenci wycofał? Przecież po wyborach prezydenckich
starał się pan jeszcze działać politycznie.
St.T.: Tak, ale zostałem bardzo skutecznie
zablokowany przez tę całą elitę, która wymyśliła przeciwko mnie Leppera,
którego wylansowano, sfinansowano i wypromowano prasowo, jako bohatera
narodu.
To było zrobione tak sprytnie, że wszystkie
te posunięcia, które myśmy planowali, jeśli chodzi o Partię "X", to oni
robili. Mieli swoich ludzi u nas - no, bo byliśmy dużą organizacją
i trudno było wyłapać wszystkich agentów. Mieli wtyczki i mieli błyskawiczne
donosy. Tak, że jakikolwiek ruch, jaki chcieliśmy zrobić, to oni to już
robili pierwsi, ale z pełnym poparciem prasy i telewizji w czasie, kiedy
myśmy byli objęci całkowitą cenzurą.
Było to takie perfidne, że trudno nam było
nawet wynająć sale na wiece polityczne. Stary beton partyjny, który był
w urzędach miejskich, za żadne pieniądze nie chciał wypożyczać sali. Często
było tak, że nawet jak się zgodzili, to gdy przyjechaliśmy, sala była niedostępna.
No więc, były poważne trudności i byliśmy
praktycznie odsunięci od mediów. Zresztą Partia "X" została nielegalnie
wyrejestrowana jako partia polityczna. Ten stan jest do dzisiaj i w najbliższej
przyszłości ta sprawa zostanie skierowana do Strasburga, bo w Polsce nie
można tego wygrać. Sąd w ogóle na nasze listy nie odpowiada.
A.K.: Czy to coś
zmieni, nawet jeśli rozstrzygnięcie trybunału w Strasburgu będzie po państwa
myśli?
St.T.: To nie chodzi o to, czy coś
zmieni, chodzi o pryncypia, o zasadę. Chodzi o to, żeby wykazać, że w Polsce
nie ma demokracji, dlatego że ludzie, którzy mogliby głosować na Partię
"X", mieli to prawo odebrane.
A.K.: Czyli uważa
pan, że Lepper - to było, jak rozumiem, w połowie lat 90....
St.T.: Nasze trudności z Lepperem zaczęły
się w roku 1992. Na miesiąc przed wyborami do parlamentu odebrano nam biuro
partii. Dostaliśmy wypowiedzenie i nasze biuro partii wraz z telefonem
zostało przekazane Lepperowi.
Było to dla nas zaskoczeniem, stworzyło
to trudności. To był pierwszy objaw, że coś się z Lepperem działo i że
on nas "tropi".
A.K.: Sądzi pan,
że Lepper został "wpuszczony", aby skanalizować niezadowolenie społeczne,
które pana...
St.T.: Nie! Lepper został stworzony tylko
po to, aby przejąć elektorat Tymińskiego, którego oni się śmiertelnie bali.
A.K.: Czy często
udziela pan wywiadów?
St.T.: Jeśli chodzi o kraj, to jest zupełna
cisza, ponieważ w kraju jestem objęty cenzurą. Jakikolwiek artykuł, który
bym napisał, nie będzie w Polsce opublikowany i nikt ze mną nie zrobi wywiadu
w radiu czy w telewizji, bo mnie się boją.
Tutaj w zeszłym tygodniu miałem zgłoszenie
z jakiejś stacji telewizyjnej z Toronto, która chciała mnie wciągnąć w
panel dyskusyjny na temat Wałęsy, czemu odmówiłem, bo nie chcę o brudach
rozmawiać.
A.K.: Jest to
o tyle dziwne, że w końcu przez dłuższy czas funkcjonował pan w Polsce
jako tzw. postać medialna. Pana nazwisko weszło do potocznego obiegu. Tymczasem
dziś o pańskim epizodzie historii nikt w Polsce nie mówi.
St.T.: Tak jest. I to właśnie m.in. wykazuje,
że u władzy jest ten sam żelazny beton, który manipuluje Polakami i nikogo
innego nie dopuszcza.
A.K.: Czy mówiąc
"beton", odnosi się pan i do SLD, i do ruchów postsolidarnościowych, do
AWS? Czy jest to, według pana, jeden układ?
St.T.: Ten układ AWS-u został brutalnie
skorumpowany przez komunę. To było celem od samego początku - żeby ich
skorumpować i skompromitować. Widziałem - jeszcze w latach 80., gdy jeździłem
do Polski - jak posłowie tak zwanej "Solidarności" byli korumpowani przez
komunę, która im podsuwała wszystkie możliwości, jak się dorobić, tylko
po to, żeby ich później skompromitować.
Z kolei komuna zawsze się bała dojść do
władzy za szybko. Zależało im na tym, by skompromitować i skorumpować "Solidaność".
I tak się stało.
Miller do ostatniej chwili wahał się, czy
objąć pełnię władzy, ale w końcu na to poszedł w ostatnich wyborach.
Lepper był m.in. elementem tej gry, żeby
zagospodarować elektorat wiejski, którego oni nie mieli pod kontrolą, a
PSL nie wykonywał dla nich pracy, bo zajmował się dzieleniem pieniędzy
w banku agencji rolnej na Grzybowskiej. Oni (PSL) tym się bardziej interesowali
niż zagospodarowywaniem elektoratu wiejskiego.
Komuna się bała, że właśnie chłopi wysadzą
im cały plan.
A.K.: A nie sądzi
pan, że Lepper może się stać, czy też już się stał, autentycznym przywódcą?
Czasem ludzie, którzy początkowo są popychani przez kogoś, emancypują się...
St.T.: Nie. Poznałem Leppera osobiście.
Widziałem się z nim dwa razy w życiu i wywarł na mnie bardzo niesympatyczne
wrażenie.
W mojej opinii, Lepper to jest kukiełka,
taka jak Wałęsa.
Były pezetpeerowiec, który ma bardzo ograniczony
intelekt i wykształcenie. To jest po prostu gbur - w mojej opinii - sterowany
przez ludzi takich jak - w obecnej chwili - Janusz Maksymiuk, który był
na liście Macierewicza jako agent "Roman". Teraz został przydzielony, jako
były poseł PSL i były poseł SLD, jako osobisty doradca Leppera.
Tak jak Wałęsa kiedyś był otoczony grupą
ludzi, którzy mu doradzali z Komitetu Obrony Robotników - to znaczy: Michnikiem,
Geremkiem, Mazowieckim - to teraz Lepper jest otoczony grupą ludzi. I tak
jak Wałęsa czytał zawsze z karteczki, którą miał ukrytą w rękach, tak samo
Lepper to robi. On powie tylko to, co mu powiedziano, sam nic nie wymyśli.
Jak taki człowiek może się stać prawdziwym
przywódcą politycznym, to ja nie wiem. Może się stać symbolem, tak jak
Wałęsa...
A.K.: W Polsce
zajmował się pan nie tylko polityką. Założył pan, jako jeden z pierwszych,
komercyjny serwis internetowy Maloka. Dlaczego pan się wycofał z tego?
St.T.: Po pierwsze, w Polsce bez łapówek
nic się nie zrobi. Jestem o tym całkowicie przekonany, a mnie nie wypada
- jako byłej osobie publicznej - przychodzić z kopertą do urzędu i dawać
łapówki za załatwianie spraw. Nawet nie wypada mi tego robić przez osoby
trzecie, a ponadto jest to wbrew moim zasadom. Nigdy łapówek nie dawałem
i nie mam zamiaru tego robić, szczególnie we własnym kraju.
Poza tym, kiedy TPSA ogłosiła dostęp do
Internetu za cenę impulsów, to osobna instalacja Internetu nie miała sensu,
bo ludzie musieliby płacić za dostęp powyżej kosztów impulsu.
A.K.: Ale przecież
działają takie firmy, jak Onet, finansowane przez duże korporacje.
St.T.: No, więc może oni mają jakieś inne
cele komercyjne, ale jako czysty dostawca Internetu to nie ma to w Polsce
żadnego sensu.
A.K.: Jak pan
ocenia sytuację gospodarczą? Zawsze był pan przeciwko planowi Balcerowicza,
mówił pan o tzw. syfonowaniu dolarów z Polski. Jak widzi pan to teraz,
po tych kilkunastu latach funkcjonowania tegoż?
St.T.: Niedawno dostałem książkę "Wielki
przekręt" od profesora Poznańskiego, który wykłada na jednym z uniwersytetów
amerykańskich.
Opisuje on to, co się stało w ciągu minionych
dziesięciu lat.
Summa summarum jest tak - ocenia profesor
Poznański - że 85 miliardów dolarów uciekło z Polski za bezcen w ramach
tzw. szalbierczej, czy też fałszywej prywatyzacji. Znikoma część tego ratowała
budżet. A ponieważ teraz nikt nie chce już zakładów kupować, bo jest ogólna
recesja - to budżet pada.
Jeśli chodzi o te 85 miliardów dolarów,
które uciekło, to profesor Poznański dokumentuje, że Polacy już własnego
kraju nie mają; że został sprzedany. Dokumentuje on również, że za tę cenę,
za którą zakłady zostały sprzedane, to równie dobrze, przez te dziesięć
lat Polacy mogli sobie to wszystko sami kupić.
I na tym polega ta cała tragedia, że Polacy
stracili kraj.
W mojej opinii, stało się to w roku 90.,
kiedy się zawahali, kiedy miałem ten cały rząd Mazowieckiego w pogoni -
do tego stopnia, że podali się do dymisji - to tylko trzeba było podnieść
kij...
I nawet nie trzeba było uderzyć. Bo wielu
z tych ludzi było już wtedy spakowanych i siedzieło na walizkach. Wtedy
nie byli jeszcze pewni siebie.
A.K.: Nie sądzi
pan, że i tak zostałby pan "zblokowany", że - nie wiem - stałoby się coś
drastycznego, zebrałby się parlament, zlikwidował urząd prezydenta - coś
w tym rodzaju?
St.T.: Ja byłem przygotowany na to, że
by mnie nawet zabili - chodziło o grube miliardy dolarów, a przecież za
mniejsze sumy ludzi zabijają. Ale tego akurat się nie bałem, bo jeśli się
wchodzi w taką pozycję, to tego się nie wolno bać.
Warto było spróbować.
Co mnie wtedy przeraziło, to to, że ludzie
się przestraszyli.
Przestraszyli się nagonki, która była na
mnie. Z kolei dla mnie to był komplement, bo wiadomo, że skoro ujadają,
to jestem groźnym przeciwnikiem.
Ludzie się przestraszyli, że jeśli tak
gonią Tymińskiego, to tak będą ich gonili, jeśli podskoczą.
Niestety, ten moment wahnięcia był dla
mnie momentem historycznym.
A.K.: Patrząc
z perspektywy kilku lat, nie sądzi pan, że coś mógłby pan zrobić
lepiej, że popełnił pan błędy? Pan mówi: "ludzie się przestraszyli", a
przecież polityk nie może obrażać się na społeczeństwo, ludzie są, jacy
są.
St.T.: Ja się nie obraziłem na społeczeństwo,
proszę pana, żeby powiedzieć ładniej - ludzie nie byli gotowi
do walki. Zrozumiałem, że po 50 latach komuny, wychowania komunistycznego
i myślenia w sposób komunistyczny - przecież to są dwa pokolenia - no to
niestety ludzie byli wychowani w Polsce pańszczyźnianej i przestraszyli
się własnych możliwości i tej komuny, która ich gnębiła przez tyle lat.
A.K.: Pan twierdzi,
że ludzie są w Polsce manipulowani, ale w końcu oprócz telewizji, która
jak wiadomo jest dominująca, istnieją różnego rodzaju alternatywne obiegi
informacji. Czy widzi pan jakąś szansę na przełamanie układu, który trwa
w tej chwili i który zapewnia postkomunistom, byłym pezetpeerowcom stuprocentową
władzę - całość władzy w kraju?
St.T.: W obecnej chwili nie widzę takiej
możliwości, ponieważ ludzie mają teraz jeszcze mniej, niż mieli w 90. roku,
i boją się stracić to, co mają. Wielu ludzi boi się stracić te prace, których
(faktycznie) nie mają. Normalnie społeczeństwo nie jest przygotowane do
gwałtownego protestu, taki protest wydarzył się w pewnym sensie w latach
"Solidarności".
A.K.: Mówi pan
o proteście, który zrodził "Solidarność", czy o tym drugim z końca lat
80., który doprowadził do "okrągłego stołu"?
St.T.: O tym z 88 roku. To już była manipulacja
międzynarodowa. To już było sterowane nie tylko z zewnątrz, ale i z wewnątrz,
za obopólną zgodą komunistów i Zachodu, który chciał wykazać Rosji, że
komunie będzie lepiej po zmianie systemu.
Więc, jeśli chodzi dziś o rzeczywisty protest
i falę strajków, to nie widzę w tej chwili takiej możliwości. Ludzie po
prostu będą biedowali i będą się modlili, żeby było lepiej.
Musiałoby dojść do takiego głodu, jak był
w Niemczech w latach 30., aby ludzie się ruszyli.
A.K.: Nie sądzi
pan, że wtedy, gdy "ludzie się ruszą", to będą mieli właśnie Leppera, będą
mieli polityków, którzy "skanalizują" takie niezadowolenie?
St.T.: No to jest w przygotowaniu, tylko
chodzi o to, by ludzie nie dali się na to nabrać.
A.K.: Czy w takim
razie jest szansa na autentycznych polityków w Polsce?
St.T.: W obecnym układzie nie ma. Poznałem
to na własnej skórze, że jeśli ktoś prawdziwie i uczciwie chce zmienić
sytuację i stworzyć prawdziwą opozycję, to zostanie zblokowany. Nie tylko
zgnojony, ale zblokowany. W moim przypadku, ja jestem w kraju objęty całkowitą
cenzurą.
Tak że cieszę się z tego, że jestem ich
groźnym przeciwnikiem, którego nawet starali się skorumpować różnymi metodami
i to się im też nie udało.
A.K.: Jakimi metodami?
St.T.: Były podchody, ze strony Millera
i Kwaśniewskiego. Nawet Kuroń starał się w pewnym czasie ze mną skontaktować,
co było obrzydliwe.
Próbowali przygarnąć mnie do siebie na
swoich warunkach.
A.K.: Miller z
panem rozmawiał?
St.T.: Tak.
A.K.: Kwaśniewski
też?
St.T.: Nie, ale Miller próbował mnie zawieźć
do mieszkania Kwaśniewskiego na wódkę i temu stanowczo odmówiłem.
A.K.: To było
po tym, jak przegrał pan wybory prezydenckie?
St.T.: Tak, to było, zanim Kwaśniewski
został prezydentem po raz pierwszy. Nawet mieli taką propozycję, żeby
wystawić dwóch kandydatów z ramienia SLD: Tymińskiego i Kwaśniewskiego,
na co ja się absolutnie nie zgodziłem. Dla mnie byłaby to zdrada narodu.
A.K.: Czy Partia
"X"...
St.T.: Partia "X" została nielegalnie wyrejestrowana
z rejestru organizacji politycznych.
A.K.: Czy działacze
Partii "X" utrzymują z panem kontakt?
St.T.: Jak najbardziej! Codziennie mam
kontakty z ludźmi, którzy są w Partii "X" - bo Partia "X" nigdy dla mnie
nie przestała istnieć. To jest grupa patriotów, którzy nie zapomnieli o
walce o Polskę.
A.K.: Ale sam
pan przecież mówi, że jest to walka beznadziejna.
St.T.: No, beznadziejna, ale to, co możemy
robić, to obserwować i rozmawiać z ludźmi. Dojścia do środków masowego
przekazu nie mamy, bo te są - jak wiadomo - nadal w rękach komuny.
A.K.: Czy pan
się zawiódł na ludziach, z którymi pan pracował?
St.T.: W każdej dużej organizacji jest
część ludzi, którzy nie są przygotowani, czy nawet są chorzy.
Jeden z polskich profesorów - zapomniałem
jego nazwisko - wydał kiedyś książkę o ruchu politycznym, jak się on tworzy.
Otóż, na początku każdego prawdziwego ruchu politycznego przychodzi
fala ludzi zdezorientowanych, nawet psychicznie chorych czy psychopatów.
Cała sprawa polega na tym, żeby stworzyć
z tego organizację, a to wymaga trochę czasu.
Ta praca w głównej mierze została wykonana
i pod koniec swojej działalności Partia "X" miała rozeznanie, kto był wartościowy,
a kto nie. Tylko że, ogólnie mówiąc, przekonanie w społeczeństwie było
takie, że choćby nie wiadomo co, to i tak komuna wyjdzie na swoje. Zawsze
jest ten strach przed komuną - "nie chcemy się narazić, bo wiemy, że oni
są silni".
Tak że jeszcze na ten moment przełomowy
- kiedy ludzie przestaną się bać i zaczną działać - jeszcze Polacy nie
są gotowi.
A.K.: Czy Polska
powinna wejść do Unii Europejskiej?
St.T.: Ostatecznie, kiedyś Polska powinna
wejść do Europy. Zawsze mieliśmy takie ambicje, ale nie powinno to być
na zasadach poddania się, tylko na zasadach wzajemnej współpracy.
W obecnej sytuacji Polska nie jest gotowa,
jest za słaba na wejście do Wspólnoty Europejskiej.
Proszę popatrzeć, ile Niemców kosztowało
zaabsorbowanie Niemiec Wschodnich - do tej pory nie mogą się z tego wykaraskać.
Nie sądzę, by Wspólnota Europejska była zdecydowana ponieść takie koszty
- aby zasymilować Polskę jako równorzędnego partnera.
Będzie to zawsze na ich warunkach, a nie
na naszych.
Jeśli to zrobi się za wcześnie, pociągnie
to za sobą ogromne koszty społeczne. Już te koszty są! Ogólnie najwięcej
stracą rolnicy.
Nie mówiąc już o zakładach pracy. Polacy
nie pracują już dla zakładów polskich, lecz brutalnie wyzyskiwanych przez
zagranicę. Bo Polska już nie jest nasza!
A.K.: Z drugiej
strony, Unia Europejska jest układem stabilizacji; politycy europejscy
nie zamierzają dopuszczać do sytuacji grożącej rewoltą czy gwałtownymi
wystąpieniami społecznymi...
St.T.: No tak, i w tej chwili faktyczna
sytuacja jest taka, że Polska stała się krajem białych Murzynów Europy.
Jesteśmy wyzyskiwani, jesteśmy w sytuacji marginesowej, bo przecież nie
możemy powiedzieć, że mamy siłę.
Jeśli chodzi o moje plany, to były one
takie, żeby zrobić w Polsce reformę na podobieństwo reformy chińskiej.
Co byłoby odwrotnością tego, co robił plan Balcerowicza. On zawyżał kurs
złotego, tymczasem trzeba było negocjować jak najniższy kurs, żeby eksportować
bezrobocie.
Bo mnie nie chodzi o wartości pieniężne,
tylko o wartości ludzkie. I największy koszt, jaki w tej chwili ponosi
Polska, to koszt w postaci młodych bezrobotnych ludzi. To jest największy
koszt każdego społeczeństwa. Młody człowiek, który jest bez pracy przez
pięć lat, zostaje wyjałowiony, traci zdolności twórcze, przestaje być wartościowym
człowiekiem.
A.K.: Czyli jest
to marnowanie olbrzymiego kapitału ludzkiego...
St.T.: Tak, a dla mnie jest to zawsze kapitał
najważniejszy. Pieniądze zawsze można zdobyć, jeśli ktoś już ma wartości,
możliwości, dumę i tak dalej.
Niestety, ale żywotność naszego narodu,
która dla mnie jest najbardziej wartościowa, została skarbowana, zblokowana
planem Balcerowicza w celu brutalnego wyzysku i spekulacji polskim pieniądzem.
Za to Polska zapłaciła olbrzymim bezrobociem.
A.K.: Załóżmy,
że wynik wyborów prezydenckich jest inny, pan zostaje prezydentem, a nie
Lech Wałęsa. Co pan by wówczas zrobił? Przecież prezydent miał bardzo ograniczone
prerogatywy. Miał wpływ na trzy resorty - to nie on rządził...
St.T.: Tak, ale była możliwość blokady
ustaw i byłaby możliwość blokady takiej monstrualnej organizacji jak Rada
Polityki Pieniężnej, była możliwość powoływania sędziów, była możliwość
dopilnowania rozdziału władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej.
Była taka możliwość w rękach prezydenta.
A.K.: Ale wciąż
miałby pan do czynienia z ludźmi, "którzy się wtedy przestraszyli", czy
też mogli się przestraszyć, kiedy pan by rządził...
St.T.: Dlatego mówimy, że taka możliwość
była, gdyby ludzie się nie przestraszyli...
A.K.: Przecież
musiałby pan działać, pracować z tymi ludźmi, którzy tam byli, z sędziami,
którzy dostali nominacje za czasów Jaruzelskiego czy Gierka, z...
St.T.: Oczywiście, że nie można było oczekiwać,
że zmiana byłaby błyskawiczna, ale chodziło o to, aby oni bali się nas
tak, jak my się teraz boimy ich.
Mnie chodziło o to, by stworzyć ze stanowiska
prezydentury możliwość imadła z góry, żeby stanowisko prezydenta miało
nacisk z góry, a ten patriotyczny elektorat miał nacisk z dołu.
Wtedy można było stworzyć imadło, żeby
utrzymać administrację w sytuacji strachu. Może to jest za silne słowo;
w sytuacji powagi i odpowiedzialności.
Niestety, do tego nigdy nie doszło, bo
oni zawsze mieli swojego prezydenta, zawsze mieli swoich ludzi w parlamencie
i czwartą władzę - prasę.
W tej sytuacji mogli praktycznie bezkarnie
dokonywać rozboju.
Jeśli chodzi o Balcerowicza, to wiadomo,
że mógł on dać swoim ludziom cynk, że kurs pieniądza będzie trzymany na
tyle i tyle, i ci mogli bezkarnie, z pełnym pozwoleniem ładować pieniądze.
Nie tylko ludzie z kraju, ale również spekulanci z zagranicy, tacy jak
Soros, który ma w Polsce Fundację Batorego i ogólnie jest zainteresowany
spekulacją pieniężną. To jest jego specjalność. Ludzie ci mogli inwestować
w polską złotówkę i później ją wymieniać po zysku 60 czy 80 proc. na dolary,
bo kurs dolarów był stały. Tak że była to największa maszynka do zarabiania
pieniędzy! Ale nie dla ludzi pracy!
Nie dla rolników, nie dla pracowników zakładów,
tylko dla spekulantów!
A.K.: Ci tracili,
ponieważ polska produkcja stawała się coraz droższa i trudniejsza do zbycia.
St.T.: Tak! Jednej rzeczy, której nigdy
nie mogłem wyciągnąć od Balcerowicza, i to nawet później, podczas działalności
partii, mając w Sejmie trzech posłów, to lista zakładów przewidzianych
do prywatyzacji. Balcerowicz nigdy nie chciał nam tego udostępnić, była
to tajna lista tylko dla ludzi, którzy kupowali to po kryjomu.
A.K.: Pan rozmawiał
z Balcerowiczem?
St.T.: Nigdy! On zawsze mnie unikał, zawsze
się bał i zawsze narzekał, że tak go krytykuję. On tego nigdy nie mógł
zrozumieć, że ktoś odważył się go tak krytykować i uszedł z tym bezkarnie.
Dla niego było to wielkie nieporozumienie, że coś takiego zaistniało. On
nie widział takiej możliwości, nie był na to przygotowany.
A.K.: Był pan
blisko bardzo poważnego urzędu publicznego w Polsce. Czy w związku z tym
miał pan jakieś kontakty z politykami europejskimi czy amerykańskimi? Czy
ktoś chciał z panem rozmawiać?
St.T.: Bardzo mam nieprzyjemne wspomnienia
ze spotkań z dyplomacją krajów zachodnich. Jeśli chodzi o spotkania,
jakie miałem po wyborach w ambasadach różnych krajów, widziałem, że politycy
Zachodu wyraźnie ode mnie stronią i się mnie boją. Łącznie z Kanadą. Bo
zajmowałem stanowisko patrioty i moim celem była obrona kraju przed pazernością
ludzi z zewnątrz. Wyczułem, że boją się tego, co robią, było im wstyd i
nawet mnie unikali.
Najbardziej przyjazne grupy były z tych
krajów, które nie wykazały tej pazerności, czyli krajów nie złączonych
z tzw. grupą G-7.
Jeśli chodzi o rząd kanadyjski, bardzo
źle się do mnie ustosunkował z powodu mojego wystąpienia. Był to niesmak
i było to jakby pokrzyżowanie ich planów.
A.K.: Czy pan
uważa, że istniał jakiś "plan dla Polski", plan Zachodu dla Polski?
St.T.: Absolutnie! Odkryłem to niejako
z marszu w ciągu wyborów prezydenckich, ponieważ komuna miała pełne porozumienie
z Ameryką.
Celem Amerykanów nie była Polska, tylko
Rosja. Chodziło o to, żeby pokazać na przykładzie Polski, że po zmianie
ustroju komunistom będzie bardzo dobrze. Do tego celu nie tylko Stany Zjednoczone,
ale pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych wszystkie kraje G-7 konsekwentnie
dążyły! To był plan!
I ja się z tym zderzyłem.
A.K.: Czyli chodziło
o to, aby komuniści w Rosji zachowali się w ten sam sposób?
St.T.: W ten sam sposób, żeby wzięli przykład
z komunistów polskich i powiedzieli: "my też będziemy mieli mercedesy,
też będziemy mogli kraść, będziemy mogli prywatyzować, będzie nam bardzo
dobrze, będziemy mieli wille, dostaniemy wszystko pod ochroną naszego prawa".
No i tak się stało. Tu chodziło o to.
A cel... Jeśli chodzi o cel długofalowy,
to chodziło o zjednoczenie interesów Rosji ze Stanami Zjednoczonymi przeciwko
Chinom, czy też - jak to widzimy na przykładzie Afganistanu - tak zwanych
krajów rozbójniczych, rogue states.
Długofalowo, jeśli chodzi o duże mocarstwa,
istnieje na świecie pewne spolaryzowanie. Chiny zawsze były i będą niebezpieczeństwem
dla Ameryki, szczególnie w tej chwili, kiedy są - w mojej opinii - największą
potęgą światową. Może nie w dolarach... Mają broń atomową, są zmobilizowani,
bardzo ambitni i w tej chwili, gdy my przeżywamy recesję, mają największy
rozwój gospodarczy na świecie.
A.K.: Czyli widzi
pan przyszłość układu geopolitycznego w polaryzacji: USA-EU-Rosja kontra
Chiny i ich sojusznicy azjatyccy?
St.T.: Tak, absolutnie! Głównie na tle
ekonomicznym.
Próby tego spolaryzowania, jeśli chodzi
o Amerykę Północną i Amerykę Południową, są bardzo mizerne i nic z tego
nie wyjdzie, jeśli chodzi o wspólnotę gospodarczą. Bo nie ma tej mobilizacji,
którą ma półtora miliarda Chińczyków.
Mówiąc o planach długofalowych, to nawet
dużo o tym pisał mój przeciwnik polityczny Zbigniew Brzeziński, którego
osobiście nie lubię. On zawsze był zaniepokojony, że prędzej czy później
Chiny przedstawią największe zagrożenie dla interesów Stanów Zjednoczonych.
W mojej opinii, to dziś Chiny zdecydowanie
wygrywają właśnie tą reformą ekonomiczną. Oni eksportują bezrobocie. Ich
polityka jest taka, by utrzymać koszt własnego pieniądza na jak najniższym
poziomie, aby wyeksportować swoje bezrobocie do krajów wysoko rozwiniętych.
I im się to bardzo dobrze rozwija. Ten plan jest wielkim sukcesem chińskim.
Kiedy my mamy tutaj recesję, oni rosną
7 - 8 procent rocznie.
A.K.: Nie sądzi
pan, że Rosjanie również to dostrzegają i chcieliby robić interesy geopolityczne
raczej z Chińczykami niż ze Stanami Zjednoczonymi?
St.T.: Nie. Ponieważ Chińczycy i Rosjanie
przez wiele lat mieli tarcia graniczne. Chiny straciły zaufanie do Rosji.
Może tam być jakaś kooperacja gospodarcza czy wzajemne uśmiechy, ale Rosjanie
nie mają też zaufania do Chińczyków.
A.K.: A czy koncepcja
rozszerzania rynku północnoamerykańskiego NAFTA ma sens? Pan przecież przez
długi czas robił interesy również w Peru.
St.T.: Nie wierzę w sukces tego, ponieważ
Ameryka Południowa żyje własnym życiem i nie jest zainteresowana kulturą
amerykańską, ani jedzeniem amerykańskim, ani ubiorem. Szanują swoją kulturę
i nie chcą być częścią czegoś, czego nie lubią. Wybierają, co dla nich
najlepsze, i żyją własnym życiem. To jest całkiem inna kultura.
Ja ich pod tym kątem podziwiam, bo oni
jednak mają swoją tożsamość narodową i wiedzą, czego chcą, przynajmniej
jeśli chodzi o kulturę.
A.K.: Utrzymuje
pan nadal kontakty z Peru?
St.T.: Utrzymuję kontakty przyjacielskie,
ale znikome. Peru przechodzi teraz przez bardzo trudny okres, co się stało
z prezydentem Fujimori, który ich porzucił.
A.K.: To był pana
przyjaciel?
St.T.: Nie byłem jego przyjacielem. Po
wyborach prezydenckich on mnie miło przyjął - w celach politycznych, aby
podbić sobie popularność, ponieważ wtedy, jako Peruwiańczyk, byłem bardzo
popularny w Peru, wybory były nagłaśniane przez prasę.
Przyjął mnie miło w swoim pałacu w Limie,
ale następne spotkania z nim i jego świtą były raczej niemiłe, ponieważ
widziałem, że oni prowadzą kurs nielojalny dla kraju, który okazał się
totalną grabieżą.
Wszystkie dochody z prywatyzacji w Peru
zostały stracone - ok. 10 miliardów dolarów. Na koniec wyszła na jaw ogromna
korupcja i obrzydliwa działalność prawej ręki prezydenta Vladimira Montesori
i to opłacenie 50 generałów 50 milionami dolarów, jako podarunek na odejście.
To też było bardzo smutne.
Byłem bardzo zawiedziony tymi ludźmi i
od dłuższego czasu podejrzewałem, że tak się stanie, i starałem się od
nich trzymać z daleka.
Niestety, kolejny prezydent, Toledo, też
nieciekawie się zachował, ponieważ w czasie wyborów okazało się, że George
Soros, który tyle namieszał w Polsce - był m.in. osobistym doradcą Jaruzelskiego
- w celach spekulacyjnych oczywiście. Ten węgierski Żyd, który jest spekulantem
międzynarodowym, finansował kampanię obecnego prezydenta Peru. Odebrałem
to z wielkim niesmakiem. Większość Peruwiańczyków, których znam i są moimi
przyjaciółmi, jest tym bardzo zaniepokojona i zawiedziona. Obecny prezydent
również przeżywa kryzys zaufania i nie jest popularny w Peru. Jest tam
wyjątkowo trudna sytuacja, ponieważ kraj w czasie 12-letnich rządów Fujimori
został brutalnie ograbiony - pieniądze, tak jak z Polski, wypłynęły na
zewnątrz.
Peru jest biednym krajem, najgorsze jest,
że właśnie ten kapitał ludzki, który jest dla mnie tak ważny, został tam
ogromnie pokrzywdzony.
W Peru połowa kraju składa się z ludności
indiańskiej, która zawsze trzymana była w ciemno, niedokształcona, po to
by można ją było łatwo politycznie manipulować. Tak było od wieków. Połowa
kraju nie mówi nawet po hiszpańsku, lecz językiem keczua, a w kraju nie
ma ani jednej radiostacji na poziomie rządowym, która starałaby się stworzyć
jakieś programy edukacyjne w tym języku - dla połowy elektoratu - to jest
obrzydliwe.
Ale w Polsce też istnieje podobna sytuacja,
gdzie wieś jest praktycznie zapomniana przez warszawkę. Jedynie Lepper
się tam od czasu do czasu pojawi na jarmarkach - no bo to jest jego "działka".
Chciałbym dodać panu i czytelnikom trochę
otuchy - wyjściem z sytuacji - jedyne na co stać w dzisiejszych czasach
ludzi w Polsce - jest bierny opór, mizerny bierny opór.
Czego naprawdę potrzeba, to iskry i poważnego
wybuchu.
A.K.: Na czym
ten bierny opór miałby polegać? Na protestach przeciwko wyrzucaniu kupców
z targowisk?
S.T.: Nie, to już jest aktywny opór. Trzeba
po prostu stronić od tych ludzi i ich unikać.
A.K.: Ale w ten
sposób zostawia się kraj komu innemu do rządzenia...
S.T.: No tak, ale przecież, technicznie,
to tak jest przez ostatnie lata. Więc, jaka jest alternatywa? Czy ludzie
są gotowi do ogromnego wybuchu?
To się wszystko zaczyna od tego, że w Polsce
nie ma demokracji.
Dlatego Polska przez ostatnie dziesięć
lat - już mówię o tej obecnej historii, a nie o komunistycznej - nie jest
zdolna do wykreowania ani jednego przywódcy.
Ja jestem osobiście zawiedziony, że mnie
się nie udało. Zrobiłem zryw, próbowałem zrobić to na swój sposób. Prawie
się udało, ale się nie udało. Z wiadomych powodów. W mojej opinii, wybory
zostały sfałszowane. W 90 roku miałem o tym wiadomość z kilku źródeł i
o tym wiem, ale to niczego nie zmieni.
Po prostu prawda jest taka, że ludzie byli
wtedy za słabi, żeby wynieść kogoś do góry - swojego człowieka. Ja to rozumiem.
Z tym będę żył do końca.
Czym jednak jestem zawiedziony, to fakt,
że przez ostatnie 10 lat Polska, jako kraj 40 milionów ludzi - mówiąc o
krajowcach - nie jest zdolna do wykreowania prawdziwego przywódcy.
No przecież to są kpiny, że my tutaj
rozmawiamy o Lepperze, który może być z czasem przywódcą, z czasem...
A.K.: Ma przynajmniej
iskrę...
St.T.: No, ale to jest iskra sfinansowana
i wypromowana, i zapłacona przez tych ludzi, którzy gnębią Polaków. A to
jest proste do zrobienia.
A.K.: Jeśli chce
się robić politykę, potrzebne do tego są pieniądze, trzeba mieć je skąd
brać...
St.T.: No właśnie, ale Lepper miał pieniądze!
Dlatego właśnie dochodzę tu do sedna sprawy. Dlaczego ludzie nie zdołali
wykreować żadnego przywódcy.
W mojej opinii, dlatego, że nie ma w Polsce
zwyczaju popierania pieniądzem własnych polityków. A to jest normalne w
Kanadzie, czy w Stanach Zjednoczonych, czy nawet w Peru. Widziałem na własne
oczy, ludzie biedni, którzy nie mają pieniędzy, jak przychodzą wybory,
to gospodyni domowe wystawiają stoły z ciastem, dają ludziom ciasto, prosząc
o pieniądze, jakieś festiwale polityczne robią dla poparcia ich partii.
A.K.: Ale, wie
pan, Peru nie miało komunizmu.
St.T.: Właśnie o tym mówię! Moim zdaniem,
w Polsce ludzie nie dają pieniędzy, aby poprzeć swojego człowieka, nie
dlatego, że nie mają, a dlatego, że boją się, że ten człowiek czy jego
ludzie wpiszą na komputer, że taki a taki dał pięć złotych. I jeśli ta
lista dostanie się do komuny, do elity władzy, to się narażą. Na pokolenia!
I jeśli przegrają, no to nigdy nie będą mieli pracy.
A.K.: Znów, jest
to pokłosie komunizmu - strach przed narażeniem się układowi.
St.T.: Problem zasadniczy jest, jak przejść
z Polski pańszczyźnianej...
A.K.: ???
St.T.: Tak, bo to jest Polska pańszczyźniana,
to jest mentalność pańszczyźniana.
Tak jak kiedyś za pańszczyzny dobry pan
to był taki, co strzelał po nogach, jak kradli. Bo nie zabijał! Tak samo
teraz. Dobra komuna, bo nie zabija!
Ale to jest Polska pańszczyźniana. A gdzie
jest ta wzniosła Polska, która była imperium? Przecież mieliśmy takie poczucie.
II wojnę światową żeśmy zafajdali ogromnie, ale przecież było zwycięstwo
1921 roku....
A.K.: To była
inna Polska, tamta Polska miała inną elitę, ludzi dumnych, niezależnych.
St.T.: ... która została wybita.
No więc mój zawód nie polega na tym, że
nie udało mi się zrobić tego, co chciałem dla Polski. Ja to rozumiem. Próbowałem,
jak mogłem, i to się nie udało. Jestem w pewnym sensie zadowolony z wyniku,
że jednak udało się obalić ten rząd Mazowieckiego i że pozostawiłem pewne
znaki w Polsce, które są widoczne do tej pory - na przykład takie
zjawisko Leppera, który został wykreowany, żeby mnie "zastąpić", czy też
zagospodarować ten elektorat. I to jest w tej chwili wielką rozrywką w
Polsce i ciekawostką. Ja to rozumiem.
Ale dlaczego Polska nie zdołała do tej
pory wykreować kogoś? Przywódcy, któremu ja mógłbym stąd, z Kanady, wysłać
100 tys. dolarów - "proszę bardzo, ja w pana wierzę, pan jest prawdziwym
Polakiem, patriotą i ja chcę pana poprzeć z całego serca, jak potrzeba,
to przyjadę i pomogę osobiście, ale masz tu pan sto tysięcy i idź do przodu,
bo ja w pana wierzę".
Ja do tej pory nie widzę takiego człowieka
na scenie politycznej!
A.K.: Na scenie
politycznej są różne ruchy; jest Liga Polskich Rodzin, jest PiS, jest środowisko
Radia Maryja, które myśli w kategoriach narodowych czy występuje przeciwko
grabieży. Jak pan ocenia te ruchy?
St.T.: Proszę pana, niestety większość
tych ludzi poznałem osobiście i jestem nimi zawiedziony. Tak jak pan kiedyś
ostrzegał mnie przed wyjazdem do Polski na wybory, żebym nie dał się uwikłać
w te sitwy, tak samo widzę, że ci ludzie w dzisiejszym Sejmie są w to wszystko
uwikłani.
I jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi
o pieniądze.
Niestety, jestem tym ogromnie zawiedziony.
Na przykład w obecnej sytuacji, kiedy obecny
Sejm powstał, zaraz następnego dnia Kwaśniewski przekazał przygotowane
projekty ustaw o stanie wojennym i stanie wyjątkowym.
To są ustawy, które zagrożą w sposób tragiczny
wolnościom osobistym Polaków.
Będąc pod wrażeniem niemoralności tych
ustaw, wysłałem do tych posłów, których albo znam osobiście, albo w pewien
sposób cenię, wysłałem przez Internet listy z prośbą, żeby podjęli ten
temat, bo było już pierwsze czytanie.
I proszę pana, cisza!
Dlaczego?
Bo wszyscy się Tymińskiego boją. Boją się!
Nawet ludzie, którzy ze mną rozmawiali, zanim zostali posłami, w tej chwili
się boją. Bo jakby ktoś ich podejrzał, że rozmawiają z Tymińskim,
to mogą zostać odizolowani. Od czego? Od pieniędzy!
No więc jestem trędowaty. Ja nie nazywam
się Lepper. "Lepper" to jest "trędowaty" po hiszpańsku. Ja się nazywam
Tymiński, ale jestem traktowany jak trędowaty, ponieważ jestem Tymiński.
Dlaczego? Ponieważ jestem uczciwym człowiekiem, nie jestem skorumpowany,
nie jestem związany z nikim żadnym układem - dlatego jestem trędowaty.
Ktokolwiek inny, jak się pokaże na scenie
politycznej, pewnie będzie traktowany w identyczny sposób.
A kogo wyniosła prasa w Polsce, jak nie
Leppera? Przecież każdy jego ruch był promowany - łącznie z "Gazetą Wyborczą".
Oni teraz na niego ujadają. Ja uważam, że to jest gra polityczna i to wszystko
nie jest prawdziwe. Nie mogę uważać, że im się urwał pies z łańcucha!
No więc jestem zaniepokojony tym, że przez
10 lat widzę tych samych ludzi, to samo cyniczne chamstwo w Sejmie i nie
pokazał się ani jeden człowiek, patriota, którego mógłbym poprzeć pieniądzem
i osobiście dać poparcie! Czy to nie jest zgroza, żeby kraj 40-milionowy
nie był zdolny do wypromowania takiego człowieka? Przez 10 lat!
To nie ma nic do czynienia z pieniędzmi,
proszę pana; to nie ma do czynienia z sytuacją geopolityczną; to nie ma
nic do czynienia z Ameryką, Rosją czy z Chinami - to jest nasza wewnętrzna
sprawa!
My, jako kraj, nie jesteśmy zdolni do wyniesienia
naszych własnych przywódców, tylko jesteśmy skazani na tę sitwę, która
nas trzyma w kleszczach. No więc co? Co ich stamtąd usunie? Jeśli nie my,
to kto to zrobi? Jeden z "ojców-założycieli" Ameryki, Benjamin Franklin,
powiedział: "Kto oddaje wolność za bezpieczeństwo nie zasługuje ani na
jedno, ani na drugie".
A.K.: Co pan robi
od czasu powrotu z Polski?
St.T.: Praktycznie zajmowałem się aktywnie
polityką w Polsce do 1995 roku. Po tym jak Kwaśniewski wygrał po raz pierwszy
wybory. Zobaczyłem, że Polacy byli wtedy bardziej zainteresowani giełdami
samochodowymi niż wyborami i zrozumiałem, że Polacy nie są zainteresowani
jakąkolwiek polityką. Nie było na mnie żadnego zapotrzebowania.
Oczywiście, jak jechałem przez Polskę,
to ludzie często na mój widok albo się uśmiechali, albo płakali. Ale to
nie wystarcza, aby działać! Uśmiechy i łzy nie zmienią sytuacji! To jest
za mało!
Postanowiłem wrócić do Kanady, zająć się
rodziną i interesami. Mam trójkę dorastających dzieci, które mnie potrzebują.
Doprowadziłem firmę na wyższy poziom rozwoju - jeśli chodzi o sprzedaż.
A.K.: Nadal pan
buduje komputery? Do czego one służą?
St.T.: Służą głównie do celów wojskowych,
telekomunikacji i innych celów specjalistycznych. Nie produkujemy komputerów
biurowych, tylko bardzo specjalistyczny sprzęt - między innymi do elektrowni
jądrowych. To są specjalne maszyny, które są o wiele droższe i muszą być
o wiele bardziej niezawodne. Nasze komputery zainstalowane są na amerykańskich
atomowych łodziach podwodnych.
Zająłem się własnym życiem. Mam wielką
przyjemność z budowy parku na mojej farmie. Sadzę dużo drzew ozdobnych.
Dużo czytam - głównie o polityce - i prowadzę rozległe kontakty z Polakami
w kraju; z ludźmi, których uważam za wartościowych. Kiedy będą potrzebny,
jestem gotów powrócić do kraju.
A.K.: Dziękuję
bardzo za rozmowę.
|